O tym co w lesie piszczy...
O autorach

Wpisy z tagiem: leśniczówka

niedziela, 10 czerwca 2012

Kończy się kolejny długi weekend i jutro wracamy do pracy. Jednak to dopiero początek lata i pewnie będzie wiele okazji do wypraw, spacerów i podziwiania uroków naszego kraju. Ciekawych miejsc jest u nas mnóstwo i warto na nie zwrócić uwagę nie tylko z uwagi na śliczny krajobraz czy czystą wodę. Warto też interesować się historią, tradycją czy dawnym obyczajem. Czasem nawet niepozorny kawałek lasu, jeziorko czy pojedyncze drzewo ma swoją fascynującą historię, związaną z regionem lub tradycją naszego narodu. Trzeba tylko chcieć do niej dotrzeć, albo zwyczajnie wiedzieć…

W czwartek wybraliśmy się z żoną pieszo na „spacerowe święto” czyli na uroczystość Bożego Ciała. Po drodze oglądaliśmy jeden z ołtarzy, którego przygotowaniem zajmują się mieszkańcy naszej ulicy. Mamy tam także swój drobny udział. Ludzi idących w stronę kościoła mijała grupka rowerzystów. „Mamo, czemu te ulice są takie udekorowane i tylu ludzi idzie?” –pytał synek mamusię w króciutkich szortach i wielkich okularach słonecznych. „Nie wiem co to za impreza i o co tu chodzi, nie interesuję się…”. Synek pytał nadal, a usiłował mu odpowiadać jego tato, który też wprawdzie dość mętnie, ale przynajmniej starał się wytłumaczyć, co to jest uroczystość Bożego Ciała...

Można żyć i tak, bo przecież nie każdy musi być wyznawcą jakiejś religii, to indywidualna sprawa, ale tradycje i obyczaje chyba każdy powinien  znać i szanować. Poznawanie miejsc związanych z tradycjami i historią każdego regionu naszego kraju to naprawdę fascynujące zajęcie, bo wspomnienia mają swoją siłę. Przypomnijcie sobie tylko początek „Pana Tadeusza” i tęskne wzdychanie poety do „tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych”… Czy wyobrażacie sobie, że praktycznie każdy leśny pagórek ma swoja historię? Naturalnie bardziej, lub mniej interesującą ale warto wiedzieć i pamiętać.

Kilkaset metrów od mojej leśniczówki w otoczeniu starego 140-letniego boru sosnowego znajduje się jezioro Cegielniane ( inna nazwa Glinno). Urokliwie położone, o brunatnym kolorze wody, swoją nazwę zawdzięcza cegielniom, które istniały w pobliżu do czasów I wojny światowej. Jest niewielkie, ma powierzchnię 7,9 ha, głębokość do 10 m. Stary bór sosnowy to jeden z najstarszych borów mojego leśnictwa, a obok przebiega leśna ścieżka przyrodniczo-edukacyjna przygotowana przeze mnie i pracowników Nadleśnictwa Trzciel kilka lat temu.

 Schodząc ścieżką od przystanku nr 3 nad jezioro, należy zwrócić uwagę na niewielki, skromny pagórek, wysokości 4-5 m, położony wśród starych sosen o tafelkowato spękanej korze i pokręconych akacji:

 Zapewniam was, że to niesłychanie ciekawe i tajemnicze miejsce! Dzisiejsza gruntowa, gminna droga z Pszczewa w kierunku na Silną – Wrony, to stary trakt tranzytowy, którego metryka sięga czasów co najmniej Mieszka I. Szczegółowo opisuje go znany historyk, Edward Dąbrowski w świetle badań archeologicznych, które prowadził w Pszczewie w latach 1956-1960. Określa on ten trakt tranzytowy jako poznańsko-zaodrzański i jednoznacznie łączy jego rolę z intensywną produkcją żelaza i znaleziskami sięgającymi czasów rzymskich.

Stożkowaty nasyp, a dziś niepozorny pagórek, znajdujący się tuż przy trakcie, był z całą pewnością strażnicą strzegącą przejścia pomiędzy jeziorami. Strażnica schowana była za okazałym Ozem Pszczewskim o wysokości ponad 100 m i długości ok. 2,5 km, ukształtowanym przez lodowiec. Na jego zboczu mam najwyżej w leśnictwie położoną uprawę leśną i śliczny widok na jezioro Chłop:

Teorię o obronnym charakterze tego pagórka zdaje się potwierdzać równie tajemniczy, leżący tuż obok wał ziemny, przecinający trakt od jez. Cegielnianego w stronę Pszczewa, o długości ok. 200 m, który dziś wygląda jak rów przeciwczołgowy… Ten skromny pagórek zapewne był niemym świadkiem przemarszu wielu wojsk, karawan kupieckich i ludzi, którzy zapisali się na rozmaitych kartach historii: Św. Wojciecha, Ottona III, Henryka II czy Fryderyka Rudobrodego. Maszerowali tu kupcy i różni wojowie, rycerze, wojska szwedzkie, napoleońskie, a potem kursowały dyliżanse, wożąc podróżnych z Wielkopolski do Berlina. Zapewne spoglądał na niego z okna dyliżansu Fryderyk Chopin, który odpoczywał w pobliskiej Silnej, podczas wymiany koni.

 Warto dziś wybrać się tam na spacer i chwilę podumać na tym skromnym pagórku, w otoczeniu pięknej przyrody i w tajemnych oparach Dziejów… Nad jeziorem Cegielnianym obozują od siedemdziesiątych lat XX wieku harcerze ze Zbąszynka, którzy doskonale współpracują z naszym nadleśnictwem i świetnie się czują w „cegielnianym lesie”:

Harcerze nazwali ten wzgórek… Olimpem! Od wielu lat sympatyczny komendant obozu Zbyszek Buśko rozbija tam namiot i z góry spogląda no okolicę, podobnie jak komendant strażnicy przed ponad tysiącem lat:

 Niebawem znowu spotkamy się na "Olimpie". Zachęcam Was do poznawania i przechowywania historii leśnych pagórków, kamieni, starych drzew. To ciekawsze od telewizyjnych seriali.

