O tym co w lesie piszczy...
O autorach
RSS
wtorek, 15 maja 2012

Dziś Dzień Polskiej Niezapominajki – święto przyrody obchodzone corocznie w maju. Akcję zapoczątkował 15 maja 2002 roku niezapomniany redaktor radiowej Jedynki, Andrzej Zalewski, prowadzący "Ekoradio". Wymyślił je trochę na przekór Walentynkom, nadając skromnej niezapominajce rolę symbolu naszej wspaniałej, ojczystej przyrody. Patrząc na niezapominajkę, zwaną też niezabudką, nie zapomnijmy kochać naszej przyrody… Niezapominajki rosną w lesie:

Całe łany błękitnych kwiatuszków rosną przed moją leśniczówką:

Kiedyś w Polsce  była kultywowana i bardzo popularna piękna tradycja. Nie zapominajmy o niej! Osoby, które kochamy i szanujemy, o których chcemy pamiętać, warto obdarować niezapominajkami. Nie tylko 15 maja... Te skromne ale urocze kwiatki symbolizują pamięć, szacunek i tęsknotę. Jest to sympatyczne święto, mające na celu promowanie Natury i zachowanie jej walorów, stałe przypominanie o konieczności ochrony środowiska i zachowania różnorodności biologicznej Polski. Nieapominajki są cudownie niebieściutkie, niektórzy z nas mają takie oczy. Ja także, dlatego tak lubię niezapominajki. Dawniej chłopiec wzdychał do dziewczyny i mówił z zachwytem, że ma oczy jak niezabudki. Dziś siedzi obok na ławce, popija piwo i mówi, że jest zarypistą laską... Pewnie nawet nie wie co to są niezapominajki.

 Święto, oprócz promocji tego delikatnego kwiatka, ma również na celu zachowanie od zapomnienia ważnych chwil w życiu każdego z nas, ważnych osób, miejsc, sytuacji, nawet wspomnień. Jakie to potrzebne w naszym zagonionym świecie… Skromna, zwyczajna niezapominajka niech symbolizuje prostotę i naturalność w czasach sztuczności oraz otaczającego nas, niestety, zakłamania.

 Do tej sympatycznej akcji włączali się coraz to liczniejsi zwolennicy pomysłu Redaktora Andrzeja: leśnicy, przyrodnicy, pszczelarze, szkółkarze, i inne środowiska, np. Państwowy Instytut Geologiczny. Chętnie włączają się w to święto przedszkola i szkoły oraz wiele czasopism. Co roku stolicą polskiej niezapominajki staje się Jedlnia-Letnisko. Jest tam domek- o nazwie " Niezapominajka":

Jest także przed tym domkiem typowo leśny, trwały i krzepki jak to dąb symbol pamięci o pomysłodawcy święta Polskiej Niezapominajki:

 W niedzielę 20 maja właśnie tam, w Leśnym Ośrodku Edukacyjnym odbędzie się kolejna edycja Święta Polskiej Niezapominajki. Organizatorzy jak zwykle przygotowali mnóstwo atrakcji. Nie zapomnieli też o jej inicjatorze – Andrzeju Zalewskim. W programie przewidziane jest nadanie ośrodkowi jego imienia i odsłonięcie tablicy pamiątkowej twórcy "Eko Radia". Bez obaw. Leśnicy nie zapominają o naszej przyrodzie i ludziach dla Niej zasłużonych.

 Nie zapomnijcie pochylić się chwilkę nad niezapominajką i wspomnieniami o tych, których nie można zapomnieć. Są ludzie i czas, których się nie zapomina...

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

Tagi: leśnictwo
22:15, lesniczy.lp
Link Komentarze (5) »
sobota, 12 maja 2012

Pomimo różnych informacji i wiadomości medialnych wszelkich „pogodynek” mamy cudowną wiosnę. Wiosna zawsze jest świeża i urocza jak panna młoda ( wyłączając tylko takie w wieku, no… przeszłorębnym…) Jest też radosna i pełna optymizmu, szczególnie gdy o niej opowiada mój imiennik „pogodynek- Krecik”. Najlepiej samemu korzystać z jej uroków i ruszać w las:

W lesie wszystko co żywe biega, pełza, skacze, fruwa, kwitnie, pachnie… Czasami także maszeruje i na takich piechurów mają teraz oko leśnicy:

Szeliniak sosnowiec to „barczysty”, krępy chrząszcz z rodziny ryjkowcowatych, matowo brązowy, z charakterystycznymi żółtymi plamami na pokrywach. Ma około centymetra długości, lata niechętnie, aktywny jest głównie nocą. Chrząszcze, gdy wiosenne słońce należycie przygrzewa, piechotą opuszczają swoje zimowiska, choć młode osobniki używają także sporadycznie skrzydeł. Imago, czyli postać doskonała szeliniaka pojawia się po przezimowaniu w wierzchnich warstwach gleby zwykle na przełomie kwietnia i maja. Niegdyś pojawianie się szeliniaków na uprawach kojarzyło się leśnikom z pochodami pierwszomajowymi. W latach gdy były one obowiązkowe i wszyscy maszerowali ze szturmówkami i transparentami przed trybuną honorową, leśnicy żartowali, że szeliniaki w ich imieniu wyruszają w tym czasie na pochód. Bo oni muszą w maju popilnować upraw w lesie. Czasami dochodzi do szeliniakowych zgromadzeń:

 Leśnicy muszą bardzo uważać na groźnego piechura, gdyż należy do najważniejszych wrogów świeżo założonych upraw. Żyje 2-3 lata i przez ten czas każda samica składa 60-100 jaj. Szeliniak żeruje na około 30 gatunkach drzew i krzewów i choć spotykamy go na młodych dębach, bukach i brzozach, to jednak zdecydowanie preferuje gatunki iglaste. Atakuje młode sosny, czasem świerki, bardzo lubi modrzewie, które są bardzo wrażliwe na jego żer. Uszkadza drzewa w różnym wieku, ale uważać na niego trzeba w najmłodszych fazach życia sadzonek.

Ogryzają na młodych strzałkach i bocznych pędach korę płatami aż do bielu. Mogą też żerować na szyjkach korzeniowych wygryzając placowate rany i czasami zupełnie przegryzając strzałki. Drzewka zaatakowane przez szeliniaka mają charakterystyczny wygląd, gdyż żywica wypływająca z ran bieleje i zastyga w postaci lejków. Igły żółkną i opadają , a niedawno zielone młode sosenki mają „ospowaty” wygląd. Szeliniak zazwyczaj niszczy kilka, a nawet kilkanaście drzewek w rzędzie, potem samice zagrzebują się w ziemi i składają jaja.

