O tym co w lesie piszczy...
O autorach
RSS
sobota, 29 czerwca 2013

Wczoraj spotkałem ciekawą roślinę, ni to kwiat- nie kwiat… Bezpośrednio z podłoża wyrasta niezwykle blada, mięsista, wyprostowana i krucha, bladożółta łodyga o wysokości kilkunastu centymetrów. Pokryta jest zredukowanymi, łuskowatymi liśćmi, ciasno przylegającymi do pędu.  Na wysokości kwiatostanu łodyga zagina się łukowato do dołu. Dziwny to kwiat bez kolorów i zielonych liści...

 Życie roślin to przecież ciałka zieleni: chloroplasty, bez których nie może na ogół samodzielnie żyć, ani przetrwać żadna roślina. Na ogół, bo są też rośliny całkowicie pozbawione chlorofilu. Zapytacie zatem jak one są zdolne utrzymać się przy życiu, rosnąć, kwitnąć i owocować? Istnieje w przyrodzie mało znana, mało liczna grupa roślin bezzieleniowych, pozbawionych chlorofilu i będących najczęściej półpasożytami. Żyją one w symbiozie z odpowiednim dla siebie grzybem, czerpiąc pokarm z gleby lub rzadziej są pasożytami całkowitymi, czerpiącymi substancje pokarmowe z korzeni drzew. Spotkana przeze mnie roślina to korzeniówka pospolita:

Występuje na rozproszonych stanowiskach w lasach iglastych całej Polski, preferuje miejsca o grubej warstwie próchnicy, cieniste i wilgotne. Kwitnie właśnie teraz, czyli w czerwcu i lipcu, a właściwie nie tyle kwitnie, co raczej pojawia się na powierzchni ziemi:

To wieloletnia roślina o mięsistych podziemnych kłączach pachnących wanilią. Kwiaty skupione są po kilka na krótkich szypułkach i zebrane w szczycie rośliny w gęste, jednostronnie zwisające grona. Późnym popołudniem i wieczorem intensywnie pachną wanilią. Korzeniówka nie ma chlorofilu i pomimo dostatku słońca i wilgoci nie jest zdolna do samodzielnej produkcji żadnej substancji.

 Korzeniówka pospolita pobiera składniki pokarmowe bezpośrednio z gleby leśnej. Odbywa się to za pomocą nitek grzybni, która ciasno oplata silnie rozgałęzione korzenie i szeroko przerasta glebę leśną. Nitki grzybni pobierają z podłoża wodę i zawarte w niej sole mineralne oraz mają szczególną zdolność przetwarzania martwej materii organicznej ze ściółki leśnej na próchnicę. W ten sposób korzeniówka otrzymuje znaczne ilości składników pokarmowych z przemiany materii grzybni, choć grzyb nie ma z tego w sumie żadnej korzyści. Podobną rośliną jest łuskiewnik różowy:

To oryginalna roślina o fioletowo-różowych, gęstych, jednostronnych kwiatostanach, wyrastająca wczesną wiosną u podnóża grabów i leszczyn w grądach. Wyrastające kwiatostany wybrzuszają ziemię na podobieństwo kreciego kopczyka, by przebić się potem na jej powierzchnię. Łuskiewnik jest gatunkiem przywiązanym do lepiej zachowanych płatów grądów i może być uważany za ich roślinę wskaźnikową.

 Grąd – to  wielogatunkowy i wielowarstwowy las liściasty zazwyczaj z przewagą grabu i dębu i z udziałem różnych innych gatunków, także wcześniej wspomnianej leszczyny. Wykształcają się na siedliskach żyznych, dlatego najczęściej dawne grądy zostały kiedyś w ogromnej większości zniszczone przez człowieka i zajęte przez grunty rolne lub łąki. Grądy stanowią dziś siedlisko przyrodnicze chronione w sieci Natura 2000 i leśnicy starają się zwiększyć ich powierzchnię i zachować te, które przetrwały. Dlatego wszystkie informacje o występowaniu łuskiewnika wskazującego na istnienie tego siedliska są cenne. Co ciekawe, łuskiewnik różowy osiąga stadium kwitnienia dopiero po 10 latach. Warto je zatem podziwiać i zapamiętać wygląd:

W lesie spotykam teraz oprócz korzeniówek także amatorów czarnych borówek i żółciutkich kurek, które może nie masowo, ale w miarę licznie pojawiły się:

Zające zakończyły już czas godów, czyli parkoty, ale nadal dają okazję na pstryknięcie fajnego portretu:

Wczoraj przed godziną 20 dostałem sygnał od obserwatora, że pojawił się duży dym w lesie w okolicach Kuligowa, kilkanaście kilometrów od lesniczówki. Pojechałem tam natychmiast, ale pomimo dokładnego sprawdzenia terenu nie znalazłem żadnych śladów pożaru. Całe szczęście… Wczoraj także pojawili się już harcerze ze Zbąszynka i rozpoczęli przygotowania do rozbicia obozu nad jeziorem Cegielnianym. Tak, to znaczy, że już na pewno rozpoczęło się lato…

Miłej niedzieli!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

21:41, lesniczy.lp
Link Komentarze (13) »
niedziela, 23 czerwca 2013

Dzień Ojca to raczej skromne i ciche święto, nie rozdmuchane nadmiernie w mediach. Panowie ogólnie są skromni i to zupełnie naturalne, że nie bedą konkurować z Dniem Matki... Wyczytałem jednak w Wikipedii, że święto tatusiów obchodzone jest na świecie już od 1910 roku, choć w różnych terminach. Pierwszy Dzień Taty obchodzili mieszkańcy miasta Spokane w USA na pamiątkę ojca, który po śmierci żony samotnie wychował 6 dzieci. Nie miał osamotniony facet łatwo, każdy ojciec to wie… Moje córki przełożyły nasze świętowanie na tydzień wcześniej, bo tak im pasowało i zjechały do leśniczówki ze swoimi wybrańcami. Było gwarnie i wesoło, a że aura dopisała znakomicie to w czasie gdy Paweł i Sebastian dłubali z pasją przy samochodach (swoich oczywiście, bo ja sam sobie radzę) my z Olgą i Igą sprawdzaliśmy rowery:

Dostałem od moich pociech, na „okoliczność tatowego święta” piękny kubek z rysiem- patronem mojego blogu:

Jestem z niego dumny i przyda się znakomicie podczas wieczorów spędzanych w Waszym towarzystwie:

Dziś, w niedzielny poranek wyszedłem przed leśniczówkę i nad jeziorem przyglądałem się ptasim ojcom. Na trawisty brzeg jeziora wyszła rodzina łabędzi z piątką maluchów, przypominających bajkowe „brzydkie kaczątka”. Mój terier Amigo kręcił się przy brzegu jeziora, nie interesując się łabędziami i nie zważając na ostrzegawcze syczenie taty- łabędzia. W pewnym momencie ptasi tata wystartował jak pocisk i uderzeniem skrzydła odrzucił psa na dwa metry. Amigo zwiał do domu…  Rodzinka „zwodowała się” i pod czujnym okiem wyraźnie zadowolonego taty popłynęła w jezioro:

