O tym co w lesie piszczy...
O autorach
RSS
środa, 08 lutego 2017

510_2_min

Tak jak zapowiadałem 31 stycznia w pszczewskim kinie „Przystań” odbyło się moje spotkanie autorskie, związane z wydaniem książki „Rok leśniczego”. Nie chodziło tu jednak o promocję książki, a tym bardziej autora. Postanowiłem wykorzystać zainteresowanie książką, lasem i leśnikami także w innym celu. Dlatego obok mnie, przed licznie zgromadzoną publicznością stanęła Mirka Górna, a właściwie jej wózek…

Jest mi bardzo miło, że na to spotkanie przyszło tak wiele osób. Zostałem zaskoczony tak dużym zainteresowaniem. Kilkadziesiąt egzemplarzy książki rozeszło się w mig. Pomagająca mi jak zwykle moja małżonka, leśniczyna Regina Renata, rozdawała je za darmo. Ale na stoliku stała karteczka przygotowana przez pracowników Gminnego Ośrodka Kultury w Pszczewie: „Książka- cegiełka na wsparcie leczenia Mirki Górnej”. Praktycznie każdy wrzucił coś do stojącej obok skarbonki Mirki. Skarbonką interesowali się nawet ci, dla których nie wystarczyło książek lub dostali ją już wcześniej. Zabrałem także wcześniej wydaną przez Nadleśnictwo Trzciel książeczkę „Wokół Pszczewskiej Góry Wysokiej”, także mojego autorstwa. Również ona cieszyła się dużym zainteresowaniem. Kameralna, przytulna sala pszczewskiego kina wypełniła się różnymi ludźmi

5101

Przyszli niezawodni członkowie Klubu Przyjaciół Pszczewa, przyrodnicy, dziennikarze, przyjaciele lasu, Mirki i moi… Przyjechał emerytowany nadleśniczy Tadeusz z żoną Genowefą i wnukiem, przyszedł także dawny nadleśniczy, a potem dyrektor Pszczewskiego Parku Krajobrazowego Henryk z wciąż pełną energii żoną Wandą i córką, która jest nauczycielką. Była zresztą spora reprezentacja nauczycieli, ale także ludzie różnych innych zawodów i w różnym wieku. Specjalnie z dość odległego Zbąszynia przyjechało sympatyczne małżeństwo. Okazało się, że to stali czytelnicy Bloga Leśniczego. Fantastyczna sprawa… Blisko sceny zasiadła Marta- wnuczka dawnego leśniczego, która w przerwie chwaliła się znajomością nazw łacińskich drzew, ptaków i roślin. Nauczyła ją tego siedząca obok mama. Marta jako jedna z pierwszych przybiegła po wpis do książki

5102

Byli naturalnie także okoliczni leśnicy i to ze swoimi potomkami, tak jak np. leśniczy Maurycy z Nadleśnictwa Bolewice. Specjalnie na to krótkie spotkanie przyjechał aż z Nadleśnictwa Krzyż, z pilskiej regionalnej dyrekcji, leśniczy Paweł z synem.

5103

 

Wielkie dzięki za takie poświęcenie, nie tylko w celu zdobycia książki „Rok leśniczego”… Mówił mi potem, po spotkaniu, kolega leśniczy Paweł, że jego syn zastanawia się czy też zostać leśniczym? Sądzę, że to spotkanie z pewnością bardzo pomogło mu w podjęciu dobrej decyzji. Bo opowiadałem tego wieczoru zebranej publiczności o lesie, o powstawaniu książki, ale także o tym jak to jest być leśniczym. Starałem się uświadomić uczestnikom czy znają odpowiedź na pytanie: „Czy znasz swojego leśniczego?” Publiczność, choć w sporej części już wcześniej słuchała moich innych wykładów o lesie, spontanicznie reagowała na moje opowieści i prezentowane fotografie

5104

Kika zdań o sobie powiedziała też Mirka. Towarzyszyli jej rodzice, Ewa i Zbyszek. Wyglądała na bardzo zadowoloną i szczęśliwą. Z pewnością nie tylko z powodu zebrania blisko 1200 złotych na tak jej potrzebne leczenie. Także z tego, że od ludzi zebranych w małym , wiejskim kinie płynęły fluidy dobrej energii...

Wrażenia ze spotkania utrwalił dziennikarz Gazety Lubuskiej Dariusz Brożek. Znajdziecie je tu:

http://www.gazetalubuska.pl/wiadomosci/miedzyrzecz/a/lesnik-i-jego-przyjaciele-pomagaja-chorej-mirce,11770724/

Oprócz relacji znajdziecie tam prośbę o dalszą pomoc dla Mirki. Bo cóż to jedno spotkanie, choć miłe, sympatyczne i jeszcze pożyteczne...

Już wielokrotnie nawoływałem: „nie zatwardzajcie serc waszych”… Wielu może więcej. Pomagajcie innym, zaprzeczając ludzkiej obojętności i znieczulicy. Pomimo tego, że wołających o pomoc jest wielu i czasem, niestety, bywają pośród nich nieuczciwi ludzie. A zatem „grosz do grosza, a będzie kokosza”- jak mawiali już dawno temu mądrzy ludzie. Zbliża się przecież czas rozliczeń podatkowych. W naszych skrzynkach e-pocztowych znajdujemy różne nawoływania, prośby o wsparcie. Warto pomagać, bo lepiej pomagać niż wołać samemu. W pomoc zaangażowane są też fundacje leśników. Już kilkanaście lat temu leśnicy z „mojej”, szczecińskiej RDLP postanowili powołać do życia organizację pożytku publicznego o nazwie „Fundacja Pomocy Leśnikom i ich Rodzinom im. Huberta Jurczyszyna w Szczecinie”. W jej powstanie był bardzo zaangażowany właśnie nieżyjący już Hubert Jurczyszyn. Był to wspaniały człowiek i prawdziwy leśnik- uczył mnie urządzana lasu w Technikum Leśnym w Rogozińcu, a jego ojciec Zygmunt uczył mnie m.in. łowiectwa. Hubert był wieloletnim nadleśniczym w Strzelcach Krajeńskich. Teraz jego dzieło kontynuuje w fundacji żona, a synowie są leśnikami i kontynuatorami fascynacji muzyką myśliwską. Oto ich wspólna fotka z 2007 roku

5107

Gdy Hubert zachorował leśnicy z całej dyrekcji organizowali zbiórkę na jego leczenie. Wtedy narodził się pomysł stworzenia fundacji. Gdy od nas odszedł, nazwano ją imieniem Huberta, bo jaki inny patron mógłby być bardziej tego godny? Zasadniczym celem leśnej fundacji jest ochrona zdrowia oraz pomoc społeczna pracownikom, byłym pracownikom oraz ich rodzinom z nadleśnictw i zakładów wchodzących w skład Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Szczecinie. Warto ją wspierać 1% ale także innymi datkami. Co miesiąc z mojej i wielu innych leśników wypłaty wpływa drobne wsparcie dla potrzebujących. Pomagajmy sobie. O pomoc dla córki Marty prosi m.in. Marcin Kubiszyn, który jest pracownikiem Nadleśnictwa Sulęcin.

5105

Marta jest dzieckiem objętym pomocą z Fundacji Pomocy Leśnikom i ich Rodzinom w Szczecinie. Dlatego rodzice proszą o wpłatę 1% podatku właśnie na tę fundację: KRS 0000227907, koniecznie z dopiskiem Marta Kubiszyn.

To tylko jeden przykład będących w potrzebie…

Podobną fundacją, która jednak pomaga leśnikom z całej Polski, jest założono w 2004 r. przy RDLP w Krośnie Fundacja „Pomoc Leśnikom”. Działalność obu fundacji wspiera kilkadziesiąt jednostek Lasów Państwowych oraz wiele osób fizycznych. Fundacje nie mają pracowników i nie generują dla nich zysków. Są po to, aby pomagać ludziom w nieszczęściach. Szczegółowe wiadomości o obu fundacjach można znaleźć na stronach internetowych regionalnych dyrekcji LP w Szczecinie i Krośnie.

Wieczór w pszczewskim kinie pokazał, że fajnie jest słuchać, czytać o lesie, poznawać tajniki lasu, jego mieszkańców i pracy leśników, ale też fajnie jest pomagać. Nie mogli w nim uczestniczyć właściciele pszczewskiego folwarku

http://folwark.pszczew.com.pl/

Żaneta i Łukasz Robak pojechali z dziećmi na zimowisko, bo przecież to czas ferii. Wiele razy pomagali już Mirce i nie tylko jej. Byli wielokrotnie wyróżniani za swoją szeroką, różnorodną działalność. Niedawno zdobyli w ogólnopolskim konkursie, gdzie startowało blisko 300 rolników z kraju tytuł „Farmer Roku 2017” za najlepsze gospodarstwo agroturystyczne. Choć ich nie było w Pszczewie tego wieczoru, pomogli jednak Mirce inaczej. Ufundowali pyszne ciasto, kawę i herbatę przy której można było po zakończeniu wykładu porozmawiać z Mirką, no i z leśniczyną Renią oraz leśniczym Jarkiem…

Długo jeszcze trwały rozmowy przy kawie. Spotkanie zorganizowała prężnie działająca i przesympatyczna załoga pszczewskiego GOK. Dyrektor Wanda Żaguń po moim wykładzie obdarowała mnie w imieniu słuchaczy i czytelników książki pięknym bukietem

5106

Spotkanie i ten wieczór z pewnością zapadnie mi głęboko w pamięci. Dziękuję wszystkim za udział, zaangażowanie, za pomoc Mirce i za to ciepło, które popłynęło z waszych serc.

Leśniczy Jarek – lesniczy@erys.pl

 


20:53, lesniczy.lp
Link Komentarze (5) »
środa, 01 lutego 2017

509min

Styczeń minął mi bardzo szybko i dziś luty zapukał już do okna leśniczówki. Ostatnie dni szczelnie wypełniały mi głównie biurowe prace, związane z nowelizacją planu urządzania lasu. Leśnictwo Pszczew, które miało wcześniej numer 06 w nadleśnictwie teraz jest numerem 1. „Moje” 06 ma Nowy Świat, gdzie rozpoczynałem swoją leśną karierę i pracowałem na stanowisku podleśniczego. Zmiana numeracji wydaje się  tylko mało, albo nic nie znaczącym detalem, ale to tylko pozory. Bo wcześniej do numeru 06 było przypisanych wiele ewidencji, np. ogrodzenia upraw, grunty rolne i łąki, budynki, przedmioty nietrwałe w użytkowaniu itd. Należy je teraz wszystkie sprawdzić i przyjrzeć się, czy są dobrze przyporządkowane do leśnictw. To także konieczność wymiany oznaczników do drewna, które są przecież traktowane jak druki ścisłego zarachowania. Plastikowe plakietki przybijane do każdego stosu drewna i do każdej dłużycy mają kolejny numer w roku w jednej linii, a w drugiej jest zakodowane miejsce skąd pochodzi drewno. Spójrzmy na płytkę poniżej:

5091

5184 to numer kolejny stosów i dłużyc odebranych w danym roku w tym leśnictwie

Odszyfruję drugą linię cyfr:

10- to Regionalna Dyrekcja LP Szczecin

29- Nadleśnictwo Trzciel

06- Leśnictwo Pszczew dotąd, a od 1 stycznia 2017 będzie to płytka leśnictwa Nowy Świat.

Co miesiąc każdy leśniczy szczegółowo rozlicza się z wykorzystanych płytek. Teraz, w czasie zmian numeracji musieliśmy nawzajem poprzekazywać sobie płytki do drewna dopasowując je do poszczególnych leśnictw. Naturalnie wymaga to wielu dokumentów. Zmiana numeracji leśnictw to jeszcze nie taki wielki problem. Bardziej istotna jest zmiana numeracji oddziałów leśnych. Las podzielony jest na prostokąty oddziałów, z których każdy ma swój numer, poczynając od 1. Z kolei każdy oddział jest podzielony na pododdziały, czyli wydzielenia numerowane literami alfabetu, czyli a, b, c, d itd.

50911

 Pododdział to fragment lasu wymagający jednakowego traktowania gospodarczego i jednolity pod względem ważnych gospodarczo cech (np. wiek, skład gatunkowy drzewostanu). To bardzo ważna jednostka opisująca las, stanowiąca ważny element planowania. A w lesie, jak wielokrotnie pisałem, planowanie to podstawa. Dlatego „siedzę kamieniem” nad planem na lata 2017-2026 i przeglądam wydzielenie po wydzieleniu oraz sprawdzam uzgodnienia, które wcześniej, latem poczyniłem z taksatorami.

5092

 Ponad 2 tysiące hektarów lasu leśnictwa Pszczew podzielono na ponad 80 oddziałów, a każdy z nich na prawie cały alfabet… „Przetłumaczyłem” na nową numerację już wszystkie ogrodzenia upraw, dokładnie sprawdziłem działki zrębowe na najbliższe 10 lat, przejrzałem zaplanowane zabiegi: czyszczenia, pielęgnacje, melioracje. Co jakiś czas musze zajrzeć do biura nadleśnictwa. A las? Przecież tam wciąż się coś dzieje. Dodatkowo dziś i jutro wyjeżdżają samochody z papierówkami, to i tym należy sią zająć, choć w wywozie pomaga podleśniczy Irek. Z radością wyrwałem się zza biurka kancelarii leśniczego, ale najpierw musiałem pędzić do nadleśnictwa. Może nie tak znowu pędzić, bo na lokalnej drodze zupełne lodowisko

5093

Jak najszybciej załatwiłem konieczne sprawy, pokonałem 18 kilometrów „drogowego lodowiska” i z ochotą zanurzyłem się w lutowy las. Grupa drwali wycinała suche sosny opanowane przez grzyby i owady. Inna wycina melioracje na zrębie

5094

To zabieg przygotowujący fragment starego lasu do cięć rębnych. Usuwa się tam przeszkadzające krzewy i podszyty oraz drzewa niebezpieczne, zagrażające pracującym ludziom. Sprawdziłem czy została zachowana strefa bez cięć wokół niedużego bagienka oraz obejrzałem oznakowanie pozostawionej biogrupy. To rezerwuar życia biologicznego, które będzie rozwijać się w otoczeniu nowego pokolenia lasu.