 

LeśniczyJarek- lesniczy@erys.pl

15:19, lesniczy.lp
Link Komentarze (5) »
piątek, 08 czerwca 2012

Kokokoko Euro Spoko, Piłka leci hen wysoko, wszyscy razem zaśpiewajmy, naszym doping dajmy…

Już za chwilę głośne na scenie, a w ostatnim czasie także medialnie "Jarzębinki" będą zagrzewać naszych Orłów Smudy. Cała Polska zasiądzie na stadionach i przed telewizorami, bo to przecież nasz sport narodowy. Nie mogę w taki dzień opowiadać Wam o pielęgnowaniu upraw, szacunkach brakarskich, dzikach, ptakach, no bo zwyczajnie nie wypada. Mój Rokuś jeździ także z biało czerwoną chorągiewką, bo przecież już za chwilę nasi chłopcy zaczną walczyć z Grekami o pierwsze punkty w tak długo oczekiwanym Euro2012.

 „Haratanie w gałę” rozsławione przez kabareciarzy i polityków to także domena leśników. Jesteśmy zaprawieni w trudnych warunkach terenowych, wymagających solidnej kondycji i dobrego zdrowia, stąd chętnie uprawiamy różne sporty. Piłka nożna to gra bardzo lubiana przez leśników, szczególnie piłka halowa, bo wiosną zalesienia i pożary, latem pożary, pożary i jeszcze raz pożary… Zimą czy późną jesienią miło spotkać się na hali w męskim towarzystwie.

Przez parę lat funkcjonowała w naszej dyrekcji liga nadleśnictw w piłkę nożną halową. W ramach tych rozgrywek graliśmy całodzienne turnieje na różnych halach. Wiele się tam działo, bo leśnicy we wszystko co robią wkładają wiele pasji:

 „Paka” z mojego nadleśnictwa trenowała przez ładnych parę lat na hali w moich rodzinnych Brójcach, wspólnie z drużyną piłkarską radnych powiatu międzyrzeckiego. To były fajne spotkania. Po treningu siadaliśmy razem i trwały męskie rozmowy. Nie wolno było mówić o lesie i polityce, żeby nie było nudno lub nerwowo…. Grywałem ładnych parę lat trochę z jedną , trochę z drugą drużyną, bo występowałem w obu składach.

 Z drużyną Nadleśnictwa Trzciel kilkakrotnie uczestniczyłem w Turnieju o Puchar Puszczy Noteckiej w Drezdenku. W 2009 roku otarliśmy się o puchar, zdobywając drugie miejsce. Było się z czego cieszyć, bo byliśmy jedną ze starszych drużyn:

 Zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę całej ekipy w towarzystwie szefa i głównej księgowej z tego wiekopomnego osiągnięcia:

 Z drużyną radnych grywałem także w wielu turniejach na różnych halach. Spotykaliśmy się z oldbojami znanych w regionie drużyn, graliśmy także ze świetnie przygotowaną drużyną reprezentującą polski MSZ. Walczyliśmy dzielnie, ale ambasadorowie byli lepsi. Wiele razy grałem na mistrzostwach Polski radnych w Wolsztynie. Rok 2009 okazał się szczęśliwy, bo zdobyliśmy z kolegami tytuł Mistrza Polski w mocno obsadzonym turnieju. Z rąk Starosty Wolsztyńskiego odebrałem okazały puchar:



 Był to miły prezent dla całego powiatu z okazji 10-lecia Samorządu Powiatowego. Na uroczystej sesji Rady Powiatu Międzyrzeckiego calą drużyną odbieraliśmy gratulacje i namawialiśmy wszystkich do czynnego uprawiania piłki nożnej:

 

 Wielu moich kolegów leśników i radnych oprócz tego, że lubi grać w piłkę nożną i kibicować klubom oraz naszej reprezentacji, wspiera i uczy młodzież. Są trenerami, opiekunami drużyn, prezesami klubów. Sam także przez parę lat pełniłem funkcję prezesa wtedy B-klasowej „Błyskawicy” Pszczew, dzisiejszego GKP Pszczew. To miłe wspomnienia. Teraz chroniczny brak czasu i nadmiar obowiązków spowodował w leśnej ekipie grzech zaniechania, ale jesienią, kto wie, czy nie wrócimy do tradycyjnych spotkań piłkarskich.

 Znam całe grono leśników, którzy są fanami futbolu na różnych poziomach i z całą pewnością dzisiaj wszyscy bez wyjątku nie będą udawać Greka, a mocno wspierać naszych „białoczerwonych”. Pewnie w wielu leśniczówkach będzie słychać gromkie: „Gooool!”, bo leśnicy potrafia i grać, i kibicować znakomicie.

Trzymajmy wszyscy razem kciuki i oby skutecznie!

 Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

17:09, lesniczy.lp
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 04 czerwca 2012

"Las na zawsze pozostanie domem Twoim, aż po grób

 Choćbyś bracie bardzo nie chciał Duszę oddasz tylko mu..."

 To fragment piosenki „Niech się żeni kto bogaty”, która jest specyficznym hymnem leśników, śpiewanym, niestety, już coraz rzadziej na spotkaniach leśników przy gitarze i ognisku.

Wbrew pozorom leśnicy to naród strasznie zapracowany i rzadko jest okazja aby świętować. A tymczasem w czerwcu, wprawdzie niektóre tylko kalendarze posiadają taki oto nieśmiały wpis:

 2 czerwiec- Dzień Leśnika; Międzynarodowy Dzień Ochrony Środowiska Naturalnego

Czy słyszeliście kiedyś o takim święcie? O Dniu Leśnika nie mówi się w „Wiadomościach”, nie nagłaśnia się tego faktu w mediach. W zasadzie to nie wiadomo kiedy ten dzień tak naprawdę jest?

 Jak się wpisze tę frazę w przeglądarkę internetową i zapyta najsłynniejszego wujka, czyli „Wujka Gugla”, to wyniki wyszukiwania są jakieś takie marne... Leśnicy to cicha i skromna grupa zawodowa, ale na pewno z charakterem. To oczywiste, że trzeba mieć mocny charakter i wielkie umiejętności, żeby właściwie rozumieć i prawidłowo zarządzać takim organizmem jakim są nasze polskie lasy... Piszę to bez fałszywej skromności i zarozumiałości.

