O tym co w lesie piszczy...
O autorach

Wpisy z tagiem: zwierzęta

środa, 07 grudnia 2011

Pamiętacie jak niedawno pisałem o szopie praczu, który dał się sprać i poległ potracony przez samochód? To pierwsze udokumentowane stwierdzenie szopa w mojej mocno zalesionej okolicy. Niektórzy moi koledzy leśnicy pomrukiwali pod wąsem ( bo większość leśników nosi wąsy) : „wielkie halo, wiadomo, że szopy u nas są…”

Może i wiadomo, ale gdy zajrzymy do naukowych opracowań, które są podstawą rzetelnej wiedzy wygląda ta „oczywista wiedza” zupełnie inaczej. Po tym „szopnym” wpisie na blogu napisał do mnie, a potem zadzwonił prof. Henryk Okarma z Instytutu Ochrony Przyrody PAN w Krakowie. Bardzo zainteresowała  go historia z szopem i przy okazji opowiedział mi o pracach nad „Atlasem Ssaków Polski”. Wysłałem panu profesorowi kawałek skóry szopa do badań DNA, a jego informacje o pracach nad „Atlasem” zainteresowały mnie i skłoniły też do refleksji.

 Bo przecież my - dumni przedstawiciele gatunku Homo sapiens, tak mało wiemy o zwierzętach żyjących wokół nas, czasem nawet z nami…. Pewien znajomy, gdy przeczytał mój tekst o budkach dla ptaków i schronach dla „Batmanów”, czyli nietoperzy, mocno zaokrąglił oczy: „To u nas żyją nietoperze? Byłem pewien, że nietoperze już wymarły… Poważnie mówisz? ” Jasne, jasne, naturalnie  wiemy, że są sarenki i zajączki, boimy się dzika i wilka ( choć zwykle znamy je bardziej z bajek). Ale ten na fotografii pochodzi z pobliskiej Puszczy Noteckiej:



Znamy „jelonki”, lisy i wiewiórki z parku. Ale czy wiemy, że ostatnio naszą uroczą , swojską rudą baletnicę z goldenem w pyszczku wypiera wiewiórka szara?:

  Wokół nas mieszka wiele tajemniczych zwierząt o równie tajemniczych nazwach: piżmak, norka, gronostaj, popielica, karczownik czy tchórz. Pewnie niewiele o nich wiemy?  Niektóre z nich wyginęły, są na granicy wyginięcia i ich liczebność drastycznie spada ( suseł, piżmak, popielica),  a inne pojawiają się w Polsce, choć wcześniej ich tu nie było. Klasycznym przykładem jest tu norka amerykańska, jenot czy szop pracz, którego już poznaliście. Niektóre, nawet dość pospolite nie są nam zupełnie znane. Oto suseł, którego pstryknąłem na terenie Zamku Spiskiego w Słowacji:

Większość turystów, którzy w ogóle zwrócili uwagę na susły myślała, że to świstaki!

 

 Aktualna wiedza na temat naszych ssaków to rzecz potrzebna nie tylko przyrodnikom, a dotyczy każdego z nas. Wspomnę tu choćby bobry, które w ostatnich latach są często obecne w mediach ze względu na powodzie i szkody, które zaczynają wyrządzać nawet w przydomowych ogródkach. A puma grasująca po Polsce? Dziki rujnujące trawniki w nadmorskich kurortach? Łosie wpadające pod auta? Z tych potrzeb zrodziła się wśród polskich naukowców, pod przewodnictwem prof. dr hab. Henryka Okarmy z Krakowa idea „Atlasu rozmieszczenia ssaków w Polsce”. Istnieje już takie opracowanie, ale było one wydane w 1983 roku, a zatem zawarte tam dane są już mocno nieaktualne.

 Wciąż mówimy o potrzebie rozwijania bioróżnorodności i zachowaniu gatunków, popieramy ideę sieci Natura 2000 oraz upatrujemy rozwój naszego kraju w oparciu o bogactwo natury. Aby dbać i chronić trzeba dokładnie znać przedmiot ochrony. Niektóre gatunki wyrządzają szkody i wywiera się presję, aby temu przeciwdziałać. Inne napływają do naszego kraju i jeszcze nie wiemy, czy to powód do zadowolenia, czy obawa o nasze rodzime zwierzęta, które muszą ustąpić pola. Do wszelkich działań niezbędna jest rzetelna wiedza.

 Na mój blog zagląda wielu leśników, przyrodników i entuzjastów piękna przyrody. Przez blisko rok nawiązałem tu wiele miłych znajomości. Każdy list czy komentarz świadczy o wielkiej wrażliwości na bogactwo przyrody i zapotrzebowaniu na wiedzę o zjawiskach czy elementach naszej Natury. Zachęcam Was do zainteresowania się zbieraniem danych i pomocą w tworzeniu atlasu. Warto zapoznać się z naszą ojczystą fauną zaglądając na stronę www.iop.krakow.pl/Ssaki/Katalog.aspx.

 Sami zobaczycie jak wiele atlasowych pól 10x10 km jest pustych. Nawet dotyczących niby-pospolitych gatunków. Takie badania są bardzo potrzebne i mają wielkie znaczenie dla ochrony przyrody. Uczestniczyłem już kiedyś w badaniach atlasowych bociana białego i ptaków drapieżnych. Jest to zajęcie dające dużą satysfakcję. Kilku naukowców z Polski, bez wsparcia społecznego nie jest w stanie wyczerpująco spenetrować wszystkich zakątków naszego kraju.

 Można przesyłać tam swoje rzetelne informacje i na bieżąco śledzić zbieranie danych. Jestem przekonany, że każdy kto tam zajrzy będzie zafascynowany ilością gatunków, których nie zna!  Publikacja „książkowa” atlasu jest planowana w 2014 roku, a do tej pory warto wesprzeć to ważne dla nas wszystkich dzieło, no i pogłębić swoją przyrodniczą wiedzę. Zachęcam!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

Tagi: zwierzęta
21:12, lesniczy.lp
Link Komentarze (11) »
wtorek, 25 października 2011

Październik jest Miesiącem Dobroci dla Zwierząt, a ponadto dzisiaj, czyli 25 tego jesiennego miesiąca jest Dzień Kundelka. Przypomniał mi dziś o tym sympatycznym święcie łaciaty psiak stojący na pomnikowej kolumnie w miejscowości o wdzięcznej nazwie Pieski... Jechałem przez Pieski do Łagowa, na kolejną edycję Akademii Leśniczego.

W mojej leśniczówce zawsze były i są jakieś zwierzęta: psy- rasowe i kundelki, koty- najczęściej przybłędy, był też chomik. Dodatkowo wokół kręcą się jeże, na strychu nad garażem od lat stacjonują kuny, czasami zagląda wiewiórka, huczą puszczyki, lata mnóstwo ptaków - jak to w leśniczówce.