Jako materiał lęgowy wykorzystują korzenie ( 1-10 cm grubości) drzew iglastych, w których samica wierci ryjkiem otworki w korze, a złoża jaj przykrywa trocinkami. Po 2-3 tygodniach z jaj wylęgają się larwy, które drążą chodniki w korzeniach osiągające długość nawet metra. Potem następuje przepoczwarczenie w zacisznej kołysce wewnątrz korzenia, wysłanej wiórkami i młody osobnik wygryza się okrągłym otworem na zewnątrz. No i znowu rusza na pochód w poszukiwaniu sadzonek pachnących żywicą.

 Występuje w całym kraju i jest przykładem owada, który stał się groźnym szkodnikiem przez gospodarkę człowieka. Bo szeliniak pewnie czytał Arkadego Fiedlera i lubi jak mu pachnie żywica. Zapach świeżych pniaków czy balsamicznie pachnącego chrustu zwabia go i zachęca do pochodu. Dlatego tam, gdzie zakłada się nowe uprawy nie wykonuje się obok żadnych cięć, a zręby przed odnowieniem powinny przelegiwać przynajmniej rok. Upodobanie szeliniaka do zapachu żywicy wykorzystują leśnicy, aby kontrolować jego populację.

W moim leśnictwie od lat do prognozowania szeliniaka stosuję wałki sosnowe o średnicy około 15 cm, które wykładam w ilości minimum 6 szt. na hektar uprawy:

 Gdy zobaczycie takie wałki na uprawie to nie myślcie, że ktoś o nich zapomniał. Wałek jest świeżo pozyskany, okorowany z jednej strony i ułożony okorowaną stroną na ziemi. wałki rozmieszcza się na uprawie według ustalonego schematu, żeby je łatwiej odszukać do kontroli. Obok wbija się palik, aby łatwiej go było znaleźć, bo trzeba tam zaglądać co 2-3 dni:

Świeża żywica wabi szeliniaki, które gromadzą się pod pułapką:

 Zdarza się, że w kilka godzin po wyłożeniu wałków pod jednym jest kilkadziesiąt szeliniaków! Jest wiele sposobów walki z nadmiarem szeliniaków i każdy leśnik ma swoje sposoby. Czasami wystarczy zamaczać sadzonki przed posadzeniem w odpowiednim środku, czasami stosuje się też sztuczne pułapki. Są to plastikowe rury z otworami, w których tkwią ukośnie ucięte rurki, którymi do środka wchodzą szeliniaki zwabione chemicznym środkiem wabiącym „Hylodor”. On też pachnie żywicą. Oto ”zestaw antyszeliniakowy”, o którym należy pamiętać, gdy tylko odłoży się kostury po sadzeniu jednorocznych sadzonek sosen:

 Częsty przegląd upraw zapobiegnie szkodom od szeliniaka i jest też okazją do chwili wytchnienia dla leśniczego. Zapach wiosennego lasu, śpiew kosa czy skowronka borowego i widok udanej, zdrowej uprawy sprawia, że nawet napotkany szeliniak wydaje się leśnikowi sympatyczny. Naturalnie pod warunkiem, że jest jeden, a nie maszeruje przez uprawę cały szeliniakowy pochód.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

Tagi: zwierzęta
12:34, lesniczy.lp
Link Komentarze (8) »
środa, 09 maja 2012

Choć jest pełnia wiosny nie słabnie zainteresowanie drewnem opałowym. Klienci szturmują leśniczówkę codziennie, a we wtorek, który jest dniem sprzedaży detalicznej moja kancelaria jest pełna chętnych na wałki. Szczególne zainteresowanie budzi „złote drewno” akacjowe:

 Choć było dobrze zabezpieczone:

 Wolałem je sprzedać jak najszybciej, tym bardziej, że chętnych było znacznie więcej niż stosów. Wyczyściłem się z zapasu wałków opałowych, także sosnowych na zupełne „zero” i na razie mam spokój z klientami detalicznymi, bo w pozyskaniu drewna nic się nie dzieje.

 Dziś przeglądałem uprawy, bo po ostatnich wysokich temperaturach i opadach roślinność zielna rośnie jak szalona, dlatego trzeba rozpocząć pielęgnacje nasadzeń. Obszedłem sporo tegorocznych upraw, które pięknie rosną. Przyjęły się lipy, graby, dęby. Sosny mają już ładne przyrosty. Wczoraj cały dzień przesiedziałem na naradzie w nadleśnictwie, to dziś z radością ruszyłem w teren. W lesie jeden śpiew i odurzająca mieszanina zapachów. Słychać fletowe gwizdy wilg, kukają kukułki, nawołują się dudki. Na skarpie leśnej drogi spotkałem piestrzenicę kasztanowatą:

 Jest trująca i często mylona ze smardzem. Kiedyś była uważana za grzyb jadalny, ale jest rzeczywiście silnie trująca i nie dajcie się zwieść opowieściom i wspomnieniom z dawnych lat. Piestrzenica nazywana jest też babim uchem lub murchlą. Gdy byłem dzieckiem dorabiałem sobie zbieraniem piestrzenic, bo skupowała je firma „Las”. Rosły w zaniżeniach terenu w piaszczystych borach, często zbierałem je w dawnych dołach na sadzonki przy sosnowych uprawach.

 Gdy przechodziłem od uprawy do uprawy poczułem na sobie badawczy wzrok:

 Pięć pasiastych warchlaków kręciło się w trawie:

 Buchtowały w suchej trawie, drapały się tu i tam, także za uszkiem:

 Potem ułożyły się na odpoczynek na słońcu. A gdzie dzicza mamusia? Obserwowałem je dość długo, ale locha nie pojawiała się.Były bez matki… Muszę je obserwować w następne dni, ale wygląda na to, że radzą sobie same, bo wszędzie były tylko ślady małych raciczek. Nie dostrzegłem nigdzie charakterystycznych tropów lochy. Może matka zginęła?

Z kolei na rzece zauważyłem maluchy z troskliwą mamusią:

To gągoły, kaczki- dziwaczki, które gnieżdżą się w dziuplach, czasem bardzo wysoko nad ziemią. Urocze, prawda?