Niedaleko ciągnik zrywkowy zwoził wycięte drzewka na stos. Nad lasem szybkim lotem przeciągnęły dwa kruki. Wykonywały w powietrzu efektowne ewolucje. Zaczynają już toki, bo kruki wcześnie składają jaja i zaczynają wychowywać młodzież. Słyszałem też dudniącego werblem dzięcioła dużego. No tak, pomimo dopiero rozpoczynającego się miesiąca lutego niektórym już w głowie wiosna… Usłyszałem chrobot kory i ujrzałem rudą baletnicę zbiegająca na ziemię. No proszę, pomimo dopiero początku lutego nie chce jej się spać. Szybko mnie zobaczyła i zwiała na drzewo. Nie chciała pozować, kryjąc się szczelnie za pniem.

5095

 Dałem jej spokój. Nie straszyłem jej i nie zmuszałem do zbędnego wydatku energii. Tak właśnie należy zachować się wobec zwierząt zimą. Nie przeszkadzajmy im w tym trudnym czasie, niech spokojnie zajmują się swoimi sprawami.

Wyjrzałem na pobliskie pola, gdzie żerowały sarny

 
50961

Korzystały z odsłoniętych fragmentów oziminy, napełniając żołądki. Nie jest im teraz łatwo, bo topniejący, a potem zamarzający śnieg pokrywa las i pola twardą skorupą. Dalej na pagórkowatych ugorach, prawie pozbawionych śniegu spotkałem inne sarny

5097

Świetnie zlewały się z otoczeniem i nie jest łatwo je wypatrzyć gdy pozostają w bezruchu. Obok na krzewach bzu przysiadło stadko dzwońców.

5098

 Bo właśnie takie ugory są teraz naturalnym karmnikiem wielu ptaków. Przetrząsają je w poszukiwaniu nasion i resztek owoców. W lesie jest prawie idealna cisza, bo trudno tam teraz o pożywienie. Nawet sikor nie słychać. Wiele z nich przesunęło się na skraj lasu lub do przydomowych ogrodów.

Te ptaki, które mieszkają blisko ludzi mogą liczyć na naszą pomoc

5099

Dlatego też koło leśniczówki kręciło się dziś wiele sikor

50910

Ale i tam muszą być czujne, bo często zagląda tu krogulec, a i znajoma kotka też czasem ma udane polowanie


509121

Nakrzyczałem na „Blondynę”, bo przecież miskę ma zawsze pełną. Karmnik ma zabezpieczenie „antykotowe” ale jakoś udało się jej, niestety, upolować modraszkę. Z kolei „Gruby”, jak na statecznego kocura przystało, przechadza się z wdziękiem i nie rzuca się na ptaki.

50913

 Choć mazurki na wszelki wypadek miały i na niego „oko”

50914

Pamiętajcie o dokarmianiu, bo ptakom nie jest łatwo zdobyć pożywienie, no i pilnujcie kotów, aby nie brały przykładu z naszej „Blondyny”. Niebawem, 11 lutego jest Dzień Dokarmiania Zwierzyny Leśnej, to może warto choć symbolicznie podrzucić coś zwierzakom? Naturalnie od dawna trwa dyskusja nad wadami i zaletami sztucznego dokarmiania. Dlatego my, leśnicy, wycinamy właśnie teraz rękami „zulowców” drzewka w czyszczeniach i wykonujemy melioracje na zaplanowanych na ten rok zrębach, aby leżące krzewy i drzewka służyły zwierzynie za karmę.

W lesie wciąż się wiele dzieje, bez względu na zimę i zalegające na biurku leśniczego sterty map i planów. W kolejce czekają szacunki brakarskie i wiele innych spraw, ale przecież nawet najważniejsze biurowe sprawy nie mogą być ważniejsze od lasu. Zaglądajcie zatem do lasu także w lutym, bo cisza jest tam tylko pozorna. Nawet w zimowym, zasypanym śniegiem ( na szczęście niezbyt grubo) lesie wciąż tętni życie i dzieją się ciekawe rzeczy.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

22:12, lesniczy.lp
Link Komentarze (5) »
wtorek, 24 stycznia 2017

508min

W ostatnich dniach roku informowałem o mojej książce „Rok leśniczego”, która trafiła do mnie z wydawnictwa 30 grudnia ubiegłego roku. Nie ukrywam, że nieco poruszony rozpakowywałem kartony z moją książką. Czułem się podobnie jak kiedyś, już dość dawno temu, gdy odbierałem ze szpitala pierworodną córkę Olgę… To podobne uczucie pewnej dumy, spełnienia ale też z drugiej strony, niepokoju i obietnicy czegoś nowego. Wcześniej wydałem już kilka książeczek, uczestniczyłem w różnych ciekawych przedsięwzięciach literackich jako współautor, ale to moja  pierwsza, „poważna”, w pełni samodzielna  książka. Składa się ona z 388 stron i z 260 fotografii. Wszystkie są mojego autorstwa i, jak sądzę, dobrze ilustrują to, co chciałem w tej książce przekazać.

W zasadzie jej powstanie zawdzięczam głównie Wam, czytelnikom blogowych zapisków leśniczego. Kiedy zaczynałem prowadzenie bloga w styczniu 2011 roku w zasadzie nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak ludzie oceniają nas, leśników. Nie sądziłem też, że sprawy przyrody, obyczaje wszelkich mieszkańców lasu, zasady współistnienia lasu i ludzi interesują tak wiele osób. Zaaferowany leśnymi, ale też społecznymi i domowymi obowiązkami nie zastanawiałem się nad odbiorem tego, czym zajmujemy się na co dzień my, leśnicy. Jest to jednak bardzo istotne. Bo skoro zajmujemy się państwowymi, czyli należącymi do nas wszystkich lasami, skoro gospodarzymy w nich dla dobra przyrody i ludzi, jesteśmy winni ludziom informację jak to robimy. Przez te lata starałem się w przystępnym, zrozumiałym języku opowiadać o wszystkim, co w lesie piszczy. Także, a może szczególnie, o pracy leśników: ich obowiązkach, przygodach, kłopotach, ale też o powodach do satysfakcji. Opowiadam zatem o różnych ludziach i sprawach z którymi leśniczy ma codzienny kontakt. Odpowiadam na liczne listy i komentarze, a przy okazji wciąż uczę się od Was. Bo jak każdy leśnik, pewnie inaczej spoglądam na las niż statystyczny rodak i czasem inaczej rozumiem zachodzące w nim zjawiska. Jednak to chyba nic złego, a jest to zrozumiałe, bo przecież to leśnik najlepiej zna las. Dzięki Wam uczę się jednak nieustannie nowego spojrzenia na las. Patrzę na las i pracę leśników Waszymi oczami. Dlatego po jakimś czasie postanowiłem napisać książkę, która pomoże każdemu, kto po nią sięgnie w zrozumieniu tego, co codziennie dzieje się w lesie i czym zajmują się leśnicy.

5081

Pracowałem nad nią ponad 5 lat. Wypełniła mi wiele wieczorów i w zasadzie bardzo nielicznych chwil wolnych od różnych obowiązków. Dobrze, że pomagała mi w tej pracy i wspierała małżonka Renia, bo jej wkład w książkę to nie tylko kącik związany  z kulinariami

5082

Aby książka była jak najbardziej pożyteczna i praktyczna do każdego miesiąca „Roku”, opowiadającego o sprawach lasu i ludziach, z którymi styka się leśniczy, dołożyłem rozdział „Leśniczy radzi”.

5083

Znajdziecie tam praktyczne porady, związane z lasem, dotyczące całego roku. Ale po co mam opowiadać, lepiej sami przeczytajcie, a na razie warto posłuchać tych, co już mieli okazję poznać tę książkę.

Możecie zajrzeć na ciekawy, zaprzyjaźniony ze mną portal:

http://www.wielkopolska-country.pl/component/k2/item/444-rok-lesniczego

gdzie jego twórczyni, Izabela Wielicka pisze:

 

"Rok leśniczego" to pięknie wydana i zilustrowana wieloma kolorowymi zdjęciami autora opowieść o lesie i ludziach lasu. Jarosław Szałata przedstawia w niej życie lasu na przestrzeni dwunastu miesięcy. Nie jest to tylko gawęda o przyrodzie, drzewach, zwierzętach i ekologii. Autor w bardzo prosty i zrozumiały sposób przybliża czytelnikom zawód leśniczego - jego pracę, zarządzanie lasem i jego dobrami. Jest tu mowa i o zrębie, ale i o akcjach przeciwpożarowych. Poznajemy też tradycje leśników i ich dystynkcje. Czytelnik ma wyjątkową okazję, aby zobaczyć życie leśnika "od kuchni" i zajrzeć do jego mieszkania - leśniczówki. Autor wspomina swoich kolegów po fachu - także tych, którzy już odeszli.

   Książka jest pewnego rodzaju pamiętnikiem - zapisem roku leśniczego. Na każdej z 388 stron książki czuje się wielką pasję autora i jego miłość do lasu i swojego zawodu. Czuje się niemal zapach sosen i mchu. Czytelnicy znajdą tu także "zapachy" kulinarne, ponieważ książkę wzbogacają przepisy żony pana Jarosława - leśniczyny Reni.

W piątek 20 stycznia na stronie Lasów Państwowych www.lasy.gov.pl pojawił się taki wpis:

 

Rok leśniczego

przez Anna Wikło — ostatnio zmodyfikowane 2017-01-20 13:31

Zapraszamy na wędrówkę po lesie z leśniczym Jarosławem Szałatą. Wędrówka ta, opisana miesiąc po miesiącu, trwa tylko 365 dni. Tylko, bo rok w życiu lasu jest jak mgnienie oka. Praca leśniczego to ciekawe zajęcie: pasja, łączenie wielu specjalności i umiejętności, życie w otoczeniu natury. Dlatego każdy dzień jest tak różny od poprzednich i tak barwny; przynosi fascynujące doznania i emocje, kontakty z ludźmi, spotkania z przyrodą. Po lekturze inaczej spojrzysz na las i postać leśniczego, może się nawet z nimi zaprzyjaźnisz…

Rok leśniczego.pdf — PDF document, 55992 kB (57336634 bytes)

Zachęcam zatem do pobrania powyższego pliku w formacie pdf i zapoznania się z „Rokiem Leśniczego”. Po wpisaniu do przeglądarki adresu http://www.lasy.gov.pl/informacje/publikacje/do-poczytania

znajdziecie tam moją książkę, ale także wiele innych, bardzo ciekawych publikacji innych autorów. Wszystkie są godne bliższego poznania.

To bardzo ciekawa możliwość bezpłatnego korzystania z wiedzy wielu ludzi i budowania własnej. Zachęcam zatem do stałego odwiedzania leśnego serwisu i pobierania stamtąd plików książek o lesie i naszej przyrodzie. Wielu z nas zamiast szperania w cyfrowych plikach oraz czytania na elektronicznym ekranie woli jednak szelest papierowych kartek. Sam także należę do tego grona, choć czytam też sporo materiałów w wersji elektronicznej. Książka, tradycyjna książka wydana na dobrym papierze, szczególnie ilustrowana ładnymi fotografiami wciąż ma swój nieodparty urok. Jest zatem szansa, aby zdobyć książkę leśniczego.

Zapraszam wszystkich czytelników blogowych zapisków leśniczego na wieczór autorski, promujący książkę „Rok leśniczego”. Odbędzie się on w kinie Przystań przy Gminnym Ośrodku Kultury w Pszczewie, ulica Poznańska 27, we wtorek 31 stycznia 2017 roku o godzinie 18.

Przygotowałem na tę okazję sporą paczkę książek, które zamierzam bezpłatnie rozdać uczestnikom spotkania. Książki zostaną podarowane tym, którzy zechcą je przeczytać ale pod jednym warunkiem…. Chciałbym bowiem przy okazji promocji mojej książki zachęcić do wsparcia leczenia Mirki Górnej z Pszczewa.

5084

Mirka choruje na SMA, czyli rdzeniowy zanik mięśni. Każdy, kto dostanie książkę pewnie chętnie, niejako w zamian, wesprze leczenie Mirki i wrzuci „coniecoś” do jej skarbonki. Znam ją od dziecka, z czasów gdy poruszała się jeszcze samodzielnie, bez elektrycznego wózka. To naprawdę świetna dziewczyna i warto jej pomóc, bo sama, choć wspierana przez rodzinę i licznych przyjaciół, nie poradzi sobie z SMA. Nie poddaje się jednak chorobie, ukończyła studia, pracuje, zajmuje się strzelectwem sportowym. Jest pogodna i wierzy w dobrą przyszłość.  Niedawno wróciła z Indii,  bardzo zadowolona z niezbędnej dla niej kuracji. Pełna optymizmu zbiera teraz fundusze na kolejny cykl leczenia, choć to ogromny koszt.