Psy bywały u nas nawet trzy jednocześnie. Jak „trzej amigos"- przyjaciele na różne okazje... Pierwszy był jamnik długowłosy Tini. Piękny, rasowy, mądry, kochany przez wszystkich. On sam najbardziej kochał Wiktorię- babcię mojej żony Reni, czyli „babcię pra" moich córek. Babcia Wikcia wychowała go z malutkiej kudłatej kulki na fajnego psiaka.

Było to dawno temu, wtedy gdy jeździłem do lasu rowerem. Pędziłem naciskając ostro pedały bicykla, a Tini biegł obok. Strasznie podobało mu się zaczepiać dziki i kilka razy wiał z podkulonym ogonem do mnie z jakąś lochą na „tylnim zderzaku". Musiałem udawać, że go nie znam. Drugi z trójki był Misiek.

 Dostałem go już dorosłego od kolegi Stasia- szkółkarza, kolegi z ławki technikum leśnego. Był prawie „jagdterierem", ale "udał się" trochę większy. Czarny, brązowo podpalany, silny, straszny rozrabiaka. Bały się go wszystkie psy, nawet wilczury. Bardzo kochał moje córki- robił za wierzchowca, ciągał sanki jak husky. Zapamiętały myśliwy i wspaniały towarzysz włóczęg po lesie. Wiele razem przeżyliśmy i do dziś pamiętam jego wierne, bursztynowe oczy wpatrzone we mnie i takie zawsze roześmiane. Kochany był z niego psiak. Dożył u nas prawie 16 lat i zginął w lesie.

Jako trzeci do zgodnej trójki dołączył Amigo I. Trochę jagdterier, trochę foksterier pochodził ze "znanej hodowli użytkowej" pana Janka- leśnika z Rańska. Tini jako już stateczny psi dziadek pilnował domu, ale Misiek i Amigo każdą chwilę spędzały w lesie. Czas płynął nieubłaganie i z trójki został tylko Amigo. To był także wspaniały kompan, podobnie jak Misiek, który go wychowywał jak ojciec.

Był wszędzie ze mną. Jeździł ze mną codziennie do lasu siedząc obok na fotelu pasażera w Uazie. Był bardzo mądry, tylko nie umiał mówić. Może to zaleta, nie wada... Pewnego dnia, po powrocie z lasu jakoś długo nie wracał z okolic leśniczówki. Długo go szukałem, wołałem. Po kilkunastu dniach dzieci z sąsiedztwa przybiegły z wieścią, że leży w wodzie przy brzegu jeziora. Znajomy wędkarz opowiedział mi, jak to było. 

 Amigo wywęszył lisa w trzcinach nad jeziorem i popędził go przez jezioro. Lód był bardzo cieniutki. Lis przebiegł na drugą stronę jeziora i pomknął w pola, ale pod pędzącym galopem psem lód załamał się... Psiak długo pływał, ale nie mógł wydostać się na śliską taflę. Żałoba w domu była straszna. Straciliśmy przyjaciela...Pochowałem go w sadzie blisko miejsca, gdzie niedawno Amigo II miał przygodę z borsukiem. Aktualny Amigo ma już 11 lat. Pochodzi z renomowanej hodowli "z Lisiej Klatki" i ma tatuaż w uchu. Uwielbia świeży śnieg:



Ceni sobie odrobinę luksusu:



I jest bardzo towarzyski, ciesząc się na gości w domu:



Oprócz psów w naszym domu zawsze były koty. Uwielbiają wygrzewać się na tarasie i czasem trochę imprezują jak Czarny:

Niezapomniana była kotka Szarka, która przybłąkała się któregoś lata. Była bardzo mądra, ślicznie srebrzystoszara i bardzo zgrabna. Z pełną ufnością prowadziła  córki Olgę i Igę do kociąt, które urodziła po płomiennym romansie z także przybłędą, kocurem Globusem. Potem pojawiła się Ciapata, która była niesłychanie drapieżna i znosiła wszystko co można było złapać, także ryby i jaszczurki:

 Właziła na wierzchołek drzewa i tęsknym wzrokiem śledziła latającą nad leśniczówką ... motolotnię. Urodziła dwóch szarych budrysów, Pirata i Grubego. Nauczyła je łazić po drzewach wspaniale jak ona i gdzieś przepadła:



Dwa szare, pręgowane kocurki uwielbiają wylegiwać się na moich kolanach i włażą bezceremonialnie na klawiaturę komputera. Jakby nie wiedziały, że dziś Dzień Kundelka i mowa powinna być o psach. Gdy coś robię na podwórzu także mają na mnie zawsze oko:

 Smutne jest życie bez czworonożnych czy skrzydlatych przyjaciół. W naszej leśniczówce nie tylko od święta pamiętamy o zwierzętach i jesteśmy na przyjacielskiej stopie (łapie?)

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl 

Tagi: zwierzęta
21:46, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
środa, 19 października 2011

Dziś rano zadzwonił mój podleśniczy Irek z informacją, że przy drodze w oddziale 77 leży dziwny „futrzak" potrącony przez samochód. "Przyjedź sam zobacz, ale wygląda, że to chyba szop pracz". Jechałem już w zupełnie inny fragment leśnictwa, ale szybko zawróciłem do leśniczówki po torbę „foto" i  pojechałem obejrzeć pechowego zwierzaka. Rzeczywiście tuż przy skraju asfaltu leżał szop pracz. Charakterystyczny, pręgowany ogon:

łapki, podobne do niedźwiedzich i zawadiacka czarna maska na szerokiej głowie o wąskim pyszczku są bardzo charakterystyczne. „To dałeś się brachu  sprać jakiemuś pędzącemu automobilowi". Miałeś kiepski refleks albo nie wyhamowałeś przed jezdnią...". Szkoda zwierzęcia, bo został potrącony na samym skraju jezdni:

 Jest to spory fragment liściastego, podmokłego lasu z chronionym przez Naturę 2000 siedliskiem, ale przebiega tu ruchliwa szosa powiatowa i dość często rankiem kruki krążą nad jakimś rozjechanym nieszczęśnikiem. Szopa spotkałem w tych okolicach po raz pierwszy. 3-4 lata wcześniej widziałem także resztki przejechanego przez samochód zwierzątka z pręgowanym ogonem, ale równie dobrze mógł to być duży kot. Tym razem z pewnością to szop. Przyjrzyjcie się mu uważnie, bo wygląda na to, że coraz częściej będziemy spotykać je w Polsce:



Szop pracz nie jest naszym rdzennym gatunkiem, nie zamieszkuje tu od zamierzchłych czasów. Gatunek ten pochodzi z Ameryki Północnej, gdzie zajmuje tereny południowej Kanady, Stanów Zjednoczonych, Meksyku, aż do Kostaryki. Skąd  szopy wzięły się w Polsce?