Niedaleko pływał tata-perkoz dwuczuby, wożąc swoim zwyczajem na grzbiecie pasiastego potomka:

Maluch nurkował razem z nim, potem pływał samodzielnie i znowu wrócił na „tatowy” grzbiet, korzystając skwapliwie z wystawionej przez tatę nogi, czyli wiosła, bo tak mówi się na nogi ptaków pływających. Wróciłem do leśniczówki na śniadanie, a moja żona wypatrzyła coś z okna pokoju i wołała: „ Chodź szybko i weź aparat!” Tuż za oknem, na trawniku przysiadł inny ptasi tata:

To dzięcioł zielony przeszukiwał intensywnie trawnik przy leśniczówce, łowiąc pająki:

W przeciwieństwie do większości swoich pobratymców prowadzi naziemny tryb życia i dłubie w piasku, co widać po jego dziobie:

Spoglądał co chwilę badawczo na nas za oknem:

Widocznie jednak ani moja Reginka, ani ja nie wyglądaliśmy groźnie, bo pomimo wnikliwych spojrzeń, wciąż szperał w trawie i cierpliwie pozował:

Zwykle jest tatą 5-7 piskląt, czasem nawet 10, to ma się przy czym uwijać. Opiekuje się młodymi razem z samicą ponad miesiąc, zanim młodzież stanie się lotna. Pary dzięciołów zielonych najczęściej trzymają się razem  przez całe życie. Mój dzięcioł za oknem wyglądał na wzorowego męża i tatę, bo zbierał pokarm w ekspresowym tempie.

Jego długi na około 10 cm język jest lepki, stąd dobrze przyklejają się do niego mrówki, które są jego głównym pokarmem. Potrafi kopać nawet metrowe korytarze, aby się do nich dostać. Lubi też świerszcze, pająki, a nawet owoce. Zimą zdarza mu się też włamywać się do uli i wyjadać pszczoły. To ciekawy, rzadki i ściśle chroniony ptak. Miło, że odwiedził mnie właśnie w Dzień Ojca. Wszystkiego najlepszego wszystkim Tatusiom, nie tylko tym pierzastym, a szczególnie serdecznie składam życzenia tatusiom-leśniczym!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

15:09, lesniczy.lp
Link Komentarze (10) »
sobota, 22 czerwca 2013

Wczoraj rozpoczęło się kalendarzowe i astronomiczne lato i jak to bywa w  ostatnim czasie wokół nas ogromny upał, burze i tumany kurzu na leśnych drogach. Las pełen bujnej zieleni stał się trudny dla wszelkich obserwacji przyrodniczych, a z racji jaskrawego światła bardzo trudny dla tych, którzy fotografują przyrodę. Wiele dzieje się teraz w przyrodzie, choć nie jest łatwo wypatrzyć koźlę sarny, pisklęta słonki czy pasiaste dziczki przemykające z łanów zboża w gęste trawy i paprocie lasu. Lato to także czas leśnych smaków. Nastała pora poziomek, aromatycznych, pachnących i kuszących niepowtarzalną czerwienią. Całkiem niedawno w dnie mieszanego lasu można było jeszcze zobaczyć kwitnące poziomki:

Tymczasem już oprócz jeszcze kwitnących "krzaczków", można smakować ich słodycz i rozkoszować się fantastycznym zapachem dojrzałych owoców, które z racji sporej dawki wilgoci są w tym roku okazałe:

Owoc poziomki, jednej z najpospolitszych i najsmaczniejszych roślin leśnych polan i świetlistych poręb ma też swoją symbolikę. Dla flamandzkiego malarza Hieronima Boscha, żyjącego na przełomie XV i XVI wieku, poziomka była symbolem piękna natury i delikatnego, subtelnego erotyzmu. Mówi się, że Bosch stał się inspiracją dla XX wiecznych surrealistów, a jego zainteresowanie motywami fantastycznymi i przyrodniczymi było czymś zupełnie wyjątkowym. Przyroda w jego twórczości miała określoną symbolikę. Dzięcioł oznaczał zwycięstwo nad grzechem, puszczyk-  herezję, a szczekający pies obmowę. Poziomka, często powiększona do nadnaturalnych rozmiarów była symbolem cielesnej, choć wysublimowanej miłości.

Pozostawiając artystyczne wizje i symbole, warto zainteresować się poziomką ze względu na jej lecznicze właściwości. Jej liści, kwiatów i owoców używa się w lecznictwie od niepamiętnych czasów, bo też pomaga ona na prawie wszystkie schorzenia. W lecznictwie ludowym stosowano poziomkę jako bardzo dobry środek w leczeniu kamicy nerkowej. Jest też znakomitym remedium na przemianę materii, ale według zasad medycyny naturalnej trzeba jeść bardzo dużo owoców poziomki przed posiłkiem, najlepiej około pół kilograma. No tak, ale to niełatwe zadanie, bo ja zbierałem taki słoiczek poziomek:

około pół godziny! Zawsze mówiłem, że mogę zbierać czarne borówki lub poziomki w większych ilościach, gdy będą miały wielkość przynajmniej dorodnych śliwek, bo to żmudna dłubanina. Poświęciłem się jednak, aby takim pysznym, leśnym deserem zrobić niespodziankę żonie, która kilka dni spędziła w szpitalu.Pyszna i lecznicza jest herbatka z liści, którą zaleca się pić codziennie. Świeże owoce poziomki roztarte na twarzy usuwają też piegi i zaczerwienienia, a ogólnie bardzo dobrze wpływają na cerę. Wybierzcie się do lasu w poszukiwaniu pysznych poziomek:

Pomijając ich symbolikę i lecznicze właściwości, są najlepszym dodatkiem do śmietankowych lodów. Warto posypać je nieco cukrem, poczekać aż puszczą sok, a potem połączyć z solidną porcją lodów. Co może być lepszego na aktualne upały? No może druga porcja lodów z poziomkami… Nie bacząc na kleszcze, komary, muchy i upał wyruszajcie na poziomki. Ja już byłem!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

23:08, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
wtorek, 18 czerwca 2013

Zrobiło się bardzo gorąco i parno, a synoptycy ostrzegają przed gwałtownymi burzami. Co chwilę słychać wieści z różnych zakątków kraju o wichurach, ulewach, gradobiciu i burzach. Wiele osób mówi, że obecny rok mija pod znakiem anomalii pogodowych. Występują powodzie, podtopienia i gwałtowne zmiany temperatur. No cóż, podobno Polacy lubią gawędzić o pogodzie…

Dziś dzień sprzedaży detalicznej i kilkanaście osób odwiedziło moja kancelarię, aby odebrać asygnaty potwierdzające zakup drewna. Stany magazynowe gwałtownie skurczyły się, co o tej porze roku budzi zadowolenie każdego leśnika. Zaraz po zakończonej sprzedaży jechałem do nadleśnictwa na naradę leśniczych. Jeden z kupujących drewno zapytał mnie wcześniej: „ Nad czym radzicie w tym nadleśnictwie, skoro las sam rośnie?”

