O tym co w lesie piszczy...
O autorach

Wpisy z tagiem: zasady

piątek, 03 lutego 2012

Za oknem luta zima. Termometr kilka dni z rzędu zatrzymał niebieską kreskę w okolicach 12-15 poniżej zera. Dziś w nocy zapadało na biało i od rana nadal sypie białym proszkiem w oczy. Wykorzystując silne mrozy uruchomiłem cięcia w drzewostanach liściastych. Rozpocząłem zrąb brzozowy na 70 arowym kawałeczku pośród dawnych łąk, a za chwilę będę wykonywał cięcia uprzątające pomiędzy gniazdami na bagnistym terenie. Udało się wywieźć sporo drewna z jesiennego pozyskania, choć nie wszystko. Trzeba jednak mieć świadomość, że przy tak dużych leśnictwach jak obecnie, zapas rzędu 1000m3 to norma, bo tyle drewna pozyskuje się miesięcznie. Stąd w lesie widać mygły, stosy i kupki gałęziówki samodzielnie pozyskanej przez „gałęziarzy”. Drewno jest wprowadzone do ewidencji i oznakowane…

 Plakietki, płytki, oznaczniki do drewna. Już od wielu lat zastępują odbijane metalowymi czcionkami wymazanymi smarem numery drewna. Małe plastikowe prostokąty przybite do drewna specjalnym młotkiem. Na każdej dłużycy i na każdym stosie jest taka plakietka:



 Znajduje się na niej numer kolejny napisany większymi cyferkami, a poniżej jest zakodowany liczbami adres. Można po nim poznać dyrekcję lasów, nadleśnictwom i leśnictwo. To swojego rodzaju świadectwo pochodzenia drewna:

 Plakietka na fotografii ma numer kolejny 6257. Poniżej jest zakodowany adres, a ostatnie 06 to numer mojego leśnictwa. Płytki są tak skonstruowane, że nie można ich ponownie wykorzystać. Są jak druki ścisłego zarachowania i z każdej takiej plakietki leśniczy musi się rozliczyć. Prowadzi się ich ścisłą ewidencję. Dlatego nigdy nie odrywajcie ich z drewna spotykanego podczas leśnych wędrówek. Czasem zdarza się, że robią tak dzieci dla zabawy. To jednak nie zabawa, a przejaw szkodnictwa leśnego i takie postępowanie jest karalne! Przysparza to wielkich kłopotów i leśnikom, ale jeszcze większych amatorom takiej „zabawy”. Zostawcie plakietki w miejscu, gdzie podczas odbiórki drewna nabił je leśnik.

 Obok plakietki na stosie, czy czole dłużycy zobaczycie odbite logo Lasów Państwowych. Na odwrocie specjalnego młotka do nabijania płytek jest taka „pieczątka”, która służy do dodatkowego oznaczania pochodzenia drewna:

Plakietki przechowywane są w kartonach po tysiąc sztuk, a nałożone są na plastikowe patyczki po 40 sztuk. Leśnicy na taki zestaw 40 płytek mówią najczęściej „wagon”. W jednym leśnictwie, w zależności od rozmiaru pozyskania drewna i wyrabianych sortymentów zużywa się ich nawet kilkanaście tysięcy. W Lasach Państwowych plakietki są czerwone z czarnymi napisami. Ale są też plakietki w innych kolorach. Pewnie zwróciliście na to uwagę spacerując po lasach? Są plakietki niebieskie przybijane na drewnie pochodzącym z lasów prywatnych, nie stanowiących własności Skarbu Państwa:

W parkach narodowych zobaczycie z kolei plakietki zielone:

 

Tym sposobem po kolorze płytek poznacie właściciela drewna! Mały kawałek plastiku na drewnie to cenne i ważne źródło wielu informacji. Spoglądajcie na niego z szacunkiem.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

Tagi: zasady
08:28, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
wtorek, 20 grudnia 2011

Obiecałem Wam opowiedzieć o sosnowych szyszkach, które aktualnie są zbierane na niektórych zrębach, także u mnie, na zrębie w oddz. 77:



 Czy przyglądaliście się kiedyś maleńkiej siewce sosny, która nieśmiało wychyla się z mchu i igliwia? Powstała z nasionka, które wydostało się z pokrytej łezkami żywicy kostropatej szyszki sosny i teraz nieśmiało pnie się w górę. Do światła. Do życia. Czy nie warto zastanowić się nad tym fenomenalnym zjawiskiem? Jak to się dzieje, że czasem z tego maleńkiego nasionka wyrasta wspaniała, monumentalna, gonna sosna, tworząca wspaniały, sosnowy bór, a innym razem wolno, żmudnie rośnie rachityczny niby-krzew, niby-drzewo z konwulsyjnie powykręcanymi konarami, pozostający w cieniu innych gatunków, które wygrały bieg po światło…

Kiedyś, przed wiekami nasz kraj pokrywały pierwotne puszcze. Rosły same, obywając się bez pomocy ludzi, których nie było tylu co teraz na świecie. Odnawiały się naturalnie, rywalizując o światło i miejsce w ekosystemie. Onieśmielały ludzi swoją potęgą, same zapewniały sobie rozwój kolejnych pokoleń i trwały, nie zważając na wiatry, pożary czy powodzie. Dąb rodził młode dęby, sosna wysiewała młode sosny, jesion czy lipa wysyłały z wiatrem swoje uskrzydlone nasionka i pierwotny las trwał w swojej potędze. Ludzie jednak coraz bardziej wykorzystywali ten las.  Czerpali bez opamiętania z jego zasobów, które jak się okazało, nie były nieprzebrane. Zakłócili mądry, odwieczny rytm przyrody. Puszcze ginęły...

 Dopiero w XVIII wieku zaczęto myśleć o ochronie trwałości lasu i zachowaniu go dla następnych pokoleń. Tak narodziła się hodowla lasu i podstawy gospodarowania w nim człowieka. Zaczęto stosować najważniejszą do dziś zasadę trwałości lasu i ciągłości jego użytkowania. Podstawową umiejętnością i mądrością każdego leśnika hodującego las jest umiejętność podpatrywania i naśladowania przyrody. To z natury trzeba czerpać przykłady i odnosić się z szacunkiem do jej praw oraz oczywiście wyciągać wnioski z błędów popełnionych przez człowieka. Bo człowiek wciąż popełnia błędy i ta ułomność nie ominęła też leśników.

 Widać w lesie różne pomysły sprzed kilkudziesięciu lat, kiedy nie zwracano uwagi na to co oczywiste i naturalne, co przyroda sama reguluje w swojej odwiecznej mądrości. Próbowano w Polsce sadzić alpejskie  świerki i stworzono wielkie monokultury w Sudetach i Izerach, w miejscu bukowych lasów, wyciętych na potrzeby karkonoskich hut. Można też obserwować w lasach wcześniejsze eksperymenty z różnymi obcymi dla nas gatunkami: sosną czarną i wejmutką, daglezją czy dębem czerwonym. Przecież one nigdy u nas wcześniej nie rosły!

