Ostatnie wpisy
Zakładki:
|
Wpisy z tagiem: leśniczówka
wtorek, 21 lutego 2012
Dzisiaj mamy Międzynarodowy Dzień Języka Ojczystego. Święto to zostało ustanowione przez UNESCO w 1999 roku i jest z pewnością okazją, by zwrócić uwagę na konieczność ochrony różnorodności językowej i docenić piękno ojczystego języka. Polszczyzna jest jednym z 25 największych języków na świecie – posługuje się nią ponad 40 milionów ludzi w Polsce i poza jej granicami. Język jest doskonałym przewodnikiem po polskiej kulturze i wiąże grupy społeczne, profesje, pokolenia. To między innymi za sprawą wspólnego języka ludzie, którzy żyją w różnych częściach świata, należą do różnych środowisk czy pokoleń – czują, że należą do jednej wspólnoty. W polskim języku ta wspólnota nazywana jest Ojczyzną. Są też specyficzne języki, które można wyodrębnić z polskiej mowy. Gdy usłyszę gdzieś w mieście zdanie: „Wczoraj ledwo zdążyłem wklepać w psiona parę sztapli i dwie mygły tartaczki, a już dzwoni wozak, że kończy ostatnią raję naczepy i czeka na kwity…” to jestem pewien, że to spotkali się leśnicy. Język leśników najeżony jest dziwnymi, niezrozumiałymi dla laika słowami, a wciąż dochodzą nowe „dziwolągi językowe”: harwestery, transfery, ekotony, feromony… Istnieją w polskim języku gwary, dialekty, slangi. To nic zlego, wręcz przeciwnie. One cementują środowiska i grupy społeczne, budują wzajemne relacje. Jednak prawdziwy, polski, literacki język ojczysty jest tylko jeden i wszyscy mamy obowiązek dbać o niego oraz szanować zasady języka polskiego. Także pisząc blogi, które są współczesnymi pamiętnikami… Współczesny, coraz bardziej cyfrowy świat niezbyt dobrze obchodzi się z naszym językiem. Mało ze sobą rozmawiamy, coraz rzadziej piszemy, niechętnie czytamy. Pisząc sms wyrażamy emocje „buźkami”, w emailach podobnie, zamiast sięgać po książki, słuchamy „ebooków”. Nawet instrukcje obsługi różnych sprzętów coraz częściej pisane są „pismem obrazkowym”. A nasz piękny język, a słowo? Czy zastanawialiście się kiedyś czym dla Was jest słowo? Ponad wszystkie wasze uroki Ty! poezjo, i ty, wymowo Jeden wiecznie będzie wysoki: * * * * * * * * * * * * * * * * Odpowiednie dać rzeczy słowo! Cyprian Kamil Norwid Słowo to elementarna część mowy. Słowo to znak języka- zespół dźwięków mowy ludzkiej, będący symbolicznym oznaczeniem jakiegoś pojęcia. Jest to obraz naszej myśli, bo przecież myślimy słowami. Słowo zatem nas definiuje, zdradza nasze myśli, jest naszym określeniem, a jednocześnie ilustracją naszego stosunku do świata. Czasami słowa nie trzeba wypowiadać. Wystarczy ubrać krawat w odpowiednim kolorze, np. w biało- czerwone paski czy moherowy beret, wykonać gest głową lub zgiąć łokieć w tzw. geście Kozakiewicza. Wystarczy. Nie trzeba nic mówić, to także słowo. A bywa i tak, że milczenie jest słowem… A ile jest słów na świecie? Biblijne porównanie: „liczny jak piasek na morskim brzegu i gwiazdy na niebie”, można dziś z powodzeniem zastąpić zwrotem: „liczny jak słowa na świecie”. Każde słowo ma inne znaczenie, nawet to pozornie brzmiące tak samo, bo dla znaczenia słowa ważny jest też kontekst wypowiedzi. Słowa wypowiada się z miłością, ale też z wściekłością, wypowiada się je z bólem, wypowiada z żalem, ale też z radością, euforią, smutkiem i nostalgią, z ironią i szyderstwem, z uznaniem i dumą. Czasem słowa są ulotne jak tropy na śniegu:
Czasem są trwałe jak kamień i mają ogromną siłę rażenia.W odpowiednim czasie, miejscu, sytuacji, odpowiednio dla osoby, myśli, nastroju dobrać odpowiednio słowo to cała sztuka! Sztuka, której zwykle trudno się nauczyć, raczej trzeba się z nią urodzić. Aby odpowiednie dać rzeczy słowo może trzeba być poetą, a „poetą się nie jest, poetą się bywa” jak innym razem zauważa Norwid. Jednak w życiu miewamy sytuacje nie tylko poetyckie i uduchowione, mamy też takie, które są nazywane „prozą życia”. W takich sytuacjach też musimy wiedzieć jakie jest odpowiednie słowo. Czasami kilka dobrze dobranych słów rozładuje napiętą sytuację: Jest to niesłychanie ważne dla naszego istnienia w rodzinie, społeczności, dla naszego bytu zawodowego i społecznego. Umiejętność dokonywania wyboru właściwego słowa w różnych sytuacjach, które niesie nam życie, to klucz do osiągnięcia życiowego sukcesu. Słowa budują język, a język to narzędzie sukcesu w każdej dziedzinie życia. W domu, w pracy, wszędzie, gdzie spotkamy ludzi, którzy posługują się tym samym językiem. Każdy chce być właściwie zrozumianym, każdy chce dobrze oceniać i każdy chce dobrze nazywać swoje i czyjeś myśli, uczucia, wrażenia. Słowo i cały język ojczysty buduje i określa nasz świat, naszą życiową drogę, nasz sens istnienia. Dotyczy to także leśników, którzy nie są mrukliwi, ponurzy i zamknięci w leśnym gąszczu. Leśnicy także pracują słowem i w polskim, ojczystym języku opowiadają o lesie tym, którzy sami nie potrafią lub nie mogą go poznać. Zapraszam do bibliotek i poznania książek pełnych piękna leśnego języka ojczystego. Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl
poniedziałek, 06 lutego 2012
Mróz dzisiaj siarczysty. Rano było 21 stopni poniżej zera. Nie ma żartów! To już poważna zima. Mój Rokuś niemrawo zakręcił rozrusznikiem, zaprotestował „pomarańczem kontrolek” i odmówił współpracy. Zima mu się nie podoba! Zaaplikowałem mu „doping” i podłączyłem do akumulatora prostownik. Osobowy Focus odpalił bez problemu z triumfem demonstrując po raz kolejny przewagę „benzyny” nad „dieslem”. Każde auto ma plusy i minusy. Pojechałem na zrąb przy szosie sprawdzić ile drzew ścięli w sobotę „zulowcy”. Praca w akordzie nakazuje zapominać o wolnych sobotach i trzaskającym mrozie. Focusa postawiłem na poboczu szosy i pobiegłem w las- to dobra rozgrzewka. Obszedłem szybkim krokiem cały, ponad trzyhektarowy zrąb. Zaplanowałem przy okazji drewno opałowe do jutrzejszej sprzedaży i zrobiłem sobie szkic ustawienia stosów. W innych oddziałach, gdzie mam opał na sprzedaż przezornie zrobiłem to wcześniej. Łatwiej wtedy dogadać się z klientami przy wystawianiu asygnat. Jeden chce drewno jak najgrubsze, inny woli cienkie. Szkic pomaga mi też łatwiej „skomponować” ilość wywozową opału, bo każdy ma inny środek transportu. Lepiej przygotować sobie „logistykę” sprzedaży wcześniej, bo gdy przyjdzie pełna kancelaria klientów, każdy się śpieszy, a ja także mam inne sprawy. Zaraz po zakończeniu wystawiania asygnat wysyłam dane do komputera nadleśnictwa i jadę rozliczyć sprzedaż. Do nadleśnictwa 18 km, a droga kręta, biała i śliska. Na zrębie okazało się, że „zulowcy” sosny ścięli, ale nie pozbierali z nich szyszek. Odwołałem zaplanowaną na jutro zrywkę, bo szyszki cenna rzecz i dopóki nie zostaną pozbierane nie wpuszczę ciągnika zrywkowego. O ile odpali przy takim mrozie… Ułożyłem sobie też plan co jeszcze trzeba tam wyciąć, bo to specyficzny zrąb wykonywany rębnią częściową. Nie tnie się tam wszystkich drzew. Usuwa się około 70% najstarszych drzew, chroni już istniejące naloty z naturalnego odnowienia. Wytrzymałem na mrozie 3 godziny i „lekko zmrożony” wróciłem do leśniczówki. Dorzuciłem akacjowych szczap do pieca i odpaliłem rejestrator. Muszę tam wklepać mnóstwo danych do szacunków brakarskich na 2013 rok. Leśniczy nigdy się nie nudzi, nie ma takiej opcji… Po dwóch godzinach „pisania sms” bo tak na skróty ta praca „na rejestratorze” wygląda, zesztywniał mi kark. Trzeba zrobić przerwę. Zaniosłem ciepłą wodę moim kurom, dosypałem im ziarna, "przewietrzyłem" psa i zajrzałem do ptasich karmników. Ruch tam jak w stolicy: Drugi karmnik opanowały także dzwońce, które „wygryzały” czyże: Dziś pojawiło się ich sporo, choć dzwońce zawłaszczyły sobie cały zapas słonecznika. Pod świerkiem siedział zmarznięty szpak obok kosa i oba wystartowały z okrzykiem, gdy przechodziłem obok. Gdzież ten szpak tu się zaplątał? Kos zainteresował się jabłkami, które wczoraj wysypałem pod jabłonią. Śnieg wokół popisany był tysiącami małych ptasich łapek. Jabłka to także atrakcyjny pokarm dla ptaków w taki mróz. Jednak kos szybko „dostał kosza”, bo jabłka były czujnie strzeżone: To pojedynczy kwiczoł zasmakował w takim pożywieniu. Pewnie nic innego nie mógł znaleźć. Wcześniej całą gromadą kwiczoły zjadły to, co zostawiłem im na jabłoni. Pogonił kosa i sam zaczął degustować pyszne jabłuszko z mojego sadu: Poszedłem do domu, usiadłem pół godziny za oknem i zrobiłem na gorąco ptasi fotoreportaż. Zobaczcie co przylatuje posilić się jednym jabłkiem leżącym na śniegu pod domem. Gdy kwiczoł na chwilę odleciał na pobliską lipę pojawił się samiec zięby: Potem przyleciała modraszka: Przegoniła ją bogatka: Pojawiło się kilka zięb, mazurków i sikora uboga ( bardzo podobna do czarnogłówki), którą zaraz pogoniła czupurna bogatka:
Przymierzał się także czyż, ale siedział i siedział na modrzewiu:
Jabłko wciąż było zajęte i topniało w oczach. Za chwilę wrócił do niego kwiczoł i „rozpracował” je do ogonka. Wróciłem do swojego rejestratora i „wklepałem” wszystkie zręby, trzebieże wczesne i czyszczenia z pozyskaniem drewna. Wciąż jednak myślałem o tym jabłku. Bo pomyślcie, ile jabłek codziennie trafia do pojemnika na odpadki? Wystarczy je podrzucić pod jakieś krzewy, na trawnik, może w okolice karmnika i ile ptaków ma wtedy z niego pożytek. Nie trzeba wymyślnej karmy, eleganckiego karmnika, a ilu ptakom można pomóc w ten trudny czas. Jedno jabłuszko, a ile sprawi dobra. Wystarczy je podrzucić ptasim przyjaciołom. Weźcie to sobie głęboko do serca, nucąc za Kabaretem Elita: …Zanim zniknie pod betonem osiedlowych skwerków reszta, A w piwnicy odda ducha szara mysz, Zanim wszystko co zielone, co w pachnącej trawie mieszka Na podeszwach rozniesiemy wzdłuż i wszerz… Do serca przytul psa, Weź na kolana kota, Weź lupę popatrz - pchła, Daj spokój, pchła to też istota. Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl
niedziela, 29 stycznia 2012
Wielu ludzi myśli, że leśnicy nosa nie wyściubiają poza las i wciąż żyją borem i jego sprawami. Sporo w tym prawdy, ale nie do końca. Bo każdy z nas leśników najlepiej czuje się w lesie i najczęściej nie przepada za tłumem oraz zgiełkiem miasta. Jednak czasami, aby zachować równowagę ducha i zupełnie” nie zdziczeć” żyjąc sprawami drewna, zwierząt i lasu, trzeba zmienić choć na parę godzin styl życia. Dobrze jest odpocząć od telefonów i myślenia co ze zrębem, sprzedażą drewna czy planowaniem zadań dla „zulowców”. Czasami trzeba zostawić w szafie zieloną koszulę i spodnie „moro”, a wskoczyć w cywilny garnitur i wybrać się do kina, teatru lub ciekawy koncert. Nie można też spotykać się tylko z „leśnymi” ale mieć także i innych przyjaciół, inne tematy rozmów i swoimi zainteresowaniami wykraczać poza las. Inaczej łatwo się wypalić, „zasiedzieć” w zastanych postawach i poglądach. Bo żeby mądrze zarządzać lasem należy być także blisko ludzi i rozumieć ich potrzeby. Raz na jakiś czas warto zmienić rozkład dnia czy tygodnia i urządzić sobie weekend dla siebie i najbliższych. Leśniczy ma mało czasu dla siebie, bo praca zawodowa mocno wkracza w jego życie i całej rodziny. Stąd warto czasem zmienić „klimat”. W piątek wybrałem się z żoną do teatru i. J. Osterwy w Gorzowie. Artur Barciś, znany aktor telewizyjny wyreżyserował znakomity spektakl pod tytułem „Kochać”:
Akcja toczy się w niewielkiej kawiarni w latach 60, a przez całą sztukę nie usłyszymy ani słowa monologu. Aktorzy opowiadają historię postaci pojawiających się na scenie tańcem i piosenkami Piotra Szczepanika. To świetna rozrywka, oddająca „klimatyczność” dawnych lat, pozytywnie nastrajająca do wspomnień. Byliśmy wcześniej także na reżyserowanej przez A. Barcisia sztuce „Trzy razy Piaf”, która także była świetna. Jednak bardzo liryczne piosenki Szczepanika sprawiły, że widziałem na widowni teatru wiele par, które ze wzruszeniem trzymały swoje dłonie splecione z dłońmi kochanej osoby. Mieliśmy fajne miejsce w pierwszym rzędzie na balkonie to przyjrzałem się dokładnie! Każdemu są potrzebne takie romantyczne chwile. Zwykle leśnik ma w sobie sporo z romantyka. Był to dla nas dwojga bardzo miły wieczór, a mam już w kieszeni bilety na koncert Michała Bajora, który pojawi się w gorzowskim teatrze 2 marca. Nazajutrz w sobotę odwiedziliśmy przyjaciół. Mieszkają w uroczym domku na ogródkach działkowych, bo znudziło się im życie w bloku i mają tam kominek. Siłą rzeczy rozmawialiśmy Niedziela, jak w piosence także miała być dla nas i w zasadzie udało się zrealizować plan. Ostatnie dni były mroźne, a telewizyjny „Meteo-Krecik” zapowiada nawet ponad 20 w minusie! Uszczelniłem okna w piwnicach i zadbałem o uzupełnienie karmy dla pierzastych przyjaciół. Ruch Kwiczoły i kosy obsiadły jabłonie i korzystają z pozostawionych dla nich jabłek. Kos podbiega co chwilę do jabłka, z którego korzysta na zmianę z bogatką:
Dzięcioł Antek woli słoninę:
Zielonożółto zrobiło się od dzwońców, które czasami rozgoni grubodziób. Pod karmnikami resztki
Nawet kowalik zwabiony tabliczką z logo Lasów Państwowych wie, że znajdzie tu coś ”na dziób”. Zagląda w każdą szczelinę szopy na drewno:
Wieczorem zasiadam do lektury, bo mam zaplanowaną „prasówkę”, gdyż zebrał się spory stosik prasy regionalnej i ostatnie numery „Angory” i „Polityki”. Jutro ubieram się na zielono i wracam wypoczęty do lasu. Dwa dni bez lasu stanowczo wystarczą. Bo leśniczy czasem odpoczywa od lasu, ale żyć bez niego jednak nie może. Leśniczy Jarek- leśniczy@erys.pl
czwartek, 26 stycznia 2012
Pewnie to nie atak hakerów, ani protest związany z "zadymą" wokół sprawy ACTA ale przy publikacji ostatniego wpisu dotyczącego kanonu polskiego bigosu miałem wielkie problemy techniczne. Pozostała po nich "łatka" na fragmencie tekstu, uniemożliwiająca odczytanie. Wklejam poniżej nieczytelny fragment:
"podczas I Debaty Kulinarnej, która odbyła się 18 maja 2007 roku we Wrocławiu, Narodowa Kapituła Smaku w składzie: Hanna Szymanderska- niezależny ekspert kulinarny, autorka książek kulinarnych, Grzegorz Russak- niezależny ekspert kulinarny, prezes Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego, Stefan Birek- szef kuchni Hotelu Lord W Warszawie" reszta tekstu po moich dłuuugich zmaganiach z oporem materii jest OK. Jestem przekonany, że ten mały problem nie wpłynie na wspaniały smak bigosu przyrządzonego zgodnie z podanym kanonem. Pozdrawiam Wszystkich czytelników bloga!
Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl
środa, 25 stycznia 2012
We wtorek miałem silne natarcie klientów detalicznych. Sprzedałem tego dnia około 150 m3 drewna czyli 5 wielkich TIR-ów! Wystawiłem 28 asygnat na drewno, a dziś w lesie wydawałem je nabywcom. Ostatnio miałem sporo pracy także przy lasach niepaństwowych, bo nadzoruję gospodarkę prowadzoną w nich przez właścicieli prywatnych. Jest tych lasów około 300 ha, porozrzucanych często pośród „moich”, czyli naszych, państwowych. Mam z nimi sporo pracy i … kłopotów. Opowiem Wam o tych sprawach innym razem, bo pewnie warto poznać je bliżej, gdyż gospodarka w lasach prywatnych interesuje wielu ludzi. Od poniedziałku fajnie się ochłodziło i zrobiło się w moich okolicach tak jak lubię : sucho, lekko mroźnie i słonecznie: Śniegu na razie nie widać i chodzę po lesie po „czarnej stopie”, bo tak po leśnemu mówi się na bezśnieżną, zamarzniętą lekko ściółkę. Wreszcie chodzę, a nie taplam się w błocie… Po południu wyraźnie widać, że dzień już się wydłużył. Może tylko na przysłowiowy „barani skok”, ale zawsze coś. Chłodniejsze dni z pewnością zachęcają do myślenia o bigosie. Sądząć po komentarzach czekacie na obiecany przepis. To wspaniała i najbardziej chyba polska potrawa. O znaczeniu tego kulinarnego dzieła dla dorobku polskiej, tradycyjnej kuchni świadczy fakt, że podczas I Debaty Kulinarnej, która odbyła się 18 maja 2007 r we Wrocławiu Narodowa Kapituła Smaku w składzie: Hanna Szymanderska - niezależny ekspert kulinarny ,autorka książek kulinarnych, Grzegorz Russak – niezależny ekspert kulinarny , prezes Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego Stefan Birek - szef kuchni Hotelu Lord w Warszawie, Janusz Profus – ekspert kulinarny, Maestro Czekolady Cadburry Wedel Henryk Dumin – etnolog ,niezależny ekspert kulinarny, Urząd Marszałkowski Wrocław Jadwiga Juszko - szefowa kuchni Holliday Inn Wrocław Janusz Stańczyk – znawca polskiej kuchni , sekretarz Narodowej Kapituły Smaku Robert Stelmaszyk - szef kuchni Hotelu Grand w Sopocie Jacek Szczepański - szef kuchni, niezależny ekspert kulinarny określiła kanon tradycyjnego polskiego bigosu. Czasem gotuje się go jak Mistrz Russak w solidnym kotle: Najlepszy na domowe potrzeby jest jednak kaflowy piec kuchenny taki jak w mojej leśniczówce: Piec elektryczny i gazowy też spełni swoją rolę, ale potrawy gotowane na żeliwnej płycie ogrzanej drewnem mają inny smak. Renia piecze mięso w kamionkowym naczyniu, które stoi na naszym piecu. Ma ono zupełnie inny, niepowtarzalny smak. Według kanonu polskiego bigosu tworzą go następujące składniki: posiekana kapusta kiszona i słodka, esencjonalny bulion, czerwone peklowane mięso ( powinno ono stanowić 30% użytego do bigosu mięsa), dziczyzna, mięsa pieczone i gotowane (wieprzowe, wołowe) tłusty drób (mięso kacze i z gęsi) kości wędzone (do bulionu) słonina (do przesmażania z mięsem) przyprawy: ziele angielskie, listek laurowy, całe ziarenka pieprzu, kminek, jałowiec, tymianek, majeranek grzyby suszone jabłka, odmiany polskie winne (antonówka, szara reneta) cebula suszone śliwki Sposób przyrządzania: 1) Przygotować wywar z wędzonych kości (schab, żeberka). Przedstawione wyżej składniki i sposób przygotowania stanowią obowiązujący kanon tradycyjnego polskiego bigosu. Oczywiście uznaje się regionalne odmiany tej potrawy, w których proporcje składników zależą od gustów, upodobań i tradycji mieszkańców danego regionu. Wielka ilość składników, używanych do gotowania bigosu, upoważnia do stosowania innych dodatków i przypraw poza tymi, które określa kanon. Dla nadania bigosowi specyficznego, wyrafinowanego smaku można dodawać: musztardę sarepską, miód, np. gryczany, wino lub nalewki, rodzynki, pomidory lub przecier pomidorowy. Wcześniej trzeba też zrobić zapas leśnych grzybów:
Taki jest kanon, ale pamiętajmy, że Polacy są wielkimi indywidualistami i każdy ma swoje pomysły oraz tajemnice kulinarne. Jak nieopatrznie zbyt długo zasiedzimy się przed telewizorem, to natychmiast zauważymy, że dziś w Polsce wszyscy gotują i są ekspertami kulinarnymi. Bądźmy raczej ostrożni z wyborem autorytetów kulinarnych, a ja wierzę w to co mówi Wielki ( bo trochę waży i mierzy chłopisko, ale nie tylko z tego powodu jest Wielki)) Grzesiek Russak: Wykwintnego myśliwskiego bigosu nie gotuje się z tego co zostało, ale z mięs , pieczeni i wędlin szykowanych specjalnie na to danie . Podstawą jest, aby mięsa było więcej niż kapusty… Wiemy jednak, że w wielu sklepach z wędlinami jest asortyment o nazwie "bigosowe"...Po degustacji wspaniałego bigosu przygotowanego według kanonu nie zawadzi skosztować jakiejś znakomitej nalewki z pięknego kieliszka na wysokiej nóżce. Według mnie najlepsza jest tu tarniówka lub ulubienica mojej żony- nalewka ze śliwek węgierek. Zrywam je z narażeniem życia z wierzchołków starych śliw na śródpolnych alejach, choć niewiele ich już zostało. Na słoik nalewki i gar powideł zawsze jednak starczy. Po biesiadzie, np. takiej jak przygotowują leśnicy na różnych imprezach:
( nie mylić biesiady z lunchem, gdzie spożywamy zwykle „żywność śmieciową” polaną dla niepoznaki dipem) warto zajrzeć do „Pana Tadeusza”: „... Potrawą nie lada Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa. Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta, Która wedle przysłowia sama idzie w usta; Zamknięta w kotle, łonem wilgotnym okrywa Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa; I praży się aż ogień wszystkie z niej wyciśnie Soki żywne, a z brzegów naczynia war pryśnie I powietrze dokoła zionie aromatem...”