 Jest nas, leśników w zasadzie niewielu, mimo zielonego ogromu lasu, który nas otacza. Przeciez jedna trzecia naszego kraju to lasy! W Lasach Państwowych mamy ponad 400 nadleśnictw i ponad 5000 leśnictw. Na liście największych pracodawców w kraju nr 1 to Poczta Polska, ale LP są zwykle ok. 10 miejsca, zatrudniając około 24 tysiące pracowników. Leśnicy to także ludzie zatrudnieni poza firmą Lasy Państwowe: pracownicy parków narodowych, szkół leśnych, starostw itd. Wszyscy wspólnie nazywani są Bracią Leśną i chyba zasługują na to, żeby raz w roku, w jeden dokładnie określony dzień było Święto Leśnika.

Wiem, wiem, że wielu ludzi naśmiewa się z polskiej „dniomani”, ale ci sami ludzie swoje święta obchodzą z radością… Leśnicy to brać, którą wszędzie widać pośród ludzi i mimo wrodzonej skromności, na ogół wpadają ludziom w oko, szczególnie młodsze roczniki pięknym kobietom, bo zielony mundur przyciąga spojrzenia...

Choć częściej i łatwiej spotkać leśnika w ubłoconym samochodzie i mundurze terenowym, gdy zmaga się z meszkami, kurzem, upałem lub błotem czy śniegiem :

 Nie wiem jednak dlaczego w kalendarzach znajdziemy to leśne święto cichaczem poprzyklejane gdzie tylko się da: są Dni Lasu i Zadrzewień, Dzień Leśnika i Drzewiarza, Dzień Środowiska Naturalnego, Święto Myśliwych itd. W każdym kalendarzu inaczej. W marcu, kwietniu, maju, czerwcu, wrześniu… Tak realnie to w takie np. Dni Lasu, czy aktualnie trwające "Dni Otwarte" w lasach leśnicy zawsze pracują i służą społeczności, a nie świętują. Kiedy mamy Święto Leśnika?

Leśnicy od zawsze angażowali się w sprawy społeczne, bo mając ukształtowany silny charakter i osobowość chętnie włączali się aktywnie w wiele dziedzin życia. Widać ich przy różnych uroczystościach i wtedy zwykle sadzą drzewa, bo to najtrwalsze pomniki. To pracownicy Nadleśnictwa Trzciel przy posadzonym Dębie Papieskim:

 Są gorącymi patriotami, stąd też mieli znaczący udział w martyrologii narodu polskiego w okresie wojen. Świadczą o tym karty historii i tak jest do dzisiaj, że „ludzie lasu” są autorytetem w swoich środowiskach, imponując szeroką wiedzą, a także właściwą im cierpliwością i siłą charakteru. Może to głupio tak upominać się i „po sroczemu chwalić swój ogon”, ale wypadałoby chociaż raz w roku pamiętać o leśnikach i ich skromnym święcie.

 Na efekty naszej pracy trzeba czekać najczęściej setki lat. może wtedy ktoś wspomni leśników... Ale cóż, wtedy nas, referentów, specjalistów,pod-,nad- i „zwykłych” leśniczych już nie będzie…

Powiedzcie sami, czy wiecie kiedy jest święto leśników?

 Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

19:44, lesniczy.lp
Link Komentarze (6) »
niedziela, 27 maja 2012

Dziś oprócz tego, że jest piękna świeża niedziela w trakcie pełni wiosny, to jest także tradycyjne święto. Uroczystość Zesłania Ducha Świętego jest w wierze katolickiej ważnym świętem, które ma miejsce w 7 niedzielę po Wielkanocy, w 50 dzień po zmartwychwstaniu Jezusa. W Polsce najczęściej nazywa się ją Zielonymi Świątkami lub po prostu Świętami i obchodzi w radosnym nastroju. Warto wiedzieć, że Zielone Świątki są najstarszym świętem w kościele katolickim. W czasach apostolskich miało taką samą rangę co Wielkanoc.

Zielone Świątki były w Polsce od wieków radosnym świętem rolników i pasterzy, a zatem świętem typowo wiejskim. Chaty, obejścia i kościoły zdobiono zielenią. Wspinano się na udekorowany, wysoki słup, który nazywano „majem”. Zatykano gałęzie, najczęściej brzozy i jesionu za drzwi i obrazy, wysypywano tatarakiem ścieżki do domostw i majono nim podłogi. Zwyczaj ten nieraz kultywowano tak gorliwie, że trzeba było chronić lasy przed amatorami niekontrolowanego wyrębu młodych drzewek. Dziś nie ma już z tym problemu, bo coraz rzadziej widać brzozowe gałązki na bramach czy płotach.

 Gdy byłem dzieckiem, majenie rodzinnego domu należało do moich obowiązków i z zapałem przybijałem świeże gałązki brzozy „papniakami” do drewnianej bramy. Zielone gałązki brzozy przynosiło się także na groby. Zasadzona przy grobie brzoza miała chronić przed duchami. Według chrześcijan podobny cel miał spełniać znany nam krzyż brzozowy. Byłem wczoraj, w Święto Matki na grobie mojej Mamy i spotkałem tylko jedną starsza panią, dawną sąsiadkę z rodzinnych Brójec, która niosła na cmentarz gałązki brzozy.

Dawniej obchodzono procesjonalnie pola i śpiewano pieśni kościelne dla zabezpieczenia przed gradem. Pasterze maili bydlętom rogi, oprowadzali je uroczyście, a następnie ucztowali w polu. W wielu regionach Polski był zwyczaj obierania w ten dzień króla pasterzy, co kończyło się wesołą zabawą. Zwyczajem zielonoświątkowym było też palenie sobótek – czyli ognisk, na wyżej położonych miejscach, wokół których często świętowano przez oba dni Zielonych Świątek. Ten zwyczaj zachował się miejscami do dnia dzisiejszego, szczególnie w Małopolsce i jest on podobnie jak pozostałe obrzędy zielonoświatkowe pozostałością jeszcze dawnych, przedchrześcijańskich czasów słowiańskich. Z racji ogromnego zagrożenia pożarowego nie zachęcam do palenia ognisk, ale warto wspomnieć obyczaje zielonoświątkowe.