 W pobliżu mojej leśniczówki rosła posadzona wiele lat temu limba, która jednak wcale nie przypomina tych pięknych, tatrzańskich, opiewanych przez Kasprowicza i innych poetów. Słaba i marna uschła jakiś czas temu. Bo to nie jej ojczyzna!  Leśnicy szybko zorientowali się, że tajemnica zdrowego lasu tkwi w genach i rodzimym pochodzeniu lasu. Powstał dział hodowli lasu o nazwie nasiennictwo i selekcja drzew leśnych. Jego zadaniem celem jest właściwy wybór, zagospodarowanie i pełne wykorzystanie najcenniejszych populacji rodzimych gatunków drzew leśnych. Są one traktowane jako cenna baza nasienna dla rozwoju kolejnych pokoleń lasu. Z nich pochodzą szyszki- te na gałązce przed wyłuszczeniem, a te wyżej po wyłuszczeniu i wybraniu skrzydlatych nasionek:

 Podczas pobytów w lesie zapewnie zauważycie, że niektóre drzewostany, czy drzewa są trwale oznakowane opaskami malowanymi żółtą farbą:



 To są właśnie obiekty selekcyjne, gdzie pozyskuje się nasiona, a czasem także pędy dla odbudowy kolejnego pokolenia lasu. Dlatego właśnie teraz, gdy sosnowe, kostropate „szyszunie” są dojrzałe, tnie się zręby w drzewostanach gospodarczych nasiennych. Wcześniej wycięto tam wadliwe, krzywe i chore drzewa, a teraz szyszki zbiera się tylko z tych najbardziej dorodnych. Wiadomo - „jaka mać, taka nać…”. Dawniej zbierano szyszki ze wszystkich sosen, nie dbając o ich jakość i pochodzenie. Nasiona z pięknych mazurskich sosen wcale nie będą rosły dobrze na Śląsku czy w Tatrach. Tak jak w naszych ogródkach nie rosną egzotyczne rośliny, bo są tu obce. Nic dobrego nie wyrośnie też z szyszek zebranych z młodych, kiepskiej jakości sosen. Dlatego spotykacie nieraz bardzo krzywe i marnie wyglądające drzewostany. Ta sama zasada obowiązuje dla innych gatunków drzew leśnych. Szyszki zebrane przez moich „zulowców” pojadą do specjalnej wyłuszczarni, gdzie zostaną z nich wydobyte nasionka:



Szyszki mogą później posłużyć jako opał lub zabezpieczać przed wysychaniem oraz chwastami glebę wokół iglaków w ogródku:



 Nasionka przyjadą do nas powrotem, na szkółkę do leśniczego Stasia, który wyhoduje z nich piękne sadzonki. Wrócą do mojego leśnictwa wiosną następnego roku, opatrzone świadectwem pochodzenia. Posadzę je na zrębie w oddz. 77 jako uzupełnienie naturalnego samosiewu i powstanie tam nowy, piękny sosnowy bór w sąsiedztwie grądu oraz dąbrowy:



 Już za 80-100 lat moi następcy po latach zabiegów hodowlanych- czyszczeń i trzebieży, będą tam znowu zbierać szyszki. A inny leśniczy będzie pewnie opowiadał innym zasłuchanym słuchaczom o tej samej pszczewskiej szyszce, która daje początek życia królowej polskich lasów:



 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

Tagi: zasady
20:58, lesniczy.lp
Link Komentarze (6) »
sobota, 17 grudnia 2011

Pewnie tęsknicie ( mam nadzieję) za kolejnym wpisem w leśnym blogu? Tyle się działo w ostatnich dniach, że nie było mowy, żeby do niego zajrzeć. W poniedziałek jechałem na ostatnią, szóstą edycję Akademii Leśniczego do Łagowa. To przyjemne uczucie być w gronie około 120 osób wybranych z blisko 5,5 tysiąca polskich leśniczych, ale z radością też myślałem o końcu edukacji... Bo niby jest demokracja i wszyscy mamy równo po 24 godziny na dobę ale leśniczemu zawsze dzień wydaje się za krótki, a w końcu roku?  Wyobraźcie sobie, że gdy już dojeżdżałem do Łagowa i niemal było już widać basztę zamku joannitów nad horyzontem ukazała się piękna tęcza:

 

To niespotykany widok jak na grudzień. Z kolei leśniczy Józek z okolic Zieleńca w Kotlinie Kłodzkiej przywiózł poranną fotografię sporych zasp śnieżnych, które pokryły drogi w jego okolicach. To dobry przykład jak różny jest nasz kraj, nasze lasy i... problemy leśniczych. W trakcie sześciu spotkań w Łagowie wymienialiśmy swoje poglądy i doświadczenia z zarządzania lasami regionalnych dyrekcji z: Zielonej Góry, Wrocławia, Szczecina i Poznania. Każdy region i każde leśnictwo ma swoją specyfikę. Inaczej przecież gospodarzy w lesie Józek ze Złotego Stoku w sudeckim Nadleśnictwie Bardo, a inaczej Tomasz z Nadleśnictwa Pniewy. Pokazywał nam mapę swojego leśnictwa Lwówek, które choć ma powierzchnię1744 ha to jest rozrzucone na przestrzeni ponad30 km, a mapa zajęła kawał stołu:



 

Ostatnie zajęcia prowadził pan Leszek Rząsa z Poznania i dotyczyły one leśnej informatyki. Programy na rejestrator leśniczego i stanowisko komputerowe, leśne mapy numeryczne, GPS i GIS, nawigacja satelitarna, teledetekcja i fotogrametria, cały System Informacji Przestrzennej LP- to tematyka ostatniego zjazdu. Pracowaliśmy na różnych rejestratorach:

 

Tomek z Bogdańca (może potomek Maćka z Krzyżaków?) konfigurował połączenie rejestratora z modułem GPS:



 

Wykładowca wyjaśniał wątpliwości Józka i Tomasza:



Podczas tych zajęć , jak i całej Akademii nauczyliśmy się wiele i nabraliśmy pewności siebie. To bardzo ważne w naszej pracy, aby mieć poczucie własnej wartości i posiadać jak najwyższe kompetencje. Wielu osobom wydaje się, że leśniczy chodzi zadumany po lesie i słucha "jak las sobie rośnie". Ludzie wierzą, że to bardzo „luzacki” i pozbawiony stresów czy problemów zawód. To piękna profesja,  ale bardzo odpowiedzialna i wymaga wyjątkowych predyspozycji, a szczególnie bardzo szerokiej, ogromnej wiedzy z wielu dziedzin. Wyobraźcie sobie, że podczas Akademii Leśniczego, gdy od marca do grudnia spotkaliśmy się sześć razy, czyli łącznie 18 dni, wysłuchaliśmy 144 godzin wykładów w 39 blokach tematycznych? To naturalnie nie wszystkie tematy z którymi leśniczy ma do czynienia. A przecież większość z nas ma wyższe wykształcenie i lata doświadczeń praktycznych w terenie…