 Jeszcze przed drugą wojną światową sprowadzili je do siebie Niemcy, który chcieli je hodować dla ładnych futer na czapki. Podobno też szopy były ulubioną maskotką  żołnierzy amerykańskich stacjonujących po zakończeniu wojny w Berlinie. Nie interesowały się polityką i geografią, stąd wędrowały sobie swobodnie po świecie i mając dobry gust, trafiły do Polski. Pierwsze szopy w naszym kraju zaczęły pojawiać się tuż po II wojnie światowej na terenach Mazur i Pomorza, następnie w okolicy Ostródy, Morąga, Pasłęka i lasów nidzkich. Były to obszary, w pobliżu których mieściły się fermy tych zwierząt, tak jak w Niemczech, więc jest bardzo prawdopodobne, że tworzące się w tym rejonie Polski populacje mogą być wynikiem ucieczek zwierząt z ferm. Na wolności – w naszych warunkach klimatycznych – doskonale sobie radziły.

 I zaczęły pojawiać się w naszych lasach coraz częściej. Najwięcej jest ich na zachodzie kraju, ale rozprzestrzeniają się szybko, bo nie mają wrogów naturalnych, są odporne na choroby i prowadzą nocny tryb życia. Mają znakomicie rozwinięty węch, długie „wąsy"- włosy czuciowe, czyli wibrysy, a w oczach skupiającą światło warstwę guaninową, podobnie jak koty. Dlatego znakomicie potrafią poruszać się w ciemności. Są bardzo zwinne, wspinają się na drzewa i doskonale pływają. Dlatego są groźne dla innych zwierząt i ptaków, bo trudno się przed nimi schować.

Szopy są wszystkożerne. Żywią się głównie drobnymi zwierzętami, takimi jak płazy, ryby, raki, ślimaki, owady oraz jajami ptaków, padliną, a także różnymi owocami i nasionami, zwłaszcza orzechami, borówkami i malinami. Bardzo chętnie plądrują ptasie gniazda, wyrządzając w ten sposób dotkliwe szkody np. w populacji cietrzewia.

 Charakteryzuje je specjalny rytuał jedzenia, polegający na opłukiwaniu pokarmu w wodzie, co wyglądem przypomina pranie – stąd jego polska nazwa gatunkowa „szop pracz". Każdy pokarm najpierw dokładnie obracają w dłoniach, obwąchują, a dopiero, kiedy stwierdzą jego przydatność, zabierają się do konsumpcji.

Ich „rączki" są niemal tak sprawne jak ludzkie dłonie, mają bardzo dobrze rozwinięte palce, dzięki którym zwierzę ma duże zdolności chwytne i manualne. Odcisk przedniej łapy szopa łudząco przypomina dłoń dziecka. Także poszukując zdobyczy macają łapkami w płytkiej wodzie, lub klepią nimi o ziemię. Co ciekawe, „stopochodność" szopów pozwala im przyjmować postawę pionową, wyglądają wtedy jak małe niedźwiadki lub surykatki .

 Czarna plama na części twarzowej, nadająca tym małym drapieżnikom wygląd zamaskowanego bandyty, powoduje, ze są ulubieńcami dzieci i częstymi bohaterami bajek i kreskówek. Wyglądają sympatycznie jako maskotka, ale w przyrodzie są groźnym i bezwzględnym drapieżnikiem.

 Trzymane w niewoli potrafią być sympatycznym kompanem. Oglądałem kiedyś film o takim oswojonym szopie, który uwielbiał ...cukierki i inne słodycze. Ulubioną rozrywką jego właściciela było dawanie zwierzakowi kostki cukru. Szop z radością w oczach pędził do swojej kuwetki z wodą, żeby przepłukać przysmak, jak to on ma w zwyczaju i długo potem macał łapkami po dnie z niedowierzaniem w oczach. Gdzie moja kostka? Potem podnosił miseczkę i zaglądał pod spód. Przysmak jednak zniknął bezpowrotnie... Sprał się po prostu. Ten leśny szop pracz dał się „sprać" zderzakowi auta i przegrał z cywilizacją. Pomimo, że jest zagrożeniem dla naszych rodzimych gatunków było mi smutno, gdy patrzyłem na martwe zwierzątko...

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

 

  

Tagi: zwierzęta
19:59, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
środa, 05 października 2011

Wczoraj był Światowy Dzień Zwierząt, nieprzypadkowo związany z postacią Franciszka, Świętego Franciszka z Asyżu. Dzień jak dzień, codziennie w kalendarzu jest jakiegoś bardziej lub mniej świętego. Jeden z moich kolegów zwykle śmieje się, że tyle już nawymyślano świąt, że jak nie ma co świętować to można nawet czcić dzień otwarcia parasola w jakimś miejscu...

Nie jestem jakiś nawiedzony, ale przekonany, że istnieje pewna mistyka miejsc, postaci czy symboli. Za dewota też się nie uważam, ale szanuję tradycję i wiedzę o wierze przodków. Stąd lubię zatrzymać się na chwilę w miejscach szczególnych, pełnych spokoju, a zarazem tajemniczości. Są takie miejsca skłaniające do refleksji i wyciszenia. Każdy ma inne, a biedni ci, którzy ich nie mają i nie rozumieją potrzeby ich szukania. Zagonieni pędem dnia, popędzani telefonami , emailami i sms-ami rzadko pozwalamy sobie na chwilę zatrzymania i refleksji. A może właśnie po to wymyślono różne święta?

Czy wszyscy kochający zwierzęta w taki świąteczny dzień nie mogą poświęcić im chwili i garści własnych myśli? Nie trzeba afiszować się publicznie ze swoją miłością do zwierząt, ani koniecznie przelewać okrągłych sum na pomoc potrzebującym zwierzakom. Może wystarczy pomyśleć i zrozumieć?  Zawsze znajdzie się kilka minut i miejsce, gdzie można na chwilę zatrzymać siebie i własne myśli... Lubię czasem przysiąść gdzieś na moment na pniaku w lesie lub nad brzegiem cichego jeziorka. Wspaniałe miejsca do takiej chwili zatrzymania bywają w górach.  Są to też często krzyże przydrożne lub zadumane, urokliwe kapliczki, zwykle z wizerunkami naszych świętych.

 Do Świętego Franciszka czuję zrozumiały sentyment. Przecież to patron ekologów, ochrony przyrody i leśników.  Znacie tę postać?:



  Franciszek z Asyżu ( właść. Jan Bernardone) żył krótko, bo tylko 45 lat, urodził się w stajni w roku 1181, jako chorowite dziecko. Ojciec żartobliwie nazywał go Franciszkiem, czyli Francuzikiem. Początkowo jako młody chłopiec prowadził interesy handlowe ojca, potem pragnął być rycerzem, ale po niewoli w Perugii, począł szukać wypełnienia woli Bożej. Zostawił rodzinę, dom i zaczął chodzić po okolicy, naprawiał zniszczone kościoły, pomagał chorym, nawoływał do pokuty. Ludzie różnie o nim mówili, jedni uznawali go za dziwaka, inni mieli go za świętego. Zaczęli garnąć się do niego uczniowie, a on spędzał życie jako ubogi, posłuszny Bogu, służący ludziom i cierpiący coraz bardziej człowiek. Był stygmatykiem i był to pierwszy w dziejach Kościoła stwierdzony historycznie i potwierdzony urzędowo przypadek otrzymania stygmatów. Św. Franciszek otrzymał je na  dłoniach i stopach, krwawiły one i zadawały wielki ból. Franciszek zmarł 3 października 1226 roku w Porcjukuli podczas śpiewu psalmu. Papież kanonizował go 16 lipca 1228 roku a Wielki Polak -  Jan Paweł II ustanowił go patronem ekologii.