 Obecnie to święto zostało jakby zapomniane. Swojego czasu próbowano je upolitycznić i traktowano jako święto partii ludowych. A dlaczego nie traktować tych pięknych majowych lub czerwcowych dni jako okazji do zwrócenia uwagi na piękno, historię i dorobek polskiej wsi? Jakże ważne jest to dziś, w dobie globalizacji, unifikacji i konkurencji rynkowej. Jest to znakomita okazja aby chrześcijańskie święto wsi było jednocześnie świętem wiejskiej kultury, tradycji i okazją do pokazania tego, co nasza wieś ma do zaoferowania.

 Nasza wieś w ostatnich latach stała się bardzo nowoczesna, pojawił się w gospodarstwach drogi, specjalistyczny sprzęt, gospodarka radykalnie się zmieniła, na korzyść oczywiście, ale obyczaje i obrzędy przodków powinny i najczęściej są wciąż kultywowane. I jakie to ważne i potrzebne aby choć na chwilę wysiąść na chwilę z pięknego ciągnika:

 wyposażonego komputer pokładowy czy „klimę”, wyłączyć „empetrójkę” i posłuchać skowronka zawieszonego nad polem, a potem pomyśleć o zielonej, brzozowej gałązce i jej symbolice… A na początku żniw wysiąść z równie nowoczesnego kombajnu i „tatowym sierpem” dokonać pierwszego pokosu dojrzałego zboża... Nie wstydźmy się tradycji i obyczajów przodków, to nie zabobony, a świadectwo naszej kultury.

 Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

11:34, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
niedziela, 06 maja 2012

Dziś majowy, niedzielny poranek. Jest świeżo, zielono, ale leje deszcz. Deszcz wprowadza zawsze melancholijny nastrój, dobry na wspomnienia. Maj to czas matur, które właśnie trwają. Wracacie czasem myślami właśnie w maju do swoich matur? Lubię spoglądać na stare fotografie i wspominać dawne, beztroskie czasy, a było to kilogramy lat temu:

 

To wspólna z Witkiem i Bronkiem fotka w Puszczykowie, podczas szkolnej wycieczki. Spotykamy się i przyjaźnimy do dziś.  Dobrze pamiętam maj 1984 roku, choć parę lat już minęło… Było wszystko jak tradycja nakazuje: maj, kwitnące kasztanowce, lekkie zdenerwowanie… Nie było białych bluzek, czarnych spódnic i garniturów bo to była matura zdawana w Technikum Leśnym w Rogozińcu. W przestronnej, szkolnej stołówce internatu, który już jest od lat nieczynny: 

było zielono od leśnych mundurów. Moja klasa, podzielona w trakcie nauki na „a” i „b”, czyli na „asy” i „barany” liczyła ponad 40 osób. Wspaniałym wychowawcom był nasz "Kokon":

 Przed maturą raczej nikt nie myślał o korepetycjach, nie zakuwał po nocach, bo w internacie były inne zajęcia:

Były emocje, ale bez paniki. Dzień wcześniej wybrałem się na dłuuugi, leśny spacer z obecną żoną, aby… słuchać słowików. Powtarzała mi: „Kto ma zdać jak nie ty, przecież 5 lat się bardzo dobrze uczyłeś”. Mądra dziewczyna! Pisałem na języku polskim temat z mojego ulubionego romantyzmu. Zdałem na 5 i byłem zwolniony z egzaminu ustnego. Opracowaliśmy z dwoma kolegami własny system komunikacji i sprawdziłem im w trakcie egzaminu potencjalne błędy ortograficzne, bo mieli z tym kłopoty. Trzy błędy na maturze z „polaka” dyskwalifikowały abiturienta. Zdali… Nigdy nie kochałem matematyki i bałem się tego egzaminu. Tym razem koledzy „naszą komunikacją” upewnili mnie w cząstkowych wynikach i także udało się. Potem ustna biologia- poszła gładko, choć profesor biologii „robił schody” bo miał ze mną na pieńku, z nam obu wiadomych powodów…

Kiedy spotkaliśmy się 20 lat po maturze, na zjeździe rocznika w Rogozińcu i zasiedliśmy w pamiętnym gabinecie ochrony lasu:

 a potem ponownie, już równe ćwierć wieku po ukończeniu tej zacnej szkoły, pokusiłem się o małe badanie socjologiczne. Przez rocznik absolwentów 1984 przewinęło się 49 nazwisk. TL ukończyło 39 osób i ich sympatyczne gęby można oglądać na oprawionym w drewniane ramki „tablo” wiszącym na honorowym miejscu w mojej kancelarii leśniczego:

 Z 39 absolwentów na dzień dzisiejszy aż 20 pracuje w LP, jeden jest właścicielem dużego Zul-a, jeden z absolwentów został następcą naszego drogiego wychowawcy „Kokona”- nieżyjącego już, niestety, Tadeusza Wasylewicza i uczy ochrony lasu w TL Rogoziniec. 12 osób to przedsiębiorcy, z których 4 prowadzi działalność związaną z leśnictwem i rolnictwem, a 1 z branżą drzewną. Jeden z dawnych absolwentów jest dyrektorem szkoły podstawowej i często wysyła młodzież na edukację przyrodniczą, jest też oficer- nawigator, oficer żandarmerii, dwie osoby już nie żyją, a pracowały także w lasach. Każdy „mądrawy chłopaczek”, jak mawiał nasz dawny nauczyciel matematyki, Wojciech Zieliński, szybko policzy, że na 39 absolwentów sprzed 25 lat aż 29 związało swoją karierę zawodową z lasami.

 A z racji tego, że to już ponad ćwierć wieku to sporo ”naszych” oprócz brzuszka i łysiny, gromadki dzieci i zacnej małżonki, dorobiło się poważnych stanowisk. Bo z rocznika 1984 wywodzi się wicedyrektor regionalnej dyrekcji LP, a wcześniej nadleśniczy, inspektor LP, dwóch zastępców nadleśniczego, 10 leśniczych i 5 podleśniczych. Na emigracji za granicą są cztery osoby. Warto wspomnieć o kobietach, bo w naszym roczniku były 3 dziewczyny. Jedna mieszka od lat we Frankfurcie, tym dalszym, a dwie początkowo pracowały w LP, ale później zaczęły prowadzić własną działalność gospodarczą.