 Całe życie trzeba się jednak uczyć i ten wymóg permanentnej edukacji potraktowaliśmy bardzo poważnie, chętnie uczestnicząc w różnorodnych zajęciach. Szczególnie dobrze odebraliśmy zajęcia z komunikacji społecznej, psychologii, zarządzania sobą w czasie, a nawet podstawy savoir- vivre i autoprezentacji. Dyskusje w gronie ponad 30 leśniczych to dodatkowy bonus tej akademii. W pracy mamy niewiele czasu na wzajemne kontakty i zwykle każdy z nas samotnie zmaga się z problemami mądrego zarządzania zasobami Natury. Ostatni egzamin tak jak poprzednie zdaliśmy „na luzie”. Staszek z Nadleśnictwa Sulęcin odbiera ostatnie zaświadczenie:



 

Zostaliśmy absolwentami Akademii Leśniczego i oprócz sześciu zaświadczeń z logo Mądrej Sowy odebraliśmy dyplomy ukończenia I cyklu szkoleń, podpisane przez Dyrektora Generalnego LP:



 

 Przygotowałem na zakończenie prezentację dokumentującą przebieg blisko rocznej edukacji i wszyscy wymieniliśmy się adresami. Może zrobimy kiedyś zjazd absolwentów? Na schodach łagowskiego ośrodka ustawiliśmy się do pamiątkowego zdjęcia:



 Generalnie wszyscy byliśmy zadowoleni z czasu spędzonego w Łagowie, a od marca kolejni leśniczowie będą słuchaczami Akademii Pod Sową organizowanej przez Ośrodek Wdrożeniowo- Rozwojowy LP w Bedoniu.

W czwartek i piątek wszyscy rzuciliśmy się w wir pracy, bo przecież koniec roku tuż, tuż. U mnie nadal trwają prace na dwóch zrębach. Wciąż jadą wozy z drewnem, choć nie jest łatwo, bo na leśnych drogach zrobiło się błotnisto. Podsumowałem zbiór szyszek i okazało się, że zebrano prawie 900 kg. Odebrałem resztę prac i przygotowałem dokumentację do wypłaty dla „zulowców”. Zakończyłem już orki i wykonywanie talerzy oraz wszelkie prace z ochrony lasu. W piątek miałem najazd przewoźników po drewno. Wyjechało tego dnia 10 pojazdów z drewnem o masie blisko 300 m3. To tak jakby ustawić stos metrowych wałków o wysokości metra i długości prawie 500 metrów! Jutro niedziela, ale spędzę ją niestety w mieście…

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

Tagi: zasady
21:06, lesniczy.lp
Link Komentarze (8) »
wtorek, 06 grudnia 2011

Koniec roku zbliża się nieuchronnie i należy pilnie kończyć wszystkie zaplanowane prace w leśnictwie. Zadań jest naprawdę dużo i wszystkie muszą być zapięte na ostatni guzik. Obejmuje to także ich rozliczenie do ostatniego metra, grosza czy sztuki. Stąd trudno teraz o wolną chwilę i kawałek pustego miejsca na biurku… Tradycyjnie trzeba wszystko samemu obejrzeć, policzyć i dotknąć. Pogoda sprzyja i dobrze, że nie sprawdziły się zapowiedzi wczesnej zimy.

Prace z zagospodarowania lasu są u mnie na finiszu. W ochronie lasu w zasadzie koniec zadań, zostało jeszcze wywieszenie karmy dla ptaków w remizie i wokół leśniczówki. W hodowli lasu wykonujemy ostatnie talerze na zrębach i pod poprawki. Polega to na zdarciu ciężką motyką ścioły i wierzchniej warstwy gleby oraz na oczyszczeniu terenu o wymiarach ok. 40 na 40 cm, czyli powstaje „talerz” uprawionej ziemi.

To tam wiosną zostanie posadzona sadzonka dęba, sosny lub brzozy. Pracownicy „Zula” wykonują je ręcznie tam, gdzie nie mógł wjechać ciągnik z pługiem: na stromych stokach, w zaniżeniach terenu czy pomiędzy okopami z czasów II wojny, które wciąż są jeszcze widoczne:

 Czasami zamiast prymitywnej motyki stosuje się też ułatwiające pracę maszyny do wykonywania „talerzy”:



 

 W zależności od wprowadzanego wiosną gatunku drzewek, talerze wykonuje się w określonej więźbie. Robotnicy zdzierają ściółkę na talerzach w wyliczonych przeze mnie odległościach, odpowiadających ilości sadzonek wprowadzanych na hektar, a potem je przekopują szpadlem. Brzmi to skomplikowanie, ale w sumie wylicza się prosto. Aby posadzić 6 tys. sztuk dęba na hektarze uprawy należy10 000 m podzielić przez 1,5 m(odległość pomiędzy rzędami) i podzielić przez 1,1 m (odległość pomiędzy sadzonkami w rzędzie).

Dziecinnie proste, choć robota bardzo ciężka! Jak zostanie niezaorane 10 arów nachylonego stoku, to wiadomo, że trzeba tam wykonać 600 talerzy… Trudno utzrymać odległości w wysokiej trawie lub krzewach. Najwygodniej zaznaczyć na motyce lubryką (kredą do drewna) potrzebne wymiary i przykładać ją jako przymiar. Pasuje wtedy wszystko co do sztuki i centymetra. Wykonane talerze przekopuje się, aby wzruszona gleba osiągnęła przez zimę właściwą strukturę, chłonąc wilgoć, której tej jesieni brakuje.

W pozyskaniu drewna też niewiele już zostało do zakończenia prac. Kończymy właśnie ostatnie trzebieże:



Teraz najwięcej czasu i uwagi wymaga zrąb w oddz. 77. Jest to zrąb wykonywany metodą przerębową, czyli taką, gdzie nie wycina się całego drzewostanu. Dodatkowo leży on w granicach sieci Natura 2000 i są tam chronione siedliska grądu środkowoeuropejskiego oraz śródleśnej kwaśnej dąbrowy. Skład gatunkowy przyszłej uprawy musi być dostosowany do tych siedlisk. Dlatego zrąb rozpocząłem od gatunków tam niepożądanych- robinii akacjowej, brzozy i modrzewia.