Jutro ruszam na przegląd dalszej części upraw i będę podziwiał pełnię wiosny. Naturalnie zabiorę ze sobą aparat, bo nie każdy może na własne oczy podziwiać bogactwo wiosny w lesie. Zaglądajcie na mój blog, bo tyle dzieje się teraz w lesie ciekawych rzeczy.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

Tagi: zwierzęta
22:33, lesniczy.lp
Link Komentarze (7) »
niedziela, 06 maja 2012

Dziś majowy, niedzielny poranek. Jest świeżo, zielono, ale leje deszcz. Deszcz wprowadza zawsze melancholijny nastrój, dobry na wspomnienia. Maj to czas matur, które właśnie trwają. Wracacie czasem myślami właśnie w maju do swoich matur? Lubię spoglądać na stare fotografie i wspominać dawne, beztroskie czasy, a było to kilogramy lat temu:

 

To wspólna z Witkiem i Bronkiem fotka w Puszczykowie, podczas szkolnej wycieczki. Spotykamy się i przyjaźnimy do dziś.  Dobrze pamiętam maj 1984 roku, choć parę lat już minęło… Było wszystko jak tradycja nakazuje: maj, kwitnące kasztanowce, lekkie zdenerwowanie… Nie było białych bluzek, czarnych spódnic i garniturów bo to była matura zdawana w Technikum Leśnym w Rogozińcu. W przestronnej, szkolnej stołówce internatu, który już jest od lat nieczynny: 

było zielono od leśnych mundurów. Moja klasa, podzielona w trakcie nauki na „a” i „b”, czyli na „asy” i „barany” liczyła ponad 40 osób. Wspaniałym wychowawcom był nasz "Kokon":

 Przed maturą raczej nikt nie myślał o korepetycjach, nie zakuwał po nocach, bo w internacie były inne zajęcia:

Były emocje, ale bez paniki. Dzień wcześniej wybrałem się na dłuuugi, leśny spacer z obecną żoną, aby… słuchać słowików. Powtarzała mi: „Kto ma zdać jak nie ty, przecież 5 lat się bardzo dobrze uczyłeś”. Mądra dziewczyna! Pisałem na języku polskim temat z mojego ulubionego romantyzmu. Zdałem na 5 i byłem zwolniony z egzaminu ustnego. Opracowaliśmy z dwoma kolegami własny system komunikacji i sprawdziłem im w trakcie egzaminu potencjalne błędy ortograficzne, bo mieli z tym kłopoty. Trzy błędy na maturze z „polaka” dyskwalifikowały abiturienta. Zdali… Nigdy nie kochałem matematyki i bałem się tego egzaminu. Tym razem koledzy „naszą komunikacją” upewnili mnie w cząstkowych wynikach i także udało się. Potem ustna biologia- poszła gładko, choć profesor biologii „robił schody” bo miał ze mną na pieńku, z nam obu wiadomych powodów…

Kiedy spotkaliśmy się 20 lat po maturze, na zjeździe rocznika w Rogozińcu i zasiedliśmy w pamiętnym gabinecie ochrony lasu:

 a potem ponownie, już równe ćwierć wieku po ukończeniu tej zacnej szkoły, pokusiłem się o małe badanie socjologiczne. Przez rocznik absolwentów 1984 przewinęło się 49 nazwisk. TL ukończyło 39 osób i ich sympatyczne gęby można oglądać na oprawionym w drewniane ramki „tablo” wiszącym na honorowym miejscu w mojej kancelarii leśniczego:

 Z 39 absolwentów na dzień dzisiejszy aż 20 pracuje w LP, jeden jest właścicielem dużego Zul-a, jeden z absolwentów został następcą naszego drogiego wychowawcy „Kokona”- nieżyjącego już, niestety, Tadeusza Wasylewicza i uczy ochrony lasu w TL Rogoziniec. 12 osób to przedsiębiorcy, z których 4 prowadzi działalność związaną z leśnictwem i rolnictwem, a 1 z branżą drzewną. Jeden z dawnych absolwentów jest dyrektorem szkoły podstawowej i często wysyła młodzież na edukację przyrodniczą, jest też oficer- nawigator, oficer żandarmerii, dwie osoby już nie żyją, a pracowały także w lasach. Każdy „mądrawy chłopaczek”, jak mawiał nasz dawny nauczyciel matematyki, Wojciech Zieliński, szybko policzy, że na 39 absolwentów sprzed 25 lat aż 29 związało swoją karierę zawodową z lasami.

 A z racji tego, że to już ponad ćwierć wieku to sporo ”naszych” oprócz brzuszka i łysiny, gromadki dzieci i zacnej małżonki, dorobiło się poważnych stanowisk. Bo z rocznika 1984 wywodzi się wicedyrektor regionalnej dyrekcji LP, a wcześniej nadleśniczy, inspektor LP, dwóch zastępców nadleśniczego, 10 leśniczych i 5 podleśniczych. Na emigracji za granicą są cztery osoby. Warto wspomnieć o kobietach, bo w naszym roczniku były 3 dziewczyny. Jedna mieszka od lat we Frankfurcie, tym dalszym, a dwie początkowo pracowały w LP, ale później zaczęły prowadzić własną działalność gospodarczą.

 Wszyscy absolwenci bardzo dobrze wspominają leśną szkołę w Rogozińcu. Kiedy spotkaliśmy się tam 20 lat po maturze, w gronie aż 37 osób, to zgodnie orzekliśmy, że to dzięki dobrej edukacji w TL „wyszliśmy na ludzi”. Większość z nas nie myślała wtedy o studiach, każdy chciał w las, do pracy, swobodnej dorosłości. Na studia zaraz po maturze z całej, naprawdę zdolnej klasy poszło chyba 6 osób. Wielu z nas uzupełniło potem swoje wykształcenie, ale wszystko to, co niezbędne do pracy leśnika wynieśliśmy z technikum.

Takie to były czasy, że matura dawała przepustkę w dorosłość i otwierała rynek pracy. Dzisiaj, gdy rzuci się „na mieście” kasztanem trzeba mieć wiele szczęścia, żeby nie trafić w magistra, najczęściej bezrobotnego. Gdyby dzisiejsi „spece” od edukacji zdawali maturę z nami w 1984 roku pewnie umieliby stworzyć „normalny” system, gdzie ludzie po to zdobywają wiedzę, żeby z niej z pożytkiem korzystać. Bo matura kiedyś świadczyła o zdobyciu wiedzy niezbędnej w dorosłym życiu, a nie była tylko papierkiem, załącznikiem do podania na studia. Każdy z nas traktował ją jako pierwszy, ważny krok w dorosłość, a nie liczył na przedłużanie młodości, wsparcie rodziców i inne „trele morele”. Potem dwa lata „woja” i normalne dorosłe życie w wieku 21 lat. Dlatego maturę nazywano „egzaminem dojrzałości”, czy ktoś to jeszcze pamięta?