Franciszek kochał Boga i świat przez niego stworzony- zwierzęta, ptaki, rośliny, człowieka i całą przyrodę. Zwykle przedstawia się go w otoczeniu zwierząt i ptaków.  Zasady miłości i radości ewangelicznej przelał na swoich naśladowców, bo jeszcze przed jego śmiercią do założonego przez niego zakonu wstąpiło ok. 5000 osób. Św. Franciszek swoją osobą urzekł potomnych. Poezja we wszystkich językach świata śpiewa mu hymny, malarstwo, rzeźba podają sobie dłonie, aby jego postać utrwalić w pamięci pokoleń.

W bazylice papieskiej znakomity malarz Giotto namalował go jak swymi barkami podtrzymuje chwiejący się kościół. Na placu przed bazyliką Św. Jana na Lateranie w Rzymie stoi monumentalny pomnik Św. Franciszka z Asyżu, który wyciąga swoje dłonie w stronę bazyliki. Mamy w mojej okolicy także „swojskiego", naszego Franciszka. Powstał z inicjatywy sióstr zakonnych, prowadzących w pobliskim Szarczu dom pomocy społecznej, szczególnie ówczesnej dyrektor S. Matyldy Genowefy Bołoz i przy mojej skromnej pomocy. 

 Stworzony dłutem mojego przyjaciela, rzeźbiarza Tadeusza Bardelasa, stoi drewniany świątek w otoczeniu kwiatów, przypominając o franciszkańskiej skali wartości życia. Rzeźba została uroczyście odsłonięta i poświęcona przez Ks. Biskupa Adama Dyczkowskiego w towarzystwie wielu znakomitych gości 23 czerwca 2005 w trakcie uroczystości obchodów 150 lat zakonu felicjanek:



 Przejeżdżam często obok tego miejsca, doglądając „swoich"  ponad 2 tysięcy hektarów lasu i wtedy choć na chwilę staram się wsłuchać w jego, jakże aktualne przesłanie:

 

Franciszkańska modlitwa o pokój

Panie, uczyń ze mnie narzędzie Twego pokoju.
Spraw, bym tam, gdzie nienawiść, niósł miłość.
Tam, gdzie zniewaga, niósł wybaczenie.
Tam, gdzie niezgoda, niósł jedność.
Tam, gdzie wątpliwość, niósł wiarę.
Tam, gdzie błąd, niósł prawdę.
Tam, gdzie rozpacz, niósł nadzieję.
Tam, gdzie smutek, niósł radość.
Tam, gdzie ciemności, niósł światło.
Nauczycielu, spraw, bym chciał
nie tyle być pocieszanym, ile pocieszać
nie tyle być rozumianym, ile rozumieć
nie tyle być kochanym, ile kochać
bo właśnie dając - otrzymujemy,
wybaczając - zyskujemy odpuszczenie,
umierając - zmartwychwstajemy do życia wiecznego.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl 

 

 

 

 

  

Tagi: zwierzęta
21:14, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 września 2011

W ostatnich dniach wolne chwile spędzam w ogrodzie i na podwórzu leśniczówki. Pracy nie brakuje, bo moja leśniczówka położona jest na ponad 60 arowej działce, pośród starych lip, dębów i topól. Trzeba kosić trawę, grabić liście, przycinać krzewy itp. Obok jest 40 arowy sad pełen drzew owocowych starych odmian, które co jakiś czas uzupełniam i odmładzam. Posadziłem tam znanego Wam już derenia jadalnego, sporo porzeczek i piękne leszczyny. Teraz jesienią trzeba korzystać z darów Natury i robić zapasy na zimę:



 

Któregoś dnia, gdy schodziłem z wierzchołka starej jabłoni o wysokości dwóch najdłuższych drabin usłyszałem szczekanie mojego jagdteriera. "Pewnie Amigo wynalazł gdzieś jeża w suchych liściach" – pomyślałem. To jedno z jego ulubionych zajęć. Gdy coś robię wokół domu, ten gania po wszystkich zakamarkach i zawsze coś wywęszy. Wieczorami leży zwykle obok i chodzi za mną krok w krok.. Cóż, jak to przyjaciel:

 

Ale tym razem szczekanie psa brzmiało tak samo jak wtedy, gdy głosi w lesie grubą zwierzynę. Cóż on tam wynalazł? Może jenot albo lis gdzieś się tu zaszył? Poszedłem sprawdzić. Amigo ucieszony moim zainteresowaniem ruszył ostro w najbardziej zakrzaczoną część sadu. Zobaczyłem wielką łachę żółtego piasku i okno, czyli wejście do nory. Amigo właśnie nurkował w czeluściach nory... Od razu „skumałem" kto tam mieszka. Widziałem ślady jego bytności w sadzie już od miesiąca. Idealnie okrągłe dziury, wyglądające tak, jakby ktoś włożył grubą rurę w ziemię. Obok resztki plastrów i szarej „celulozy" z gniazd os. Na gliniastej ziemi widoczne były charakterystyczne tropy z solidnymi pazurami. Przypominają miniaturę tropów niedźwiedzia. To borsuk- inaczej jaźwiec:



 ( Fotografia pochodzi z agrrafka.pinger.pl ) Ten nasz największy przedstawiciel łasicowatych czasem jest nazywany przez dzieci  skunksem, z racji czarnych, szerokich pręg na bokach głowy. Jest srebrzystoszaryszary, spód i łapy ma czarne. Tułów bardzo masywny, krępy, zwierzak sprawia wrażenie nieporadnego tłuściocha. Nic podobnego, jest sprawny i szybki. Idąc wolno przelewa się z boku na bok i przypomina małego niedźwiedzia. Wydaje dziwne odgłosy: mruczy, sapie, chrząka, a gdy jest „wnerwiony" chrząka jak dzik. Niejeden wieczorny turysta najadł się strachu myśląc, że jest to niewiadomo co... Wiele borsuków ginie, niestety, na naszych drogach pod kołami samochodów.

Jaźwiec jest w sumie pożytecznym zwierzakiem i raczej nie wyrządza szkód, bo zjada głównie dżdżownice, ślimaki, drobne gryzonie, płazy, bardzo lubi zawartość gniazd os i trzmieli oraz owoce. W zależności od pory roku i dostępności pokarmu zmienia dietę, bo zimą przeważa pokarm zwierzęcy, a latem i jesienią zjada owoce, nasiona, bulwy i kłącza roślin. Zimą borsuk zapada w sen, tak jak niedźwiedź i wiewiórka, stąd pewnie w moim sadzie, w sąsiedztwie apetycznej spiżarni wykombinował sobie zimową norę.