Pisałem już tu wcześniej o niej i jej chorobie, z którą dzielnie walczy z pomocą rodziny i dobrych ludzi. Zajrzyjcie także tu:

http://www.fundacjaavalon.pl/nasi_beneficjenci/lista/gorna_miroslawa.html

 

5085

 

 

5086

 

We wtorkowy wieczór razem z Mirką i jej skarbonką oraz naturalnie z leśniczyną Renią będziemy promować „Rok leśniczego” w pszczewskim kinie.

Zdaję sobie jednak sprawę, że nie każdy mieszka blisko Pszczewa, a co za tym idzie, nie każdy będzie miał możliwość spotkać się ze mną i książką. Zostaje zatem pociecha w formie elektronicznego pliku…

Moi blogowi znajomi, którzy napiszą do mnie pod znany adres „podanie z uzasadnieniem” zawierające także ich adres pocztowy, mają szansę, aby otrzymać egzemplarz książki z autografem autora za pośrednictwem przesyłki pocztowej. Naturalnie oferowana ilość egzemplarzy nie jest zbyt wysoka, ale jak przekonywał swojego czasu Jerzy Stuhr „śpiewać każdy może”. Dlatego i ja przekonuję Was, że pisać każdy może. Piszcie zatem, a być może misja zakończy się powodzeniem.

Będę też wdzięczny za wszelkie recenzje i relacje na temat książki, bo przecież pora zbierać materiały do następnej. To oczywiste, że każdy rok w lesie, każda ludzka sprawa, z którą ma do czynienia leśniczy i każdy zakamarek lasu jest inny…

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

12:52, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
wtorek, 17 stycznia 2017

507min1

Już drugi tydzień panuje solidna zima. Jest biało i dość mroźnie,  bo nocami bywa po kilkanaście stopni poniżej zera. Naturalnie jest to zima na miarę zachodniej części naszego pięknego kraju. Czyli i tak dość łagodna. Niedawno kolega spod „samiuśkich Tater” mówił, że u niego jest 28 „na minusie”, a pokrywa śnieżna „przewyższa gumofilce”. W Tatrach, Beskidach czy Bieszczadach z pewnością zima to szczególny czas wielkiej próby. Choć zarówno ludzie, jak przyroda przyzwyczajeni są tam do surowych warunków życia. Mój kolega Jerzy Miliszewski, leśniczy „z gór” słał mi czasem takie zdjęcia z życia ludzi lasu:

5071

Czasami także znajdowałem w poczcie także obrazki z zimowego życia beskidzkiego lasu

5072

W pszczewskich lasach nie spotykam takich zwierząt ale są przecież inne… Też nie jest im łatwo zimą. Jerzy od niedawna jest „stypendystą ZUS”, ale leśniczy nawet na emeryturze wciąż naturalnie żyje lasem.

 Pamiętam jego opowieści o trudnym czasie późnej jesieni i zimy, bo jego leśniczówka była położona mocno na uboczu, ponad 10 kilometrów od najbliższej miejscowości, bez twardej drogi. Dawniej, gdy na podwórzu leśniczówki stał nie samochód, ale rower lub motorower „Komar”, czasem motocykl „WSK” było naprawdę bardzo ciężko. Szczególnie zimą.  W innych zakątkach kraju, naturalnie także w moich, lubuskich borach zimą także nie jest łatwo, choć pewnie łatwiej jak w górach. Czy zastanawialiście się nad tym, jak leśnikom żyje się w trudnym zimowym czasie? Jak pracują, opiekują się lasem, jak żyją w często bardzo samotnych leśniczówkach?

Bardzo często o tej porze we wszelkich wiadomościach słyszymy apele dotyczące bezdomnych, ludzi starszych czy samotnych. To dobrze, że martwimy się o nich. To rzeczywiście dla nich bardzo trudny czas, ale przecież żyją w otoczeniu innych ludzi. Gorzej mają ci, którzy mogą liczyć tylko na siebie. Właśnie tak żyją i pracują leśnicy. Zima stawia im wysokie wymagania. Do lasu dostać się jakoś trzeba, bo dla nas, leśników nie ma tam zakazów ani ograniczeń

5073

Las to dla nas przecież zakład pracy, także srogą zimą.  Leśnych dróg nikt nam nie odśnieża i nie posypuje piaskiem.  A z położonej nieraz głęboko w lesie leśniczówki trzeba dojechać do pracy, do sklepu, do szkoły. Żona chciałaby spotkać się z przyjaciółkami, dzieci wyskoczyć do kina lub do klubu na „imprezkę” z kolegami. Nie zawsze jest to możliwe. Wtedy kończy się romantyczna wizja uroczej leśniczówki, a zaczyna proza trudów życia z dala od cywilizacji. Spore zapasy żywności i opału w domu, pieczenie chleba, gorzka herbata bo do sklepu daleko,  braki w życiu towarzyskim. Codzienne odśnieżanie domostwa i nieustanna troska o samochodowy akumulator…

Mocna terenówka z dobrymi oponami i napędem 4x4 ( o ile odpali przy silnym mrozie) to dziś dla leśnika  konieczność, a nie szpan czy fanaberia. Komputer, telefon i samochód to dziś podstawowe narzędzia pracy leśnika, jest to rzecz absolutnie oczywista. Rzecz jasna, że jest to samochód prywatny, wykorzystywany do pełnienia licznych, borowych obowiązków. Zwykle już dość leciwy, bo w terenie nie ma przecież łatwo, a praktycznie każdy leśniczy tylko w celach służbowych przejeżdża zwykle sporo ponad tysiąc kilometrów miesięcznie. Dostaje za to tzw. ”kilometrówkę”, czyli ryczałt za używanie prywatnego auta. No cóż, dobre i to, ale stawka za kilometr została ustalona 10 lat temu, gdy paliwo kosztowało nieco ponad 3 złote za litr.

 

 Niezależnie od marki czy wieku, wszystkie leśne auta łączy jedno: wciąż popękane klosze lamp, połamane resory, półośki lub drążki, „urwane wydechy”, wybite zawieszenia. Trzeba je wciąż naprawiać i często złomować. Potem kupować inne, bo przecież ostatnie służbowe auta leśniczowie mieli na początku lat 90 XX wieku.  Nie każdy naturalnie o tym wie. Wiele osób z zazdrością spogląda na „bryki” leśników. Przecież każdy może sobie kupić takie auto i wtedy będzie wiedział ile kosztuje jego utrzymanie. dlatego jeśli ktoś chce naprawdę zirytować  nawet zwykle bardzo cierpliwego i spokojnego „borusa”-  to niech do niego zagada takim tekstem - „ale ma pan/pani fajną służbową terenówkę!”  

Pamiętam swoje pierwsze prywatne auto używane w celach służbowych. Odkupiłem wtedy od nadleśnictwa, było to chyba w 1994 roku, dotąd służbowe, rumuńskie „Aro” ze żłopiącym benzynę silnikiem „Żuka”. SZybko się go pozbyłem. Potem był kultowy Uaz i wiele innych, zakupionych na służbowe potrzeby. Czas lutej zimy zawsze był dla tych aut czasem wielkiej próby. Teraz przebijam się przez zimowy las Daihatsu Rocky, rocznik 1997:

  5074

„Służbę pełni szybko i bez zmęczenia, bo ma rower…” to hasło ze znanego plakatu z lat 30 XX wieku. W ten sposób Państwowa Wytwórnia Uzbrojenia zachęcała wtedy leśników do doglądania lasów z siodełka roweru. Aby „borowy” dobrze wykonywał swoje obowiązki zawsze musiał sprawnie przemieszczać się z miejsca na miejsce. Służbowy rower miał zastąpić wcześniejsze konne lub piesze patrolowanie lasu. Przez wiele lat koń służył jako środek lokomocji leśniczego. Konie wielką miłością darzył mój kolega, leśniczy Tadeusz, który niedawno od nas odszedł... Dawniej czasem wyjeżdżał saniami na objazd lasu

5075

On i inni leśniczowie, jak np. mój inny kolega, Andrzej Jonasz z Ustrzyk Dolnych, który mówi z dumą, że jest spadkobiercą rodzinnej tradycji leśników i ułanów

5076

 chętnie spoglądali na las z końskiego  siodła lub z bryczki. Było szykownie, ekologicznie i ekonomicznie. To jednak już raczej przeszłość i miłe wspomnienie…

 

Dziś zima jest naprawdę trudnym czasem dla leśników i ich rodzin. Także dla pracowników leśnych, czyli „zulowców” oraz przewoźników drewna. Przenikliwy mróz, ciągle padający śnieg i śliska nawierzchnia nie jest jednak przepustką do siedzenia w domu. Trzeba pracować piłą i siekierą, doglądać lasu, mierzyć, klasyfikować, wydawać i wywozić drewno. Zulowcy i przewoźnicy drewna pracują w systemie akordowym. Jak nie ma „kubików” to nie ma pieniędzy. Leśnicy mają  terminowe zadania do wykonania i nie ma taryfy ulgowej ze względu na śnieg czy mróz. Zakładamy ciepłą bieliznę, kilka warstw odzieży, czapkę i rękawiczki, no i działamy…  Leśne, gruntowe drogi stawiają nam, ludziom lasu i naszym samochodom wysokie wymagania. Szczególnie trudno mają teraz przewoźnicy drewna, bo ich wielkie ciężarówki czasem nie są skore do współpracy przy silnych mrozach lub roztopach

5077

 A wszyscy potrzebują drewna. Kto zadbał wcześniej o sprawność samochodu i jest wytrawnym kierowcą- poradzi sobie zimą samotnie w lesie i jeszcze pomoże innym. Bo przecież leśnicy to ludzie, którzy radzą sobie w różnych, nawet bardzo trudnych warunkach i liczą tylko na siebie, pomagając i służąc innym. Nie na darmo mówi się o nas Służba Leśna- służymy przecież przyrodzie i ludziom…

 Dlatego aby wiedzieć co w lesie piszczy warto czasem wysiąść z samochodu i ruszyć pieszo przez las. Śnieżna ponowa może wiele powiedzieć o trudach zimowego życia mieszkańców lasu. Czasem sarny wykopią spod śniegu kobierzec wrzosów lub jagodzin i mogą poprawić swój bilans energetyczny, ale czasem bezradnie wypatrują czegoś zielonego pośród śniegu

5078

 Tam przeciągnął lis, nasłuchując pisku myszy spod śniegu, a gdzie indziej dzięcioł wykopał spod śniegu pniak okraszony od wewnątrz tłustymi larwami

5079

Wczoraj rano na leśnej drodze czytałem historię zapisaną wilczymi łapami. Wataha złożona z pięciu wilków szła tyralierą po świeżym śniegu:

50710

Jeden z wilczych tropów był wyraźnie większy, prawie wielkości smartfona

50711

Ich tropy nakładały się z tropami danieli i saren. Wilki- szare, piękne drapieżniki, nie kupują przecież mięsa w markecie... Zima to zatem także czas próby dla zwierząt i w ich świecie zasady są bardzo proste: wygrywa silniejszy, sprawniejszy i mądrzejszy.

Ludzie nie muszą na szczęście obawiać się wilków, ale zimą muszą się odpowiednio ubierać, mieć zatankowany do pełna samochód z łopatą do śniegu i ciepłym kocem wewnątrz. Warto też mieć odrobinę wyobraźni pamiętając, że teraz, w zimowym czasie próby jeździ się i żyje się nieco inaczej.  A ci co narzekają, na śliskie drogi i chodniki lub spóźniające się miejskie autobusy niech pomyślą o ludziach lasu, którzy też dojeżdżają do pracy i wykonują swoje obowiązki na mrozie, wietrze i pośród śniegów. W lesie, naszym zakładzie pracy nie ma przecież służb komunalnych, zaplecza socjalnego ani ogrzewania, a różne zadania wciąż piętrzą się przed nami.

 

Leśniczy Jarek – lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

22:49, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
środa, 11 stycznia 2017

506min

 

W wielu nadleśnictwach od początków grudnia, a w zasadzie już dużo wcześniej trwa czas poboru. Najpierw trwają żmudne przygotowania SIWZ, czyli specyfikacji istotnych warunków zamówienia, ogłaszanie, weryfikowanie, ocenianie. Potem jest ocena kandydatów, a w zasadzie ich ofert. Jeśli zaprocentuje nie tylko doskonała znajomość ustawy o zamówieniach publicznych (a inaczej być nie może) ale też szczęście i zwykła, ludzka wzajemna życzliwość - początkiem stycznia w każdym nadleśnictwie są podpisywane umowy na usługi leśne. Bo naturalnie nie chodzi tu o czas poboru do wojska, lecz o kontrakty na usługi leśne.