Leśniczy Jarek – lesniczy@erys.pl

09:22, lesniczy.lp
Link Komentarze (5) »
czwartek, 03 maja 2012

Trwa Wielka Majówka. Pewnie żal czasu na ślęczenie przed komputerem bo kwitną bzy, łkają słowiki i dymią grille. No i jest zielono, ślicznie i kwietnie:

Przed pójściem do lasu, na dłuuugi spacer, do których zawsze namawiam jednak warto „odpalić” komputer. Bo warto wiedzieć, czy w lesie jest bezpiecznie. Nasze lasy należą do jednych z najbezpieczniejszych na świecie. Naprawdę! Nie spotkamy w nich wielkich i groźnych dla ludzi drapieżników, kłębowisk jadowitych węży, śmiercionośnych pająków. No tak, a dzikie i groźne zwierzęta? Jasne, wszyscy wiemy, że ”dzik jest dziki, dzik jest zły…”.

Wchodząc do lasu dobrze jednak wiedzieć jakie zwierzęta możemy spotkać na trasie spaceru. Po lekturze bajek boimy się wilka, ale chyba bardziej niebezpieczny jest żubr i niedźwiedź. Choć sarna broniąca swojego koźlęcia potrafi atakować człowieka ostrymi raciczkami, a spłoszone jelenie mogą stratować turystów. Najczęściej jednak zdrowe, leśne zwierzęta same unikają spotkania z ludźmi, a w lesie musimy unikać tylko tych, które nas się nie boją. Pod żadnym pozorem nie należy dotykać sarny, lisa, zająca ale także wiewiórki, nawet takiej uroczej:

 czy też sympatycznego jeża, które także bywają zakażone wścieklizną. Spotkania z dziwnie zachowującymi się zwierzętami trzeba zgłosić Służbie Leśnej. Niebezpieczne są zdziczałe psy, które możemy spotkać w lesie, bo zwykle nie boją się ludzi i są agresywne. Są też inne duże zagrożenia: wnyki i sidła kłusowników, niewypały i niewybuchy, czy wiszące, złamane konary, szczególnie po silnych wiatrach. Niebezpieczne są też miejsca, gdzie prowadzone są prace leśne, trwają polowania, wykonywane są zabiegi chemiczne, obszary po klęskach żywiołowych i pożarach. Jednak największym zagrożeniem w lesie jest zły człowiek… Każdy musi sam umieć go rozpoznać.

 Chyba najmniejsze, ale bardzo dokuczliwe zagrożenia w lesie to meszki, kleszcze i komary. Niewątpliwie najbardziej „wredne” są meszki:

 Pojawiają się zwykle właśnie na majówkę. Wczoraj, gdy rano wydawałem drewno wpiła się we mnie, to ta na fotce powyżej. Poświęciłem się dla Was i zanim "jako tako" ją sfotografowałem opiła się już nieźle. To malutkie ale wielce wredne owady, występujące jednak w wielkich „chmurach”, są szczególnie aktywne o określonych porach roku, zwłaszcza przed deszczem i burzą. Samice meszek do rozwoju jaj potrzebują krwi i bez żadnych zahamowań atakują ludzi. Łatwo wyczuwają małe ranki i otarcia. Należy na nie bardzo uważać, bo ukąszenia meszek mogą być nawet groźne dla życia. Owad wpuszcza do ciała „ofiary” ślinę, która powoduje w organizmie reakcję podobną do alergicznej. Wygląda to potem tak:

 Liczne ukąszenia powodują złe samopoczucie, bóle głowy i dolegliwości sercowe. Szczególnie zagrożone są małe dzieci. Naukowcy obliczyli, że około 20 tysięcy ukąszeń jest w stanie zabić krowę! Dodatkowo meszki, podobnie jak natrętne, bzyczące komary:

 

mogą przenosić groźne choroby i rozmaite pasożyty.  Ten komar przysiadł na masce mojego auta i oczywiście chciał siadać obok meszki, bo skoro trafił na naiwniaka co je poi własną krwią:

Nieźle się napompował, a dzień dokarmiania zwierzyny jest w lutym! Ale zrobiłem to na potrzeby edukacji, jednak i meszka, i komar skorzystały.  Trzeba na nie jednak uważać, podobnie jak na kleszcze. Choć kleszcze tak jak w lesie, równie groźne są dla nas na łące, w ogrodzie, parku lub nad wodą. Dlatego nie rezygnujcie z wypraw do lasu przestraszeni medialnym trąbieniem o niebezpiecznych kleszczach.

Czyhają na ofiarę wszędzie tam, gdzie są trawy, paprocie, lubią też liście leszczyn. Suche bory sosnowe są zatem bardziej bezpieczne jak miejski park czy krzewy wokół bloku. Nawet co trzeci kleszcz może przenosić krętki boreliozy. Uchronimy się przed wszelkimi gryzącymi i bzyczącymi owadami, oraz wszelkimi kleszczowymi kłopotami stosując odpowiednie ubranie, czapkę i zabezpieczając się profilaktycznym środkiem zakupionym w aptece. Zwykle jest skuteczny na kleszcze i bzyczące paskudy- komary i meszki. Po powrocie z lasu niezbędna jest jednak kontrola ciała.

 Musimy także uważać na mrówki, osy, których gniazda często są w trawie i na szerszenie. Ich ukąszenia są szczególnie groźne dla uczulonych osób. W polskich lasach nie ma, na szczęście, stworzeń, które mogą zabić jednym ugryzieniem, choć coraz częściej słychać o różnych, egzotycznych „uciekinierach” z hodowli nieroztropnych ludzi. Jedynym jadowitym stworzeniem, którego należy się wystrzegać w naszych lasach jest żmija zygzakowata.