 Mój Amigo nie zachwycił się tym pomysłem, wręcz przeciwnie... Gdy zorientowałem się, że łacha piasku pochodzi z okna borsuczej nory natychmiast usiłowałem go złapać. Ale jagteriery słyną z nieokiełznanego temperamentu. Pies wpadł do nory i rozpoczęła się podziemna walka. Łomot, dudnienie, warczenie borsuka i jazgot psa. Wołałem go, ale na próżno. Jednak po chwili zobaczyłem „antenę", czyli krótki ogon psa. Nie zdążyłem jednak go złapać, a ten nabrał powietrza i na nowo ruszył na borsuka. Po chwili gwałtownej walki usłyszałem skowyt psa i zapadła cisza...

 "Chyba borsuk go zadusił!"- przestraszyłem się. "Trzeba go ratować". Pobiegłem szybko po łopatę i zacząłem kopać w twardej glinie. Po kilku chwilach złamałem szpadel na jakimś korzeniu. Pobiegłem po inny. "Przecież mój Amigo o ile nie udusił go borsuk, sam udusi się z braku tlenu w tej norze". Wiem, że borsuk potrafi zakopać intruza, a sam czmychnąć innym, zapasowym oknem. Akurat nadszedł mój kolega, a zatem we dwójkę wzięliśmy się ostro za kopanie. Każda chwila była cenna.

 Pot lał się z nas ale po około 40 minutach zobaczyłem w mroku nory „antenkę" Amigo. Położyłem się i wyciągnąłem na całą długość. Udało się dosięgnąć do psiego ogona! Wyciągnąłem zakrwawionego psiaka:



Na szczęście żywego, choć przeprawa z borsukiem sporo go kosztowała. „Leciał mi" przez ręce, ale po chwili stanął na nogach. Miał zakrwawiony bark, podziurawione i oberwane ucho oraz  cały był ubabrany w glinie. Opatrzyłem go szybko, wyczyściłem, obmyłem rany po borsuczych pazurach i kęsach (kłach) oraz podałem mu środek przeciwgorączkowy. Był nieźle poturbowany, ale łypał na mnie łobuzerskim wzrokiem. To nie pierwszy raz. Gryzł się kiedyś z lisem i siedział w norze ponad 2 godziny. Innym razem walczył z lisem w naszym kurniku.

 Patrzył na mnie i moje zabiegi pielęgniarskie z wyraźną wdzięcznością. Przyjaciół poznaje się przecież w potrzebie. W końcu Amigo - to znaczy przyjaciel... Po dwóch dniach rekonwalescencji  był zdrów jak rydz. Zabarykadowałem mu jednak wejście na ogród. Ale Amigo ma swoje ścieżki i podkopy pod każdym ogrodzeniem. Na wszelki wypadek sprawdziłem norę. Nie było świeżych tropów. Borsuk wyprowadził się z mojego sadu. Chyba się obraził...

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl. 

Tagi: zwierzęta
22:22, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
sobota, 17 września 2011

Ostatnie dni były bardzo intensywne, bo dwa harwestery wykonują trzebieże, a forwardery ustawiają wielkie stosy drewna. Większość to średniowymiarowe drewno S2a czyli dawna „papierówka" o długości 2,40. Wszystkie proste i zdrowe drewno jest sortowane i wybierane na sortyment S2b o długości1,80 metra. Wiele firm produkuje z niego materiał na małą architekturę ogrodową, która zwykle jedzie na zachód Europy.

 Jesień coraz śmielej barwi las. Jarzębiny czerwienią się koralowo, podobnie jak róże i głogi obsypane owocami. Klony przebarwiają się coraz śmielej, lipy i brzozy są coraz bardziej żółte, rudzieją też modrzewie. Coraz rudziej w lesie... Przekwitają wrzosy, schną paprocie, coraz więcej liści nabiera rudych barw. Codziennie też spotykam w lesie inną zwinną rudość.

To wiewiórki. Intensywnie gromadzą zapasy na zimę i uwijają się po lesie. Bardzo lubię te leśne baletnice i zawsze z wielką radością zatrzymuję się chwilę koło napotkanej Rudej Gracji. Tak o Florku, swojej oswojonej wiewiórce pisała poetka Maria Pawlikowska:

 

Drzewny pajacyk. Florek, wiewiórka

O oczach Włocha, a brzuchu Turka,

O uszach diabła, ruchach wariata,

Komik, filozof i akrobata

Zasiadał biorąc w szybkie obroty

Orzech buczyny – trójkącik złoty,

Ząb słonecznika, orzech laskowy

Lub włoski – większy od jego głowy –

I jadł, nadęty, pełen przesady,

Wyglądem swoim dając mi radę,

By w każdą czynność – choćby w jedzenie,

Kłaść przekonanie, zapał, natchnienie.

Krząkając, trenem szastając rudym,

Chodził w trop za mną. Nie znał obłudy...



 To doskonała charakterystyka tego uroczego zwierzątka. One także mnie lubią, bo spotykam je bardzo często i zbytnio się mnie nie boją, spoglądając na mnie czarnymi, figlarnymi oczkami. Poświęćcie im nieco uwagi podczas niedzielnego, leśnego spaceru. Wszędzie, gdzie są fragmenty liściastych lasów z gęstym podszytem można spotkać wiewiórki.

 

Gnieżdżą się w gniazdach większych ptaków lub własnych, przygotowanych samodzielnie sprytnymi łapkami. Dziuple służą im zwykle za schronienie i jako spiżarnie na zimę. W tym roku jest niezły urodzaj laskowych orzechów. Są pyszne i zdrowe.

Nazbierałem mały zapas, uprzedzając leśne rudzielce. Dla nich także wystarczy, bo tam gdzie ja nie dam rady wspiąć się po gibkich, leszczynowych pędach, wiewiórka uczyni to z łatwością. Wiewiórki zbierają  pilnie ulubione orzechy z leszczyn i chowają w różnych zakamarkach. Podobnie robią z różnymi nasionami, żołędziami. Są trochę roztargnione i często zapominają o swoich zapasach, pomagając w ten sposób leśnikom w odnowieniach naturalnych.

Zapomniane nasiona kiełkują i wyrastają z nich siewki drzew lub krzewów. To kolejny powód, żeby z wielką sympatią na nie spoglądać. Potrafią także samodzielnie suszyć grzyby, które zostawiają na słońcu nakłute na patyk lub włożone w rozwidlenie gałązek. Wiewiórki lubią też owoce. Nakryłem kiedyś rudą spryciarę, która porwała sprzed letniskowego domku apetycznego "goldena":



 

Dobrze, że miałem aparat przy sobie i zrobiłem jej sesję zdjęciową. Nie sprawiała wrażenia stremowanej i wdzięcznie pozowała, nie przerywając pałaszowania jabłka.Bardzo daleko skaczą z drzewa na drzewo, używając rudego ogona jako steru i spadochronu jednocześnie. Często przebiegają przez leśną drogę i skacząc na najbliższy pień przyglądają się spacerowiczom, strzygąc przy tym uszami zakończonymi zalotnymi pędzelkami i śmiesznie cmokając:

 Można je też spotkać na szosach biegnących przez las. Najczęściej jest to tylko ruda, smutna plamka na asfalcie... Uważajcie na nie proszę, podróżując jesienią samochodem drogami biegnącymi przez parki i liściaste lasy. Część z nich pada ofiarą ptaków drapieżnych i kun, które potrafią na nie polować. Większość wiewiórek ginie przez ludzi, pod kołami samochodów. Chrońcie i kochajcie wiewiórki, ulubione zwierzątka leśniczego.