Na początku lat 90 XX wieku w trakcie tzw. „transformacji ustrojowej” dawni pracownicy leśni zatrudniani w nadleśnictwach zostali przedsiębiorcami. Powstały „zule” czyli zakłady usług leśnych. To właśnie te różnej wielkości firmy leśne są realizatorami wszelkich prac w lasach, które wykonują w oparciu o umowy podpisywane z nadleśniczym. Prace zlecają i odbierają leśniczowie. Umowy są zawierane zwykle na rok, choć w niektórych rejonach kraju stosuje się umowy kilkuletnie. Zasady rynku usług i przetargów, w ramach których wyłaniani są usługodawcy podlegają rygorom ustawy o zamówieniach publicznych. No i właśnie teraz są finalizowane umowy z przedsiębiorcami leśnymi, czyli używając wojskowej terminologii mamy czas poboru…

Skąd to wojskowe skojarzenie? Przecież przez lata leśnicy swoim wyglądem i zachowaniem bardzo przypominali oficerów

50611

Leśne mundury ale także styl zarządzania na przestrzeni lat miał wiele wspólnego z wojskowym drylem. Z kolei na „zulowców”, szczególnie nie właścicieli, ale pracowników zakładów leśnych, czyli drwali, zrywkarzy, operatorów maszyn ale także „operatorów” siekier, tasaków czy szpadli, mówi się czasem „szara, leśna piechota”

5062

Jednak nie chodzi tu o wojskowy rygor i wydawanie komend lecz o współpracę i odpowiedzialność. Bo każdy, kto ma pojęcie o gospodarce leśnej wie, że dobra współpraca pomiędzy gospodarzem lasu czyli leśniczym, a wykonawcą wszelkich prac, czyli zakładem usług leśnych to fundament istnienia trwałych i atrakcyjnych dla wszystkich lasów.

To ta szara piechota ścina drzewa i zamienia je w drewno, zrywa kłody i dłużyce, układa wałki i szczapy, sadzi nowe pokolenie lasu, pielęgnuje malutkie drzewka, a potem dojrzewające młodniki czy drągowiny. To „zulowcy” sprzątają śmieci w lesie, konserwują a czasem budują miejsca postoju, wiaty edukacyjne, porządkują drogi pożarowe, a w razie potrzeby dogaszają i dozorują pożarzyska. Pracują o różnych porach dnia i nawet nocy, czasem bez względu na warunki atmosferyczne. Razem, ramię w ramię z leśnikami i są to partnerskie zasady współpracy. Choć, jak to bywa przy intensywnej i odpowiedzialnej pracy, czasem zdarzają się różnice w poglądach i konflikty. Leśniczy chciałby wykonać wszystkie zadania terminowo, jak najdokładniej i jak najtaniej, a zulowiec chciałby jak najwięcej zarobić przy najmniejszych kosztach. Widać jednak po coraz piękniejszych i zasobniejszych lasach, że można pogodzić te pozornie różne oczekiwania i jest to zgodna oraz udana współpraca.

5063

 Jak zawsze należy kierować się zasadą czy nawet filozofią „złotego środka”. Filozofia "złotego środka" wymaga według mnie wielkiej mądrości życiowej polegającej na zachowywaniu spokoju i równowagi ducha, opanowywaniu namiętności i ostrożnym przyjmowaniu sukcesów oraz porażek. Bo przecież zawsze są i sukcesy, i porażki, to normalny element naszego życia i pracy. Jedne i drugie trzeba przyjmować ze spokojem. To bardzo ważna umiejętność, chyba niezbędna dla zarządzania tak cennym dziedzictwem jak las. Konieczna też dla pogodzenia interesu przyrody ( który reprezentować powinien leśniczy) i interesu rynkowego bo nim zwykle kieruje się zulowiec jako przedsiębiorca. Można tu wzorować się na wielu mędrcach i filozofach albo kierować się własnymi zasadami, choć na ich wypracowanie należy dać sobie zwykle sporo czasu. Po ponad 30 już latach pracy z ludźmi mam naturalnie własne doświadczenia i zasady, ale dla mnie wzorem jest tu po części Horacy  i Arystoteles.

Filozofię Horacego dobrze ilustruje jego słynna maksyma: „carpe diem” („chwytaj dzień”). Oznacza ona, że należy wykorzystywać w pełni każdy dzień życia i cieszyć się chwilą. Po co zatem kłócić się, udowadniać swoją wyższość za wszelką cenę i tracić dobrą energię? Choć czasem, niestety, tak bywa na styku leśniczy- zulowiec. Są to jednak nieliczne przypadki.

Mam, podobnie jak wielu leśniczych, wielki szacunek dla ludzi lasu. Wielu już ich spotkałem poznałem w codziennej pracy na swojej życiowej i zawodowej drodze. Właśnie kolejny zakład usług leśnych podpisuje umowę z „moim” nadleśnictwem, czyli niebawem zakończy się czas poboru. Pozostanie ustalenie szczegółowych zasad codziennej współpracy, uzgodnienia z zakresu bezpieczeństwa i higieny pracy, dobrej organizacji wszelkich prac, realizacji zasad certyfikacji gospodarki leśnej i wielu innych detali współpracy . Wymaga to sporej ilości dokumentów

5064

 Zapewne rzadko zastanawiamy się nad pracą i motywacją do pracy drwali i zrywkarzy, pracowników „zula” odnawiających i pielęgnujących las, wykonujących czyszczenia czy trzebieże. W deszczu i upale, latem i zimą targają ciężkie wałki drewna, pracują fizycznie w roju much, meszek i komarów, są gryzieni przez kleszcze.

5065

 Z pewnością nie są krezusami finansowymi, ale często razem pracuje ojciec z synem i obaj nie wyobrażają sobie innej pracy niż „zulowanie”.

Bo przecież należy zdać sobie sprawę z tego, że oni tak jak leśnicy, kochają swoją pracę i mają do niej powołanie. W tym momencie może się ktoś uśmiechnąć pod nosem mrucząc: „no bez przesady! Powołanie jest potrzebne do szpadla czy siekiery?” Ale jeśli ktoś sam klejącą od żywicy ręką chwycił szpadel lub siekierę, lub przynajmniej miał okazję uścisnąć twardą dłoń drwala i chwilę z nim porozmawiać, to zrozumie o czym myślę.  Praca „leśnej piechoty” choć mało eksponowana, trudna, niebezpieczna       ( np. w ubiegłym roku było wyjątkowo dużo wypadków w lasach, więcej niż choćby w górnictwie), realizowana w różnych porach dnia i w każdych warunkach atmosferycznych ma dla lasów ogromne znaczenie.

Bez tych, którzy właśnie są na etapie poboru niewiele można konkretnie zdziałać w lesie. Bo zarządzając ponad tysiącem, a często też ponad dwoma tysiącami hektarów trzeba mieć rzetelnego wykonawcę szerokich zadań gospodarki leśnej. Nie jest to łatwa działalność, to oczywiste.  To wszystko co zaplanuje i zleci leśniczy każdego z ponad 5 tysięcy leśnictw Lasów Państwowych „zulowiec”  musi dokładnie wykonać w ustalonym terminie. Konieczna jest przy tym wiedza i racjonalne działanie, bo trudno bezpośrednio nadzorować i „patrzeć na ręce” każdego pracownika leśnego. Mnogość zadań leśniczego wymaga od niego bardzo dobrej organizacji pracy i umiejętności współpracy, szczególnie właśnie z wykonawcami prac leśnych.

5066

 Dobra współpraca polega głównie na dążeniu do kompromisu. Znowu wrócę zatem do idei „złotego środka” i szczęśliwego kompromisu.

Warto wzorować się na lepszych, na ich powiedzenia i nie są to tylko cytaty potrzebne w szkolnych wypracowaniach czy studenckich pracach.   Pamiętacie co mawiał Konfucjusz? Powiedz mi, a zapomnę. Pokaż mi, a zapamiętam. Pozwól mi zrobić, a zrozumiem. Z mojej praktyki wynika, że to myśl idealnie pasująca do relacji leśniczy-pracownik leśny…

A jak osiągać kompromisy? Spójrzmy na myśl Arystotelesa, który twierdził, że aby móc osiągnąć szczęście, nie wolno popadać w skrajności. Zarówno ze strony „oficera” leśniczego wydającego polecenia, jak ze strony „żołnierza” zulowca wypełniającego zlecenie. Ich interesy są pozornie różne ale cel ten sam. Najlepszym wyjściem jest właśnie znalezienie pewnego kompromisu między nimi. Etyka Arystotelesa to etyka umiarkowania oraz zdrowego rozsądku. Dlatego na początku współpracy, po zakończonym „poborze” leśniczy i zulowiec zgodnie z obowiązującym prawem, instrukcjami i zasadami ale przede wszystkim zgodnie ze zdrowym rozsądkiem ustalają reguły wspólnych działań. Potem ruszają w las drwale, ciągniki i maszyny

5067

Leśniczy, który stuka w klawiaturę rejestratora czy komputera odbierając wykonane prace i zulowiec, który często naprawia sfatygowany cenny sprzęt zwykle nie zaglądają do dzieł Horacego czy Arystotelesa. Ale czasem nawet nieświadomie stosują się do tych klasycznych zasad. Mają przecież własną, życiową mądrość i kierując się nią oraz miłością do lasu potrafią zgodnie współpracować. Efekty tej współpracy może ocenić każdy z nas podczas nawet krótkiej wyprawy do lasu, mając naturalnie minimum wiedzy o tym, jak zarządza się współcześnie lasem. Pracy leśników i „zulowców” przyglądajmy się jednak z daleka, respektując zalecenia ostrzegawczych tablic, no i pewnie krótko, bo póki co, mamy białą zimę i siarczyste mrozy.

 

Leśniczy Jarek –lesniczy@erys.pl

 

 

 

10:09, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 stycznia 2017

505min

Z nowym rokiem - nowym krokiem…

„Tak mawiał mój dawny sąsiad, emerytowany leśnik, bardzo sympatyczny Tadeusz Bąk. Podobno z początkiem każdego roku warto coś zmienić. W moim przypadku będzie to pisanie „Bloga leśniczego”. To dla mnie nowe wyzwanie i ambitne zadanie, które co gorsza, sam sobie wyznaczyłem.”

Tymi słowami zapoczątkowałem swoją przygodę z blogiem 14 stycznia 2011 roku. Aż nie chce się wierzyć, że to było już tak dawno. Przez te lata powstało wiele, wiele wpisów na bardzo różne tematy. Początkowo miał to być blog wyłącznie o pracy leśniczego: o czyszczeniach, trzebieżach, drewnie i  drwalach. Jednak z czasem stał się bardziej osobisty. Pojawiły się tam opowieści o mieszkańcach leśniczówki, o wydarzeniach rodzinnych ale też sprawach społecznych. Opowiadałem o wydarzeniach kulturalnych, tradycji, obyczajach, legendach i historii regionu. Przytaczałem stare przepisy kulinarne i zachęcałem do jak najpełniejszego korzystania z tego, co oferuje nam las i otaczający nas wszystkich świat przyrody. Opowiadałem czytelnikom o imprezach leśnych, targach, jubileuszach. O wydarzeniach ważnych, radosnych, uroczystych ale także smutnych, jak np. pogrzeb Tadeusza Bąka, którego słowa stały się  tytułem pierwszego i dzisiejszego wpisu.

Przez te lata blogowania wiele nauczyłem się. Czerpałem wiedzę z Waszych komentarzy, listów i wpisów blogowych gości, znajomych oraz przyjaciół. Tak, przyjaciół, bo okazało się, że i w blogosferze można poznać i zdobyć przyjaciół. Wcześniej nigdy nawet nie przypuszczałem, że jest to możliwe. Wychowałem się w bezpośrednim kontakcie z przyrodą, z dala od zgiełku miasta i w sumie dość późno zetknąłem się z wirtualnym światem. Dlatego nie myślałem, że on mnie tak zainteresuje. Nie myślałem, że otwiera takie możliwości. Bo dziś książki znanych, wybitnych pisarzy drukuje się w dziesiątkach tysięcy, a na blog zwykłego leśniczego każdego dnia zaglądają tysiące, a czasem nawet dziesiątki tysięcy czytelników.

Dawniej czasem, a potem coraz częściej blog był cytowany, pojawiał się na różnych portalach, np. na www.wykop.pl lub głównej stronie www.gazeta.pl

5051

Wtedy ilość odwiedzin gwałtownie rosła. Ale nie o statystyki, słupki poparcia i rekordy tu chodzi. To nie pozycja w rankingu bloga ani popularność jego autora jest ważna. Przecież ten blog nie istnieje po to, aby zarabiać na umieszczonych w nim reklamach czy na lokowaniu produktu. To blog zwykłego leśniczego, który opowiada o życiu lasu i pracy leśników. Najważniejszy jest kontakt z Wami- czytelnikami tego bloga. Tymi stałymi, którzy wyglądają kolejnego wpisu. Okazjonalnymi i ciekawymi lasu, którzy od czasu do czasu zaglądają tu skuszeni zdobyciem wiedzy na konkretny temat. Ale także zupełnie przypadkowymi, którzy „guglając” w dowolnej przeglądarce w poszukiwaniu jakiegoś tematu wpadają tu znienacka. Czasem to jednorazowe odwiedziny, ale często takie zrządzenie losu przynosi nowego stałego czytelnika. To jest właśnie fascynujące i motywujące do dalszego działania. To dlatego warto nowym krokiem wkraczać w kolejny rok przygody z blogiem. Bloga, który opowiada o życiu zawodowym ale też prywatnym leśniczego, innych ludzi lasu oraz tłumaczy co i po co w lesie piszczy… Przecież im częściej tu zaglądacie, tym lepiej znacie pozornie tajemniczy las, więcej wiecie o jego mieszkańcach i nawet najmniejszych składnikach. Inaczej spoglądacie też na leśników, zmieniając własny obraz naszego wizerunku, często stereotypowego, nieudolnie i nierzetelnie kreowanego przez różne przekazy. Pewnie pomagają w tym też fotografie, którymi ilustruję swoje wpisy. Bo spoglądam na las obiektywem aparatu nieco inaczej, bo także dodatkowo przez pryzmat tego, że jestem leśniczym

5052

Przez lata pisania bloga nabrałem nawyku ciągłego kontaktu z aparatem fotograficznym i rejestrowania przy każdej okazji ciekawych zdarzeń z życia lasu i ludzi go odwiedzających, a także zainteresowanych tą tematyką

5053

Jestem przekonany, że każdy kto tu w miarę systematycznie zagląda inaczej teraz spogląda na leśników i ich działalność w polskich lasach. I właśnie o to chodzi!