Teraz wycinamy stare sosny, starając się chronić drugie piętro dębowo- bukowe. Nie jest to proste, bo sosny są potężne i mają 25-30 metrów wysokości. Teren jest mocno pagórkowaty, a zrąb przylega do szosy powiatowej. Harwester nie jest tu przydatny, stąd drzewa ścina  pilarką drwal Krzysztof z pomocnikiem, a zrywkę wykonuje stary, poczciwy ciągnik zrywkowy klasy skidder, marki LKT.

Pan Janek- operator ciągnika nie ma łatwo. Ciągnik jest przegubowy, z napędem na cztery koła, mocny, ale  i  tak z mozołem drapie się po pochyłościach, poruszając się po szlaku, który wspólnie wyznaczyliśmy. Gdy dojedzie do ściętych sosen pan Janek przepycha pod nimi linki zaczepowe, oplatając nimi odziomki  2, 3 lub 4 sosen. Zahacza je potem do liny zbiorczej i za pomocą wciągarki dociąga je do ciągnika LKT tak, że odziomki wiszą w powietrzu:

 Potem wskakuje do kabiny, daje w gaz, aż z komina ciągnika idzie słup spalin i pnie się szlakiem z powrotem w kierunku mygieł i stosów:



 Zrąb jest w głębokim wąwozie, stąd drewno trzeba ciągnąć nawet na 500 metrów, aby mogły je potem wywieźć samochody wywozowe. Sosny są już stare, mają ponad 100 lat, stąd wiele z nich jest opanowane przez huby, które powodują zgniliznę drewna. W tartaku nie chcą takiego surowca, stąd podleśniczy Krzysztof dokładnie ogląda każdą sosnę z wszystkich stron, zanim ją pomierzy i nabije plakietkę z numerem. W chwilach pomiędzy „zaciągami” sosen wykonywanymi przez LKT może ogrzać ręce przy ognisku i wpisać wymiary drewna do ROD- czyli rejestru odebranego drewna:

W zasadzie powinno się te dane wpisywać bezpośrednio do rejestratora leśniczego, ale za pomocą tego „komputerka” wydaje się też drewno, sporządzając kwity wywozowe. Praktycznie codziennie pojawia się przynajmniej jeden samochód, a zatem wymiary zrębowego drewna wpisuje się raz w lesie przy dymiącym ognisku ( jak jest czas je rozpalić) do "papierowego" ROD-u, a resztę pracy wykonuje się wieczorem przy kominku.

 Zrąb jest oznakowany tablicami ostrzegawczymi, a wszyscy pracują w kaskach i kamizelkach odblaskowych. Trzeba zachować ostrożność, bo jest mglisto i pochmurno, stąd łatwo nie zauważyć osoby w strefie niebezpiecznej. A ludzi na powierzchi musi być dużo. Zrąb jest wykonywany w drzewostanie gospodarczym nasiennym i zbieramy tam także sosnowe szyszki. Z powodu bliskości ruchliwej drogi, co jakiś czas ktoś wypytuje o możliwość wyrobu drewna czy zakupu wałków i usiłuje zbliżać się do zrębu, pomimo zakazu wstępu.

Nie wolno na to pozwalać. Pracę zorganizowałem tak, że po ścięciu i okrzesaniu z gałęzi sosen  wkracza ekipa zbieraczy, którą dowodzi pani Magda i zbiera szyszki do plastikowych wiader:



 Potem wjeżdża LKT i zabiera pień sosny, a zbieracze wracają i ponownie zbierają szyszki z pozostałej części korony drzewa. Szyszki są dorodne i po kilku dniach było już ich ponad 300 kg. Jak myślicie po co zbieramy te szyszki? Opowiem Wam następnym razem, bo teraz zasiadam do rejestratora, choć w kominku jeszcze się nie pali…

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

Tagi: zasady
15:11, lesniczy.lp
Link Komentarze (5) »
wtorek, 29 listopada 2011

W całym kraju na terenie lasów jest wiele różnych obiektów turystycznych. Służą ludziom, ale nie wszyscy ludzie traktują je po ludzku. Stąd większość leśników codziennie z niepokojem spogląda na miejsca w swoim leśnictwie oznakowane niebieską tablicą z literą „P" i sosenką lub taką tablicą:

 

Na nic jednak prośby i apele! Niepokój jest uzasadniony.Leśnicy zwykle oglądają takie widoki:



 

Trudno się zatem dziwić, że nie są zwolennikami dużej ilości parkingów pod sosną.  Choć przecież zawsze życzliwie traktują prawdziwych turystów i miłośników lasu. Każdy z leśniczych mógłby o leśnej turystyce i zdarzeniach na obiektach pozostających pod ich opieką napisać własną wersję opowiadania pod znamiennym tytułem „Syzyfowe prace". Warto wspomnieć, że te prace, oprócz pokładów mitycznej cierpliwości wymagają znacznych nakładów pieniędzy. Naszych, wspólnych pieniędzy...

 Wiosną troskliwie doglądałem prac konserwatorskich na obu miejscach postoju pojazdów, które mam w moim leśnictwie przy ruchliwych drogach powiatowych. Postawiliśmy tam nowe ławostoły i drewniane kosze na śmieci. Od wiosny do jesieni parkingi pod sosnami były sprzątane minimum dwa razy w tygodniu. Nie są jednak „głupotoodporne", w związku z czym jesienią, po sezonie turystycznym wyglądały tak:



Kosze zostały połamane doszczętnie, żerdzie w ogrodzeniu także mocno ucierpiały, a nowy ławostół został solidnie rozhuśtany i stracił oparcie. Niedawno po raz kolejny, z właściwą chyba tylko leśnikom cierpliwością, zleciłem jego remont. Zostało wykonane nowe ogrodzenie, ale tym razem użyłem zamiast sosnowych mocnych żerdzi z robinii akacjowej:



Drewniane kosze zastąpiły metalowe kubły, a na oparcie znalazłem właściwą, solidną deskę w leśniczówce. Odżałowałem ją dla leśnych turystów, bo przecież nie wszyscy są szkodnikami...Parkingi po remoncie prezentują się całkiem estetycznie.

 Przy okazji usunąłem suche, niebezpieczne dla odpoczywających podróżnych konary. Zleciłem także zmineralizowanie pasów wokół parkingów:



 Zabezpiecza to las sąsiadujący z miejscem postoju samochodów przed pożarem i zniechęca do przekraczania ogrodzenia. Grabowy żywopłot oddzielający parkingową zatokę od szosy został przystrzyżony. Sadziłem go własnoręcznie wspólnie z żoną, było to już dobre 10 lat temu ... Teraz aż miło zatrzymać się i odpocząć w tak przygotowanym miejscu:

 Tylko jak długo to miejsce pozostanie czyste i estetyczne? Leśny Syzyf musiałby wynająć Cerbera, albo zatrudnić jednookiego Cyklopa do pilnowania porządku. Pozostawmy jednak mitologiczne postaci i pozostańmy pośród ludzi. Przecież lasy są dla ludzi!  A Wy , Ludzie, taktujcie po ludzku leśne parkingi pod sosenką, bo one są Wasze i dla Was...