 

Leśniczy Jarek - leśniczy@erys.pl 

 

 

 

 

 

  

Tagi: zwierzęta
18:45, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
sobota, 02 lipca 2011

Sobotni poranek, lato, wakacje. Jak miło budzić się rano z myślą, że nic nie muszę. Nie muszę pośpiesznie wstawać, nie muszę pędzić do pracy i nerwowo zerkać na zegarek. Świetnie obudzić się bez jazgotu budzika, kończąc sen według własnego, naturalnego rytmu. Czasami w wakacyjny poranek szczęśliwców mieszkających bliżej Natury budzą ptaki. Może nie każdy z nas zwraca na nie uwagę.

 Ludzie żyjący na wsi, blisko przyrody, uważają za naturalne to, że otaczają ich ptaki, drzewa, odgłosy przyrody. Ludzie z miasta najczęściej nie znają tych głosów i budzą ich tramwaje, pociągi lub hałas miejskiego pośpiechu. Chociaż coraz częściej wszyscy szukamy ciszy i kojących dla nas głosów przyrody. Zdarza się, że słuchamy płyt z relaksacyjnymi dźwiękami Natury lub zainteresujemy się głosami ptaków za oknem. To może być pasjonujące zajęcie.

 Świat ptasich głosów to coś podobnego jak wspaniały koncert symfoniczny albo rockowy. Umiejętność rozpoznawania ponad 440 gatunków ptaków żyjących w Polsce wymaga wiedzy, dobrego wzroku ale też i słuchu, bo wiele z nich łatwiej poznać po głosach. Wcale nie trzeba być naukowcem czy profesjonalnym ornitologiem, żeby spróbować swoich sił w tej dziedzinie. Najlepiej wsłuchiwać się w ich głosy wiosną, o świcie. Ale także teraz, latem, choćby z racji wakacji i urlopów  jest ku temu dobra okazja.

 Na wielu ścieżkach przyrodniczych znajdziemy tablicę edukacyjną nazwaną „Ptasi budzik". Ale co innego obejrzeć kolorową tablice, przeczytać tekst, a co innego umieć samodzielnie korzystać z takiego budzika. To ostatnia okazja, bo ptaki za chwilę umilkną, gdyż kończy się czas godów i rozmnażania. Najwcześniejszą godzinę budzenia zawdzięczamy drozdowi śpiewakowi, a zaraz za nim odzywa się rudzik. Potem słychać czarnego kosa z żółtym dziobem, szarego świergotka drzewnego i kukułkę. Polecam waszej uwadze małego i zwykle płochliwego rudzika. To bardzo ciekawy, choć na pozór niepozorny ptaszek.

 

 Zwróćcie uwagę na jego oczy. Są nieproporcjonalnie duże, ale to właśnie dlatego rudzik bardzo dobrze widzi wczesnym świtem i w mroku gęstych krzewów, gdzie zwykle przebywa. Jest to ptaszek dobrze znany ogrodnikom, bo preferuje wilgotne fragmenty lasu z bogatym podszytem ale bardzo lubi też ogrody i cmentarze. Często towarzyszy on pracującym na roli ludziom, wydziobując larwy owadów z ziemi wzruszonej motyką bądź grabiami. Pomimo dużej rdzawej plamy na piersi, raczej nie rzuca się w oczy. Zazwyczaj myszkuje na ziemi, ukryty w cieniu gęstych krzewów lub skacze pośród butwiejących liści w poszukiwaniu pożywienia.

 Odżywia się drobnymi bezkręgowcami, są to owady i ich larwy, poza tym dżdżownice, pająki i ślimaki.  Rudzik przemieszcza się na gałęzie drzew właściwie tylko wtedy, gdy śpiewa. Piosenka rozpoczyna się zazwyczaj od kilku wysokich gwizdów, po których następuje burzliwa kaskada pięknych, czystych dźwięków. Słyszymy go bardzo często, tylko najczęściej nie potrafimy rozpoznać.

Nigdy nie powtarza dwa razy tej samej zwrotki, za każdym razem śpiewa ją według innej kompozycji. Co ciekawe, każdy osobnik śpiewa nieco inaczej, stąd sąsiedzi z rudą plamą na piersi znają się dobrze. Każdy z nich po zakończonym śpiewie nasłuchuje, czy przypadkiem nie odpowie mu jakiś rywal, który mógłby wedrzeć się na jego terytorium. Gdy spotkają się gdzieś na granicy swojego rewiru stają do bezkrwawej walki śpiewając i pusząc dumnie swoją rudą pierś. A my wiemy, słuchając z przyjemnością ich głosów, że jest jeszcze wcześnie rano i dopiero świta.

 Istnieje ciekawa legenda o rudziku, zwanym też raszką i jego charakterystycznej rudej piersi: Kiedy Jezus Chrystus umierał na krzyżu zapanowała grobowa cisza pośród przyrody. Nie odezwał się żaden ptak, tylko jeden rudzik się temu sprzeciwił w sposób czynny. Mała ptaszyna usiłowała wyrwać dziobkiem gwoździe, które przebiły ciało Pana. Tak energicznie próbował się przeciwstawić jawnej niesprawiedliwości, że zakrwawił sobie piórka na piersi. Na pamiątkę tego szlachetnego czynu pozostała mu na piersi rdzawa plama.

 Inna, angielska wersja tej legendy, którą gdzieś czytałem mówiła o tym, że rudzik (nazywany przez Anglików Robin Redchest, lub tylko Robin) przysiadł na ramieniu Jezusa i śpiewał mu do ucha próbując w ten sposób złagodzić jego cierpienie. I wtedy właśnie krew z ran zabarwiła mu pierś i tak już zostało jego potomkom. Okazuje się, że nie tylko powszechnie znany Robin Hood był szlachetny...