O północy, gdy kalendarzowy, a pewnie nie tylko kalendarzowy Sylwester przywitał się z Mieczysławem, rozpoczął się kolejny rok w naszym życiu

5054

Z pewnością będzie to dla wielu z nas i dla mnie również pracowity rok. Przede mną nowe wyzwania, nowe zadania, nowe pomysły… Z nowym rokiem także nowym krokiem wkraczam w blogowy świat. Ale nie zamierzam wprowadzać istotnych zmian lecz nadal uczyć się, rozwijać, poznawać nowych ludzi. Bardzo wiele uczę się też od Was, dlatego jak najczęściej zaglądajcie do zapisków pszczewskiego leśniczego, czytajcie ale też komentujcie, pytajcie i  piszcie na znany adres dodawany do każdego wpisu.

Najlepszego Roku 2017!

 

Leśniczy Jarek – lesniczy@erys.pl

21:34, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
piątek, 30 grudnia 2016

504min

Dopiero teraz mogę spokojnie usiąść i pozbierać myśli, a przecież dawno minęła godzina 19. Wczoraj zrobiłem ostatnie w tym roku przychody drewna, wprowadzając do ewidencji stosy o numerach 9016 i 9017. Dziś wystawiłem też ostatni kwit wywozowy i pożegnałem się ze stosami papierówki sortowanej, które pojechały do odbiorcy. W biurze nadleśnictwa zostawiłem dziś szereg dokumentów zamykających rok gospodarczy w lesie. A mój rok? Rok leśniczego, ale też męża, ojca, dziadka nie wymaga zamykania, precyzyjnego rozliczania ani drobiazgowego dokumentowania.

Jednak warto na chwilę nad nim podumać, podsumować to co przyniósł. W leśnictwie był to szczególny rok, bo kończący też 10-letni plan urządzania lasu. Ten 10-letni plan nazywany operatem, ale też biblią leśniczego jest zatwierdzany przez ministra środowiska i musi być skrupulatnie oraz w pełni wykonany. Dlatego praktycznie do ostatnich godzin roku trwały prace kończące ostatnie trzebieże. Udało się jednak wszystko wykonać i „zapiąć na ostatni guzik” zaplanowane zadania z ochrony, hodowli i użytkowania lasu. Wielkim wyzwaniem tego roku była budowa nowej drogi przez leśnictwo. W zeszłym roku powstał pierwszy, ponad trzy kilometrowy odcinek z granitowego tłucznia, czyli „biała droga”

5041

W tym roku powstał podobnej długości, ale technicznie znacznie trudniejszy odcinek bazaltowej, „czarnej drogi”

5042

Oprócz realizacji wszystkich normalnych, codziennych, pracochłonnych zadań wiele uwagi poświęcałem budowie drogi. Wytyczałem pas do wycinki, nadzorowałem usuwanie gałęzi i karp, ustalałem z kierownikiem budowy i geodetą usytuowanie zjazdów, mijanek, rowów. Zaglądałem tam zwykle przynajmniej dwa razy dziennie aby nic nie umknęło uwadze. Bardzo dobrze współpracowało się z wykonawcą i pracownikami „zul-a”, którzy cierpliwie wracali usunąć kolejne przeszkadzające drzewo lub gałąź. Ale warto było i można teraz z dumą spoglądać na zakończone dzieło porównując jak było wcześniej

50431

Teraz to samo miejsce wygląda zupełnie inaczej.

5044

Droga będzie służyć wiele, wiele lat nie tylko leśnikom i pracownikom leśnym ale wszystkim korzystającym z lasu. Dla mnie to będzie chyba najbardziej pamiętne wydarzenie zawodowe roku 2016…

Wiele działo się w moim leśnictwie w tym roku i na szczęście były to wydarzenia pozytywne. Tegoroczne odnowienia udały się znakomicie, co potwierdziła ocena upraw wykonana przez moich przełożonych i co widać na załączonym obrazku.

5045

 Pięknie rosnące nowe pokolenie lasu to najlepsza wizytówka świetnej znajomości sztuki leśnej i fachowości leśniczego. Choć z drugiej strony co można poradzić na suszę, podtopienia, przymrozki, grzyby zabijające drzewka, żarłoczność pędraków, szeliniaków ale także zwierzyny leśnej, która podgryza nie tylko owoce ale też młode drzewka?

50411

Ale leśniczy potrafi sobie poradzić z wszelkimi przeciwnościami losu, przyrody i działalności ludzi, a można by je bardzo długo wymieniać. Sukcesem tego roku jest też praktycznie zupełny brak pożarów. Choć problemem były z kolei silne wiatry, szczególnie w czerwcu, które spowodowały konieczność usunięcia złomów i wywrotów w ilości blisko 1500 m3. Nie było za to potrzeby używania środków chemicznych i zwalczania nadmiaru owadów. Nie wystawiałem też nikomu mandatów, choć wielokrotnie, cierpliwie pouczałem wielu użytkowników lasu. Taka harmonia pomiędzy ludźmi i przyrodą bardzo cieszy, choć nie jest łatwa do osiągnięcia. Dlatego sporo czasu i energii poświęciłem na edukację przyrodniczą, spotkania z różnymi ludźmi i tłumaczenie różnorodnych działań leśników. Napisałem też w tym roku sporo tekstów o lesie, pracy leśników i przyrodzie. Warto było, bo oprócz wielkiej przyjemności i pogłębienia mojej własnej wiedzy o lesie, przyniosło mi to w ostatnich dniach roku wielce satysfakcjonujący i zaszczytny tytuł Lidera Ekologii Województwa Lubuskiego.

5046

Otrzymałem ten tytuł także m.in. działalności blogerskiej, bo oto uzasadnienie decyzji Prezesa Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Zielonej Górze Jolanty Fedak:

Nominowany przez Zespół Parków Krajobrazowych Województwa Lubuskiego. Nominacja dla leśnika, przyrodnika, dziennikarza i społecznika w powiecie międzyrzeckim. To współzałożyciel Klubu Przyrodników - Świebodzin 1983, dziś organizator i pomysłodawca wielu inicjatyw społecznych, m.in. plenerów dużej rzeźby w drzewie w Pszczewie, Festiwalu Wsi Sołeckich Gminy Pszczew, gminnych akcji Sprzątanie świata, Pomóżmy Kasztanowcom, Święto Drzewa, inicjator spotkań integracyjnych i wykładów o lesie i przyrodzie dla niepełnosprawnych powiatu międzyrzeckiego, dziennikarz – ornitolog, felietonista i redaktor m.in. miesięcznika Głos Lasu i kwartalnika Echa Leśne, redaktor Bloga Leśniczego na stronie internetowej www.lasy.gov.pl, autor i współautor publikacji o lesie i przyrodzie, m.in. „Ludzie i las” oraz „Gmina Pszczew i Pszczewski Park Krajobrazowy w obliczu europejskiej sieci ochrony przyrody Natura 2000”.

Leśniczyna Renia zrobiła mi pamiątkowe zdjęcie z panią prezes i dyrektorem Zespołu Parków Krajobrazowych Województwa Lubuskiego Alina Jągowską

5047

Mijający rok upłynął nam wszystkim zdrowo i przyniósł też same dobre chwile w rodzinie. A co może być cenniejsze jak zdrowie i rodzina? Spotkaliśmy się w rodzinnym, kompletnym gronie pod sosnową choinką. Znalazłem pod nią piękną edycję kultowych książek Arkadego Fiedlera, choć nasz Julek bardziej ceni puzzle ze świnką Pepą i kolejkę, którą składał z ciocią Igą

 5048

Prezenty przyniósł osobiście święty Mikołaj, a to znaczy, że wszyscy w domu grzeczni byli przez cały rok.

5049

 Działo się wiele w pracy, w domu, ogrodzie, pośród lokalnej społeczności i pomiędzy bliskimi. Wiele czasu absorbował Julek, ale co może być przyjemniejszego jak wspólny wypad do lasu?

50410

 Rok minął zatem dobrze, choć pewnie o tym, co przyniósł każdy z 365 dni można by z pewnością napisać książkę, a nie tylko niewielki, blogowy wpis.

A jeśli mowa o książce to właśnie dziś przyjechał do mnie z drukarni „Rok leśniczego”- moja książka...

50412

Na 388 stronach, ilustrowanych moimi 260 fotografiami znajdziemy zapis roku leśniczego. To książka o zwyczajnym życiu leśniczego i ludzi, których codziennie spotyka przez cały rok, napisana prostym, zrozumiałym dla każdego językiem. Najlepiej podsumują ją, tak jak również mijający rok, ostatnie akapity mojego zakończenia:

Rok dla życia lasu jest mgnieniem oka. Pewnie dlatego przechadzka z leśniczym przez lasy zachodniej Polski, wyznaczona kartami tej książki, może wydawać się tak krótka. Dla człowieka każde 365 dni jednak znaczy więcej, bo nasze życie jest mniej trwałe jak życie lasu. W szczególny, może nieco inny sposób, rozumieją to leśniczowie, którzy żyją w bezpośrednim otoczeniu przyrody ale też w nieustannym kontakcie z ludźmi. Stąd mój każdy dzień leśniczego jest - tak jak dzień z życia lasu - różnorodny i barwny. To dlatego, pomimo trudności, kłopotów i przeciwności losu, niezależnie od warunków życia, pracy i płacy codziennie mówię z dumą: jestem leśniczym. Pomimo czerpania z doświadczenia i wiedzy poprzednich pokoleń leśników mój każdy dzień niesie wciąż nowe doświadczenia, wrażenia, emocje. Każdy dzień leśniczego to także inni ludzie, których spotykam na swojej drodze. Na tym właśnie polega urok tej profesji, która mieści w sobie wiele innych zawodów i umiejętności. Spoglądam codziennie na otaczający mnie las, w którym znam każdy zakamarek i z wzajemnym szacunkiem pozdrawiam ludzi ze swojego otoczenia.

 Żyję nadzieją, że po lekturze tej książki  inaczej spojrzycie na las i na postać leśniczego. Zrozumiecie misję leśników, z jaką idą przez nasze wspólne lasy, ale też żyją pośród ludzi. Może przydadzą się rady leśniczego? Korzystajcie z doświadczeń i przepisów leśniczyny Reni, bo gwarantują one troskę o zdrowie, które jest dla nas tak ważne. Lasy są dla ludzi, a tylko od nas zależy, czy potrafimy z nich mądrze i w pełni korzystać. Ambicją leśników jest to, aby wciąż podpatrując przyrodę dobrze zarządzać lasami ale też aby nauczyć ludzi szacunku dla przyrody. Osiągnięcie tego celu wymaga ciągłej nauki, doskonalenia się i nabywania nowych umiejętności. To dlatego na kartkach swojego kalendarza w zielonych okładkach każdego dnia zapisuję sprawy związane ze zjawiskami przyrody, życiem lasu i z ludźmi, którzy z niego korzystają. I las, i ludzie wciąż się zmieniają. Poznaliście tylko niewielką część tych zapisków, nieco bliżej poznaliście leśniczego, ale zostało jeszcze do odkrycia wiele leśnych tajemnic, bo przecież rok to dla lasu, ale też i dla leśniczego tak bardzo niewiele…

 

Ale o książce opowiem Wam w przyszłym roku, bo przecież na razie są ważniejsze sprawy. Sylwester spotka się o północy z Mieczysławem, a to oznacza, że rozpoczniemy kolejny, już 2017 rok. A w tym minionym działo się, oj działo i to jak widać, do ostatnich godzin…

Życzę wszystkim, którzy tu zaglądają-

 leśnikom i wszystkim zawodowo lub emocjonalnie związanym z lasem, ich rodzinom, przyrodnikom, sympatykom lasu i leśników, życiowym i blogowym znajomym oraz przyjaciołom, ale także malkontentom, niedowiarkom i krytykantom poczynań leśników, tym, którzy znają i kochają las, ale także tym, którzy go nie lubią lub się go boją-

Najlepszego, przyjaznego, najbardziej leśnego i zielonego, zdrowego, szczęśliwego i udanego Nowego Roku 2017

 

Leśniczy Jarek – lesniczy@erys.pl

 

22:23, lesniczy.lp
Link Komentarze (5) »
czwartek, 22 grudnia 2016

503min

„Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta…

Cały świat się nagle zmienia,

Gdy maluje szyby mróz.

Pierwszej gwiazdy nad głowami jasny blask,

Jeden uśmiech znaczy więcej niż sto słów.”