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

  

Tagi: zasady
21:52, lesniczy.lp
Link Komentarze (7) »
sobota, 24 września 2011

Wczoraj o 11.05 rozpoczęła się jesień. Dziś rano mgła spowijała świat. Potem leniwe, miękkie promienie już nie słomkowożółtego lecz bardziej żółtoczerwonego słońca wolno osuszają trawę z rosy. Te barwy właśnie o tej porze roku wschodzącego słońca zawsze przypominają mi charakterystyczny kolor złota z dawnego Związku Radzieckiego. Mam taką obrączkę na palcu to łatwo porównać...

Wszędzie widać woal pajęczyn. Rano nie budzą nas drozdy, żurawie i harmider ptasiego świata lecz cisza. W lesie trwają prace przy ostatnich pielęgnacjach, przygotowujących uprawy do zimy. Trzeba wykosić chwasty, które przy pokrywie śnieżnej kładą się na sadzonki. Jedna z ekip mojego ZUL-a rozpoczęła prace przy zabezpieczaniu upraw odpowiednim preparatem, który ma za zadanie zniechęcić zwierzynę płową do obgryzania sadzonek. Zabezpiecza się tylko część najładniejszych sadzonek, bo to kosztowny zabieg, a zwierzyna też coś musi mieć dla siebie...

W lesie spory ruch, bo każdy wykorzystuje ostatnie pogodne dni do kontaktu z Naturą . To mądre postępowanie, ale dlaczego cieszyć się wrześniowym słońcem przez szybę auta? Bo część „turystów" chce dotrzeć w tajemnicze ostępy borów nie pieszo czy rowerem, ale właśnie swoim ukochanym autem. Gdzie nie spojrzeć to widać zgonione leśne zwierzaki, które usiłują znaleźć spokojny kąt w lesie i pysznią się wszelkimi kolorami auta w środku lasu... Ale sytuacja szybko została opanowana. 

Wczoraj tłumaczyłem wielokrotnie na przyjazny, polski i leśny język art. 29 ustawy o lasach niesfornym kierowcom. Przecież to takie zrozumiałe: „Ruch pojazdem silnikowym, zaprzęgowym i motorowerem w lesie dozwolony jest jedynie drogami publicznymi, natomiast drogami leśnymi jest dozwolony tylko wtedy, gdy są one oznakowane drogowskazami dopuszczającymi ruch po tych drogach". No i ciąg dalszy, także oczywisty: „Postój pojazdów, o których mowa w ust. 1, na drogach leśnych jest dozwolony wyłącznie w miejscach oznakowanych".

Nie korzystam z bloczka mandatowego, choć mam go zawsze ze sobą , bo czasem jest tak zwany „trudny przypadek" nie chcący zrozumieć polskiego, leśnego języka...  Zwykle rozstajemy się jednak sympatycznie, w przyjaźni i dwustronnie zadowoleni. Na początku najbardziej uczęszczanej drogi leśnej, przy skrzyżowaniu z innymi drogami, w takich autentycznych „drzwiach do lasu" już wiele lat temu zbudowałem wspólnie z kolegami kapliczkę Św. Huberta. Jednym z zadań zadumanego, drewnianego Huberta jest pilnowanie samochodów leśnych turystów. Na placyku obok kapliczki, gdzie stoją też drewniane ławy i kosze na śmieci można spokojnie zostawić auta. Św. Hubert choć pracuje społecznie, znakomicie wywiązuje się z zadania i jak do tej pory nigdy nikomu nic się tam nie przydarzyło. A okoliczne bory z wielką wdzięcznością obdarowują takich turystów darami lasu.

 No właśnie... Spójrzcie na fotografię:



 

Właśnie teraz, w sosnowych borach poprzetykanych czasem żółcącymi się już brzozami, na żwirowych fragmentach, pośród porostów i chrobotków można znaleźć tajemnicze COŚ.

Odgadnijcie co to jest. Czekam na Wasze odpowiedzi i kilka zdań na temat tego Czegoś do wtorku 27.09 do godz. 16.00. Piszcie na adres: lesniczy@erys.pl. Autorzy najciekawszych odpowiedzi mogą liczyć na upominki  z Lasu eRysia. Życzę Wam miłej, jesiennej niedzieli.

 

Leśniczy Jarek – lesniczy@erys.pl

  

Tagi: zasady
20:17, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 września 2011

Wielu ludzi  ma czasami „doła", a leśniczy we wrześniu ma ich naprawdę sporo... Ale spokojnie, to nie przejaw słabej konstrukcji psychicznej, bo kto jak kto, ale leśniczy musi być niesłychanie odporny psychicznie i nawet nie ma czasu na wpadanie „w doła".  We wrześniu  leśniczowie w różnych miejscach Polski mają wiele dołów, w których... szukają pędraków chrabąszczy. Prawidłowo ta czynność nazywa się zgodnie z zapisem Instrukcji Ochrony Lasu: „kontrola występowania szkodników korzeni". Wykonuje się ją zasadniczo pomiędzy 15.08, a 30.09 kopiąc doły o wymiarach: 1m x 1m x 0,5m głębokości. Pracę wykonują pracownicy zakładów usług leśnych pod nadzorem leśniczego. Każdy „sztych" łopaty trzeba dokładnie przejrzeć, przegrabiając ściółkę i leśną glebę:



 

Wszędzie tam, gdzie istnieje ryzyko występowania pędraków, czyli larw owadów gatunków chrabąszczowatych, a gdzie wiosną będziemy zakładać nowe uprawy leśne kopiemy doły próbne w ilości 6 szt na każdy hektar. Nie jest to proste zadanie, a tym roku przypomina trochę szukanie igły w stogu siana. „Zaraz, zaraz - powie uważny czytelnik- przecież pędraki są białożółte i osiągają wielkość nawet 6 cm. Jak ich nie zauważyć?" Nie wszystkie są takie wielkie. W moim leśnictwie w tym roku zbieramy takie "malusie":



 

W okolicznych lasach w tym roku była rójka chrabąszczy i ograniczanie ich liczebności. Te samice chrabąszczy, którym jednak udało się znieść jaja, stały się matkami malutkich pędraków. Wylęgają się one po około 6 tygodniach od zniesienia jaj, czyli we wrześniu są naprawdę niewielkie. Pędraki guniaka są jeszcze mniejsze.