 Symbolika ptaków jest wiekce różnorodna, a związane z nimi legendy bardzo liczne. Warto je poznawać, tak jak warto umieć rozpoznawać nasze sympatyczne ptaki. Korzystajmy też z ptasiego budzika, nawet leniuchując na wakacjach czy urlopie. Gdy obudzi nas śpiewający leśny budzik ruszajmy na spacer ścieżkami pośród sosen i brzóz, bez żalu opuszczając wygodne łóżko. Tyle ciekawego dzieje się cały rok w lesie, gdzie przewodnikiem bywa leśnik albo znany Wam Ryś eRyś, że szkoda to przespać.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl 

Tagi: zwierzęta
18:07, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 czerwca 2011

W trakcie czerwcowych, leśnych spacerów możemy natknąć się na młode zające, sarny, daniele a czasem nawet na cielęta jeleni. Zatroskani o ich los spacerowicze trafiają do leśników z prośbą o zaopiekowanie się nimi. Zdarza się nawet, że ludzie przynoszą do leśniczówki sarenkę, zajączka, młodą kunę lub wiewiórkę. Przesympatyczne, ale przecież dzikie wiewiórki często przebywają w pobliżu ludzi, bo łatwiej im tam o pożywienie.

Wcale to nie znaczy, że są domowymi zwierzątkami. Ludzie, którzy o tym zapominają wyrządzają w ten sposób krzywdę zwierzętom i przysparzają kłopotów leśnikom. Zostawcie je w ich naturalnym środowisku, które jest ich domem! Nie należy zbliżać się do zwierząt, zabierać je z lasu i absolutnie nie wolno ich nawet dotykać. Zapach, który pozostawimy w pobliżu zwierzęcia może spowodować taki stres u jego rodziców, że porzucą potomstwo lub zbyt długo pozostawią je bez opieki.

Pozostawianie pozornie bez opieki małych saren czy zajączków to naturalne zachowanie zwierząt. Młoda sarna nie wydziela zapachu, jej kropkowana sukienka doskonale maskuje ją w środowisku. Tak przystosowała je do życia Natura. Wcale nie została porzucona ani osierocona. Koza-matka celowo przychodzi do niej tylko na czas karmienia, aby nie narażać jej na niebezpieczeństwo swoją stałą obecnością. Tak też zachowuje się zajęczyca, odwiedzając tylko od czasu do czasu swoje zajączki. Zerka za to czujnie na okolicę spomiędzy źdźbeł owsa:



 Podobnie się ma z niektórymi ptakami. Trzeba znać ich biologię i obyczaje. Pisklę żurawia zaraz po obeschnięciu opuszcza gniazdo i podąża za rodzicami.

 Ludzie myślą, że wypadło z gniazda lub zostało porzucone.Zdarzało się już, że ktoś przyniósł  do leśniczówki pomarańczowego pisklaka żurawia, a nawet niebawem  lotnego młodzieńca. Miałem taką przygodę z nadgorliwymi harcerzami, którzy "przytachali" do obozu prawie dorosłego żurawia. Żuraw gdy "trafił do obozu", nie poczuł harcerskiego ducha i wcale nie był skory do współpracy, stąd zakłopotany komendant wezwał mnie na pomoc.

 Na szczęście znałem obyczaje tej żurawiej pary i odwiozłem im jak najszybciej wystraszonego, szarego młodzieńca. Rodzice na powrót go zaakceptowali i kroczył z nimi nadal po łąkach nad jeziorem Cegielnianym. Wyobraźcie sobie jaki to stres dla rodziców ptaka lub zwierzęcia, gdy widzą jak ludzie zabierają ich dziecko. Często to dziecko o różnych porach dnia i nawet nocy trafia do leśniczówki. Jest to też wielki kłopot dla leśnika,  który musi podjąć decyzję:  czy uda się zwrócić malucha Naturze, czy nie ma już szans i trzeba go wychować w zastępczy sposób. Najczęściej oznacza to dożywocie w klatce ogrodu zoologicznego, choć czasami udają się powroty na łono natury.

Jednak skoro już człowiek wtrącił się w prawa przyrody, to dobrze gdy pyta o radę leśnika. Zdarza się też, że ludzie próbują łapać słabo latające ptasie podlotki, nie patrząc na protesty będących w pobliżu rodziców. Bardzo Was proszę: Nie wtrącajcie się w prawa przyrody. Nawet jeśli zdarzy się, że nielot trafi do żołądka drapieżnika to też nie jest katastrofa. Tak jest zorganizowana przyroda.

Może to brzmi brutalnie i mało „uczuciowo" ale wiecie przecież, że Natura jest bardzo mądra. Pomyślcie, że kuna ma w dziupli swoje małe, a w norze lisa czekają na powrót rudej matki z polowania sympatyczne niedoliski. W gnieździe kruka, puchacza czy jastrzębia także czekają pisklęta. One żywią się mięsem. A ich matki nie przynoszą go z supermarketu...

 Dlatego nie wtrącajmy się w Naturę i biologię zwierząt. Zostawmy je w ich domu, a jeżeli jest uzasadnione podejrzenie, że zginęła matka, czy zostało uszkodzone ptasie gniazdo, wtedy należy zawiadomić leśników. Na pewno podejmą właściwą decyzję. Leśnicy znakomicie chronią las i jego mieszkańców przed wieloma niebezpieczeństwami. Najtrudniej jednak chronić go przed ludźmi. Pamiętajmy o tym podczas letnich, leśnych spacerów.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl 

Tagi: zwierzęta
21:07, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 kwietnia 2011

Na wielu wielkanocnych kartkach z życzeniami widnieje zając. Czy wiecie dlaczego? W starożytności zając, podobnie jak jajko, był symbolem wiosennej witalności i płodności zwierzęcej. Nasz poczciwy szarak, błędnie uważany za tchórzliwego i bezbronnego jest jednym z nieodłącznych atrybutów Artemidy (Diany), dumnej bogini łowów. W mitach indogermańskich występował jako symbol światła i wiosennej odnowy. W tradycji chrześcijańskiej symbolizował grzeszników, którzy odbyli oczyszczającą pokutę. Dzieciom, nawet tym już całkiem wyrośniętym, mile kojarzy się ze zwyczajem zwanym Zajączkiem Wielkanocnym.

Ten sympatyczny zwyczaj, pochodzenia niemieckiego, początkowo występował na Śląsku i Pomorzu, a z czasem przyjął się w całej Polsce i nie tylko. Polega on na obdarzania dzieci w święta Wielkanocy słodyczami i innymi upominkami. Koszyczki- „gniazdka”, wyścielone sianem chowa się w ogrodzie lub w różnych zakamarkach domowych, a dzieci szukają ich od wczesnego ranka w Niedzielę Wielkanocną. Każdy przecież lubi prezenty…

 Świąteczne gniazdka z niespodziankami od miłego zajączka: kolorowymi jajami wielkanocnymi, łakociami, czasem także prezentami rzeczowymi sprawiają wiele radości. Zwykle nie zastanawiamy się, kto jest autorem tak miłych niespodzianek. Wierzymy w magię Zająca. Może jednak warto w ten świąteczny czas poznać go bliżej? Naturalnie nie myślę o tym od wypełniania gniazdek w ogródku, ani czekoladowym czy cukrowym, tylko o naszym leśnym zwierzątku, które jest tradycyjnym symbolem Wielkanocy.