 Warto uzupełnić swoją wiedzę o leśnych zagrożeniach i przygotować się na ich spotkanie. Warto zajrzeć choćby na stronę www.lasy.gov.pl , są tam linki do stron regionalnych dyrekcji, a tam z kolei do stron nadleśnictw. Znajdziecie tam bieżące i aktualne informacje o zagrożeniach i rady jak ich unikać. Bezpiecznie jest też, szczególnie zupełnie „zielonym” leśnym turystom wybierać trasy przygotowane przez leśników i opatrzone tablicami informacyjnymi. Czas spędzony w lesie oprócz doskonałego relaksu pozwala odzyskać zachwianą pędem życia równowagę i uczy szacunku do Natury.

Gdy sporo wiemy o lesie, czujemy się tam bezpiecznie. Skąd czerpać wiedzę? Trzeba dużo czytać, a tyle jest świetnych książek o lesie, można też spytać „swojego” leśniczego no i warto zaglądać do mojego blogu. Nawet w trakcie najdłuższej majówki współczesnej Europy…

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

Tagi: leśnictwo
16:20, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
niedziela, 29 kwietnia 2012

Szczęściarz z tego bielika, bo trafił na leśników, a szczególnie na inżyniera nadzoru z Nadleśnictwa Trzciel - Włodzimierza Rudawskiego. Włodek to Przyrodnik przez duże "P" i choć jest cichym i skromnym człowiekiem dla polskiej przyrody zrobił już naprawdę wiele. Co przytrafiło się bielikowi, o którym mowa?

Okolice Trzciela to ptasi raj, szczególnie okolice jeziora Wielkiego i cała rynna jezior ciągnących się od Trzciela do Pszczewa. Bieliki są tam często widywane.  9 kwietnia wędkarze obserwowali bitwę bielików. 3 ptaki okładały się skrzydłami i zderzały w powietrzu. Na terytorium pary pojawił się intruz i źle na tym wyszedł. Został pokonany przez parę broniącą swojego terytorium. Poobijany, podrapany siedział osowiały i dyszał. Wędkarze w trosce o to, aby nie stał się w nocy pokarmem lisa czy jenota zawiadomili leśników.

 Włodek Rudawski zorganizował ekipę pracowników Nadleśnictwa Trzciel, która próbowała pojmać herbowego ptaka. Nie było łatwo. Skąd ptak miał wiedzieć, że ludzie chcą mu pomóc? Bielik osaczony w trzcinach zwiał ostatecznie na wodę, wiosłując skrzydłami i konieczna była pogoń przy użyciu łódki. Wreszcie udało się go pojmać. Gdyby wiedział, że jest nie pierwszym bielikiem uratowanym przez Włodka, pewnie z ochotą sam wlazłby mu do auta:

 W specjalnej klatce został troskliwie przetransportowany przez strażników leśnych do Centrum Kwarantanny i Rehabilitacji Ptaków Dzikich przy Nowym ZOO w Poznaniu. Został tam opatrzony i po krótkiej rehabilitacji szybko przywrócony do znakomitej kondycji. 26 kwietnia wrócił w okolice Trzciela. Całą powrotną drogę z Poznania znakomity znawca bielików, Tadeusz Mizera tłumaczył mu jakie miał szczęście, że trafił na Włodka. Prezes Komitetu Ochrony Orłów tłumaczył mu także, żeby nie wcinał się w relacje par, a poszukał sobie sposobem „na własny szpon” prywatnej partnerki. Bieliki żyją około 30 lat i tworzą często pary na całe życie, a zatem warto się starać. Ale nie tak, żeby bijatyki urządzać. Lepiej nie nadużywać gotowości do pomocy ze strony leśników, bo oni są bardzo zajętymi ludźmi… Nie wiadomo, czy ptak wziął sobie do serca te nauki. Jednak z wymowną wdzięcznością spoglądał na Włodka.

 Bielik w eskorcie grupy leśników, w błysku fleszy i pod czujnym okiem kamery w ręku naszej nieocenionej Wandy:

 specjalistki w naszym nadleśnictwie od ochrony przyrody i lasu udowodnił, że już świetnie lata. Szybko zniknął za horyzontem i ani myślał dziękować za ocalenie. Otrzymał kolorowe obrączki, które wprawnemu oku ornitologa i leśnika umożliwią identyfikację ptaka w terenie. Niech go szczęście nie opuszcza.

 A przy okazji pamiętajcie, że bielik to nie orzeł, zaliczany jest do rodziny jastrzębiowatych. Jednak najprawdopodobniej to bielik jest umieszczany w polskim godle od 1295 roku. Jego populacja była w Polsce po II wojnie już skrajnie nieliczna, ale to głównie dzięki mądrości leśników, którzy z sercem zabrali się za jego czynną ochronę, została mocno odbudowana. Teraz coraz częściej można spotkać w terenie jego majestatyczną, charakterystyczną sylwetkę. Czasami widuję bieliki nawet nad moją leśniczówką, a z racji tego, że mam 12 jezior w leśnictwie spotykamy się często.

 Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

Tagi: zwierzęta
22:11, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
wtorek, 24 kwietnia 2012

Leśniczowie całe swoje życie muszą się uczyć i doskonalić różnorodne umiejętności.Dlatego często można zobaczyć taki widok:

 Rozwój cywilizacji niesie ze sobą nowe wyzwania – komputery, GPS, mapy numeryczne, nowe media. Bruliony odbiórki drewna i tradycyjne notatniki ustępują miejsca tabletom i palmtopom:

 Coraz większe zainteresowanie sprawami lasu wymaga doskonalenia umiejętności z różnych dziedzin komunikacji społecznej, wiedzy z pogranicza public relations i szeroko pojętego marketingu. Nie każdy leśniczy jest taki dobry jak Staszek z Sulęcina, czy Michał z Międzylesia:

 Jestem żywym, choć dla Was, odwiedzających tego bloga, może bardziej wirtualnym przykładem leśniczego zmagającego się z nowymi i nietypowymi dla niego dziedzinami. Do tej pory nie zajmowałem się nowymi mediami i nie spędzałem tyle czasu przed komputerem. Dałem się jednak "wciągnąć" i nie żałuję tej decyzji. Przez pewien czas, który przyniósł ponad 130 moich wpisów na tym blogu starałem się Wam stworzyć prawdziwy, daleki od utartego stereotypu wizerunek współczesnego leśnika. No i bez obaw, nie uważam, że to się w pełni udało, toteż nie zamierzam przestać opowiadać o tym co w lesie i u leśniczego piszczy…

W tym roku w całym kraju wdrażany jest projekt „komputerowe biurko leśniczego” i zapowiada się wiele innych zmian w pracy leśniczego. Stąd pomimo wielu obowiązków i cudownej wiosny, która ciągnie swym urokiem leśniczego do lasu trzeba się uczyć. Już po raz drugi rozpoczęła działalność Akademia Leśniczego. Opowiadałem Wam wcześniej o tym przedsięwzięciu.