 Początkowo przebywają w warstwie próchnicznej i odżywiają się rozkładającymi częściami roślin. Trudno je znaleźć w leśnej ściółce. Gdy zrobi się już zimno, schodzą nawet na głębokość 1m. Dlatego kopiemy doły właśnie teraz- gdy już wszystkie się wylęgły i są jeszcze tuż pod powierzchnią ziemi. W czerwcu kolejnego roku pędraki linieją i mocno zwiększają swoje gabaryty oraz stają się bardzo żarłoczne. Im są starsze i większe tym żerują na grubszych korzeniach:



Zaczynają od delikatnych korzonków traw, a potem, szczególnie w 3 lub 4 roku, są już bardzo żarłoczne, dobierając się do coraz grubszych korzeni drzew. Pustoszą wtedy uprawy, a nawet młodniki. Wyrządzają też duże szkody w ogrodach oraz na polach, „przerabiają" też przydomowe trawniki z zielonych na żółte... Kopiąc doły trzeba być bardzo uważnym, bo są różne szczepy chrabąszczy i możemy spotkać rozmaite pędraki.

 Zresztą szkodniki korzeni są różne i choć najczęściej znajdujemy pędraki chrabąszczy, to zwracamy uwagę także na pędraki guniaka czerwczyka, wałkarza lipczyka, ogrodnicy, jedwabka i listnika. Miejsce kopania zaznaczamy na dokładnym szkicu, numerując poszczególne doły i wypełniamy odpowiedni formularz. Wpisujemy tam ilość wykopanych dołów oraz znalezionych groźnych larw. Pędraki umieszczamy w plastikowych, opisanych pojemnikach wypełnionych solanką, czyli mocno nasyconym roztworem soli kuchennej.

 Spakowane w ładną paczkę oddajemy w nadleśnictwie specjaliście ochrony lasu.  Właśnie wczoraj, przy okazji pobytu w moim nadleśnictwie oddałem swój "urobek" Wandzie, która przekaże pojemniki z wszystkich leśnictw ekspertom z Zespołu Ochrony Lasu. Pracownicy ZOL poddają analizie dostarczony materiał, określają gatunki , stopień rozwoju i zdrowotność larw. Na podstawie specjalnej tabeli liczb krytycznych określają zagrożenie ze strony szkodników korzeni dla każdej projektowanej uprawy oraz przygotowują zalecenia dalszych działań dla leśników.

 Jak widzicie jest sporo pracy z tymi dołami. W tym roku znaleźliśmy niewiele pędraków, choć bywały lata, że w jednym dole było ich kilkanaście. Czas pokaże, czy ich liczebność po naszych kosztownych zabiegach rzeczywiście spadła, czy po prostu dobrze się kryją w próchnicznej, leśnej glebie. Jeżeli smutno zwieszone, pożółkłe „głowy"  sadzonek wiosną potwierdzą ich liczną obecność, wtedy będziemy z pewnością mieli „doła", pomimo charakterystycznej dla leśników twardości ducha. Jestem przekonany, że to jednak chrabąszcze będą w „dolnych stanach stanów średnich", czyli nasze na wierzchu...

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

  

Tagi: zasady
21:14, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 września 2011

Wczorajszej nocy potężna burza przeszła nad naszym regionem. Wieczorem zadzwoniła moja córka Iga, która mieszka i studiuje w Słubicach z wieściami, że znad Odry ciągnie straszna burza. Po niespełna godzinie także u nas zaczęło  błyskać się przez cały widnokrąg i zerwał się ogromny wiatr. Pioruny zaczęły walić, że hej! W jeziorze odbijały się błyskawice i zygzaki piorunów. 

Powyłączałem z sieci elektrycznej wszelkie urządzenia i pozamykałem szczelnie okna. Mój jagdterier Amigo nie odstępował mnie na krok, bo bardzo boi się odgłosów burzy. Strzały nie robią na nim żadnego wrażenia, ale gdy jest burza, to nie potrafi znaleźć sobie miejsca. Za chwilę o parapety zaczął bębnić deszcz, który przeszedł w ulewę. Burza nie wyrządziła praktycznie żadnych szkód w Pszczewie, ale w innych częściach lubuskiego pozrywała dachy, uszkodziła linie elektryczne i połamała wiele drzew. Strażacy interweniowali ponad 200 razy, a leśnicy także mają wiele pracy przy usuwaniu wywrotów i złomów.

W dzisiejszy, poniedziałkowy ranek ruszyłem zaraz do lasu, aby sprawdzić przejezdność dróg i zlokalizować ewentualne szkody. Stwierdziłem na szczęście tylko pojedyncze. Jak zwykle przerzedziły się biogrupy i zniszczeniu uległo kilka drzew ekologicznych. Miejscami drzewa mają poderwany system korzeniowy i opierają się na sąsiadach. Istotnych szkód w zasadzie nie ma. Drogi także są przejezdne.

 Przemierzając leśne oddziały starych drzewostanów zauważyłem kilka drzew uszkodzonych przez piorun. Zobaczcie jak to wygląda, bo może widzieliście już takie drzewa nie wiedząc, że to sprawka pioruna:



 

Są takie miejsca w lesie, gdzie praktycznie po każdej burzy spotykam drzewa pokaleczone wyładowaniem atmosferycznym:



 

Znam taki pagórek, gdzie już kilkanaście drzew jest „porysanych" piorunami. Niektórzy ludzie, szczególnie ci, którzy wolny czas spędzają z wykrywaczem metalu łączą to z obecnością skarbów pod drzewem. Karmieni marzeniami o szybkim wzbogaceniu się po znalezieniu Bursztynowej Komnaty lub skarbu szwedzkich żołnierzy wierzą, że to prawda. Cóż, czasem wykopują zwój starej siatki lub lemiesz od pługa...  

Czasem dociekliwy poszukiwacz może wykopać fulguryt, strzałkę piorunową. To efekt uderzenia pioruna w ziemię i stopienia piasku kwarcowego. Wyglądem przypomina on marchewkę lub korzeń ze stopionego szkła z drobinkami piasku. Może „to" osiągać nawet 1 m długości. Dawni Słowianie, którzy wierzyli w potężnego Peruna- boga grzmotów i piorunów używali ich jako amuletów. Pioruny często uderzają w dęby, brzozy i jesiony, ale także w sosny i świerki. Chyba nie ma tu reguły, bo choć najczęściej uderzają w samotne drzewa, to często znajduję ślady gniewu Peruna na drzewach wewnątrz drzewostanów. Zwykle jest to jednak jakieś wywyższenie terenu.

Pod drzewem zostaje czasem wytopiony otwór:



 

Zdarza się, że uderzenie pioruna wywołuje pożar. Niedawno, pod Olsztynem sosna, która została trafiona piorunem tliła się wewnątrz przez dwa dni, a potem runęła i spowodowała pożar ścioły na powierzchni 20 arów. Na szczęście czujni leśnicy szybko zlokalizowali i ugasili razem ze strażakami pożar. Oglądałem dzisiaj dokładnie sosnę, w którą walnął piorun. Fragmenty kory i łyka leżały nawet 15 metrów od drzewa:



 To straszna siła. W każdym z nas, nawet największym „chojraku" drzemie atawistyczny lęk przed tym groźnym żywiołem. W czasie burzy najlepiej być w domu.