 No tak, nie tylko w ramach obowiązkowej edukacji jeszcze wiele lat będziemy cierpliwie tłumaczyć, że leśniczowie naradzają się po to, aby jak najsprawniej zlecać usługi leśne, rozliczać wykonane prace w lesie i ewidencjonować wydane na nie pieniądze oraz przygotowywać szacunki brakarskie dla zaplanowanych cięć. Spotykają się także, aby dobrze zaplanować i sklasyfikować wszelkie zabiegi gospodarcze na przyszły rok, bilansować  bieżące wykonanie planu urządzania lasu itd., itd. Dziś także zastanawialiśmy się nad metodami zwiększenia udziału odnowień naturalnych w zagospodarowaniu lasu oraz poprawą jakości dróg leśnych. Dobre drogi w lesie są potrzebne do wywozu drewna, zabezpieczenia przeciwpożarowego, ale także niezbędne do korzystania z lasu przez wszystkich go odwiedzających. Nie wspomnę o różnych technicznych sprawach związanych z obrotem drewna, ogrodzeniami upraw leśnych, wykonywaniem prac pielęgnacyjnych czy udostępnianiem lasów turystom. Długo jeszcze będziemy opowiadać ludziom o mnogości zadań, które ciążą na leśnikach…

Wracając z narady zajechałem do lasu, aby sprawdzić wykonane pielęgnacje upraw. Tuż przy jednej z leśnych dróg zauważyłem oznakę tego, przed czym przestrzegają nas meteorolodzy:

Uderzenie pioruna solidnie pokiereszowało dąb stojący na skraju lasu i uprawy. Drzazgi odłupane z drzewa leżały nawet 20 metrów od pnia, a kilka oparło się na niedużej sosence:

To pioruńska siła! Niedawno, kilkanaście metrów obok tego miejsca piorun uderzył w inny dąb:

Co dziwne, obok rosną znacznie wyższe świerki:

, a dąb znajduje się w zaniżeniu terenu. Dawni Słowianie, którzy wierzyli w potężnego Peruna- boga grzmotów i piorunów, uważali, że burza to objaw jego gniewu.  Efektem uderzenia pioruna w ziemię i stopienia piasku kwarcowego jest czasem powstanie fulgurytu, czyli strzałki piorunowej. Fulguryt wyglądem przypomina marchewkę lub korzeń ze stopionego szkła z drobinkami piasku. Może „to" osiągać nawet 1 m długości. Nasi przodkowie używali ich jako amuletów. Od wielu lat nie znalazłem jednak takiego amuletu, choć pamiętam jego widok z dzieciństwa. Pioruny w lesie często uderzają w dęby, brzozy i jesiony, ale także w sosny i świerki. Chyba nie ma tu reguły, bo choć najczęściej uderzają w samotne drzewa, to także znajduję ślady gniewu Peruna na drzewach wewnątrz lasu:

 Zauważyłem też, że często ślady po piorunach widać w określonych miejscach, gdzie nawet na kilkunastu pobliskich drzewach widać „porysowane” zygzaki. Zwróćcie uwagę na takie miejsca w lesie i unikajcie ich w czasie burzy. Wprawdzie niezbyt często słychać o porażeniu ludzi w lesie, ale lepiej nie kusić losu. Burza w lesie jest niebezpiecznym i groźnym zjawiskiem, a zatem przed dłuższą leśną wyprawą lepiej sprawdzić prognozę pogody. Jeśli burza zastanie nas jednak w terenie leśnym, to przestrzegajmy takich przykazań:

- jeśli można szukajmy schronienia w samochodzie, bo tam jest zdecydowanie najbezpieczniej.

- należy pozbyć się metalowych przedmiotów, nie korzystać z telefonu, a gdy np. wracamy z ryb, nie trzymać w ręku wędzisk z włókna węglowego.

- gdy wędrujemy w grupie, lepiej rozproszyć się

- w żadnym wypadku nie kłaść się na ziemi i nie chować się pod pojedynczym drzewem (to jest przyczyną 25% porażeń człowieka)

- burzę najlepiej przeczekać w jakimś zaniżeniu np. pod małym świerkiem, czy gęstym krzewem

- należy usiąść na torbie, plecaku czy koszyku, który odizoluje nas od ziemi, trzymając razem ( nie w rozkroku) stopy podciągnięte pod siebie.

Gdy burza zastanie nas na szczęście w domu, a nie w lesie, to lepiej odłączyć od sieci elektrycznej wszelkie urządzenia i szczelnie zamknąć okna. Nie należy stać w szeroko otwartym oknie i podziwiać grozę burzy. Należy pamiętać, że człowiek jest bezsilny wobec żywiołów i doskonale przewodzi prąd. Pamiętajcie: to nie wstyd bać się burzy i z szacunkiem traktować potęgę Natury. Jednak nie tylko burzę znajdziemy teraz w lesie. Od połowy maja można spotkać także pierwsze owocniki grzybów jadalnych: czerwonych kozaków, żółciutkich kurek, a zdarzy się też borowik pod dębem. Na solidne grzybobranie musimy jednak jeszcze poczekać. Choć na poboczach leśnych dróg możemy już spotkać:

To czubajki kanie, zwane w mojej okolicy sowami. To smaczne grzyby, ale nie zbierajcie zbyt młodych, ani też zbyt starych owocników. Pierwsze łatwo pomylić z trującym muchomorem sromotnikowym, a stare owocniki wszystkich grzybów, gdy trafią do naszej kuchni, nie są zdrowe. Zachowajcie zatem rozsądek podczas czerwcowych spacerów i z powodu burzy, i podczas zbierania pierwszych grzybów.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

22:57, lesniczy.lp
Link Komentarze (9) »
sobota, 15 czerwca 2013

Dawno tak nie było, abym miał aż tydzień przerwy w blogowych zapisach. Potwierdza to moje powracające jak echo zapewnienie, że leśniczy nigdy się nie nudzi… Wciąż trwają intensywne wywozy drewna i ganiam od samochodu, do samochodu. Niektórzy kierowcy przyjeżdżają po drewno w dość „egzotycznych” godzinach, a z racji, że to czas szczególny, bo drewno szybko sinieje, czasem umawiam się z nimi bardzo wcześnie rano lub późno wieczorem. Leśniczego obowiązuje wprawdzie 40 godzinny czas pracy, ale też zakres obowiązków i odpowiedzialności rozpisany na trzy strony A4… Mamy też zadaniowy charakter pracy, a zatem trzeba sobie tak organizować dzień, aby ze wszystkim zdążyć.  Ledwo zakończyłem szacunki brakarskie to inwentaryzowałem szkody od zwierzyny w młodnikach i uprawach, szkody od podtopień, a teraz oglądam drzewostany liściaste pod kątem szkód od foliofagów czyli liściożerców.