 Wszyscy absolwenci bardzo dobrze wspominają leśną szkołę w Rogozińcu. Kiedy spotkaliśmy się tam 20 lat po maturze, w gronie aż 37 osób, to zgodnie orzekliśmy, że to dzięki dobrej edukacji w TL „wyszliśmy na ludzi”. Większość z nas nie myślała wtedy o studiach, każdy chciał w las, do pracy, swobodnej dorosłości. Na studia zaraz po maturze z całej, naprawdę zdolnej klasy poszło chyba 6 osób. Wielu z nas uzupełniło potem swoje wykształcenie, ale wszystko to, co niezbędne do pracy leśnika wynieśliśmy z technikum.

Takie to były czasy, że matura dawała przepustkę w dorosłość i otwierała rynek pracy. Dzisiaj, gdy rzuci się „na mieście” kasztanem trzeba mieć wiele szczęścia, żeby nie trafić w magistra, najczęściej bezrobotnego. Gdyby dzisiejsi „spece” od edukacji zdawali maturę z nami w 1984 roku pewnie umieliby stworzyć „normalny” system, gdzie ludzie po to zdobywają wiedzę, żeby z niej z pożytkiem korzystać. Bo matura kiedyś świadczyła o zdobyciu wiedzy niezbędnej w dorosłym życiu, a nie była tylko papierkiem, załącznikiem do podania na studia. Każdy z nas traktował ją jako pierwszy, ważny krok w dorosłość, a nie liczył na przedłużanie młodości, wsparcie rodziców i inne „trele morele”. Potem dwa lata „woja” i normalne dorosłe życie w wieku 21 lat. Dlatego maturę nazywano „egzaminem dojrzałości”, czy ktoś to jeszcze pamięta?

Leśniczy Jarek – lesniczy@erys.pl

09:22, lesniczy.lp
Link Komentarze (5) »
wtorek, 17 kwietnia 2012

Kwiecień plecień bo przeplata, trochę zimy, trochę lata”- to ludowe powiedzenie idealnie sprawdza się tegorocznej wiosny. Są ciepłe i słoneczne dni i pewnie dlatego w lesie zakwitły już pierwiosnki:

Ale zdarzają się wietrzne, chłodne i deszczowe dni. Dziś rano trawę pobielił szron, ale gdy słońce wstało wyżej ponad horyzont ogrzało przyrodę ożywczym ciepełkiem. Cebulice kończą kwitnienie i trawnik przed leśniczówką staje się coraz mniej niebieski. Podobnie jak fiołki, które w tym roku pojawiły się bardzo licznie. Pszczoły mojego sąsiada chętnie je odwiedzały:

 Fiołkowy miód będzie zapewne pyszny. Chciałbym spróbować. Miałem ostatnio straszny nawał pracy i mój organizm ogłosił strajk. Musiałem wybrać się do lekarza, który bardzo zdumiał się na mój widok, bo nie mam zwyczaju chorować. Ale cóż, samochód także wymaga czasem przeglądu i wymiany oleju… Dziś robię kolejne badania i czekam, przebywając  na zwolnieniu na wyniki. Zbierałem się rano w kolejkę do lekarza, spojrzałem w okno i cóż widzę?:

 To śliczne, kolorowe szczygły, jedne z najpiękniej ubarwionych ptaków w Europie. Zwykle nie mam czasu stać przy oknie, czy na tarasie, bo obowiązki gonią. Jednak często słyszę ich śpiew i charakterystyczne nawoływanie w pobliżu leśniczówki. Wzroku nie mogłem oderwać od zgrabnej pary:

 Samiec i samica są bardzo podobne do siebie i w zasadzie można je rozróżnić trzymając ptaki w ręce. Może zrobią gniazdo gdzieś w pobliżu, bo zauważyłem troskę o materiały:

 W porannym słońcu zajęły się na chwilę czyszczeniem ślicznych piórek:

 Ich ulubionym pokarmem są nasiona ostu, stąd ich nazwa łacińska- Carduelis carduelis ale żerują także na innych gatunkach „zielska”, a te dzisiejsze z zapałem przeszukiwały zakamarki modrzewia:

 Wokół leśniczówki ruch wśród ptaków niesamowity. Jedne zbierają materiały na gniazda, inne wysiadują jajka, a jeszcze inne karmią już pisklęta. Nie przegapcie wiosny, choć wiem, że nie każdy mieszka w leśniczówce i nawet nie wychodząc z domu może obserwować bogactwo przyrody.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

09:59, lesniczy.lp
Link Komentarze (6) »
sobota, 14 kwietnia 2012

Jedza nie szkodzi!

 Wiara godom wam, jak żyje,

 Nie od jedzy człowiek tyje!

 Można spucnąć giyre z krzanem,

karmonade tuż nad ranem,

 A wieczorem pyre z gzikiem

I berbeli popić łykiem.

 Rano zaś gdy przyńdzie smaka

 Na gulorza, czy kuraka,

 Nie martw się, ze znów przytyjesz,

 Ciesz się jednym, tym, że żyjesz!

 Jednak sekret w tym ukryty,

 Czyś jezd głodny, czy też syty,

 Choć w tym dziebko jest mozołu,

zawsze w pore wstań od stołu...

Waldemar Kurowski

Po wielkanocnych spotkaniach przy stole powyższy tekst należy zaliczyć do gatunku tych „na czasie”… Ludzie spotykają się wciąż przy stole i całe szczęście, bo na nic już nie ma czasu i coraz trudniej o życie towarzyskie. Jeść jednak trzeba, stąd każdy, choć trochę interesuje się kulinariami. Dziś, w sobotni wieczór opowiem Wam nieco o kuchni poznańskiej, bo już dawno temu poznałem jej wybitnych znawców.