 Wykłady inaugurujące drugi cykl szkoleń rozpoczęły się 14 lutego w Orzechowie Morskim. Szkoliła się tam najliczniejsza, aż 47 osobowa grupa leśniczych z północnej Polski. Kolejna grupa spotkała się w dniach 20-22 lutego w Janowie Lubelskim.  Właśnie zakończyła się kolejna edycja, także w lubuskim, urokliwym Łagowie, gdzie w ubiegłym roku sam zdobywałem prestiżowy tytuł absolwenta Akademii Leśniczego:

 Mile wspominam ten czas nie tylko z powodu pokładów wiedzy, którą leśniczowie zgłębiali podczas wielu godzin wykładów, ale także z powodu nowych znajomości, które tam zawarłem z fajnymi leśnikami z różnych regionów kraju. Utrzymujemy nadal te kontakty i wspominamy mile akademickie czasy. Leśniczowie z innych części naszego kraju będą mieli zajęcia także w Malinówce k. Ełku, Nagórzycach k. Tomaszowa Maz. oraz Ustroniu Jaszowcu. Wykładowcy będą ich szkolić według programu ułożonego przez specjalistów z ORWLP Bedoń. Akademia ma już 126 absolwentów, którzy w minionym roku zgłębiali wiedzę bardzo przydatną leśniczym w ich codziennej pracy. Dobry odbiór Akademii w środowisku leśników przyczynił się do kontynuacji i rozwoju tego projektu.

 W tym roku na zlecenie Dyrekcji Generalnej LP przygotowano cykl szkoleń dla 211 leśniczych ( pośród nich jest 6 kobiet) z całego kraju. Dla każdej z 6 grup zaplanowano 6 trzydniowych zjazdów, co łącznie gwarantuje 144 godziny wykładowe. Po ubiegłorocznych doświadczeniach skorygowano nieco program akademicki i jeszcze bardziej postawiono na praktyczna wiedzę o leśnictwie. Dlatego sięgnięto po wykładowców, którzy mają doświadczenie zawodowe z pracy terenowej w leśnictwie, także na stanowisku leśniczego. Tematyka zajęć oprócz zagadnień z hodowli, ochrony, użytkowania lasu, bhp oraz techniki zawiera zwykle nowe dla leśniczych tematy. Są to warsztaty poświęcone zarządzaniu sobą w czasie, autoprezentacji, marketingowi i komunikacji społecznej.

W ostatnim czasie zmieniło się wiele fundamentalnych dla leśnictwa instrukcji i przepisów, a zatem szkolenie będzie z pewnością pożyteczne dla leśniczych i naszych lasów. Ważna jest także integracja tej grupy, bo leśniczowie pracują w rozproszeniu, często samotnie borykając się z różnymi dylematami. Pomimo popularności nowych mediów, bogactwa form komunikacji i rozwoju portali społecznościowych nic nie zastąpi prawdziwej rozmowy w miłym towarzystwie. Tak jak opisy i nawet najpiękniejsze fotografie na tym blogu nie zastąpią kontaktu z autentyczną przyrodą i żywym leśniczym. Jednak przecież nie każdy tak jak ja, może codziennie bywać w lesie, a blog lesniczego odwiedzać można bez ograniczeń. Można też pytać, komentować i rozmawiać, do czego nieustannie zachęcam zawsze podając adres do korespondencji: 

Leśniczy Jarek - lesniczy@erys.pl

Tagi: zasady
19:31, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
piątek, 20 kwietnia 2012

Wielu z nas, mieszkańców naszego pięknego kraju robi wrażenie jakby zapomniało o tym, że żyjemy na Ziemi, zwanej zieloną ( w przeciwieństwie do tajemniczego czerwonego Marsa) planetą. W najbliższą niedzielę 22 kwietnia po raz kolejny będziemy obchodzić Międzynarodowy Dzień Ziemi. Warto zastanowić się jak uczcić ten dzień, ale warto też pamiętać, że Ziemia jest święta cały rok. Tylko czy o tym pamiętamy?

 Piękna wiosna, która nawiedziła nas razem z bocianami, skowronkami i pierwszymi onieśmielonymi kwiatami, zachęca do spacerów i skierowania wzroku na inne rzeczy niż ekran naszego komputera, stosy papierów na biurku czy inny znakomicie nam znany warsztat pracy. Ruszajmy zatem w plener pooddychać wiosną i cóż zobaczymy? Pobocza prawie wszystkich dróg szczelnie wypełnione różnorakimi śmieciami:

 puszki, butelki ( te niesprzedawalne), zniszczone opony i wszechobecne wdzięcznie fruwające foliówki. Czasem pośród uroków lasu wzrok napotka telewizor, lodówkę lub stary mebel ( nie jest to jednak cenny antyk).  Zieleni jeszcze niewiele ale tym bardziej  łatwo wpada w oko czerń spaleniska, bo co tylko można i gdzie się uda sprzątamy za pomocą płomieni:

 Na nic ciągłe apele, uświadamianie i kary, proceder wypalania znany od wieków wciąż ma się dobrze i soczysta czerń spalonej trawy cieszy oko idiotów. Nikt, przy użyciu żadnych argumentów nie potrafił tego dotychczas zmienić, choć ostaatnio skutkuje groźba utraty dopłat unijnych. Brzegi każdej rzeki skutecznie pokryte zostają „owocami cywilizacji” i liczni kajakarze płynąc malowniczą do niedawna trasą spływu, zgrabnie przeciskają się między ramą od roweru, a solidnym zwojem starej folii. Tylko patrzeć jak coraz częściej spotykane bobry zamiast wierzbowych i osikowych pędów zaczną ogryzać szyjki od butelek ( tych niesprzedawalnych!).