Koniecznie trzeba pozaglądać nawet wysoko w korony drzew, bo niektóre dęby wyglądają tak:

Wiele dzieje się teraz w przyrodzie, także w świecie owadów. Jechałem późnym popołudniem na spotkanie rodzinne i zwróciłem uwagę na rząd wysokich topól przy drodze powiatowej, w drugim końcu mojego nadleśnictwa. Większość z nich była zupełnie pozbawiona liści, z których zostały tylko ogonki. Przekazałem swoje spostrzeżenie Wandzie, koleżance z Nadleśnictwa Trzciel, która zajmuje się ochroną lasu. Podejrzewałem sprawcę takich „wyczynów” ale Wanda rozpoznała go z właściwą sobie precyzją. Przysłała mi też fotkę bardzo ładnej, choć niesłychanie żarłocznej larwy:

To gąsienica białki wierzbówki, motyla z rodziny brudnicowatych, groźnego dla topól i wierzb w trakcie masowych żerów. Zwróćcie uwagę na topole w Waszej okolicy, bo teraz gąsienice żerują tam najintensywniej. Niebawem, na przełomie czerwca i  lipca pojawią się białe motyle. Od niedzieli do wtorku byłem w nadmorskim Jantarze i uczestniczyłem w spotkaniu Rady Krajowej Związku Leśników Polskich. Zainteresowanych spotkaniem odsyłam do strony www.zlpwrp.pl. Wieczorem wybrałem się na spacer brzegiem morza. Jantarów, czyli bursztynów nie znalazłem, ale moją uwagę zwróciły brązowe plamki na piasku:

Cały brzeg usłany był chrabąszczami. Widocznie lokalny szczep miał w tym roku rójkę, bo chrabąszczy było naprawdę dużo:

Część pływała, niesiona falami Bałtyku, a reszta leżała pośród muszelek na piasku. Ochoczo zbierały je mewy, które jak zwykle patrolowały teren przy przystani kutrów rybackich:

Rybacy łowią głównie flądry, czyli płastugi, choć czasem trafi się dorsz lub łosoś

Zdziwiła mnie obecność chrabąszczy na plaży o tej porze, bo z moich doświadczeń wynika, że te groźne dla leśnych upraw chrząszcze pojawiają się u nas zwykle w pierwszych dniach maja, gdy kwitną dęby. Może to kwestia przedłużonej zimy i nadmorskiego klimatu gdńskiej RDLP?

Ośrodek Leśnik w Jantarze jest uroczo położony w borze sosnowym, tuż za nadmorską wydmą:

Są tam wspaniałe warunki do wypoczynku, choć ja byłem tam służbowo i nie miałem czasu na korzystanie z walorów ośrodka wypoczynkowego. Warto wybrać się tam na urlop, aby nałykać się jodu, korzystać z leśnej ciszy, no i spróbować w pobliskiej smażalni pysznej flądry prosto z morza:

Po powrocie znad morza wpadłem w wir pracy, stąd nie miałem chwili, aby zasiąść przy blogowych zapisach. Taki to urok pracy leśniczego, że każda, nawet chwilowa nieobecność musi być szybko nadrobiona. Większość zadań trzeba wykonać samemu, mimo obecności podleśniczego. Drewno z wiosennego zapasu zostało wywiezione prawie na zero. Najczęściej mam  w lesie kilkaset, a zimą około tysiąca m3, a teraz zostało zaledwie około 100 m3. Choć za chwilę odbuduję zapasy,bo we wtorek pojawił się w trzebieży późnej harwester :

Ekipa pana Krzysztofa także nie próżnuje i pielęgnuje młodsze drzewostany, pozyskując surowiec na zrębki i drewno średniowymiarowe w długościach 2,40 i 1,80:

 

Wczoraj wspólnie z zastępcą nadleśniczego dokonywaliśmy przeglądu luk w drzewostanach, które zostały wpisane do ewidencji przez „urządzeniowców” tworzących plan działań w lesie na 10 lat. Są to miejsca w lesie, gdzie nie ma drzew i należy je w ciągu 10 lat dolesić. Część luk już dolesiłem, ale niektóre są potrzebne przyrodzie, która sama je zagospodaruje poprzez naturalna sukcesję. Z drugiej strony są to pewnego rodzaju odpowiedniki ugorów na polach, gdzie nie ma produkcji i czasem nie można pozwolić sobie na marnotrawienie terenu. Należy jednak to starannie przemyśleć, bo część takich miejsc jest konieczna do składowania drewna, dojazdu do innych drzewostanów, zawracania wielkich samochodów lub stanowi naturalną granicę na styku pole-las. Uwzględnię to w planowaniu wszystkich zabiegów, które muszę wykonać do 10 lipca. Leśnictwo opiera się na dokładnym planowaniu, stąd muszę zaprojektować składy upraw zakładanych w 2014 roku, wyliczyć ilość potrzebnych sadzonek, metry siatki, kilogramy gwoździ, a także godziny pracy potrzebne do zaplanowania kosztów:

 Podobnie muszę precyzyjnie zaplanować czyszczenia, pielęgnacje, zabiegi z ochrony lasu, turystyki i ochrony przeciwpożarowej. Naturalnie wszystko to trzeba wklepać do systemu informatycznego z zachowaniem odpowiednich kodów czynności  i lokalizacji wynikających z planu urządzania lasu na 10-lecie. Nie ma czasu na nudę! Wiele dzieje się też w przyrodzie ale coraz trudniej coś zobaczyć w gąszczu zieleni, wysokich trawach i zbożach na polu. Wczoraj obserwowałem już całkiem wyrośniętego koźlaczka sarny i spotykam lochy z pasiastymi warchlakami, które coraz odważniej oddalają się od barłogów. Jelenie mają już spore poroże w scypule, choć przecież całkiem niedawno zrzucały swoje uperlone tyki, pełne odnóg. W lesie już coraz ciszej, bo skrzydlaci śpiewacy uwijają się przy karmieniu coraz większych piskląt, a wiele z nich opuściło już gniazda. Słońce grzeje coraz bardziej, a wszelkie bzyczące owady dają się we znaki spoconemu leśniczemu. Znaczy się zaczyna się lato…

Leśniczy Jarek-lesniczy@erys.pl

 

16:00, lesniczy.lp
Link Komentarze (8) »
sobota, 08 czerwca 2013

Przez cały miniony tydzień sporo czasu pochłonął mi wywóz drewna. Dodatkowo sprawę komplikowało błoto na leśnych drogach. Organizacja wywozu wymaga sporych umiejętności logistycznych, doskonałej znajomości terenu, zachowania asertywnej postawy wobec pomysłów kierowców oraz wielkiej cierpliwości w komunikacji społecznej. Większość drewna do wywozu w moim leśnictwie przygotowane jest przy jednej drodze wywozowej. Musiałem tak organizować wywóz, aby samochód z papierówką sortowaną pojawił się po samochodzie z papierówką „zwykłą”, ale przed samochodem po kłody. Gdyby dwa duże samochody spotkały się na wąskiej, leśnej drodze nie byłoby szans się wyminąć, a cofać z przyczepą 2 km nie jest łatwo. Dlatego wcześnie umawiałem pierwszy samochód i siłą rzeczy cały tydzień już około 6.30 drukowałem kwit wywozowy, a samochód wyjeżdżał na asfalt z lasu.