Ciekawe czy wszystko zrozumieliście z próbki poznańskiej gwary Waldka:

 Leśniczówka to miejsce, gdzie trafia wielu ludzi. Jedni przychodzą zakupić gotowe drewno, inni chcą je sami wyrobić i przychodzą z prośbą o wyznaczenie im „działki” do wyrobu gałęzi lub trzebionki opałowej. Przychodzą myśliwi, wędkarze, turyści i prywatni właściciele lasów. Wciąż poznaję nowych ludzi i mam liczne grono przyjaciół. Leśniczowie to najcześciej ludzie otwarci, skorzy do kontaktów, stąd łatwo nawiązują znajomości. W mojej leśniczówce gościło już wielu ciekawych ludzi częstowanych na tarasie nad jeziorem kawą lub herbatą ze świeżo zrywanej mięty.

Niektórzy snują potem opowieści o tym, że gdy ktoś zapragnie napić się u nas kawy, to musi ją sobie własnoręcznie zmielić, kręcąc z mozołem korbką ręcznego młynka. Zapewniam Was, że taka jest najpyszniejsza. Młynek z korbką wymaga rzeczywiście chwili kręcenia zanim szufladka wypełni się kawowym proszkiem. Nie jest to straszny wysiłek. Dla każdego „mieszczucha” to wielka frajda i miłe wspomnienie. Podobnie jak placek drożdżowy i trzaskanie drewna pod płytą kaflowej, murowanej kuchni. Niedawno odwiedził nas bardzo sympatyczny serdeczny kolega Andrzej Niczyperowicz:

To przemiły człowiek, poznaniak z kresowymi korzeniami, wieloletni dziennikarz Gazety Poznańskiej, sekretarz redakcji, dziennikarz Głosu Wielkopolskiego wykładowca dziennikarstwa m.in na UAM w Poznaniu. Andrzej to autor książek i publikacji ( polecam „Dziennikarstwo od kuchni”), ale także wspaniały kucharz, zdobywca tytułu Kucharz Medialny, wicemistrz Polski w grillowaniu, wspaniały gawędziarz i kompan. Andrzej jak zwykle pojawił się wspólnie z Waldemarem Kurowskim, którego wierszyk przytoczyłem powyżej – poznaniakiem z dziada pradziada, znakomitym kucharzem, laureatem wielu konkursów kulinarnych, również dziennikarzem. Specjalizował się przez lata w dziennikarstwie śledczym, a jest także autorem znakomitych fraszek, które wydał w takim tomiku:

 Obaj uwielbiają zbierać grzyby, jagody i wędkować. Kochają las, leśną ciszę i chętnie poznają jego tajemnice, dlatego w wolnych chwilach pojawiają się w pszczewskiej leśniczówce. Wymieniamy się wiedzą, z korzyścią dla obu stron. W naszej leśniczówce stoi na półce także znakomita publikacja Andrzeja Niczyperowicza i Waldemara Kurowskiego: 365 Obiadów Poznańskich Babci Moniki:

 Jest to chyba pierwsze tego rodzaju przedsięwzięcie, gdyż dotąd zacne, poznańskie potrawy nie doczekały się zbiorowego wydania książkowego. Przepisy obu autorów zgromadzone w tej pięknie wydanej książce pochodzą z ich własnych doświadczeń oraz życzliwych podpowiedzi i konsultacji kulinarnie uzdolnionych mieszkańców Pyrlandii. Każdy pewnie Polak wie co to Pyrlandia, bo przecież pyra jest symbolem Poznania chyba od czasu jak sprowadzono te bulwy, nazywane potocznie ziemniakami, z Peru. Poznaniacy umiłowali jednak pyry, które spełniają chyba najważniejszą rolę w ich pożywieniu. Dziś w Polsce znamy ponad 100 odmian ziemniaka, a poznaniacy przyrządzają swoje pyry chyba na jeszcze więcej sposobów.

 Dziś wszyscy się śpieszą, stąd największym powodzeniem cieszą się potrawy z gatunku „na sypko”, czyli te, które szybko się robi. Dobra potrawa wymaga jednak czasu. Pośpiech nie jest wskazany przy gotowaniu, ewentualnie warto się śpieszyć, gdy łapie się pchły.  Bardzo lubię zupy, szczególnie te, które kiedyś warzyły nasze babcie. Czy wiecie, że polska kuchnia zna kilkaset zup? W większości z nich ważnym składnikiem są pyry. Nasłuchałem się od obu kolegów opowieści o ulubionych zupach znanych poznaniaków i nieco Wam tej cennej wiedzy przekażę.

 Dyrygent Zbigniew Górny- to wielbiciel szabloka- jest to wiosenna zupa z fasolki szparagowej, czyli szabel, zabielana śmietaną. Stefan Stuligrosz – ojciec „Poznańskich Słowików” przepada za parzybrodą z włoskiej kapusty, pokrojonej w długie frędzle ( dlatego parzy brodę przy jedzeniu). Krystyna Feldman, popularna Babcia z „Kiepskich” uwielbiała kiszczonkę- okazjonalny wywar powstający przy gotowaniu w trakcie świniobicia kaszoków, zymelek, leberek i salcefiksów ( czyli po polsku- kaszanek, bułczanek, pasztetowych i salcesonów). Popularny reżyser Filip Bajon – przez niektórych określany jako „szczun i wybijokno” z poznańskich Jeżyc, kocha Wielkopolskę za genialnie podawaną czerninę.

Andrzej z Waldkiem zgodnie twierdzą, że najbardziej poznańskie zupy to: Ślepe ryby- postna zupa z ziemniaków przecieranych przez cedzak, nazywana tak dlatego, że w garnku nie znajdziesz oka tłuszczu, Rumpuć- gęsta zupa ziemniaczana z marchwią, selerem, pietruszką, porem, słodką kapustą i fasolką szparagową – szablokiem, Naworka – popularna zupa śniadaniowa, z mleka i mąki. Korbolówka – zupa z korbola, czyli dyni przyrządzana na wiele sposobów, Białe kwaśne – rodzaj białego barszczu na wywarze z peklowanych golonek.