Jeśli burza zastanie nas w terenie leśnym, to przestrzegajmy takich przykazań:

-  jeśli można szukajmy schronienia w samochodzie, bo tam jest zdecydowanie      

    najbezpieczniej.

- należy pozbyć się metalowych przedmiotów, nie korzystać z telefonu, a gdy    

   np. wracamy z ryb nie trzymać w ręku wędzisk z włókna węglowego.

- gdy jesteśmy w grupie to lepiej rozproszyć się

- w żadnym wypadku nie kłaść się na ziemi i nie chować się pod pojedynczym  

   drzewem (to przyczyna 25% porażeń człowieka) 

- burzę najlepiej przeczekać w jakimś zaniżeniu np. pod małym świerkiem, czy   

  gęstym krzewem

- należy usiąść na torbie, plecaku czy koszyku, który odizoluje nas od ziemi, trzymając razem( nie w rozkroku) stopy podciągnięte pod siebie.

 

Gdy jesteśmy szcześliwie w domu,  to lepiej odłączyć od sieci elektrycznej wszelkie urządzenia i szczelnie zamknąć okna. Nie należy stać w szeroko otwartym oknie i podziwiać grozę burzy.Należy pamiętać, że człowiek jest bezsilny wobec żywiołów i doskonale przewodzi prąd. To nie wstyd bać się burzy i szanować potęgę Natury. Wie o tym nawet mój Amigo.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl 

Tagi: zasady
19:40, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
czwartek, 04 sierpnia 2011

Czytelnicy tego bloga, szczególnie tacy, którzy zaglądają tu regularnie, za przyczyną mojego poprzednika Tadeusza i moją, zapewne już sporo wiedzą o pracy leśniczego. A czy wiecie, że leśniczy także zajmuje się przejazdami kolejowymi i szlabanami na tych przejazdach? Przez moje leśnictwo biegnie stara, „krzywa":

 

i rzadko używana linia kolejowa Międzyrzecz- Międzychód. Ruch osobowy zawieszono na niej wiele lat temu, ale kursują pociągi towarowe i kolejarskie drezyny. Tor kolejowy przecina 10 oddziałów mojego leśnictwa i jest świetnym punktem orientacyjnym dla przewoźników drewna, turystów, a szczególnie dla grzybiarzy. Przy okazji przekazuję Wam cenną i ważną informację: warto już wybrać się na grzyby! Kurki żółcą się już od tygodni, ale pojawiły się także podgrzybki i to takie już prawie jesienne, na grubej nodze. Dziś smażyliśmy z żoną czubajki kanie, czyli sowy i pokroiliśmy do suszenia 3 dorodne borowiki, które wypatrzyłem z samochodu sprawdzając wykonanie czyszczeń:

 

 Borowiki to przecież „prawdziwe" grzyby i zachęcam do wypraw z wiklinowym koszem oraz wiedzą na temat właściwego zachowania się w lesie. Linia kolejowa znakomicie ułatwia orientację w lesie i każdy mało „kumający" w terenie grzybiarz chętnie rusza na spotkanie z kurkami i prawdziwkami mając ją „pod pachą". Wzdłuż toru biegnie droga leśna co jeszcze bardziej ułatwia komunikację. Jednak na początku tej drogi stoi stosowny znak, ważny dla zmotoryzowanych:

Ale nie ma się czym przerażać, tuż obok jest spory placyk i tam spokojnie można zaparkować samochód. Będzie go miał na oku, podobnie jak wiele leśnych spraw, drewniany Św. Hubert, który stoi tu od 10 lat. Żaden samochód tu jeszcze nie zginął, a tym, którzy tu parkują Hubert podpowiada, jak wrócić z koszem pełnym prawdziwków i podgrzybków. Tory kolejowe przecinają drogi leśne i drogę powiatową prowadzącą do Stołunia i Kuligowa. Dlatego są tam przejazdy kolejowe oznakowane krzyżami Św. Andrzeja.

 Krzyże ostrzegające o przejeździe pociągu zawieszano kiedyś na wkopanych pionowo kawałkach szyn, ale stały się one łupem złomiarzy... Stawiane na drewnianych słupkach także ginęły. Kolejarze planowali rozebrać przejazdy, ale jak wtedy pokonywać nasyp kolejowy aby gospodarzyć w lesie i wywozić drewno? Nadleśniczy podpisał kilka lat temu porozumienie z PKP w sprawie udostępnienia przejazdów leśnikom. Wydał też własne zarządzenie, w którym określił zasady korzystania z przejazdów, a nadzór nad ich utrzymaniem i zapewnieniem na nich bezpieczeństwa powierzył leśniczym.

W ten sposób wraz z dwoma kolegami staliśmy się „kolejowymi leśnikami", choć czerwone czapki i gwizdek nie są nam potrzebne. Zabezpieczenie przejazdów niesie za sobą konieczność wykonania i stałego zamykania rogatek czyli szlabanów. Nie jest to łatwe zadanie. Przerabiałem różne sposoby zabezpieczenia przejazdów i testowałem rozmaite formy rogatek.

 Wszystkie jednakowo szybko i bezmyślnie były niszczone. Drewniane żerdzie łamano, cięto piłą lub przerąbywano siekierą. Ginęły kłódki, wycinano łańcuchy, niszczono tablice ostrzegawcze. W ostatnich dniach montowano tam metalowe rogatki:

 

Solidny, metalowy szlaban powinien oprzeć się zakusom „szkodników". Otwieranie i zamykanie takich rogatek to dla mnie spory kłopot i strata czasu, ale bezpieczeństwo to ważna sprawa.Latem jest spory ruch w lesie, choć ludzie przyzwyczaili się już do zamkniętych rogatek na tych drogach. Kolejarze także, choć zawsze buczą lub gwiżdżą ostrzegawczo zbliżając się do przejazdu. Wcześniej, gdy był większy ruch na tej linii to często wybuchały pożary przy torach. Teraz ten problem już nie istnieje. Rogatki to jednak kłopotliwa rzecz. Zwykle tak sobie planuję trasę, aby korzystać z innych dróg, ale gdy prowadzę samochód z drewnem to nie mam wyboru i muszę wyręczać dróżnika. Dlatego i ja, i podleśniczowie mamy „na stanie" klucze do otwierania rogatek i stale dbamy aby były zamknięte. Dziś był odbiór techniczny nowych rogatek zamontowanych przez firmę budowlaną.