Kto nie zna takich smaków wywodzących się z polskiej kuchni i bogactwa darów lasu, a jada popularne "specyfiki z gatunku fastcośtam" często zagląda do aptek. Jest ich w naszych miastach coraz więcej i są skutecznie reklamowane przez media, a ostatnio także przez poczynania naszych prawodawców… Życzę Wam smacznego zachwytu nad polskim bigosem - geniuszem polskiej tradycji. Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl
niedziela, 22 stycznia 2012
Cały tydzień było mokro i błotniście, że hej. Drewno leży w lesie i nadal nie ma szans na wywóz. Moi zulowcy działają w trzebieżach wczesnych, czyli w drzewostanach około 20-letnich i pozyskują tyczki oraz żerdzie, przeznaczone do produkcji surowca na zrębki. Powstają z niego płyty wiórowe. W piątek kontrolowałem zapasy w lesie i przygotowałem partię drewna opałowego do sprzedaży, która będzie we wtorek. Zapowiada się solidna grupa nabywców, bo pomimo łagodnej zimy palić w piecu trzeba. Ceny detaliczne niewiele się zmieniły, zaledwie o 3-4 złote na metrze, choć zgodnie z polską tradycją wszystko drożeje od nowego roku. A skoro o tradycji mowa, to w niedzielny dzień może opowiem Wam o staropolskim karnawale i tradycyjnym myśliwskim bigosie. Czytam w wolnych chwilach o polskich tradycjach, ostatnio zakupiłem świetną książkę Hanny Szymanderskiej „Polskie tradycje świąteczne”:
Mam już w swojej bibliotece sporo ciekawych książek o obyczajach, tradycjach i staropolskiej kuchni. Bo przy stole spotykają się ludzie:
wspólnie biesiadują i po bogactwie kuchni poznaje się kulturę narodu. Miałem okazję poznać już wielu znakomitych polskich kucharzy. Sporo ciekawych przepisów zdradził nam i mnóstwo ciekawostek opowiada w pszczewskiej leśniczówce Grzegorz Russak, który odwiedza nas czasem: Przekazał i mnie, i mojej żonie maleńką cząstkę swojej szerokiej wiedzy i nauczył szacunku dla staropolskiej kuchni. Choć przyznał się, że takiego drożdżowego makowca jak według starej receptury piecze Renia, nie umie przygotować… Jestem przekonany, że jest najznamienitszym znawcą polskiej kuchni i tradycji, niezrównanym gawędziarzem oraz wspaniałym człowiekiem. Mimo, że zima jak na razie jest dość jesienna, przynajmniej w moich stronach to mamy karnawał. Staropolska nazwa karnawału to Zapusty. Trwa on od Trzech Króli- w tym roku było to 6 stycznia, do Wielkiego Postu, który rozpoczyna się w środę popielcową 22 lutego. We wtorek 21 lutego będą Ostatki. Czasu na świętowanie w gronie rodziny i przyjaciół jest niewiele, a zatem pamiętajmy, że jesteśmy w czasie karnawału, czyli Zapustów. Podobno nazwa ta wzięła się od postaci słowiańskiego bożka Pusta, który został wymyślony przez naszych przodków na wzór Bachusa, aby uprzyjemniał im zimowy czas. Przebierali pociesznie jakiegoś parobczaka, sadzali go na sanie przybrane jedliną i wio! w las, na kulig! A za saniami z Pustem dziesiątki innych, pośród wesołych nawoływań pędziły za Pustem. Tak możemy wyczytać w mitologii słowiańskiej. Kulig był kiedyś zabawą dla szlachty, dziś każdy może się tak zabawiać, tylko niezbędny jest śnieg, dobry humor i leśny, myśliwski bigos. Bigos to tradycyjna, polska potrawa, nieodparcie kojarząca się z myślistwem i lasem! Cóż może być wspanialszego niż bigos po całym dniu spędzonym w lesie na solidnym mrozie? Albo właśnie po kuligu urządzonym po leśnych drogach w sobotni wieczór w gronie przyjaciół i rodziny? Czasami może być to rodzinny kulig w „wersji mini”, kiedy z braku konia ciągam moje trzy damy:
W literaturze nie znajdziemy jednoznacznego wyjaśnienia słowa bigos, prawdopodobnie pierwotnie używano tego słowa do określania sposobu siekania. W dawnej Polsce „bigosowano” niektórych szablą, gdy krzywo patrzyli na Rzeczpospolitą lub porządnych Polaków… Siekano coś na bigos, a wywodząc to słowo z łaciny można mówić o połączeniu dwóch smaków. Bigosem nazywano w XVI wieku galaretę z siekanego mięsa. Od XVIII wieku, jak podają źródła, bigosem już nazywano danie z kapusty i mięsa (składniki oczywiście były siekane). Przepisów na bigos jest wiele i różnią się one składnikami, a dokładniej składnikami dodatkowymi np. dodaje się: suszone grzyby, śliwki, maderę lub wino, pomidory, jabłka, cebulę. W kuchni staropolskiej mamy jeszcze bigos z wiwatem, czyli podgrzewany w garnku szczelnie zamkniętym pokrywką (uszczelniaczem było ciasto) a wystrzelenie pokrywki pod wpływem ciśnienia oznajmiało gotowe danie do spożycia. Często właśnie taki bigos zabierano do sań na kulig w Zapusty. Nasz tradycyjny, polski bigos to wspaniała potrawa, rozpoznawalna przez smakoszy z całego świata. Powinna to być rozpoznawalna wizytówka Polski w świecie. Oczywiście jeżeli mówimy o prawdziwym bigosie, a nie o żałosnej kupce kapusty z fragmentami parówki, którą czasami niektórzy ludzie usiłują serwować na stoły. A prawdziwy bigos to poezja smaku, aromatu, tradycji i historii, bo jego receptura to lata doświadczeń polskiej, znakomitej kuchni. Pamiętać jeszcze trzeba o radzie mojego zacnego przyjaciela Grzegorza Russaka: Bardzo dobre rzeczy gotuje się z bardzo dobrych rzeczy, czyli, żeby potrawa była znakomita, równie znakomite muszą być składniki! Większość tych znakomitych składników znajdziemy w lesie. To także misja leśników, żeby dbać nie tylko o drewno i las jako element gospodarki narodowej, ale także o zwierzynę i zioła, owoce leśne, grzyby, pszczoły. Leśnicy dbają też o tradycje i przekazują swoją wiedzę wszystkim, którzy chcą ją posiąść. Chętnie i przy każdej okazji prezentują leśne smaki:
Niebawem przekażę Wam przepis na leśny bigos według Russaka i Narodowej Kapituły Smaku. Kto ma śnieg niech rusza wybrać trasę na kulig. Inni, pozbawieni białej zimy może zadowolą się spacerem i umówią z przyjaciółmi na spotkanie przy tradycyjnych polskich specjałach. To lepsze niż sushi, chipsy i inne takie…
Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl
piątek, 13 stycznia 2012
W tym tygodniu wykorzystuję zaległy urlop. Wcale nie wiąże się to z leniuchowaniem, choć pewnie przydałoby się trochę „nicnierobienia”… Odpoczywam od pracy, choć tak nie do końca, bo co jakiś czas telefon przypomina o istnieniu sprzedaży detalicznej, remontu dróg albo innym leśnym wydarzeniu. Ale leśniczym się jest, a nie się bywa i przyzwyczaiłem się już. Skorzystałem z zaproszenia serdecznego kolegi leśnika Artura i odwiedziłem go w jego leśniczówce położonej na skraju Parku Narodowego Ujście Warty:
Nad rozlewiskami ruch wśród ptaków. Latają chmury gęsi, kręcą się bieliki, a na łące para żurawi pokrzykiwała jakby była pełnia wiosny. To szare pomiędzy wierzbami to para żurawi:
Wracając od Artura, gdzie spotkałem się także z dawnym kolegą z Technikum Leśnego w Rogozińcu Piotrem z Lubniewic wdrapałem się na wieżę widokową: Z przyjemnością oddałem się chwili zadumy, obserwując kręcące się ptaki. Wspominałem sobie dawne czasy, gdy dość aktywnie zajmowałem się ornitologią. Przelatujące łabędzie przypomniały mi obóz ornitologiczny w Przemkowie, gdzie znakowaliśmy i obrączkowaliśmy łabędzie. A Słońsk zawsze kojarzy mi się z oharami, o których Jacek Engel, pykając fajkę mówił z dumą: „Ohary to zobaczysz kolego tylko w Słońsku, koło Pompowni”. Ohary to bardzo kontrastowo, czarno-biało ubarwione kaczki, trochę większe od krzyżówki. W zasadzie wyglądają jak ogniwo pośrednie pomiędzy kaczką, a gęsią. To ciekawe ptaki, bo gnieżdżą się w… norach po lisach, borsukach lub dzikich królikach. Czasami korzystają z jam pod wykrotami, gnieżdżą się też w norach zrobionych w stogach siana, a czasem też pod podłogą budynków. Młode są zagniazdownikami i sprawnie maszerują, czasem nawet kilka kilometrów, do wody za swoimi rodzicami. Są zagrożone wyginięciem i skrajnie nieliczne i tego dnia także ich nie zobaczyłem. Zauważyłem jednak ślady bytności fanów „Kolejorza”, choć bliżej im do potomków Wandalów, o których wcześniej pisałem:
Miałem trochę różnych wyjazdów, bo wczoraj byłem w Poznaniu, a wcześniej w Gorzowie. Odebrałem bilety na koncert Michała Bajora, którego, wspólnie z żoną, jesteśmy zagorzałymi fanami. Koncertuje w Teatrze im. J. Osterwy w Gorzowie 2 marca. Już się cieszę na ten wyjazd i włączam nieustannie ostatnią płytę „Od Piaf do Garou” w tłumaczeniu Wojtka Młynarskiego. Muzyka nastraja sentymentalnie i przywołuje różne wspomnienia. Może to też z tego powodu, że dzisiaj, trzynastego w piątek są moje urodziny… Nie czuję się pechowcem, pomimo tej trzynastki i śmieję się z czarnych kotów. Jestem upartym koziorożcem i lubię trzynastkę! Tak pisał mój ulubiony „Sted”- Edward Stachura: Dzisiaj są moje urodziny, Które obchodzę bez rodziny Daleko, wysoko, wśród manowców, W pokoiku na wieży hangaru dla szybowców.
Człowiek z wiekiem robi się coraz bardziej sentymentalny, choć nie ukrywam, że zawsze miałem duszę romantyka. Swoje urodziny obchodzę, w przeciwieństwie do „Steda” z rodziną w leśniczówce i od rana dzwoniły córki oraz bliscy z życzeniami. Urodzinowy tort i kawa będą jutro, połączone z imieninami, bo za tydzień, w dzień imienin muszę być na uczelni. Tak się składa, że wciąż jeszcze się uczę i właśnie zbliżam się do finiszu uzupełniających studiów magisterskich z dziennikarstwa i komunikacji społecznej. W sobotę mam w Poznaniu egzamin z gatunku „kobyła” z prawa autorskiego… Kilka urlopowych dni poświęciłem głównie na zbieranie materiałów i przygotowania do ostatecznego sformułowania pracy magisterskiej. Temat pracy jest oczywiście z branży: „Rola leśniczych jako liderów społeczności lokalnych w procesie kształtowania postaw i podejmowania decyzji na przykładzie Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Szczecinie”. Spływają właśnie opracowane przeze mnie ankiety z 35 nadleśnictw mojej dyrekcji, które mają za zadanie udokumentować aktywność leśniczych w swoim środowisku. Drugą część urlopu wykorzystam w lutym i wtedy ostro biorę się za pisanie pracy. Wywiesiłem słoninę i kule z nasionami dla ptaków bo chwilę sypało drobnym śniegiem, a sikory stukają natarczywie w okno. Od razu zrobił się ruch wokół leśniczówki i przyleciały modraszki:
Renia, moja żona też dziś i w poniedziałek urlopuje. Pracuje w miejscowym Urzędzie Gminy i wprawdzie do pracy ma 12 minut pieszo, ale wraca codziennie ok. 16. Potem w domu też ma mnóstwo pracy, bo wszystko na jej głowie. Dzięki urlopowym dniom możemy trochę czasu spędzić razem. Z kuchni dolatują do mnie boskie zapachy ciasta: a ja za chwilę idę „tworzyć” sałatki, bo to moja specjalność. Najbardziej lubię warstwową, przygotowywaną przy pomocy tarki. Tarkuje się białko z gotowanych jaj, żółty ser, zmrożone masło, układa warstwę konserwowanego tuńczyka, siekanej cebuli, czerwonej konserwowanej fasoli i znowu tarkuje się ser, masło i żółtka z jajek. Każda warstwę delikatnie doprawiam solą, świeżo mielonym pieprzem i smaruję cienko majonezem. Górę oprószam bazylią, odrobiną tymianku, oregano i czubricy. Pycha!
Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl
niedziela, 08 stycznia 2012
Gdy wracałem ostatnio z nadleśnictwa zauważyłem, że zaczął się ruch wokół plantacji wikliny, których jest wiele wokół Trzciela. Żurawie siedzą na łące, wokół wiosenny nastrój, to i może czas zająć się wiklinowymi żniwami? Choć przypominam, że zima z pewnością będzie! Moje leśnictwo to Pszczew, a nadleśnictwo nazywa się Trzciel. Posłuchajcie skąd wzięły się te dziwne dla niektórych nazwy… Nazwa miasta Trzciel, które co najmniej od 8 wieków rozwija się w bagnistym dorzeczu Obry: pośród jezior i lasów pochodzi od słowa „trzcielina”, oznaczającego łodygę trzciny. Trzciny wokół nie brakuje, bo jezior u nas dostatek, choć brzegi niektórych zbiorników porasta u nas inna ciekawa i rzadka roślina- kłoć wiechowata. Rośnie ona na podłożu zasobnym w węglan wapnia i ma ostre jak żyletka brzegi:
Jednak firmowym znakiem miasta jest wiklina. Okolice Trzciela porastały od wieków bujne zarośla dzikiej wikliny, która była i jest doskonałym surowcem plecionkarskim. Umiejętność wyplatania ludzie posiedli w czasach, kiedy zaczęli stawać na tylnych nogach . Wtedy też wpadli na pomysł, że można przenosić rzeczy z miejsca na miejsce. Wyplatano z gałązek wierzbowych prymitywne nosidła, legowiska, z czasem powstał wiklinowy kosz. Plecionkarstwo zostało podpatrzone przez ludzi od zwierząt i jest jednym z najstarszych rzemiosł. Z czasem rozwinęło się, a cały region wokół lubuskiego Trzciela i wielkopolskiego Nowego Tomyśla stał się ważnym ośrodkiem wikliniarskim o znaczeniu gospodarczym. Przełomowy momentem rozwoju wikliniarstwa stał się rok 1885, kiedy to jeden z mieszkańców Trzciela ERNEST HÖDT, sprowadził „sposobem” z Ameryki wiklinę amerykańską. A wiecie jaki to był sposób? Amerykańskie władze celne nie wyrażały zgody na wywóz „amerykanki” poza granice USA. Sprytny mieszkaniec Trzciela zamówił koszyki z zielonej wikliny i zabrał je ze sobą jako pamiątki z podróży. Po powrocie do kraju rozplótł je, pociął na kawałki, czyli jak to okoliczny lud mówi, na „sztobry” , namoczył a potem wsadził do ziemi. „Amerykanka” szybko zadomowiła się w Trzcielu. Wiklina ta w krótkim czasie zaczęła wypierać inne odmiany, a wyroby z niej wykonane podbijały rynki zagraniczne. Dziś wokół Trzciela widać plantacje wikliny, suszącą się witkę, a w punktach handlowych i na jarmarkach można kupić wspaniałe oraz naturalne wyroby. W Nowym Tomyślu u schyłku lata odbywa się tradycyjny Jarmark Chmielowo-Wikliniarski, który rozrósł się w znaną na świecie imprezę plantatorów wikliny Nie brakuje też wikliny na pszczewskich jarmarkach:
Na moim tarasie stoi także wygodna wiklinowa sofa, gdzie w letnie wieczory, o ile wygospodaruję wolną chwilę, zasiadam z książką lub laptopem. Podczas Dni Trzciela w 2010 roku dokonano otwarcia wiklinowej bramy do miasta, obok której rośnie wiklina amerykańska i stoi pamiątkowy kamień: Każdy kto odwiedzi to miejsce może zapoznać się z historią trzcielskiej wikliny, która rozsławia nasz region. Historię wyryto na kamieniu w trzech językach, stąd jej uniwersalność i trwałość. Takimi samymi cechami charakteryzuje się wiklina z Trzciela. Pomnik trzcielskiej wikliny to doskonały pomysł na promocję miasta i regionu. Dlatego Wam o tym opowiadam. Trzciel pochodzi od „trzcieliny”, a z kolei Pszczew od staropolskiego słowa „plszczyć”- czyli lśnić, błyszczeć. Wzięło się to zapewne od licznych jezior, które uroczo lśnią dookoła. Choć są także i tacy, którzy uważają, że nazwa pochodzi od słowa pszczoła. Słowa te nie są łatwe w wymówieniu, o czym przekonują się cudzoziemcy często „łamiąc sobie język”, gdy usiłują wymówić Trzciel czy Pszczew. Dopytując lesniczego o informacje o regionie mają fart, bo przecież nie nazywam się Grzegorz Szczęsny Brzęczyszczykiewicz…
Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl
sobota, 31 grudnia 2011
Co roku o tej porze mówi się, że minął rok, który był szczególny . I jest to prawda, bo przecież każdy rok jest inny, czyli szczególny. Ten mijający rok był szczególny dla leśników, bo był Międzynarodowym Rokiem Lasów. Czy udało się nam zbudować właściwy obraz leśnika w oczach społeczeństwa? To już Wy, Drodzy Czytelnicy musicie sami odpowiedzieć na to pytanie. Wiele się działo w całym kraju, to macie z pewnością zdanie na ten temat. Okrągły rok spotykaliśmy się na stronie pod tytułem „Blog leśniczego” z animowanym obrazkiem leśniczówki i opowiadałem Wam, bardziej lub mniej zgrabnie, o wyjątkach z życia zawodowego i prywatnego leśniczego. Mam nadzieję, że trochę poznaliśmy się już, a w przyszłym Nowym 2012 Roku nadal będę Was zapraszał do zaglądania na leśne strony i do pisania komentarzy oraz zadawania pytań. Niedawno napisał do mnie bardzo miły list młodszy kolega z Technikum w Rogozińcu i przywiał sporą chmurę wspomnień. Zapamiętał mnie ze szkolnego boiska, jak strzelałem im ostro bramki, a mój kolega ( znamy się od przedszkola) Witek był nie do przejścia „na stoperze”. Faktycznie mieliśmy wtedy „pakę” prawie jak ś.p.Kaziu Górski… Kolega bardzo mile wyrażał się o mojej działalności blogerskiej, co z ust leśnika stanowi wyjątkową pochwałę. Mam nadzieję, że przez ten miniony rok zmieniłem nieco utarty, sztampowy wizerunek leśnika i wiecie więcej o specyfice pracy, życia i zainteresowaniach leśniczego. W nowym roku zanosi się na blogu na pewne zmiany techniczne, które, mam nadzieję, jeszcze bardziej zachęcą Was do aktywnego poznawania przygód leśniczego z lubuskich lasów. Jak zorientowaliście się zaglądając na strony blogu sporo fotografuję i utrwalam obrazy mijających dni. Co roku, w ostatnie jego dni, składam sobie uwiecznione w fotografiach wydarzenia całych 365 dni i układam je w folder „Minął rok…” Rok 2011, który mija za kilka godzin była dla mnie łaskawy i obfity w miłe oraz pamiętne wydarzenia.