Czekając na drugi samochód przeglądałem uprawy wymagające pielęgnacji, sprawdzałem wykonanie czyszczeń i notowałem sobie zabiegi wymagające zaplanowania na 2014 rok. Bo do 10 lipca muszę precyzyjnie zaplanować wszystko to, co będę wykonywał w leśnictwie z hodowli, ochrony lasu, ochrony ppoż, turystyki itd. Trzeba zaplanować składy gatunkowe upraw, ilości sadzonek, metry siatki, kg gwoździ i hektary czyszczeń z dokładną lokalizacją itp. Naturalnie wszystko należy cierpliwie i dokładnie „wklepać” do komputera z zachowaniem odpowiednich kodów czynności i wyliczeniem materiałów.

Ale te wcale nie optymistyczne wizje kolejnego zadania rekompensowało piękno poranka w lesie. Bo stare porzekadło leśno-myśliwskie mówi: „Ranek to panek”. Zawsze tak powtarza mój serdeczny kolega Zbyszek z leśnictwa Wyszanowo, który przejął je od leśniczego Konstantego, już emerytowanego leśniczego z Czarnego Bociana. Przyroda o poranku jest zupełnie inna, szczególnie teraz, u progu lata. Zajrzałem rano nad Obrę, która malowniczo wije się przez lasy i pola:

Liczyłem, że może spotkam zimorodka, który czasem się tam pojawia. Jednak oprócz paru krzyżówek i uwijającej się nad wodą pliszki siwej nic więcej nie zobaczyłem. Ruszyłem w stronę Kuligowa sprawdzić tam kilka upraw. Wysiadłem z samochodu na skraju lasu i pola i naraz w trawie zobaczyłem coś ciekawego:

To nie oko opatrzności, to spoglądał na mnie pan bażant:

Za chwilę coś szarego mignęło w trawie i przez drogę „myknęła” pani bażantowa:

Odezwał się mój telefon i kierowca zawiadomił, mnie, że przez korki na krajowej „3” będzie ze 40 minut później. No cóż, zwykła sprawa. Chowałem telefon gdy coś pojawiło się na horyzoncie:

To jeden, a za chwilę drugi szarak przemknęły po polu. No tak, to przecież czas parkotów. Parkoty zajęcy, czyli ich gody, zaczynają się - zależności od pogody - od połowy stycznia lub początku lutego i trwają do sierpnia, najintensywniej jednak w maju i właśnie teraz, w czerwcu. W czasie  parkotów za jedną samicą biega często kilka samców. Parkoty odbywają się zarówno w nocy jak i w ciągu całego dnia, stąd łatwo teraz z bliska obserwować ostrożne zazwyczaj szaraki. Zaaferowane poszukiwaniem samicy lub zgubieniem konkurencji zające mało przejmowały się moją obecnością. Jeden z nich podbiegł do mnie bliżej:

Popatrzył na mnie lekceważąco i zbliżył się na 3-4 metry:

Miał mokrą od rosy turzycę (czyli sierść) ale zawadiacko zadarty omyk (ogon). Zając jest pochodzenia azjatyckiego, pustynnego i dlatego jest bardzo wrażliwy na wilgoć i deszcz. Szczególnie wrażliwe są młode, które pojawiają się (zające kocą się) 2-4 razy w roku. W jednym miocie bywa od 2-4 młodych, jedna samica ma nawet do 10 potomków w roku, ale wiele z nich ginie. Młode rodzą się dobrze wyrośnięte, owłosione i z otwartymi oczami. Żywią się przez okres 2-3 tygodni mlekiem matki. Matka nie troszczy się zbytnio o swoje maleństwa, bo nie chce swoją obecnością zwabiać drapieżników. Bardzo wcześnie pozostawia je same, przychodzi je karmić tylko 2-3 razy w nocy, a po 2-3 tygodniach całkowicie przestaje się opiekować się nimi.

 Małe zajączki mają ochronne ubarwienie i mało się ruszają, stąd trudno je wypatrzeć. Młode do czasu wyrośnięcia żyją razem, a potem rozłączają się, nie odchodzą jednak zbytnio od miejsca urodzenia. Mój zając nie zwracał na mnie uwagi, ale co chwilę otrząsał się komicznie zniecierpliwiony, bo natrętne owady nie dawały mu spokoju i latały wokół niego gęstą chmurą. Wokół mnie oczywiście też, a zobaczcie ile ich jest:

 Pojechałem dalej, bo czas naglił, choć zające to bardzo sympatyczne zwierzaki i lubię je obserwować. W zbożu zobaczyłem sterczące łyżki, czyli uszy jelenia- łani. Nie zdążyłem jednak wyciągnąć aparatu, aby ją tam „ustrzelić”, a łania przebiegła przez drogę, pole:

aby szybko zniknąć w gęstym młodniku. Miała wyraźnie zaokrąglone boki i pewnie niebawem będzie spacerować z cielakiem.

Nieopodal dwuletniej uprawy sosnowej obserwowałem polującego z sukcesami:

bociana białego. Przebiłem się do przełajem innej uprawy, a trawa wyrosła solidna:

W poniedziałek będą tam warczeć wykaszarki. W przeglądzie asystował mi stary rogacz, który spoglądał na mnie z łanu zboża:

Przyznajcie, że to bardzo trafne powiedzenie: „Ranek to panek”! Przez około 40 minut spotkałem sporo zwierząt, ptaków i mnóstwo ciekawych widoków. Wszystko to już stosunkowo późnym porankiem, bo ok. 4-5 rano jest jeszcze ciekawiej! No i przecież wszystkiego nie udało się sfotografować… Nie przegapcie takich cudownych poranków, bo to już ostatni moment. Za chwilę kwiaty przekwitną, zboża pobieleją.  Na razie w  polu też jest ślicznie o poranku:

Jutro niedziela, może warto zerwać się wcześniej z łóżka, choć lenistwo jest takie przyjemne i obserwować zajęcze parkoty, przechadzki bażantów oraz barwny świat przyrody. Najlepiej jak najwcześniej, bo ranek to panek! Miłej niedzieli!