 

 Zostały one solidnie wbetonowane i mam nadzieję, że lepiej posłużą niż drewniane żerdzie. Wyglądają ładnie i pewnie posłużą wiele lat. Las wzdłuż toru lepiej odwiedzać jednak na piechotę lub korzystając z roweru. Nie trzeba wtedy denerwować się na widok zamkniętych rogatek i łatwiej wypatrzyć borowiki, które zwykle rosną przy drodze. Na ruch osobowy tą linią kolejową nie ma raczej widoków, choć jest ona bardzo malownicza i byłaby zapewne atrakcją turystyczną. Z nostalgią wspominam czasy, gdy razem z kolejarzami jeździłem małą drezyną sprawdzając wykonanie pasów przeciwpożarowych wzdłuż torowiska. Jak widzicie leśniczych sporo łączy z kolejarzami. Jednych i drugich trudno wykoleić...  W końcu służby mundurowe zawsze trzymają się razem!  Leśniczy z kolejową specjalnością ma obowiązek znać rozkład pociągów i na bieżąco doglądać rogatek. Ale zniżki na przejazd Intercity nie ma...

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl 

Tagi: zasady
20:41, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 lipca 2011

Lato w lesie to czas grzybów, nie tylko tych znanych z kuchni, a także owadów. Leśnicy bacznie obserwują kilkanaście gatunków podstawowych, groźnych dla lasu szkodliwych grzybów, choć opisano ich kilkadziesiąt tysięcy. Uważnie obserwują też rozwój owadów, wykorzystując często sztuczne pułapki, które często spotykacie w trakcie letnich wędrówek po lesie. Przełom lipca i sierpnia to czas mniszki, brudnicy mniszki. Ten szary, o zmiennym ubarwieniu motyl, jest bardzo groźnym szkodnikiem drzewostanów sosnowych i świerkowych. Przypatrzcie się bliżej naszej mniszce, to ilustracja z zacnego "Atlasu szkodników owadzich drzew leśnych" V. Novaka (W-wa 1975) :



Samce ( powyżej) są nieco mniejsze, maja grzebykowate czułki, a gdy siedzą ich obrys tworzy trójkąt równoboczny. Odwłok jest szaroczarny, równo ścięty.  Samice z kolei ( poniżej ) mają obrys trójkąta równoramiennego, czułki nitkowate, a ich odwłok jest czerwony z czarnymi plamkami i ostro zakończony. Jedna samica składa zwykle do 200 jaj, z których wylęgają się żarłoczne larwy, niszczące igły drzew.

 

 Masowe pojawy tego groźnego motyla, zwane gradacjami, nękały Polskę w latach 60,70 a szczególnie mocno w latach 80 XX wieku. Szkody wyrządzane przez żarłoczne larwy brudnicy, zjadające igły sosen i świerków, notowano na milionach hektarów. Polska z racji centralnego położenia w Europie, gdzie ścierają się  wpływy dwóch klimatów; oceanicznego i kontynentalnego jest bardzo podatna na gradacje szkodliwych owadów.

Nasze lasy są nieustannie zagrożone przez różne gatunki owadów, charakterystyczne dla obu tych klimatów. Są one znane leśnikom od lat, ale też przybywają nowe. Wystarczy tu przypomnieć niedawno poznanego szrotówka kasztanowcowiaczka, który przywędrował z Bałkanów i nęka nasze piękne kasztanowce.  Żaden z krajów Europy nie jest tak zagrożony i tak często nękany gradacjami około 50 gatunków owadów jak Polska.

Stąd latem leśnicy wiele swojego czasu poświęcają na obserwowanie owadów. Ostatnie dni to czas mniszki. Motyle brudnicy mniszki żyją krótko, zwykle do 14 dni. W tym krótkim czasie trzeba znanymi leśnikom sposobami śledzić ich lot i rozwój, aby nie dopuścić do gwałtownego wzrostu populacji. Służą do tego m.in. plastikowe pułapki w kształcie lejka, gdzie pomiędzy skrzyżowanymi skrzydełkami umieszcza się czerwoną gumkę –feromon.

 Wydziela on zapach samicy zwabiający do pułapki samce. Gdy lata dużo motyli w pułapce możemy znaleźć i jedne, i drugie. Przez dwa dni w jednej pułapce, w foliowym worku pod spodem lejka można naliczyć kilkaset sztuk. Przy okazji warto podkreślić, że wszelkie pułapki w lesie są ważne i potrzebne, stąd nie można ich niszczyć, co , niestety, często się zdarza. Utrudnia to porównywanie wyników i właściwą ocenę zagrożenia naszego lasu. No i jest oczywiście smutnym dowodem braku kultury i przewagą genów szkodnika w dumnym egzemplarzu Homo sapiens...

 Szczególnie często giną foliowe worki, będące częścią pułapek, zabierane pewnie przez zbieraczy kurek. Zdecydowanie jest to głupi pomysł, bo nie dość, że niszczy się  pułapkę to jeszcze źle przechowuje jadalne grzyby, co często jest przyczyną kłopotów zdrowotnych. Zostawmy pułapki w stanie nienaruszonym, niech dobrze służą leśnikom.



W moim leśnictwie w stałych, co roku tych samych punktach, obserwuję lot brudnicy mniszki w 4 oddziałach na 83 jakie są w moim leśnictwie. Co dwa dni zaglądam do każdej pułapki, wyjmuję złapane motyle i liczę je. Np. 20 lipca w oddz. 52 było 223 mniszki, a 22  lipca tylko 92, bo padał mocno deszcz . Z kolei 25 lipca naliczyłem znowu 252 szare motyle. Gdy ocenimy, że  liczba motyli w pułapce świadczy o kulminacji rójki przystępujemy do przeglądu wszystkich drzewostanów i siedzących na drzewach samic.

Mamy opracowane specjalne metody liczenia mniszek: transektu lub dwudziestu drzew, które pozwalają na dokładną ocenę rozmiaru rójki i kontroli potencjalnej gradacji. Wymagają one od leśniczego przejścia wielu kilometrów liniami oddziałowym i gospodarczymi. Przy okazji obserwujemy też inne zjawiska w lesie, występowanie grzybów (m.in. opieńki, korzeniowca ale także smacznych, żółciutkich kurek, które już się pojawiły) i innego groźnego motyla- barczatki sosnówki, która także teraz lata.

Ostatnie dni razem z podleśniczym Irkiem przemierzamy „piechty” jak mawiał pewien stary drwal całe leśnictwo, aby dobrze poznać schronienie mniszek. I wcale to nie jest skryty w górach klasztor ale pnie  pszczewskich sosen, gdzie przesiadują motyle brudnicy. W Polsce mniszka od lat jest szczególnie groźna dla lubuskich, mazurskich i śląskich lasów. Jak do tej pory nie ma powodów do niepokoju, bo spotykamy w trakcie kontroli 2-3 samice w oddziale leśnym. Zdarzają się też pojedyncze barczatki. Całe szczęście.Trzeba być jednak czujnym, aby nie powtórzyła się gradacja z lat 80, kiedy to na jednej sośnie można było naliczyć nawet tysiąc mniszek...

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

Tagi: zasady
19:52, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2