 

To słowa popularnej piosenki śpiewanej w przedświątecznym czasie przez różnych wykonawców i często wykorzystywanej do reklam. Prawie tak znanej i wszechobecnej jak „Białe święta”… Ale czy te najpiękniejsze ze świąt potrzeba reklamować?  Czy aby poczuć magię Bożego Narodzenia rzeczywiście potrzebujemy pośpiechu, hałasu, szału zakupów, wrzasku czasem nachalnych reklam? Przecież nawet ta świąteczna piosenka bardziej ceni jeden uśmiech niż sto słów…

W lesie trwają ostatnie prace i codziennie pojawiają się samochody odbierające drewno. Wyjechały już wszystkie kłody „4”, został jeszcze wóz „3”, a jutro pojedzie dłużyca dębowa. Mój telefon dzwoni co chwilę, bo pomimo zbliżających się coraz bardziej świąt, wciąż pozostaje wiele spraw do zakończenia. Dokładnie liczę „kubiki” drewna , które pozostaje do odbiórki, ponieważ zakończenie roku, a szczególnie zakończenie planu 10- letniego wymaga wielkiej precyzji. Dziś odbierałem ostatnie prace i w zasadzie pozostało jeszcze nieco niezerwanego drewna z dwóch ostatnich trzebieży. Ostatnie dni roku gospodarczego to także spotkania z ludźmi, z którymi współpracowałem przez mijający rok. Od stycznia prace leśne będzie realizować inna firma leśna, dlatego dziś spotykałem się z panem Darkiem i jego synem Adrianem, ekipą pana Sławka, a jutro umówiony jestem z szefem Zul panem Pawłem. To ważne rozmowy, bo pomimo, że już niebawem będę współpracował z inną firmą wykonującą usługi leśne, należy podsumować i miło zakończyć rok wspólnej pracy w lesie. Przecież zulowcy wykonują w każdym leśnictwie bardzo różne prace i od ich zaangażowania wiele zależy. Nawet najlepszy praktyk, wybitny leśnik o dużej wiedzy leśnej niewiele osiągnie w swojej pracy bez doskonale funkcjonującego zula-a. Dobrze wspominam ten mijający rok, bo choć pracy było wiele, udało się wszystko zapiąć na ostatni guzik i w zasadzie w pełni zrealizować zaplanowane zabiegi. Moi wszyscy „zulowcy” jutro już mogą spokojnie świętować. Drwale zakończyli już wszelkie prace, a harwester pojechał do bazy

5031

 

 Tylko zrywkowe „Vimki” będą jeszcze zbierać drewno z dwóch ostatnich trzebieży i zwozić je do dróg wywozowych.

Dla mnie zostało jeszcze sporo „papierowej” pracy i jutro oprócz zajęć związanych z wywozem drewna zajmę się rejestrami odebranego drewna, zleceniami, zestawieniami prac i analizami pozyskanych sortymentów drzewnych. Muszę też koniecznie poszukać dla Was w lesie przepisów na udane święta. Dlaczego w lesie?

Przecież rodzinne, tradycyjne, polskie Święta Bożego Narodzenia mają swoje korzenie właśnie w lesie. Bez lasu i jego darów nie da się zrealizować przepisu na udane, rodzinne święta. Nie wierzycie? To oczywiste!

Choinka jest z lasu.

Według wierzeń przodków świerk, jodła i sosna zawierają w sobie życiodajne moce i mają cudowne właściwości, dlatego przynosimy je do domu. Świąteczna choinka to stary zwyczaj i wielu sądzi, że wcale nie przyjęty od Niemców w XX wieku. Przecież od wieków Słowianie wieszali u pułapu wierzchołek drzewka zwany w zależności od regionu podłaźniczką, jutką, jeglijką czy wiechą. To drzewko zastąpiono potem „odpatrzoną” rzeczywiście od Niemców pionowo stawianą choinką, która ma chronić dom od złych mocy. Każda ozdoba choinkowa oraz łańcuchy, jabłka, orzechy mają swoją symbolikę oraz ciekawą historię. Leśnicy nieustannie zachęcają do stawiania w domach żywych ekologicznych choinek, prosto z lasu. Sztuczna choinka jest wygodna, może służyć przez kilka lat i nie wymaga sprzątania. Jednak sztuczne drzewka zdecydowanie nie są ekologiczne, bo zarówno ich produkcja jak i utylizacja są uciążliwe, a nawet  szkodliwe dla naszego środowiska.

Żywy świerk, sosna czy jodła wypełniają nasze domy zapachem lasu, aromatem żywicy i widokiem najprawdziwszej zieleni. To wyjątkowe drzewko:

Znam drzewko najśliczniejsze z drzew,

co na tej ziemi rosną;

gdy w polu wiatr śnieżysty dmie,

kwiatuszki jego błyszczą się

i wszystkich darzą wiosną

(kolęda ewangelicka, słowa ks. Paweł Sikora)

 Z  pewnością żaden leśniczy nie jest w stanie przegapić magii świąt. Przypomina o niej nieustanie dzwoniący telefon, za pomocą którego miejscowy ksiądz proboszcz, sołtys czy  miejscowa nauczycielka, a także koledzy, znajomi, sąsiedzi pytają o choinkę i inne świąteczne symbole. Właśnie wtedy okazuje się jak wielu przyjaciół i znajomych ma leśniczy. Wpadają zupełnie przypadkowo do leśniczówki lub przez telefon pytają: „Jak w tym roku u ciebie z choinkami? Bo taka prosto z lasu, świeża i naturalna to dopiero coś! Załatwisz?” Chyba nikt dziś nie wyobraża sobie świąt Bożego Narodzenia bez przystrojonego , najlepiej żywego drzewka.

5032

W wielu kulturach drzewo, zwłaszcza iglaste, jest uważane za symbol życia, odradzania się, trwania i płodności. O tej zdolności odradzania się wspomina nawet biblijna księga Hioba: „Drzewo ma jeszcze nadzieję, bo ścięte, na nowo wyrasta, świeży pęd nie obumrze. Choć korzeń zestarzeje się w ziemi, a pień jego w piasku zbutwieje, gdy wodę poczuje, odrasta, rozwija się jak młoda roślina.”

To najśliczniejsze drzewko, czasem z trudem zdobyte, tworzy magię świąt i wokół niego gromadzą się ludzie związani ze sobą dobrymi uczuciami. Aż trudno uwierzyć, że zwyczaj ubierania choinki rozpowszechnił się u nas dopiero ok. dwustu lat temu.

Najstarsze doniesienia o choince, czyli drzewku przyozdabianym na Boże Narodzenie podobno pochodzą z Alzacji. Ślady tego zwyczaju znajdziemy w kazaniach kościelnych. Dotyczyły one ustawiania w domach iglastego drzewka: jodły, sosny lub świerku przybranego jabłkami, orzechami i ozdobami z papieru i słomy. Dawno temu, bo w 1604 r. teolog Dannhauer strofował wiernych z ambony krzycząc, że: „wśród różnych głupstw świątecznych jest także choinka". Zwyczaj ubierania drzewka w czasie świąt Bożego Narodzenia zyskiwał jednak na popularności. Na tereny Polski choinka przywędrowała na przełomie XVIII i XIX wieku. W zaborze pruskim propagowali ją pruscy żołnierze i urzędnicy. Najpierw był to obyczaj znany tylko wśród arystokracji. Na dwór królewski choinki trafiły w XVIII wieku dzięki Marii Leszczyńskiej, która została żoną króla Francji Ludwika XV i to ona jako pierwsza udekorowała Wersal choinkami.

Z czasem oprócz arystokracji zwyczaj strojenia choinki przejęła także szlachta i mieszczaństwo, a najpóźniej mieszkańcy wsi. W niektórych regionach południowej Polski choinki pojawiły się dopiero po II wojnie światowej.

Istnieje wiele legend związanych z choinkami. Jedna z nich każe uważać za "wynalazcę" choinki św. Bonifacego, zwanego apostołem Niemiec, który zginął z ręki pogan w VIII wieku. Legenda głosi, że św. Bonifacy nawracając na chrześcijaństwo pogańskich Franków ściął potężny dąb, który był dla nich drzewem świętym. Upadający olbrzym zniszczył wszystkie rosnące wokół niego drzewa poza małą sosenką. „Widzicie, właśnie ta mała sosenka – podobno powiedział misjonarz – jest potężniejsza od waszego dębu. I jest zawsze zielona, tak jak wieczny jest Bóg dający nam wieczne życie. Niech ona przypomina wam Chrystusa”.

Inna z legend mówi, że Bonifacy, aby przybliżyć poganom tajemnicę św. Trójcy, wykorzystywał trójkątny kształt sosny. Neofici zaczęli darzyć szacunkiem to drzewo, będące dla nich swoistą teofanią, czyli objawieniem się Boga w tym szczególnym znaku.

Według innych podań sosna została stworzona jak każde inne drzewo; miała kwiaty, liście i owoce. Ale gdy Ewa sięgnęła po zakazany owoc, liście sosny pomarszczyły się i skurczyły, przekształcając w igły, a kwiaty i owoce przemieniły się w szyszki. Od tej pory tylko raz w roku, w noc Bożego Narodzenia, sosna w cudowny sposób zakwita. Ludzie ozdabiają ją kolorowymi ozdobami i czasem nazywają „bożym drzewkiem”.

 Jeszcze inna  legenda głosi, że w noc, kiedy narodził się Chrystus, wszystkie zwierzęta i roślin wyruszyły do Betlejem, aby złożyć dar Nowonarodzonemu. Drzewo oliwne przyniosło oliwki, palma daktyle, tylko mała sosenka nie miała podarunku. Była tym bardzo zmartwiona, a do tego większe drzewa odpychały ją od malutkiego Jezusa. Wtedy stojący najbliżej anioł ulitował się nad nią i nakazał gwiazdom, aby zstąpiły z nieba i ozdobiły jej delikatne gałązki. Kiedy Dzieciątko spostrzegło piękne, iskrzące się drzewko, uśmiechnęło się i pobłogosławiło je. I powiedziało, że odtąd sosna w czasie świąt Bożego Narodzenia powinna zawsze być przybrana światełkami, aby przynosić radość dzieciom.

Jak widać królowa naszych borów, skromna sosna z polskiego lasu ma bogata historię i symbolikę związaną ze świątecznym czasem. Dlatego to właśnie sosna pojawia się w naszej leśniczówce jako drzewko świąteczne. Choć nie jest łatwo znaleźć odpowiedni okaz w gąszczu sosnowych młodników. Dlatego w naszym kraju najczęściej to świerki i jodły ze specjalnych plantacji są ustawiane   w domach i ozdabiane bombkami oraz lampkami. Dawniej na wsiach przyniesienie choinki do domu miało cechy kradzieży obrzędowej: gospodarz rankiem w Wigilię udawał się do lasu, a wyniesiona z niego choinka czy gałęzie, "ukradzione" innemu światu, za jaki postrzegany był las, miały przynieść złodziejowi szczęście. To już jednak przeszłość i dziś nie zachęcam do takich obrzędów, bo czujne oko ukrytej kamery z pewnością namierzy sprawcę kradzieży, która dziś nie jest obrzędowa a raczej karygodna…

Jemioła

 

Jemioła od wieków jest uważana za roślinę magiczną i dar bogów, gdyż rośnie wysoko, poza zasięgiem ludzi i zwierząt. Była szczególnie ceniona przez Celtów, którzy zamieszkiwali nasze ziemie przed Słowianami. Druidzi pod jemiołą odprawiali swoje rytuały i szczególnie czcili jemiołę, która wyrosła na dębie. Uznawano ją za dar bogów, zawieszony pomiędzy ziemią a niebiosami. Taką dębową jemiołę ścinano nie zwykłym, metalowym lecz złotym sierpem na białą płachtę. Ścięta jemioła nie mogła dotknąć ziemi, ponieważ wtedy straciłaby całą swoją magiczną moc. Dawano ją niepłodnym zwierzętom. Przygotowywano z niej także leki dla ludzi, gdyż była uznawana za panaceum na wszelkie choroby. Pod drzewem z którego ścinano jemiołę, składano ku czci bogów ofiarę z wołu lub z osła. Za jemiołę o najpotężniejszym działaniu uznawano tę ściętą w przesilenie zimowe, czyli właśnie teraz 21/22 grudnia. Pędy jemioły powieszone pod sufitem lub nad drzwiami chroniły domostwo przed złymi mocami i pożarami oraz zapewniały pomyślność. Jemioła i dziś sprowadza do domu szczęście, powodzenie oraz bogactwo. Często ozdobiona lampkami jest piękną dekoracją naszego domu

5033

W sklepach niewielki pęczek jemioły kosztuje kilkanaście lub więcej złotych. Wystarczy jednak wybrać się wcześniej na spacer i bez problemu znajdziemy ją w lesie. Jemioła to półpasożytniczy krzew, który znajdziemy na topolach, brzozach, drzewach owocowych i sosnach. Często zobaczymy przy niej różne ptaki, szczególnie jemiołuszki, które zjadają owoce jemioły, ale także bardzo lubią inne, np. jabłka.

5034

Przypominają one jagody w kolorze białawym, nieco szkliste o śluzowatym miąższu (nasiona są lepkie). Jemioła jest rozsiewana jest dzięki ptakom gdyż nasiona nie kiełkują ani w glebie ani w wodzie. Ptaki wcierają nasiona dziobem w gałęzie lub niestrawione wydalają z kałem.

 

Święty Mikołaj

 

Mimo tego, że nikt go chyba nie widział, wszyscy wierzymy w jego istnienie. Niepostrzeżenie wpada z podarunkami przez komin lub dźwiga wór z prezentami, gramoląc się z sań zaprzęgniętych w renifery. Zaprzęg Św. Mikołaja i czerwony nos Rudolfa widujemy najczęściej na tle zimowego lasu. Dlatego też najlepiej w lesie zostawiać listy do Mikołaja. Bo choć niby nie wierzymy w jego istnienie to wszyscy z niecierpliwością oczekujemy gwiazdkowych prezentów. Jednak prawdziwy Święty Mikołaj pochodził nie z lasu, ale z Miry w Anatolii. Był bardzo szlachetnym chrześcijaninem, a z czasem został biskupem. Mówi się, że otrzymany od rodziców majątek rozdał biednym i potrzebującym. Dlatego jego głównym atrybutem jest hojność i dobroczynność. Święty Mikołaj jest chyba najbardziej znaną i barwną postacią w kościele katolickim, ale też w historii. Swoją popularność zawdzięcza przede wszystkim dobrym uczynkom. Jednak najbardziej rozpoznawalny wizerunek świętego Mikołaja dał światu koncern Coca-Cola. Charakterystyczna postać pojawiła się po raz pierwszy w reklamie marki w 1920 roku. Jedenaście lat później Haddon Sundblom, rysownik, na zlecenie Coca-Cola nadał Mikołajowi znany dziś, dobroduszny wygląd. Czerwony płaszcz i czapka z białym pomponem, siwe włosy i broda, szeroki pas i wysokie czarne buty. Wielkie spodnie zaciągnięte na jeszcze większy brzuch- to charakterystyczne cechy tego wizerunku popularnego świętego.  Tym samym, święty Mikołaj obchodzi w tym roku swoje 85 urodziny.