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

22:51, lesniczy.lp
Link Komentarze (5) »
czwartek, 06 czerwca 2013

Wczoraj została przecięta wstęga i parking „Na dawnej granicy państwa polskiego” służy już wszystkim korzystającym z drogi powiatowej Pszczew-Silna. Okolice słyną z pięknych krajobrazów, stąd są chętnie odwiedzane przez turystów, a lasy obfitują w grzyby, dlatego  parking z pewnością będzie cieszył się dużym zainteresowaniem. Pisałem wcześniej o pracach przy jego budowie i idei powstania. Wykonanie przerosło moje oczekiwania i leśnicy z Bolewic czynem udowodnili, że „wielkopolska solidność” to nie tylko chwyt reklamowy. To szczególny parking, na którym oprócz ławostołów, koszy na śmieci i stojaków na rowery stoi także granitowy graniczny kamień wersalski, biało czerwony szlaban i tablica historyczna. Spośród drzew wystają troskliwie odsłonięte fundamenty dawnej strażnicy. Leśnicy z Bolewic utwardzili kamieniem spory plac i gustownie urządzili parking z myślą o zmotoryzowanych turystach i cyklistach:

Parking powstał pomiędzy miejscowościami Pszczew i Silna, dwa kilometry za ostatnim domem Pszczewa, na dawnej granicy polsko-niemieckiej, ustalonej traktatem wersalskim w 1919 roku. Leśnicy z Bolewic świetnie połączyli walory użytkowe z troską o zachowanie pamięci o wydarzeniach historycznych. Do 1945 roku były tu dwie strażnice: drewniana polska oraz murowana niemiecka. Na starej mapie z 1938 roku oznaczono je jako Zollamt Betsche:

 Zaznaczyłem parking na czerwono, a na zielono oznaczyłem położenie leśniczówki Pszczew. Dziś, w zjednoczonej Europie nie ma granic. Można swobodnie podróżować i w pełni korzystać z uroków lasów. Czas zatarł ślady dawnej granicy polsko-niemieckiej i mało kto jeszcze pamięta jej przebieg. Pomysł leśników, wsparty pomocą zarządu dróg powiatowych, władz powiatu i gminy, to bardzo pożyteczna forma upamiętnienia dawnej granicy i przy okazji  bezpiecznego udostępnienia lasów ludziom. Granica zwykle coś dzieli, a prace przy budowie tego parkingu pozytywnie połączyły leśników z dwóch nadleśnictw, przedstawicieli powiatu i gminy. To bardzo cenne. Na skromne otwarcie parkingu pierwsi dojechali leśnicy:

Za chwilę pojawił się też starosta Grzegorz Gabryelski i była okazja, aby miło porozmawiać:

 Dojechał też przewodniczący rady powiatu Lesław Hołownia i Szymon Prochera, dyrektor zarządu dróg powiatowych, który zaprojektował piękną tablicę informacyjną i ustawił przy drodze:

Nie sposób teraz nie zauważyć tego parkingu. Na otwarciu pojawiła się nawet ekipa TVP 3:

 

Pani redaktor Agnieszka wypytała o szczegóły nadleśniczego Tadeusza Szymańskiego:

A potem starostę i mnie, jako „sprawcę” tego przedsięwzięcia. Uczestnicy spotkania zachwycali się otaczającą ich przyrodą:

W tle wciąż było słychać różne odgłosy przyrody, a najwyraźniej pisklęta dzięcioła dużego, do których co chwilę „wpadali” rodzice, tu np. z małym „conieco” w postaci ważki:

Nadleśniczy przypomniał historię powstania parkingu, a główny budowniczy Grzegorz Szyld trzymał wstęgę:

Przecięli ją wspólnie nadleśniczy z Bolewic, starosta międzyrzecki, a dokończył dzieła wicewójt gminy Pszczew Krystian Grabowski:

Było bardzo sympatycznie i nie chciało się wsiadać do aut:

Taka jest też funkcja tego parkingu: cieszyć się bogactwem przyrody, wspominać zdarzenia historyczne i odpoczywać w miłej atmosferze. Wypoczęty i zrelaksowany podróżny czy turysta będzie bezpiecznie zachowywał się na drodze, no i nie będzie wyładowywał negatywnych emocji na urządzeniach parkingu, o czym świadczą czasem połamane kosze lub pogięte tablice. Nad tym parkingiem czuwać będą jednak dawni strażnicy posterunku granicznego w Silnej pod komendą plutonowego Antoniego Palucha.

 

Leśniczy Jarek – lesniczy@erys.pl

 

 

 

21:22, lesniczy.lp
Link Komentarze (13) »
wtorek, 04 czerwca 2013

Wszyscy z obawą słuchamy doniesień medialnych na temat podtopień i powodzi. Współczujemy ludziom, którym woda zalała domy, pola czy zniszczyła dobytek. Niedawno w wielu miejscach kraju był problem z suszą i brakiem wody. Klimatolodzy mówią, że przełom XX i XXI wieku to najcieplejszy okres w historii obserwacji meteorologicznych w Polsce. Klimat zmienia się i obserwujemy ekstremalne zjawiska. Raz naukowcy grzmią na alarm i ostrzegają, że wysokie temperatury i gwałtownie obniżający się poziom wód gruntowych powoduje zanik torfowisk, a za chwilę roztaczają wizje wielkiego potopu. Zmiany klimatu i gospodarka wodą mają ogromny wpływ na strukturę lasów. Racjonalne i zrównoważone leśnictwo opiera się na dostosowaniu się do tych zmian, a leśnicy muszą przewidywać różne zjawiska przyrodnicze i ich skutki. Choć dla każdego powinno być oczywiste, że praca leśników jak żadna inna jest „pracą na żywym organizmie”, gdzie nie sposób wszystko przewidzieć, zaszufladkować i nazwać po imieniu. Nie zaplanujemy ani skutków suszy, ani podtopień. Bardzo często jesteśmy bezradni wobec sił przyrody i możemy tylko obserwować skutki ich działania. Choć gdy uważnie obserwujemy przyrodę i wyciągamy wnioski z wcześniejszych błędów ludzkich, coraz więcej możemy osiągnąć, nadążając za zmianami klimatu. Nadmiar wody lub jej brak w lesie ma wiele znaczeń. Susza powoduje ogromne zagrożenie pożarowe i powoduje szkody w uprawach leśnych. Nadmiar wody też jest przyczyna kłopotów. Kilka deszczowych dni zamienia leśne drogi w grzęzawiska i paraliżuje wywóz drewna:

Wilgoć i ciepło powoduje sinienie drewna, co znacznie obniża jego wartość. Stwarzają też doskonałe warunki do rozwoju chwastów i dlatego pomimo opadów deszczu w lesie warczą wykaszarki, bo trzeba się nieźle uwijać przy pielęgnowaniu najmłodszych upraw. Długotrwałe deszcze podnoszą stan wód gruntowych i powodują lokalne podtopienia fragmentów drzewostanów:

Właśnie inwentaryzujemy takie fragment lasu, aby dokładnie poznać skalę zjawiska. Utrzymująca się przez długi czas „wysoka woda” w lesie powoduje zamieranie drzew, zarówno młodych jak i starych, zupełnie dojrzałych:

Powstaje pewnego rodzaju paradoks, bo w wyniku nadmiaru wody las wysycha!