 Linie brzegowe urokliwych jezior nie szemrzą szeptem oczeretów a krzyczą blachą puszek i furkotem foliówek… Śmieci zalewają naszą Ziemię, unijną Europę i tylko patrzeć jak wszyscy w nich utoniemy. Raz w roku, w kwietniu jest Dzień Ziemi, raz w roku we wrześniu jest Sprzątanie Świata ale cóż to znaczy? Grupy dzieci i młodzieży czasem skuszonych wizją braku lekcji a także i na szczęście coraz bardziej świadomych i odpowiedzialnych niż my, dorośli ruszają w teren, aby choć trochę, przynajmniej dwa razy w roku zadbać o Naszą Zieloną Planetę. To jednak zdecydowanie za mało… Choć czasem jakiś marsz ekologiczny:

 I fajne hasła przygotowane przez uczniów Zespołu Szkół w Pszczewie trafią do przekonania dorosłych:

Żadne akcje, żadne służby nie są w stanie wszystkiego posprzątać ani zapobiegać dalszej deprecjacji naszej Ziemi jeżeli wszyscy się do tego nie zabierzemy. Często zdarza się, że ktoś uważa, że śmieci w lesie to należą do leśników, a te wokół osiedla powinna sprzątać „gmina”. Ten sam delikwent uważa, że „ktoś” powinien to posprzątać, a z jakiej okazji on sam? Przy takim sposobie myślenia wygląda ta nasza Ziemia jak wygląda i żaden akt prawny, żadna akcja tego nie zmieni.

 Pomyślmy jak możemy uczcić Dzień Ziemi, jak „po swojemu”, bez szumu i rozgłosu zrobić cokolwiek, aby była czysta i zielona. Warto wyjść na wiosenny spacer i rozejrzeć się wokół przytomnym wzrokiem, aby zobaczyć co w najbliższej okolicy zrobiliśmy naszej starej Ziemi. Pomyślmy zatem o ograniczeniu ilości i mądrej segregacji produkowanych przez każdego z nas śmieci, wrzucajmy je tylko i wyłącznie do przeznaczonego na nie pojemnika. Zadbajmy o właściwą edukację naszych dzieci i dając im dobry przykład nie wstydźmy się skłonić przed Ziemią podnosząc papier, puszkę czy butelkę, która może komuś przypadkiem wypadła? Żyjmy na Ziemi, a nie na śmietnisku i cieszmy się bogactwem i świeżością Natury , obcując z zielenią trawy, niepowtarzalną gamą barw kwiatów:

 korzystajmy w pełni z uroków biologicznego życia Zielonej Planety. Przecież to takie naturalne…

 Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

Tagi: leśnictwo
15:15, lesniczy.lp
Link Komentarze (6) »
wtorek, 17 kwietnia 2012

Kwiecień plecień bo przeplata, trochę zimy, trochę lata”- to ludowe powiedzenie idealnie sprawdza się tegorocznej wiosny. Są ciepłe i słoneczne dni i pewnie dlatego w lesie zakwitły już pierwiosnki:

Ale zdarzają się wietrzne, chłodne i deszczowe dni. Dziś rano trawę pobielił szron, ale gdy słońce wstało wyżej ponad horyzont ogrzało przyrodę ożywczym ciepełkiem. Cebulice kończą kwitnienie i trawnik przed leśniczówką staje się coraz mniej niebieski. Podobnie jak fiołki, które w tym roku pojawiły się bardzo licznie. Pszczoły mojego sąsiada chętnie je odwiedzały:

 Fiołkowy miód będzie zapewne pyszny. Chciałbym spróbować. Miałem ostatnio straszny nawał pracy i mój organizm ogłosił strajk. Musiałem wybrać się do lekarza, który bardzo zdumiał się na mój widok, bo nie mam zwyczaju chorować. Ale cóż, samochód także wymaga czasem przeglądu i wymiany oleju… Dziś robię kolejne badania i czekam, przebywając  na zwolnieniu na wyniki. Zbierałem się rano w kolejkę do lekarza, spojrzałem w okno i cóż widzę?:

 To śliczne, kolorowe szczygły, jedne z najpiękniej ubarwionych ptaków w Europie. Zwykle nie mam czasu stać przy oknie, czy na tarasie, bo obowiązki gonią. Jednak często słyszę ich śpiew i charakterystyczne nawoływanie w pobliżu leśniczówki. Wzroku nie mogłem oderwać od zgrabnej pary:

 Samiec i samica są bardzo podobne do siebie i w zasadzie można je rozróżnić trzymając ptaki w ręce. Może zrobią gniazdo gdzieś w pobliżu, bo zauważyłem troskę o materiały:

 W porannym słońcu zajęły się na chwilę czyszczeniem ślicznych piórek:

 Ich ulubionym pokarmem są nasiona ostu, stąd ich nazwa łacińska- Carduelis carduelis ale żerują także na innych gatunkach „zielska”, a te dzisiejsze z zapałem przeszukiwały zakamarki modrzewia:

 Wokół leśniczówki ruch wśród ptaków niesamowity. Jedne zbierają materiały na gniazda, inne wysiadują jajka, a jeszcze inne karmią już pisklęta. Nie przegapcie wiosny, choć wiem, że nie każdy mieszka w leśniczówce i nawet nie wychodząc z domu może obserwować bogactwo przyrody.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

09:59, lesniczy.lp
Link Komentarze (6) »
sobota, 14 kwietnia 2012

Jedza nie szkodzi!

 Wiara godom wam, jak żyje,

 Nie od jedzy człowiek tyje!

 Można spucnąć giyre z krzanem,

karmonade tuż nad ranem,

 A wieczorem pyre z gzikiem

I berbeli popić łykiem.

 Rano zaś gdy przyńdzie smaka

 Na gulorza, czy kuraka,

 Nie martw się, ze znów przytyjesz,

 Ciesz się jednym, tym, że żyjesz!

 Jednak sekret w tym ukryty,

 Czyś jezd głodny, czy też syty,

 Choć w tym dziebko jest mozołu,

zawsze w pore wstań od stołu...

Waldemar Kurowski

Po wielkanocnych spotkaniach przy stole powyższy tekst należy zaliczyć do gatunku tych „na czasie”… Ludzie spotykają się wciąż przy stole i całe szczęście, bo na nic już nie ma czasu i coraz trudniej o życie towarzyskie. Jeść jednak trzeba, stąd każdy, choć trochę interesuje się kulinariami. Dziś, w sobotni wieczór opowiem Wam nieco o kuchni poznańskiej, bo już dawno temu poznałem jej wybitnych znawców.