Kolędy i pastorałki

 

Bez tych melodii nie byłoby świąt i tej przedziwnej magii Bożego Narodzenia. Podobno najpiękniejsze kolędy śpiewają górale i w pełni to potwierdzam, a moi ulubieni wykonawcy to Hania Rybka i zespół sióstr- Gronicki. Jednak i leśnicy inspirowani świątecznym, zimowym lasem potrafili nagrać w 2012 roku piękną płytę z pastorałkami i kolędami. Jej powstanie wsparł Związek Leśników Polskich

5035

 Jurek Stachurski -barwna i znana postać pośród nie tylko zielonogórskich leśników  napisał muzykę do 9 autorskich kolęd. Płytę otwierają i zamykają dwie znane kolędy - "Bóg się rodzi" oraz "Cicha noc" - w wersji instrumentalnej, zagranej na rogach przez Zespół Muzyki Myśliwskiej "LUBUSKIE FANFARY"

Posłuchajcie zresztą sami:

http://www.youtube.com/watch?v=qvpb_AgrnrQ&feature=youtu.be

 

http://www.youtube.com/watch?v=ZrymtO-Hq8c&feature=youtu.be

 

 Opłatek

Przy wigilijnym stole, gdy zabłyśnie pierwsza gwiazdka zasłuchajcie się w kolędy z płyty „Leśna kolęda 2012” i połamcie się opłatkiem. Najważniejszym momentem i faktycznym rozpoczęciem Świąt Bożego Narodzenia jest moment dzielenia się opłatkiem. Kładziemy go na wigilijnym stole w ozdobie z łapek świerkowych.

5036

 W Polsce to zwyczaj bardzo odrębny, jedyny w swoim rodzaju i mający znaczenie mistyczne. W dzieleniu się opłatkiem nie przeszkadzały nam wojny, rewolucje i inne zakręty dziejów. Łamano się nim w mrozach Syberii na zsyłce, w obozach koncentracyjnych, w okopach wojennych oraz na dalekiej emigracji. Opłatek wysyła się bliskim osobom, nieobecnym przy wigilijnym stole w listach, łącznie z świątecznymi życzeniami. Pięknie zdobione opłatki były główną ozdobą dawnych podłaźniczek. Wyrób opłatków to osobna dziedzina sztuki, gdzie przeplata się polska fantazja ze zręcznością artystów. W wigilijny wieczór dzielenie się opłatkiem rozpoczyna zawsze pan domu, który rozdaje białe kawałki każdemu z obecnych… Nie zapomnijcie podzielić się opłatkiem i karmą z ptakami oraz wszelkimi zwierzętami. Dawniej można było zaopatrzyć się w kolorowy opłatek, przeznaczony właśnie dla zwierząt. Pamiętam jak w wigilijny wieczór zanosiłem różowe i zielone opłatki kurom, świniom, królikom i dzieliłem się nimi z ulubionym kundelkiem Cywilem. Skoro dziś poszedł w zapomnienie ten zwyczaj to przynajmniej w czasie świątecznego spaceru podrzućcie w lesie zwierzętom do paśnika marchewkę lub np. garść ziarna kukurydzy.

Świąteczne potrawy

Dla wielu z nas święta i rodzinne spotkania przy stole kojarzą się ze strachem  przed zbędnymi kilogramami i zwyczajnym obżarstwem. Jeśli świąteczne potrawy przygotujemy w oparciu o dary lasu: grzyby, owoce leśne, zioła, może nawet dziczyzną, to  z pewnością  zakrzykniemy za moim serdecznym przyjacielem z Poznania Waldkiem Kurowskim:

Jedza nie szkodzi!

Wiara godom wam, jak żyje,

Nie od jedzy człowiek tyje!

Można spucnąć giyre z krzanem,karmonade tuż nad ranem,

A wieczorem pyre z gzikiem

I berbeli popić łykiem.

Rano zaś gdy przyńdzie smaka

Na gulorza, czy kuraka,

 Nie martw się, ze znów przytyjesz,

Ciesz się jednym, tym, że żyjesz!

Jednak sekret w tym ukryty,

Czyś jezd głodny, czy też syty,

Choć w tym dziebko jest mozołu,

zawsze w pore wstań od stołu.

O ile zrozumieliście ten przekaz w poznańskiej gwarze to możemy być pewni, że jeśli świąteczne potrawy pochodzą ze zdrowej kuchni na bazie leśnych składników i gdy rzeczywiście w porę wstaniemy od stołu to możemy z czystym sumieniem zachwycić się też „słodkim” jak mawiają Wielkopolanie.

Bo w święta zobaczymy na stole wiele mięs, sałatek, bigos oparty na darach lasu ale też świąteczne słodkie wypieki. Charakterystycznym dla Bożego Narodzenia ciastem jest piernik.

5037

 A skoro piernik, to jego podstawowym składnikiem jest miód. Najlepsze miody pochodzą z lasu, z pasiek zlokalizowanych z dala od ludzi, miast i dróg. Nie znam lepszego miodu jak miód z leśnej, beskidzkiej  pasieki leśnika Jerzego Miliszewskiego. Z tego miodu powstają fantastyczne świąteczne  pierniki. Bo przecież na dwa tygodnie przez Wigilią tradycyjnie piecze się pierniki. Podczas świąt w pszczewskiej leśniczówce towarzyszy nam to staropolskie ciasto wypiekane według sprawdzonego od pokoleń przepisu:

W rondelku na kuchni podgrzewamy trzy szklanki miodu i szklankę cukru. Dodajemy zmielone przyprawy piernikowe: 2 łyżki stołowe goździków, łyżeczkę od herbaty świeżo tarkowanej gałki muszkatołowej, łyżeczkę pieprzu mielonego, 2 łyżki stołowe dobrego kakao. Dorzucamy tabliczkę czekolady. Jak się wszystko połączy, studzimy. Zawartość rondelka wlewamy do makutry, ucierając dodajemy mąkę – zmieszane dwie szklanki mąki pszennej i dwie szklanki mąki żytniej, do tego 6 jaj, 25 dag masła oraz 4 łyżki oliwy. Wybijamy to przez pół godziny, aby na końcu dodać bakalie obtoczone w mące, aby nie opadły na dno w cieście: orzechy, rodzynki, pokrojone figi (po 20 dag) i łyżkę czubatą od herbaty sody rozpuszczonej w kieliszku mleka (około 150 ml). Jeśli ciasto jest rzadkie, dosypujemy mąki pszennej do uzyskania konsystencji gęstej śmietany. Wylewamy ciasto na dwie blachy i pieczemy w niezbyt gorącym piekarniku (170 stopni) 1–1,5 godziny. Pamiętajmy, że piernik im starszy, tym lepszy. W dniu Wigilii możemy przełożyć go kremem, domowym dżemem, np. z czeremchy lub czarnej porzeczki, lub polać czekoladą.  

 

Kusztyczek nalewki

Po kolacji wigilijnej, kolędach i emocjach związanych z rozpakowywaniem prezentów leżących pod choinką, miło napić się czegoś pysznego i zdrowego. Tu także pomaga nam tradycja i mądrość przodków, którzy czerpiąc z darów lasu i ogrodu wymyślili receptury doskonałych, naturalnych i zdrowych nalewek. Na każdy przepis składa się ogromna wiedza na temat leśnych owoców, ziół, korzeni, a także miodów czy przypraw. Łączenie wszystkich smaków z alkoholem w sobie tylko znanych proporcjach jest wielką sztuką.

Nalewki najczęściej sporządzamy w bardzo niewielkich ilościach z własnoręcznie zbieranych owoców i ziół, dlatego każda jest wyjątkowa. Może być miłym, świątecznym  prezentem dla niecodziennych gości, rodziny i serdecznych przyjaciół.

Ważne jest także, jak i w czym podajemy nalewkę. Oryginalnym kieliszkiem jest kulawka. To szklany kieliszek bez nóżki, często oprawiony w róg lub metal, kunsztownie zdobiony, popularny w Polsce od XVII wieku. Nazywana jest także kuszykiem lub kusztykiem, stąd powiedzenie: „Napić się po kusztyczku nalewki”.

5038

Las podpowiada nam wiele rozwiązań i kryje wiele ciekawych przepisów na udane święta. Wystarczy posiadać tylko nieco wiedzy na temat tego, co nam oferuje i dbać o dorobek naszych przodków, którzy stopniowo odkrywali jego tajemnice. Udane święta to nie tylko drogie prezenty, to nie wyszukane, egzotyczne potrawy ze składników zakupionych w sklepach. Okres Bożego Narodzenia, gdy pachnie zielonym drzewkiem, drożdżowym ciastem i innymi smakołykami, jest czasem bardzo rodzinnym. Siadamy razem do stołu, który od lat łączy ludzi.

5039

 Dlatego warto zadbać, aby na świątecznym stole pojawiły się smaki znane nam z dzieciństwa i przekazać ich urok dzieciom oraz wnukom. Nie odnajdziemy tej magii w ekskluzywnym kurorcie, ani w nawet najlepszej restauracji, gdzie niektórzy spędzają świąteczny czas.  Magia świąt polega przecież przede wszystkim na wspólnym, rodzinnym przygotowaniu świąt w oparciu o tradycyjne przepisy, których tak wiele kryje się w babcinych kredensach, ale także w lesie. Spotykajmy się w radosnej, rodzinnej atmosferze przy pachnącej lasem choince i polskich potrawach pachnących grzybami, miodem, owocami leśnymi i ziołami. Już niebawem…

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 [JS1]

22:57, lesniczy.lp
Link Komentarze (6) »
piątek, 16 grudnia 2016

 

502min

Las i jego mieszkańcy są przedmiotem mojej fascynacji od czasu, kiedy zacząłem używać rozumu nie tylko do zaspokojenia potrzeb znajdujących się w podstawie piramidy Maslowa. Kiedy wylazłem z bieli pieluch i wyjrzałem zza butelki również białego mleka, zauroczyła mnie zieleń lasu. Patrzyłem z zachwytem na las z okna rodzinnego domu. Z przejęciem słuchałem opowieści rodziców o życiu w leśniczówce, wspomnień związanych z wizytami saren i zajęcy w ogrodzie czy z rykowiskami jeleni w Borze Wilka. Kopałem bez słowa sprzeciwu dżdżownice dziadkowi, emerytowanemu drwalowi i zapalonemu wędkarzowi w zamian za opowieści o lesie i jego mieszkańcach. Słuchałem wspomnień o żywicowaniu korowaniu papierówki, układaniu stosów i przygodach leśnych robotników. Potem odkryłem świat książek i bogactwo wiedzy przyrodniczej w nich zawartej. Byłem najmłodszy w rodzinie, stąd w domu było wiele książek, z „Elementarzem” Falskiego na czele

5021

Szybko zatem nauczyłem się czytać, niechętnie przyjmując pomoc starszych braci. Pewnie dlatego mówili o mnie złośliwie, że jestem uparty jak kozioł…

Gdy byłem uczniem „podstawówki” szybko przeszukałem skromne zasoby szkolnej biblioteki, chłonąc książki o lesie. Byłem też pilnym i stałym klientem biblioteki pana Muchajera położonej tuż przy tzw. „klubokawiarni” prowadzonej pod szyldem Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej. Zasoby wiejskiej biblioteki nie były zbyt bogate, ale książek o lesie było sporo. Z niecierpliwością czekałem na powracające od innych czytelników opowiadania o losach Tomka Wilmowskiego i jego przyjaciół pośród  lasów Amazonii, Afryki czy  Nowej Gwinei. Poznałem też bogatą, pachnącą żywicą twórczość Arkadego Fiedlera. Najbardziej fascynowały mnie jednak powieści Tytusa Karpowicza i jego wspaniałe opowieści o naszych dzikach, jeleniach, wilkach, rysiach i Bałabuszce- złotym lisie, zebrane w Księgę Puszczy.

Było też wielu innych autorów opowieści o lesie, pracy leśników, obyczajach zwierząt W jesienne i zimowe popołudnia i wieczory czytałem, czytałem, czytałem… Nie natrafiłem jednak nigdy na magiczną książkę, która zupełnie niedawno ponownie pojawiła się na rynku za sprawą wydawnictwa Zysk i S-ka.