Zając europejski to bardzo ciekawe i mądre zwierzę, zamieszkujące prawie całą Europę oraz cześć Azji. Ma wiele nazw regionalnych ale jest tak charakterystyczny, że nie można go pomylić z innym zwierzęciem, chyba, że z dzikim królikiem, ale różni się od niego zdecydowanie biotopem i zwyczajami.

Jest charakterystycznie zbudowany: ma znacznie dłuższe nogi (skoki)tylnie niż przednie (łapki). Brązowe, duże oczy (patry, trzeszcze, wybałuchy) są osadzone na bokach głowy, co zapewnia mu bardzo szeroki kąt widzenia. Krótki pyszczek o charakterystycznej, rozciętej wardze zdobią wąsy (strzyże). Uszy (słuchy) są długie, stojące i bardzo ruchliwe, dłuższe od głowy o czarnych końcach. Czarny jest też ogon (omyk). Skóra zająca (smuż) pokryta jest gęstym włosiem (turzycą) tworzy kożuch o wybitnie ochronnym ubarwieniu. Zając jest płowo szary, o odcieniach brązu, rudości i szarości. Zimą jest bardziej szary, nawet siwy. Jest też odmiana zimą zupełnie biała- zając bielak.

Żyje na polach i w lesie, jest roślinożerny. Odżywiając się roślinnością leśną wybiera smakowite zioła, miękką i soczystą korę, lubi też młode pączki drzew i krzewów liściastych. Na polach szuka pietruszki, kapusty i buraków. Żeruje w nocy, a w dzień wypoczywa w kotlinach- płytkich jamkach pięknie przygotowanych w kilku ulubionych miejscach. Często mówi się, że zając śpi z otwartymi oczami, czyli trzeszczami. To oczywiście nieprawda, ale jest tak ostrożny i ma tak wspaniały słuch, że nie da się go podejść śpiącego.

Jego bronią są doskonałe zmysły i fantastyczny kamuflaż, stąd często przechodzimy obok zająca nie dostrzegając go. Obserwowałem kiedyś szaraka w kotlinie jak oszukał mojego teriera, najpierw leżąc bez ruchu, a potem przesuwając się za zasłaniającym go drzewem. Pies nie wyczuł go, a zając wytrzymał nerwowo próbę. W razie ucieczki zapewne uciekłby jednemu psu, bo „wyciąga” ponad 80 km/h.

Zające są odważne, szczególnie broniąc młodych przed wronami, krukami, a nawet ptakami drapieżnymi. Potrafią uderzać je silnymi skokami. Żyją pojedynczo, z wyjątkiem okresu rui (parkotów). Samce (gachy) toczą wtedy czasem zabawne walki o względy samic, bijąc się przednimi skokami i drapiąc. Czasami pozostaje im na pamiątkę "amorów" rodarte ucho. 

Najczęściej  mają nawet cztery mioty w roku. Pierwszy już w marcu (młode to marczaki), a ostatni czasem w końcu września (wtedy rodzą się nazimki). Większość z 8-10 młodych, które rodzi w roku samica jednak ginie. Zając jest bardzo wrażliwy na wilgoć, zatrucia i ma wielu wrogów. Wiele z nich ginie też na drogach pod kołami pędzących aut. Kiedyś był pospolitą zwierzyną łowną, dziś w większości kraju od lat nie poluje się na zające. Leśnicy i myśliwi starają się podnieść jego liczebność. Wielkie zasługi dla naszej populacji zająca mają m.in. leśnicy z Nadleśnictwa Świebodzin. 

Zające są raczej milczące. Wydają tylko czasem (oby jak najrzadziej) głos trwogi (kniazienie), gdy są ranne lub gonione przez psa czy lisa oraz cicho odzywają się podczas parkotów, ten głos nazywa się muskaniem.

Pewnie dlatego po cichutku i milczkiem Wielkanocny Zajączek przynosi nam prezenty do przygotowanego gniazdka, a ten leśny zając nie może opowiedzieć nam o swoich obyczajach i ciekawym życiu pośród pól i lasów. Stąd moja króciutka, świąteczna opowieść. Zapewniam Was jednak, że o niepozornym, ale jakże ciekawym polskim zającu można snuć wiele, wiele ciekawych opowieści.

Wszystkim miłym czytelnikom życzę Wesołych, Rodzinnych Świąt, ciekawych, leśnych spacerów oraz hojnego Wielkanocnego Zajączka.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

Tagi: zwierzęta
11:35, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 listopada 2010

Szkody powstające w młodnikach od zwierzyny to nie tylko zagrożenie najmłodszych upraw, gdzie mogą wejść sarny, jelenie i łosie w poszukiwaniu żeru pędowego. To także szkody, które powstają w kilkudziesięcioletnim lesie.

Dzisiejsze świerkowe drągowiny – czyli uprawy liczące sobie około 30 lat - sadzone były dość gęsto zgodnie z obowiązującymi kiedyś zasadami hodowli lasu. W związku z tym, że drzewa były bardzo blisko siebie, strzały się bardzo ładnie oczyściły (czyli drzewo rośnie w górę a boczne gałęzie obumierają, których rozwój wyhamowuje). Ale na pozbawionych gałęzi pniach jest bardzo delikatna kora.

Ta kora pomimo gęstego zwarcia drzewostanu jest dostępna dla jeleni i łosi. Szkody na lustrowanej przeze mnie powierzchni są ogromne – ilość ospałowanych sztuk w tej uprawie to blisko 100 procent całości! Oczywiście uszkodzenia po jelenich zębach zarastają i zabliźniają się, bo drzewo posiada własne mechanizmy obronne. Jednak dla świerka tak głębokie uszkodzenia kory powodują dostanie się do środka grzybów pasożytniczych. Dzięki temu młode, 30 letnie drzewa zaczynają gnić, chociaż wciąż przyrastają na grubość i wysokość. Jest to idealne miejsce dla rozwoju owadów preferujących taką bazę żerową. Ale…

Przekłada się to rzecz jasna na jakość surowca, powstaje więc pytanie o sens ekonomiczny takiego działania w aspekcie gospodarczym. Mówiąc wprost, to drewno nie będzie miało wysokiej jakości, będzie się nadawało tylko „w stos” czyli stanie się najtańszym sortymentem. A nie taki jest cel.

W rejonach, gdzie nie ma tak dużych stanów zwierzyny, takie prowadzenie młodników świerkowych jest jak najbardziej postępowaniem słusznym. Dzięki dużemu zwarciu drzewa rosną wysoko, strzały są czyste, super jakości technicznej. Ale tam, gdzie zwierza w lesie dużo, wiadomo już, że schemat się nie sprawdza. W moim rejonie lepiej sadzić mniej, a także pielęgnację ukierunkować na utrzymanie dużej zielonej korony przez pierwsze dziesięciolecia, wtedy świerki będą miały naturalny system obrony. Drzewa pozyskiwane w przyszłości w trzebieżach lub użytkowaniu rębnym mogą być przyzwoitej jakości technicznej.

P.S. Na zdjęciu widać dziuplę po dzięciole, który poszukiwał owadów bytujących w  chorym       drzewie.