Ciekawe czy wszystko zrozumieliście z próbki poznańskiej gwary Waldka:

 Leśniczówka to miejsce, gdzie trafia wielu ludzi. Jedni przychodzą zakupić gotowe drewno, inni chcą je sami wyrobić i przychodzą z prośbą o wyznaczenie im „działki” do wyrobu gałęzi lub trzebionki opałowej. Przychodzą myśliwi, wędkarze, turyści i prywatni właściciele lasów. Wciąż poznaję nowych ludzi i mam liczne grono przyjaciół. Leśniczowie to najcześciej ludzie otwarci, skorzy do kontaktów, stąd łatwo nawiązują znajomości. W mojej leśniczówce gościło już wielu ciekawych ludzi częstowanych na tarasie nad jeziorem kawą lub herbatą ze świeżo zrywanej mięty.

Niektórzy snują potem opowieści o tym, że gdy ktoś zapragnie napić się u nas kawy, to musi ją sobie własnoręcznie zmielić, kręcąc z mozołem korbką ręcznego młynka. Zapewniam Was, że taka jest najpyszniejsza. Młynek z korbką wymaga rzeczywiście chwili kręcenia zanim szufladka wypełni się kawowym proszkiem. Nie jest to straszny wysiłek. Dla każdego „mieszczucha” to wielka frajda i miłe wspomnienie. Podobnie jak placek drożdżowy i trzaskanie drewna pod płytą kaflowej, murowanej kuchni. Niedawno odwiedził nas bardzo sympatyczny serdeczny kolega Andrzej Niczyperowicz:

To przemiły człowiek, poznaniak z kresowymi korzeniami, wieloletni dziennikarz Gazety Poznańskiej, sekretarz redakcji, dziennikarz Głosu Wielkopolskiego wykładowca dziennikarstwa m.in na UAM w Poznaniu. Andrzej to autor książek i publikacji ( polecam „Dziennikarstwo od kuchni”), ale także wspaniały kucharz, zdobywca tytułu Kucharz Medialny, wicemistrz Polski w grillowaniu, wspaniały gawędziarz i kompan. Andrzej jak zwykle pojawił się wspólnie z Waldemarem Kurowskim, którego wierszyk przytoczyłem powyżej – poznaniakiem z dziada pradziada, znakomitym kucharzem, laureatem wielu konkursów kulinarnych, również dziennikarzem. Specjalizował się przez lata w dziennikarstwie śledczym, a jest także autorem znakomitych fraszek, które wydał w takim tomiku:

 Obaj uwielbiają zbierać grzyby, jagody i wędkować. Kochają las, leśną ciszę i chętnie poznają jego tajemnice, dlatego w wolnych chwilach pojawiają się w pszczewskiej leśniczówce. Wymieniamy się wiedzą, z korzyścią dla obu stron. W naszej leśniczówce stoi na półce także znakomita publikacja Andrzeja Niczyperowicza i Waldemara Kurowskiego: 365 Obiadów Poznańskich Babci Moniki:

 Jest to chyba pierwsze tego rodzaju przedsięwzięcie, gdyż dotąd zacne, poznańskie potrawy nie doczekały się zbiorowego wydania książkowego. Przepisy obu autorów zgromadzone w tej pięknie wydanej książce pochodzą z ich własnych doświadczeń oraz życzliwych podpowiedzi i konsultacji kulinarnie uzdolnionych mieszkańców Pyrlandii. Każdy pewnie Polak wie co to Pyrlandia, bo przecież pyra jest symbolem Poznania chyba od czasu jak sprowadzono te bulwy, nazywane potocznie ziemniakami, z Peru. Poznaniacy umiłowali jednak pyry, które spełniają chyba najważniejszą rolę w ich pożywieniu. Dziś w Polsce znamy ponad 100 odmian ziemniaka, a poznaniacy przyrządzają swoje pyry chyba na jeszcze więcej sposobów.

 Dziś wszyscy się śpieszą, stąd największym powodzeniem cieszą się potrawy z gatunku „na sypko”, czyli te, które szybko się robi. Dobra potrawa wymaga jednak czasu. Pośpiech nie jest wskazany przy gotowaniu, ewentualnie warto się śpieszyć, gdy łapie się pchły.  Bardzo lubię zupy, szczególnie te, które kiedyś warzyły nasze babcie. Czy wiecie, że polska kuchnia zna kilkaset zup? W większości z nich ważnym składnikiem są pyry. Nasłuchałem się od obu kolegów opowieści o ulubionych zupach znanych poznaniaków i nieco Wam tej cennej wiedzy przekażę.

 Dyrygent Zbigniew Górny- to wielbiciel szabloka- jest to wiosenna zupa z fasolki szparagowej, czyli szabel, zabielana śmietaną. Stefan Stuligrosz – ojciec „Poznańskich Słowików” przepada za parzybrodą z włoskiej kapusty, pokrojonej w długie frędzle ( dlatego parzy brodę przy jedzeniu). Krystyna Feldman, popularna Babcia z „Kiepskich” uwielbiała kiszczonkę- okazjonalny wywar powstający przy gotowaniu w trakcie świniobicia kaszoków, zymelek, leberek i salcefiksów ( czyli po polsku- kaszanek, bułczanek, pasztetowych i salcesonów). Popularny reżyser Filip Bajon – przez niektórych określany jako „szczun i wybijokno” z poznańskich Jeżyc, kocha Wielkopolskę za genialnie podawaną czerninę.

Andrzej z Waldkiem zgodnie twierdzą, że najbardziej poznańskie zupy to: Ślepe ryby- postna zupa z ziemniaków przecieranych przez cedzak, nazywana tak dlatego, że w garnku nie znajdziesz oka tłuszczu, Rumpuć- gęsta zupa ziemniaczana z marchwią, selerem, pietruszką, porem, słodką kapustą i fasolką szparagową – szablokiem, Naworka – popularna zupa śniadaniowa, z mleka i mąki. Korbolówka – zupa z korbola, czyli dyni przyrządzana na wiele sposobów, Białe kwaśne – rodzaj białego barszczu na wywarze z peklowanych golonek.

O pyrlandzkiej kuchni można opowiadać długo w noc. Zaręczam, że Andrzej i Waldek potrafią nie tylko świetnie i z humorem opowiadać, ale też perfekcyjnie gotować. W leśniczówce jedza nie szkodzi, tym bardziej, że coraz bardziej wiosenna wiosna zachęca do leśnych spacerów po posiłku. Poznańska kuchnia jest też oszczędna, bo nie jest to kraina ludzi rozrzutnych, stąd z pewnością zdrowa. Miłej i smacznej niedzieli!

 Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

23:41, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 22