O pyrlandzkiej kuchni można opowiadać długo w noc. Zaręczam, że Andrzej i Waldek potrafią nie tylko świetnie i z humorem opowiadać, ale też perfekcyjnie gotować. W leśniczówce jedza nie szkodzi, tym bardziej, że coraz bardziej wiosenna wiosna zachęca do leśnych spacerów po posiłku. Poznańska kuchnia jest też oszczędna, bo nie jest to kraina ludzi rozrzutnych, stąd z pewnością zdrowa. Miłej i smacznej niedzieli!

 Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

23:41, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
piątek, 13 kwietnia 2012

Miniony tydzień to nieustanny pęd, pośpiech i godziny spędzone za biurkiem. Stało się to normą wiosną, w trakcie odnowień, gdy w krótkim czasie trzeba posadzić wiele hektarów nowego lasu. Tak jak rolnik w czasie żniw jest w ciągłej akcji, tak leśniczy w trakcie kampanii odnowieniowo- zalesieniowej. W tym roku w moim leśnictwie do obsadzenia miałem łącznie ponad 16 hektarów, głównie sadzonkami drzew liściastych. Dziś, trzynastego w piątek, zakończone zostało sadzenie na ostatnim zrębie, na przykładzie którego opisywałem Wam niedawno zmiany w lesie:

 Poznajecie? Dziś rosną tam już graby, dęby, lipy, klony.

 Całość zmuszony byłem ogrodzić, bo liściaste sadzonki to cenny pokarm dla licznych tu danieli:

A także saren i jeleni, których urozmaicony, pofałdowany teren zachęca do żerowania właśnie tu. Cały tydzień spędziłem w biegu z jednej powierzchni na drugą, aby dopilnować właściwej formy zmieszania sadzonych gatunków i utrzymania właściwej więźby, czyli odległości między sadzonkami. Nadal codziennie pojawiają się samochody po drewno, stąd to także mocno absorbuje uwagę i czas. Kończące się prace przy ogrodzeniach upraw i ostatnie wysadzane sadzonki to ulga i przyjemność. Teraz czas na opiekę nad młodymi dębami, bukami i lipami, satysfakcja, gdy wspaniale zielenią się i pną się w górę do światła.

Najpierw trzeba jednak przeżyć horror przy biurku. Przecież każdy leśniczy musi udokumentować i rozliczyć posadzone powierzchnie! Wymaga to wielu, wielu godzin przesiedzianych nad „papierami”. Moje biurko, jak i każdego leśniczego w tym czasie wyglądało cały tydzień tak:

 Sterty druków RW, WZ, zlecenia, zestawienia, protokoły godzinami wklepywane na małej klawiaturce rejestratora leśniczego. To prawdziwy horror! Nie ma jednak wyjścia i trzeba się z tym uporać.Ale dziś, pomimo pechowej „13” jestem bardzo szczęśliwy, bo zakończyłem rozliczenia i moje biurko jest znowu prawie puste. Co za ulga!

 Wcześniej, wczoraj wieczorem przeżyłem jednak inny horror za sprawą jakiegoś wrednego „kurojada”. Poszliśmy wieczorem z żoną do znajomych i zostaliśmy dłużej niż przewidywaliśmy. Przed wyjściem nie zamknęliśmy kurnika, bo nasze kury są szczęśliwe i spacerują sobie swobodnie wokół leśniczówki:

 Gdy wychodziliśmy było jeszcze jasno. Gdy wróciliśmy już późnym wieczorem do domu na zielonej trawie było biało od piór:

 Kurnik był pusty, a wokół było pełno piór. Na podwórzu leżał kogut z odgryzioną głową, jedna zakrwawiona kura, druga, kolejna… Ze smutkiem patrzyliśmy na ten żałosny widok. Zniknęło 10 kur i kogut. Prawdopodobnie to sprawka jakiegoś psa, bo lis cichcem wynosi kury i nie zostawia ich z odgryzioną głową. Już kiedyś także dobrał się do naszego kurnika. Teraz kolejny horror. Paskudny, złośliwy  kurojad! Podwórze jest takie smutne bez kurzego gwaru. Dziś w południe pojawiła się jedna kura, która ocalała z pogromu ale była strasznie wylękniona. Przeżyła przecież prawdziwy horror. Schowała się w gęstej kępie iglaków na trawniku i dlatego przeżyła.

 W przyrodzie jednak nic nie dzieje się na próżno i ma swoje zastosowanie, bo do piór, które pozostały jako jedyne wspomnienie po naszych kurach zleciało się mnóstwo wróbli. Zapamiętale zbierały pióra do budowy swoich gniazd:

 Będą miały puchowe posłanko. Pojechaliśmy z żoną dziś po południu do zaprzyjaźnionego hodowcy i kupiliśmy 8 kur i koguta. W ten sposób odmłodziliśmy nasze stado...  Obiecaliśmy im wcześnie zamykać kurnik, bo wystarczy już wszelkich horrorów!

Leśniczy Jarek- leśniczy@erys.pl

19:05, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
sobota, 07 kwietnia 2012

Gdy obudzi Was w niedzielny poranek klekotanie bociana, przeciągły okrzyk żurawi i ptasie trele za oknem, być może rudzika, który zabiera się za budowę gniazda:

 Zobaczycie za oknem cudowny błękit cebulic o poranku:

 Poczujecie boski zapach najbardziej fiołkowego dzikiego fiołka:

 Które ufiołkowały trawnik za oknem:

 z pewnością pomyślicie wtedy tak jak ja, że to święta…

 Na kuchennym blacie stoi uroczy, maślany baranek wydłubany wspólnymi siłami mieszkańców leśniczówki:

Mruga porozumiewawczo pieprzowym okiem i przypomina, że to szczególne święta. To święta cudu Zmartwychwstania, pamiątka zwycięstwa nad śmiercią i czas zadumy nad sensem życia. Wszystko to dzieje się w czasie, gdy w przyrodzie budzi się nowe życie.

Nabrzmiały, rozwijający się pączek pędu młodej lipy zagląda w kielich świeżego żonkila:

Złota forsycja jest jak wiosenne słońce, które ciepłymi promieniami, razem z poranną rosą budzi życie w świąteczny poranek:

 Słychać na ulicy pośpieszną krzątaninę ludzi, którzy idą na poranną rezurekcję do kościoła. Rezurekcja to wzięta z łaciny (resurrectio – zmartwychwstanie) nazwa uroczystego nabożeństwa w kościele katolickim, połączonego z procesją, odprawianego zwykle o 6 rano, które obwieszcza światu nowinę o zmartwychwstaniu Jezusa. W każdym domu w Wielkanocną Niedzielę zasiadamy razem do uroczystego śniadania. To także ważna chwila, bo tak jak w święta odradza się życie duchowe, wiosną odradza się w życie w przyrodzie, to przy stole, w rodzinnym domu umacnia i odradza się życie rodzinne…

 Po południu bez względu na pogodę i nie bacząc na złowróżbne prognozy warto wybrać się na świąteczny spacer. Najlepiej do lasu. Może Go spotkamy? Idziemy polną drogą wzdłuż lasu i oto jest:

 Nie, nie! To falstart, przecież to dziki królik a nie On! Naraz coś przemknęło pośród szarzyzny traw, które dopiero nieśmiało zaczynają się zielenić:

 Tak to On, oto jest we własnej postaci i macha do nas łapkami:



 Nasz Wielkanocny Zajączek!

 Wielkanocny Zajączek spotkany podczas rodzinnego spaceru niech przyniesie Wam do Waszego, rodzinnego gniazdka święty, świąteczny Wielkanocny spokój… Może też wybiczuje Was dla zdrowia brzozowymi rózgami i poleje Dyngusową wodą. Wesołych Świąt!

Życzy Wam razem z Zajączkiem:

 Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

13:50, lesniczy.lp
Link Komentarze (7) »
piątek, 23 marca 2012

Ze zgrozą przeczytałem wczoraj taki komunikat:

 Oficjalny komunikat Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Pile, podpisany przez Grażynę Wolskę, rzecznika prasowego:

 ,,Dwie osoby zginęły w pożarze leśniczówki w Leśnictwie Płociczno w Nadleśnictwie Zdrojowa Góra (RDLP w Pile). 21 marca ok. godz. 17 dyżurny z wieży obserwacyjnej nadleśnictwa zauważył dym w okolicach wsi Dobrzyca pod Piłą. Pożar został zlokalizowany w leśniczówce znajdującej się na skraju wsi w lesie. Leśnicy, którzy jako pierwsi pojawili się na miejscu zdarzenia, próbowali gasić pożar za pomocą dostępnego sprzętu. Później w gaszeniu pożaru uczestniczyły jednostki straży pożarnej z Piły i Złotowa. Strażacy po zlokalizowaniu ognia i przeszukaniu domu znaleźli w nim zwęglone zwłoki dwóch osób, które nie zostały jeszcze zidentyfikowane. Dogaszanie pożaru trwało do dzisiejszego ranka. Obecnie na miejscu zdarzenia pracują ekipy dochodzeniowo - śledcze Prokuratury Rejonowej w Złotowie i złotowskiej policji.''

 Około godziny dwudziestej strażacy otrzymali wezwanie na Płotki, gdzie płonął samochód. Pożar auta został szybko ugaszony. Okazało się, że był to samochód Skoda Fabia należący do zamordowanego w leśniczówce małżeństwa. Prawdopodobnie morderca lub mordercy odjechali nim z leśniczówki i po przejechaniu kilku kilometrów podpalili go, aby zatrzeć ślady.

 To było morderstwo, bo dziś stało się to już, niestety, pewne…

Informacja dzisiejsza około godziny 13:

 „Zakończyła się sekcja zwłok dwóch ofiar, znalezionych w leśniczówce. Jak potwierdziła Anna Pacholik, prokurator rejonowy w Złotowie, każda z ofiar została kilkakrotnie ugodzona nożem”.

To straszne. Leśniczy Zdzisław pracował w tym nadleśnictwie ponad 30 lat. Nikt nie słyszał, aby miał wrogów. Nie miał zatargów ze złodziejami drewna czy kłusownikami. Jednak do cichej leśniczówki na skraju wsi przyszli zwyrodnialcy, aby zabić leśniczego i jego żonę Aleksandrę, która była nauczycielką katechezy w szkole podstawowej...

Policja apeluje do wszystkich, którzy mają jakąkolwiek wiedzę na temat zdarzenia, o natychmiastowy kontakt - 997, bądź z Prokuraturą Rejonową w Złotowie - 67 263 26 42. Wszelkie informacje będą pomocne w ustaleniu okoliczności zdarzenia. Policjanci z Wydziału Kryminalnego KWP w Poznaniu czekają na sygnały w tej sprawie pod numerem telefonu komórkowego 605 196 802 stacjonarnym 61 84 137 50 lub 997.

 Nadleśnictwo Zdrojowa Góra w Pile wyznaczyło nagrodę - 10.000 zł. dla osoby, która przekaże istotne informacje o sprawcach, albo wskaże sprawców podpalenia leśniczówki. Na miejscu, godzinę przed pożarem, widziano dwóch młodych mężczyzn. Policjanci proszą o kontakt osoby, które widziały jeżdżącą po okolicy czarną skodę fabia combi.

Mam nadzieję, że znajdą się świadkowie w tej sprawie i pomogą w rozwikłaniu tej makabrycznej historii. Z leśniczówki zginęły 3 sztuki broni myśliwskiej: sztucer cal. 30-06 z 1984 roku, model Monte Carlo; strzelba BOCK cal. 12/70 z 1974 roku, model TOZ; strzelba Dubeltówka cal. 12/70 i 16/70 model MERKEL.

Informacje pochodzą m.in. ze strony http://www.asta24.pl/news-news-2262

 W tej samej leśniczówce w 1945 roku Rosjanie zastrzelili niemieckiego leśniczego i jego żonę. Nadleśniczy już podjął decyzję o zburzeniu spalonej leśniczówki. Wystarczy już tragedii w tym budynku…

Trudno tu o jakikolwiek komentarz, mam tylko nadzieję, że sprawcy tej zbrodni zostaną szybko schwytani. Nie warto ich stawiać przed sądem, lepiej starym leśnym zwyczajem posadzić na mrowisko i obciążyć granitowymi słupkami oddziałowymi, żeby zbyt szybko nie wstali… Mrówki czyszczą las z każdej padliny.

 Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

20:50, lesniczy.lp
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5