Mam w swoim leśnictwie wiele takich miejsc, gdzie wcześniej było lekko wilgotne, niewinne zaniżenia terenu, a teraz pływają kaczki na tafli wody lub łabędź siedzi na gnieździe:

W podtopionych fragmentach lasu nie można prowadzić gospodarki leśnej, a bardzo często rosnące tam drzewa zamierają. Inwentaryzujemy takie miejsca i oceniamy ilość martwego drewna, które nie będzie wykorzystane przez człowieka, ale przecież dobrze będzie służyć przyrodzie. To dobra okazja, aby sprawdzić na ile leśnicy są przezorni i jak potrafią przewidywać zjawiska przyrodnicze. Większość podtopionych fragmentów już wcześniej została uznana za ostoje ksylobiontów lub tzw. powierzchnie referencyjne, gdzie przyroda rządzi się swoimi prawami. W ten sposób wysoki stan wody i podtopienia nie wyrządzają szkód, przynajmniej według ludzkiej nomenklatury. Miejsca, gdzie jest niedobór lub nadmiar wody należy inaczej zagospodarować, przewidując zmiany w przyrodzie. Można to zrobić w lesie, ale gorzej z ludzkimi osiedlami, uprawami rolnymi czy drogami. Choć tego także można się nauczyć, czego dowodem są mieszkańcy Belgii i Niderlandów, dobrze gospodarujący na terenach zalewowych.

 Wypełnione wodą leśne niecki, oczka i bagienka stają się natychmiast oazą bioróżnorodności i kipią życiem. Lęgną się tam ptaki, rozmnażają płazy i gady, kwitną ciekawe kwiaty, a zwierzęta szukają tam schronienia i ochłody w upalne lato. Na jednym z takich śródleśnych „jeziorek” wypatrzyłem dawno już nie widzianą cyraneczkę:

To już, niestety, dość rzadka, najmniejsza europejska kaczka, która  lubi właśnie takie, śródleśne "oczka" wodne. Wszystko jest zatem w przyrodzie potrzebne, naturalnie w rozsądnych proporcjach. Jestem w trakcie inwentaryzacji podtopionych fragmentów lasu, ale jak na razie nie ma potrzeby korzystać z doświadczenia biblijnego budowniczego arki. Shreka też nie widziałem na żadnym z bagienek.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

22:41, lesniczy.lp
Link Komentarze (5) »
czwartek, 30 maja 2013

Dziś Boże Ciało i  dzień wolny od pracy. Wielu z nas w jutrzejszy dzień także nie pracuje, a zatem jest świetna okazja na długą wyprawę do lasu. Przyroda jest w pełni rozkwitu i wokół nas kwiaty, ptaki, motyle… Nasze lasy już w pełni zielone i z kompletem ptasich wędrowców wyglądają bardzo tajemniczo:

Jest ciepło i słonecznie, choć czasami chmurzy się:

Często też błyskawice przecinają niebo świetlistymi zygzakami, a potem w lesie spotykamy miejsce, gdzie piorun rozdarł skórę sosny:

Jeśli czasem nawet trochę popada, ale to nic strasznego, bo przecież ciepły, majowy deszcz spływa po każdym jak po kaczce:

W lesie praca wre przy zabiegach pielęgnacyjnych: czyszczeniach i wykaszaniu chwastów. Warczą też piły i mruczą silniki harwesterów przy wykonywaniu trzebieży. Trzeba się nieźle uwijać, bo ciepło i wilgoć powodują szybki rozwój grzybów, stąd drewno od momentu ścięcia nie powinno dłużej zalegać w lesie niż 2 tygodnie. Bo gdy leży zbyt długo wygląda tak:

Gdy ma trafić do pieca, to nie jest to problem, ale gdy ma się stać deską, krokwią czy klepką na parkiet, to istotna wada!

Dlatego też wywozy drewna cały rok zajmują dużo czasu pracy leśników, a teraz stały się szczególnie ważne, tak jak właściwa rotacja drewna. W rejestratorze leśniczego na liście magazynowej drewna przy każdej sztuce i stosie jest informacja jak długo znajduje się ona na stanie leśnictwa. Trzeba bardzo pilnować, aby wywozić drewno we właściwej kolejności, aby nie wyglądało jak to na zdjęciu powyżej. Jutro rano przed 7 jestem umówiony z kierowcami, a wczoraj do późnego popołudnia byłem przy wywozie kłód tartacznych.

Kierowcy muszą teraz bardzo uważać na wszystkich drogach, zwłaszcza tych biegnących przez lasy. Bo szczególnie po deszczu na asfalcie lub na drodze gruntowej można spotkać różne stworzenia:

To coraz rzadsza ropucha paskówka, a może to zaklęty książę? Trzeba bardzo uważać na zwierzęta, ptaki gady i płazy. Na leśnej drodze prawie nie widać jaszczurki:

Podobnie jak w  gęstej trawie:

 

W lesie, na łące i w polach pojawiło się mnóstwo młodych. Możemy spotkać już ptasie podloty, ktore opuściły gniazdo. Czasem podloty asekurują troskliwi rodzice, tak jak ten szczygieł:

Wszędzie też pełno młodych roślin, które łatwo zniszczyć. Zobaczcie na maleńkie siewki sosny, które po wyjściu z nasionka pną się ku światłu:

Patrzcie uważnie pod nogi podczas spacerów i pobytu w lesie czy na łące. Wczoraj, gdy przygotowywałem kwity wywozowe na drewno, położyłem na chwilę w trawie swój kalendarz. Po chwili zobaczyłem na nim coś brązowego:

To mały padalec. Pojawił się na świecie wyjątkowo szybko, bo zwykle młode padalce rodzą się w końcu czerwca, poprzez lato, do nawet września. Padalec jest gatunkiem jajożyworodnym. Kojarzenie zachodzi po opuszczeniu przez padalce kryjówek zimowych. Najczęściej przypada na okres między kwietniem a majem. Ciąża trwa około 11 - 13 tygodni. Po tym okresie samica rodzi młode, w liczbie od 5 –do ponad 20 sztuk. Całkowita długość młodych po urodzeniu wynosi od 7 do 9 cm. Zobaczcie jaki to maluch, w porównaniu do wielkości  szyszeczek olchowych:

 

Padalec z  uwagi na brak kończyn przez wielu ludzi jest niesłusznie uważany za węża. Jaszczurka ta, w odróżnieniu od węży ma jednak otwory uszne oraz ruchome powieki. Przez wiele lat brany był za jadowitą żmiję i powszechnie tępiony, obecnie podobnie jak inne krajowe gady podlega całkowitej ochronie. Dorasta do pół metra i ukrywa się w norach i pod kamieniami czy korzeniami. Jest dość powolny, stąd żywi się najczęściej owadami i dżdżownicami.