Książka jest bardzo poetycka, magiczna, baśniowa, a z drugiej strony niesłychanie prawdziwa, pełna solidnej wiedzy o lesie. Pewnie dlatego bardzo mnie zainteresowała i zauroczyła. Czytałem ją tak jak dawniej, późnym wieczorem, choć w czasach gdy byłem uczniakiem, sprytnie chowałem się przed mamą z książką i lampką nocną pod kocem …

Książka Bogdana Dyakowskiego jest też z jednej strony historycznym zapisem obrazu lasu sprzed ponad 100 lat, a z drugiej strony jest niesłychanie aktualna, choć została wydana w 1898 roku. Potem było jeszcze 6 przedwojennych wznowień tego niezwykłego dzieła i tylko jedno po wojnie, w 1947 roku. To najnowsze wydanie, które zawdzięczamy wydawnictwu Zysk i S-ka ukazało się 14 listopada 2016 roku. Zostało pięknie wydane w twardej, atrakcyjnej okładce i na dobrym papierze. Ale nie tylko to stanowi o atrakcyjności tego dzieła. Jego rangę dodatkowo podnoszą zdjęcia mistrza Włodzimierza Puchalskiego, co jest także sygnałem dla czytelnika, że to wyjątkowa treść, skoro ilustrują ją tak niezwykłe fotografie. Twórczość fotograficzna i literacka Włodzimierza Puchalskiego została niedawno  pięknie zaprezentowana  dzięki działalności Tomasza Ogrodowczyka i Ośrodka Rozwojowo-Wdrożeniowego Lasów Państwowych.

5024

Warto w tym celu zajrzeć na stronę:

http://www.sklep.bedon.lasy.gov.pl/

 

Bohdan Dyakowski wzbogacił swoje teksty cytatami z wielu wierszy i tekstów piosenek ludowych. Pokazał też, jak szczególnym znawcą przyrody był nasz wieszcz Adam Mickiewicz, ilustrując swoje opowieści fragmentami „Pana Tadeusza” i innych utworów poety. Sięgnął też z wielką znajomością rzeczy do poezji Teofila Lenartowicza, Jana Kochanowskiego, Marii Konopnickiej, Ignacego Krasickiego. Zwracając się do drzew woła raz słowami Mickiewicza, kiedy indziej Wincentego Pola, a nawet sięga do „Nocy Listopadowej” Stanisława Wyspiańskiego:

Na urwiskach jałowiec i sosna,

przygięta wichrem, drży…

Krzew zwarzył wicher ostry

i szron bieluchny mży…

Sądzę, że dziś wielu z nas nie pamięta kim był autor tej książki. Bohdan Dyakowski to przyrodnik, naukowiec i społecznik, dydaktyk ale też wielki miłośnik lasu. Wspaniały gawędziarz posiadający ogromną wiedzę praktyczną ale też ogromna wrażliwość płynącą z romantycznej duszy. Z jednej strony zwolennik pracy od podstaw, bardzo twórczy publicysta, autor setek artykułów i ponad 50 książek, a z drugiej strony poetycki przyrodnik sięgający do legend i sentymentalnych, bardzo osobistych ocen.

5022

Jestem przekonany, że z tej publikacji można nauczyć się jak ze swadą i polotem, okraszonym romantycznym duchem, można opowiadać o lesie i jego mieszkańcach. Jak pokazywać naukowo piękno przyrody, legendą opowiadać o mysikróliku, lisa nazywać „mistrzem forteli” i pokazać prawdziwy obraz człowieka w lesie. Dyakowski pięknie i obrazowo opisuje sprawę wycinania drzew w lesie, mówi o roli owadów i człowieka, który usiłuje sobie wciąż podporządkować przyrodę. Lektura dla wszystkich, którzy nie potrafią zrozumieć sprawy Puszczy Białowieskiej i niesłusznie oskarżają leśników. To także obowiązkowa  i z pewnością pasjonująca lektura dla nauczycieli, ludzi zajmujących się edukacją przyrodniczą i leśną, przyrodników, miłośników lasu, myśliwych oraz praktyczny podręcznik dla wszystkich leśników. Bo z tej książki dowiemy się rzeczy, o których pewnie nawet niektórzy z leśników nie słyszeli. Bo kto dziś pamięta co to smółka? Czy wszyscy wiedzą dlaczego kukułka jest wyjątkowo potrzebna w lesie? Czy dobrze znamy sorki czyli pilchy?

Książka „Nasz las i jego mieszkańcy” wydawnictwa Zysk i S-ka to obowiązkowa ale niesłychanie przyjemna lektura dla każdego, kto nie zważając na mróz, deszcz, suszę, komary i kleszcze każdą wolną chwilę spędza w lesie bo jest w nim z pasją zakochany.

Z pewnością dla wielu miłośników lasu ale też dla ludzi, którzy lasu zupełnie nie znają, będzie to doskonały prezent pod choinkę. Podobnie jak książki i płyty ze wspomnianego sklepiku ORWLP Bedoń. Bo choć wydaje się nam, że jest mnóstwo książek o lesie, choć wydaje się wielu ludziom, że doskonale znają las i jego mieszkańców i potrafią doskonale o nim pisać, to nie wszystkim, ale wielu rzeczywiście się wydaje. Z pewnością natomiast nie budzi wątpliwości doskonałość dzieł Bohdana Dyakowskiego i Włodzimierza Puchalskiego.

 Do księgarń zatem, bo przecież Boże Narodzenie tuż, tuż…

5023

 

Wzorem wielkich znawców kina i literatury zachęcających do oglądania oraz czytania klasyków, mogę z wielką radością i przyjemnością zakrzyknąć po lekturze książki do sympatycznych czytelników blogowych zapisków leśniczego:

Gorąco polecam!

 

Leśniczy Jarek – lesniczy@erys.pl

 

 

18:44, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
niedziela, 11 grudnia 2016

501min

Pomimo tego, że dziś na termometrze przy leśniczówce zobaczyłem temperaturę plus 10 stopni i od rana gęsto pada deszcz, mamy czas zimy i powoli ogarnia nas świąteczny nastrój. Słychać melodie kolęd, wiele domów zostało już świątecznie przystrojonych i coraz częściej ludzie pytają o choinki. Przecież za dwa tygodnie Wigilia… Choć coraz bardziej odzwyczajamy się od nucenia piosenki „Białe święta” ( to młodsze roczniki) lub Skaldów „Z kopyta kulig rwie” (to ci, co pamiętają więcej).

Niezależnie od pogody jest jednak zima i niebawem będą najpiękniejsze polskie święta Bożego Narodzenia. Chętnie wspominam przedświąteczny czas mojego dzieciństwa. Zwykle na dwa tygodnie przed świętami budowałem podsypy dla kuropatw, które przychodziły przez śnieżne zaspy pod same okna mojego domu rodzinnego w Brójcach. Pomagałem w ten sposób im, a przy okazji innym ptakom,  przetrwać srogą zimę. No ale pewnie dziś niewiele osób pamięta co to podsyp…

5011

Podsyp, inaczej posyp, daszek lub plewisko - to miejsce wykładania karmy dla  kuropatw i bażantów, przykryte konstrukcją w formie jedno lub dwuspadowego daszku. Wysypywało się tam poślad, czyli zboże gorszej jakości, z którego oddzielono wcześniej lepsze, dorodniejsze ziarna. Czasem poślad mieszałem z plewami i innymi nasionami. Wysypywałem go pod daszkiem, aby kuropatwy nie tylko pojadły, ale też ogrzały sobie łapki na warstwie plew. Obserwowałem je potem przez kuchenne okno. Bo zimy były srogie: mroźne i białe od śniegu, który zalegał miesiącami. Wtedy moim ulubionym zajęciem było tropienie na świeżym śniegu zwanym ponową.

Oglądałem na nim tropy- czyli odbicie ptasich i zwierzęcych kończyn oraz ślady- czyli dowody bytności i żerowania zwierząt. Ze śladów można odczytać biologię i obyczaje zwierząt, odtworzyć ich zachowanie i zwyczaje podyktowane codzienną walką o byt oraz przetrwanie gatunku. Moje dzieciństwo to ciągła praktyczna nauka biologii. Szedłem przykładowo po tropach kuropatw, które wracały spod mojego podsypu w krzaki porastające dawny cmentarz ewangelicki i czytałem z nich ich przygody. Ostra krecha na śniegu świadczyła o ataku jastrzębia, a sznurek lisich tropów

5017

 i mocne odbicie łapek kuropatwy wskazywały na konieczność porzucenia pieszej wędrówki i rejteradę na skrzydłach przed atakiem rudzielca.

Często po sznurku lisich łapek szedłem nawet kilka kilometrów, aby poznać lokalizację nory ostrożnego mykity. W jej otoczeniu znajdowałem ślady, które obrazowały menu lisa i jego indywidualne upodobania. Wracałem tam potem latem, aby obserwować małe liski przy norze. Podglądanie ich treningów przed norą to świetna zabawa, choć dla zwierząt to niezbędne zajęcia, przygotowujące je do samodzielnego życia.

5012

Chętnie tropiłem też kuny, które tylko czasem schodzą z drzew na ziemię, zostawiając bardzo charakterystyczny trop, nazywany czasem ośladą

50111

Kuny i inne łasicowate zostawiają trop, który można obrazowo nazwać „dwie dziurki, dwie dziurki”. Podobny trop zostawiają myszy, ale tam często dziurkom towarzyszy kreska ogona. Czytanie tropów i śladów to fantastyczna nauka przyrody. Jeśli poświęci się jej sporo czasu, nabiera się doświadczenia, które powoduje, że na podstawie złamanej gałązki, pozostawionych resztek pożywienia, odcisków łap, odchodów czy wypluwek poznajemy sekretne życie zwierząt. Budujemy w ten sposób własną, praktyczną wiedzę o świecie zwierząt. Przecież prowadzą one najczęściej skryty, nocny tryb życia. Spora jego część odbywa się w gąszczu drzew i krzewów. Umiejętność czytania śladów i tropów powoduje, że możemy łatwo rozpoznać jakie zwierzęta zamieszkują okoliczne lasy, ale też odwiedzają w nocy otoczenie naszego domu i ogrodu. To umiejętność porównywalna do rozpoznawania ptasich głosów. Warto się uczyć zarówno rozpoznawania głosów, jak i tropienia od innych, doświadczonych obserwatorów przyrody, bo to dość trudna sztuka, ale dająca wiele satysfakcji.

No cóż, od czegoś należy zacząć, a przecież dość łatwo jest tropić na mokrym piasku pośród gruntowych dróg i pól

5013

Lub na świeżym śniegu ponowy

5014

 Ale czy można tropić zwierzęta np. na pozbawionych śniegu asfaltowych drogach lub na torach  kolejowych?

5015

Wydaje się to mało realne, ale pewnie, że można!

Sprawdzałem w czwartek wykonanie czyszczeń i trzebieży w okolicach linii kolejowej przecinającej moje leśnictwo. Zabrałem ze sobą aparat fotograficzny, bo już nieraz na torach spotykałem niecodzienne widoki. Kiedyś dokładnie w samo południe przedefilowały mi przez ten tor trzy borsuki, które przecież prowadzą zdecydowanie nocny tryb życia

5016

Spotykałem tam dziki, lisy, wiewiórki, daniele i … złomiarzy, którzy próbowali kraść nakrętki z wielkich śrub na torowisku lub krzyże Św. Andrzeja.

W czwartkowy poranek na torach oraz wokół nich panowała cisza i spokój. Popiskiwały tylko cicho sikory, nawoływało się stado raniuszków i kilka razy wrzasnęła ostrzegawczo sójka. Nic ciekawego. Sprawdziłem wykonanie zabiegów i przy okazji skontrolowałem stan sanitarny lasu. Zapisałem sobie spore gniazdo posuszu w oddziale 70 i wracałem do samochodu, który zostawiłem ponad kilometr dalej.

Ale gdy fotografowałem tory kolejowe moją uwagę przykuł widok jednej szyny. Gdy spojrzałem na nią pod odpowiednim kątem, moim oczom ukazał się jakby ciąg chińskich znaków. Co to takiego? Przyjrzałem się dokładniej i ujrzałem sznurek tropów odbitych na wilgotnej od rosy metalowej powierzchni.

5018

Gdy podszedłem bliżej, światło odbijające się od metalu uniemożliwiło obserwację tropów. Zbliżyłem je sobie zatem poprzez zoom aparatu

5019

Oglądałem chwilę te tropy przez obiektyw aparatu, bo „na żywo” praktycznie były niewidoczne. Zwierzę maszerowało tą samą szyną dość długi odcinek, tam i z powrotem. Druga szyna była pozbawiona tropów. Trop był niezbyt niewyraźny i rozmazany. Trudno jednoznacznie i z całą pewnością określić, kto o poranku spacerował sobie po szynie pokrytej rosą. Brak odciśniętych pazurów wskazywałby na domowego kota, choć trop był w mojej ocenie raczej większy niż koci. No i było to daleko od najbliższej wsi. Podobny trop zostawia jenot, lis i szop pracz, choć zwykle odciskają pazury. No ale czemu zwierzak spacerował po szynie kolejowej? Tropy lisa są nieco inne. Jenoty o tej porze zapadają w sen, choć przy tak wysokich temperaturach bywają aktywne. Mogła to być także wydra zmierzająca do rzeczki Obry, która malowniczo wije się w pobliżu.

Coraz częściej widuję w mojej okolicy szopy pracze. Czasem znajduję je potrącone przy drodze

50110

Może zatem to szop pracz spacerował sobie z gracją baletnicy kolejową szyną? Może ruszył na spotkanie z lokomotywą jak to swojego czasu zrobił Sted- Stachura? Niech zostanie to zagadką...

Mam nadzieję, że ta przygoda i nierozwiązana zagadka będzie zachętą i inspiracją dla wszystkich tropicieli, aby pomimo braku śnieżnego puchu nawet na kolejowych szynach szukali zapisów życia lasu.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

11:53, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 63