Po życzeniach i szampańskim toaście: siadam z moimi bliskimi i wspominamy miniony rok, oglądając fotografie. Wtedy widać jak wiele wydarzyło się i jak szybko on minął…
W ubiegłym roku sylwestrowy wieczór wyglądał tak:
Dziś nie ma szans na białe pierzynki na gałązkach drzew, co najwyżej na łezki: Ale to nie pogoda tworzy klimat witania Nowego Roku, a ludzie. Dlatego oby nikomu nie przyszło siedzieć tego wieczoru smutno i samotnie... W nadchodzącym Nowym Roku życzę Wam wszelkiej pomyślności, wiary w siebie, rodzinę i ludzi, bo pamiętamy wszyscy, że człowiek to zwierzę stadne… Wszystkiego Szampańskiego!
Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl
sobota, 24 grudnia 2011
Dziś Wigilia, dla wielu ludzi, także dla mnie, najpiękniejszy dzień w roku… Tyle dziś dzieje się w domu i w zasadzie miałem tylko złożyć Wam, Drodzy Czytelnicy świąteczne życzenia i pędzić do kuchni, ale tak się złożyło, że właśnie dziś odkryłem, że to mój 100 wpis na tym blogu! Dlatego, z okazji tak "doniosłego jubileuszu" i jako prezent "pod choinkę" opowiem Wam o jemiole, która tak jak świąteczne drzewko, jest symbolem tych magicznych świąt: Jemioła- pasożyt obdarzony przez Naturę sprytnymi ssawkami występuje najczęściej na drzewach liściastych: topolach, brzozach:
drzewach owocowych i akacjach:
Często spotykamy ją też na starych sosnach. Czasem żyje na świerkach i modrzewiach, bardzo rzadko na jodle. Nie rośnie nigdy na rodzimych dębach, jesionach i bukach, spotykana jest tylko na obcym u nas dębie czerwonym. Wnika swymi ssawkami do wiązek przewodowych drzew i podkrada z nich na swoje potrzeby wodę i sole mineralne. Ma zdolność fotosyntezy. Nie wyrządza jednak drzewom większych szkód, stąd można ją lubić. Preferuje drzewa starsze niż 20 lat i rosnące na glebach zasobnych w węglan wapnia. Dożywa do około 40 lat, a jej wiek można ocenić po ilości rozgałęzień, bo co roku przybywa jej jedno. Jemioła jest uważana od wieków za roślinę magiczną i dar bogów, bo rośnie wysoko poza zasięgiem ludzi i zwierząt. Była szczególnie doceniana przez Celtów, którzy zamieszkiwali nasze ziemie przed Słowianami. Druidzi pod jemiołą odprawiali swoje rytuały. Ścinanie jemioły było ważnym obrzędem, dokonywano go w czasie przesilenia dnia z nocą. Pędy jemioły uważano za lek na wszelkie zło, zapewniały pomyślność, powieszone pod sufitem, nad drzwiami, chroniły domostwo przed złymi mocami i pożarami. Jemioła i dziś sprowadza do domu szczęście, powodzenie oraz bogactwo. Ma inną ważną funkcję, chętnie wykorzystywaną przez facetów. Pod jemiołą można bezkarnie całować dziewczęta, z czego warto skorzystać podczas składania świątecznych życzeń. Obyczaj ten pochodzi prawdopodobnie z dawnej Anglii. Po każdym pocałunku mężczyzna zrywał z krzaku po jednym kulistym owocu. Wierzono, że gdy zerwie ostatni, otrzyma dar płodności, bo jemioła była od wieków jej symbolem. Dziś wierzymy, że pocałunek pod jemiołą przynosi szczęście, powodzenie i trwałość uczucia łączącego całujące się osoby…
Moja jemioła wisi już po sufitem ozdobiona kolorowymi lampkami. Wczoraj zgodnie z naszą rodzinną tradycją wspólnie z córkami i zięciem Sebastianem ubieraliśmy choinkę w lampki, bombki i kokardy:
Moja choinka jest sosnowa i jak przystało na leśniczówkę sięga sufitu:
Ubranie okazałego, trzymetrowego drzewka wymaga drabiny i sporej ilości czasu, ale to zawsze dla nas wszystkich świetna okazja do wspomnień, opowieści i rozmów przeciągających się długo, długo… Pies Amigo został także udekorowany świąteczną kokardą i łazi pomiędzy nami bardzo radosny. Koty Pirat i Gruby czają się na ryby czekające w kolejce do patelni. Z kuchni dolatują już świąteczne zapachy grzybów, kapusty i drożdżowego ciasta. Renia piecze wspaniałe drożdżowe makowce i nasze ulubione kapuśniaczki: Pozostaje tylko czekać na pojawienie się pierwszej gwiazdki. Choć za oknem szaro i mglisto, a z wczorajszym deszczem zniknęły wszelkie oznaki zimy to jest radośnie i uroczyście, bo idą Święta… Życzę Wam wszystkim zaglądającym stale lub czasem do Blogu Leśniczego oraz Waszym bliskim: Abyście dostrzegli, że można zawsze wpatrzeć się w siebie i najbliższych. Robimy to coraz rzadziej, popędzani nerwowym pośpiechem, ogłuszeni stresem i smutni samotnością. Nadchodzi czas magicznych, rodzinnych Świąt. Poczucie rodzinnej więzi z najbliższymi to coś wyjątkowo cennego.
Serdeczności ode mnie i moich najbliższych z pszczewskiej leśniczówki!
Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl | |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||