Podobnie jak wiele innych jaszczurek w sytuacji zagrożenia może odrzucić swój ogon, który poruszając się jeszcze zwraca uwagę napastnika i umożliwia ucieczkę jaszczurce. Po zabliźnieniu się rany ogon odrasta, zawsze jest jednak krótszy niż ten pierwotny. Mały padalec posiedział chwilę na moim kalendarzu, pomrugał oczkami i niespiesznie popełzł sobie dalej…

Jak widzicie w leśnej ściółce, na drodze leśnej czy łące toczy się życie i można spotkać tam wiele ciekawych osobników świata roślin i zwierząt. Patrzcie uważnie pod nogi, aby je bliżej poznać i nie zrobić nikomu, ani niczemu  krzywdy.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

19:17, lesniczy.lp
Link Komentarze (11) »
niedziela, 26 maja 2013

Dziś jest Dzień Matki, toteż nisko kłaniam się wszystkim Mamom zaglądającym do blogu leśniczego,  traktującego o tym, co w lesie piszczy… Wiem, że wiele szanownych mam interesuje się lasem, wynika to z listów i komentarzy, ale szczególnie serdecznie pozdrawiam mamy leśników. Wczoraj odwiedziłem moją mamę na cmentarzu, ale miałem kłopot ze złożeniem kwiatów, bo okazało się, że jakiś żałosny „ktoś” ukradł granitowy wazon z nagrobka moich rodziców. Mówi się o takich „ktosiach” - hieny cmentarne, ale to bardzo obraźliwe dla pożytecznych zwierząt…

Skoro dziś obchodzimy Święto Mam, to pochwalę się, że w piątek uczestniczyłem w Regionalnym Święcie Lasu, które odbyło się na terenie  Nadleśnictwa Sulęcin w województwie lubuskim. Leśnicy to raczej skromni ludzie, stąd próżno szukać w kalendarzu adnotacji: Dzień Leśnika. W wielu miejscach kalendarza, pod rozmaitymi datami znajdziecie różne święta związane z lasem i leśnikami, ale konkretnego Dnia Leśnika nie ma. Organizujemy jednak centralne Święto Lasu, które w tym roku odbyło się w Niepołomicach i regionalne, na terenie poszczególnych RDLP. Są to imprezy przygotowane dla społeczności, promujące lasy i zrównoważone leśnictwo. Piątkowa uroczystość organizowana była w ramach największej w Polsce RDLP Szczecin, złożonej z 35 nadleśnictw. Odbyła się w Sulęcinie, bo właśnie mija 20 lat istnienia tego nadleśnictwa. Już od rana na rynku w Sulęcinie można było poznać ciekawe i zróżnicowane lasy całej dyrekcji, zaglądając na stoiska poszczególnych nadleśnictw i poznając szeroką ofertę leśników. Potem uroczystości odbyły się na terenie bazy woskowej Wędrzyn, gdzie leśnicy opanowali nawet garnizonowy kościółek:

Nadleśniczy Nadleśnictwa Sulęcin Witold Wasylków czuwał nad całością uroczystości:

Nie było łatwo zorganizować takie święto, ale leśnicy to ludzie zaprawieni w planowaniu, zarządzaniu i logistyce. Witold Wasylków jest szefem nadleśnictwa od samego początku, czyli od 1993 roku. Nadleśnictwo Sulęcin powstało w ramach kolejnej reorganizacji, których było kilka w ciągu blisko 90 lat istnienia Lasów Państwowych. W latach 70 XX wieku likwidowano małe nadleśnictwa, gdy wprowadzano piły mechaniczne zamiast ręcznych „twoja- moja”. Potem w latach 90 była kolejna reorganizacja związana z likwidacją PGR i przemianami ustrojowymi w kraju. Miało to także związek z likwidacją rosyjskich i przeobrażeniami polskich jednostek wojskowych i poligonów. Lasy Nadleśnictwa Sulęcin przechodziły różne koleje losu i należały do wielu nadleśnictw, a przed 1945 roku wiele z nich stanowiło własność ziemską czy chłopską. Dziś obejmują około 20 tysięcy hektarów urozmaiconych, świetnie zagospodarowanych terenów. Dużą część nadleśnictwa do dziś stanowi teren poligonowy, stąd na uroczystości widać było wiele wojskowych mundurów, a dyrektor RDLP Szczecin Witold Koss serdecznie witał wysokich oficerów:

Widać było też mundury różnych służb i uśmiechnięte twarze licznych gości ze świata administracji, nauki, polityki i mediów. W Wędrzynie funkcjonuje  Ośrodek Szkolenia Wojsk Lądowych, gdzie jednorazowo może ćwiczyć cała brygada na urządzeniach przygotowujących do m.in. walk na terenach zurbanizowanych. Nic dziwnego, że można tu spotkać żołnierzy z wielu elitarnych jednostek naszej armii oraz różnych wojsk NATO. Atrakcją imprezy był obiad w wojskowej stołówce, w której serwowano oczywiście pyszną, zawiesistą grochówkę. Leśnicy, liczni goście, wojskowi, policjanci, strażacy i samorządowcy grzecznie stali z tacami w kolejce do okienka z grochówką. Wszyscy z szacunkiem spoglądaliśmy na solidnie zbudowanych komandosów, którzy wychodzili ze stołówki. Budzili respekt i nie wyglądali na grzecznych chłopców…  Swojego czasu bywał tu aktor Piotr Małaszyński, gdy wędrzyński poligon udawał Afganistan i kręcono zdjęcia do filmu „Misja Afganistan”.

Potem był czas na wspólną fotografię uczestników Święta Lasu:

Dyrektor W. Koss powitał licznych gości, przedstawił działalność leśników z całej szczecińskiej dyrekcji i walory najbardziej zalesionej części kraju.  Nadleśniczy Wasylków przygotował obszerną prezentację o urokach nadleśnictwa Sulęcin, a miał o czym opowiadać. Są tu ciekawe, urozmaicone przez działalność lodowca krajobrazy: wzgórza o wysokości ponad 200 m, piękne, czyste jeziora z podwodnymi łąkami ramienic i rozległe wrzosowiska na poligonach. Zobaczycie tu ponad 4 tysiące hektarów dorodnych buczyn, wspaniałe dęby, sosny i daglezje. Nadleśnictwo podzielone na 11 leśnictw wypracowało nawet własną rębnię, zwaną sulęcińską. Nadleśniczy z pasją opowiadał o historii, walorach przyrodniczych okolicznych lasów i doskonałej współpracy ze społecznością lokalną i wojskiem. Potem zastąpił go na mównicy burmistrz Sulęcina Michał Deptuch, a na baczność postawił nadleśniczego pułkownik, odczytujący rozkaz ministra obrony narodowej, awansujący Witolda Wasylkowa do stopnia porucznika rezerwy:

Święto Lasu to świetna okazja do miłego spotkania leśników i ich przyjaciół oraz możliwość poznania zasad gospodarowania w lasach. Często też jest to jedyna możliwość, aby spotkać dyrektora regionalnego, nadleśniczego czy choćby kolegę ze studiów lub czasów nauki w szkole leśnej. Leśnicy rozproszeni na terenie ogromnej szczecińskiej dyrekcji, położonej w zasięgu trzech województw rzadko mają okazję świętować i powspominać dawne dzieje:

Błyskały flesze aparatów i rozmowom nie było końca. Dyrektor Koss i nadleśniczy Wasylków sprawnie podzielili wspaniały tort przygotowany na dwudziestolecie nadleśnictwa Sulęcin:

Było to prawdziwe święto lasu i leśników. Jest nas tylko około 25 tysięcy, a lasy pokrywają trzecią część kraju. Ludzie wciąż mało wiedzą o naszej pracy, a w zasadzie służbie dla lasów i ludzi, którzy z tych lasów czerpią pełnymi garściami. Gorąco zachęcam: korzystajcie z takich świąt, gdy będą organizowane w Waszej okolicy, bo to dobra lekcja wiedzy o lesie i pracy leśników.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

21:35, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »