O tym co w lesie piszczy...
O autorach
RSS
niedziela, 12 października 2014

Początek października przynosi ważne święta dla każdego, kto szanuje przyrodę. Światowy Dzień Zwierząt, Dzień Drzewa no i Światowy Dzień Św. Franciszka – Patrona Leśników, Ekologów i Zwierząt, obchodzony 4 października.

Święty Franciszek z Asyżu, zwany "biedaczyną bożym", żył w latach 1181-1226. Zadziwiające jest to, że do dziś naukowcy zajmujący się ekologią i ludzie wrażliwi na przyrodę uczą się od niego rozumienia przyrody, interpretacji jej zjawisk i miłości do otaczającego nas świata istot żywych. Zapewne dzisiejsze idee ekologiczne były mu całkowicie obce, bo świat mu współczesny  przeżywał inne problemy niż obecnie. Nawet nie myślał o ekologii w dzisiejszym pojęciu, o problemie skażenia środowiska naturalnego czy o konieczności gatunkowej ochrony roślin i zwierząt.

Franciszek kochał Boga i świat przez niego stworzony- zwierzęta, ptaki, rośliny, człowieka i całą przyrodę. Zwykle przedstawia się go w otoczeniu zwierząt i ptaków.  Napisał w XIII wieku, krótko przed śmiercią kantyk religijny, najstarszy zabytek poezji w języku włoskim nazywany Pieśnią Słoneczną gdzie mówi:

Pochwalony bądź, mój Panie, ze wszystkimi Twymi stworzeniami,

nade wszystko z panem bratem Słońcem,

bo jest on lampą dnia i nim rozświetlasz naszą drogę.

W tym tak starym utworze i w wielu innych Św. Franciszek pomaga nam znaleźć odpowiedź na pytanie: „ Jak korzystać ze swobody życia, aby nie stać się niewolnikiem otaczającej nas cywilizacji? Jak chronić Ziemię przed człowiekiem?”.

 Odpowiedź jest niesłychanie prosta: na nic wielkie ruchy ekologiczne, na nic doskonałe przepisy jeśli każdy z nas, w swoim wnętrzu nie zasieje ziarna ekologicznego myślenia i nie nauczy się szacunku do natury, której jest częścią. Bo mówi nam patron ekologów:   „Nie można chronić ziemię, bo jeśli, ty, który jesteś koroną stworzenia, mężczyzną lub kobietą, żyjesz w nieuporządkowany sposób wewnątrz ciebie, to także twoje życie zewnętrzne i twoja relacja z naturą będzie nieuporządkowana”.

Ale czy tak myślą ludzie, którzy bez skrupułów porzucają  nad wodą, w polu, czy w lesie to, co jest im niepotrzebne:

Czy tak myślą ludzie, którzy zatruwają powietrze, rzeki i jeziora? Czy mają poczucie zagrożenia dla dalszych losów naszej planety? Czy zastanawiają się jak cierpi las, jego mieszkańcy i ludzie kochający przyrodę, gdy słyszą tam ryk motocykli crossowych, quadów czy off-roadowych samochodów:

Znalazłem na portalu www.swietostworzenia.pl taki przejmujący apel krakowskiego filozofa i poety:

Dawni

koczujący w lasach barbarzyńcy

najeżdżali i plądrowali

cywilizowane miasta

współcześni

cywilizowani barbarzyńcy

dokonują najazdów na lasy.

Na swych wrażych maszynach

zamieniają nagle

podniosłą ciszę lasu

w szyderczy rechot motorów.

Zmechanizowany troglodyto

który z lęku przed ciszą

wymyśliłeś quada

by bezkarnie i zuchwale

gwałcić

odwieczny lasu ład

bijąc rekordy w wyciu

i ryciu w podszyciu.

Poroniony płodzie bioewolucji

hybrydo człowieczeństwa

technokształtny mutancie

a swym megawarczącym wehikule

ucisz w sobie

proszę cię serdecznie

zmechanizowaną furię.

Fryderyk Hunia - lato 2013

 

( rysunek pochodzi z www.demotywatory.pl)

 

Filozofia, której autorem stał się Św. Franciszek sprawiła, że został ogłoszony Patronem ekologów. Uczynił to w 1979 roku papież Jan Paweł II w specjalnym liście „Inter sanctos”, gdzie czytamy między innymi:

„Słusznie św. Franciszka z Asyżu wymienia się wśród świętych i wybitnych mężów, którzy uważali przyrodę za przedziwny dar Boży ofiarowany ludziom. On szczególnie przeżywał wszystkie dzieła Stwórcy i jak gdyby z Bożego natchnienia wyśpiewał przepiękny Hymn stworzeń, w którym zwłaszcza przez brata słońce, księżyc i gwiazdy złożył należną cześć, chwałę i wszelkie uwielbienie najwyższemu, wszechmocnemu i dobremu Panu (...) Dlatego też ogłaszamy na zawsze św. Franciszka z Asyżu Patronem ekologów.”

Św. Franciszek został także w 1995 roku ogłoszony patronem polskich leśników i w wielu leśnych zakątkach obok kapliczek, krzyży czy innych form oddawania czci Św. Janowi Gwalbertowi czy Św. Hubertowi spotkamy także dowody szacunku dla Biedaczyny z Asyżu. Ni w tym dziwnego dla każdego, kto zna i chce stosować się do zasad  Dekalogu Świętego Franciszka z Asyżu:

1. Bądź człowiekiem pośród stworzenia, bratem miedzy braćmi.

2. Odnoś się z miłością i czcią do wszystkich istot stworzonych.

3. Ziemia została ci powierzona jako ogród; zarządzaj nią mądrze.

4. Z miłości do siebie samego troszcz się o człowieka, zwierzęta, rośliny, 

      wody i powietrze, aby ziemia nie została ich pozbawiona.

5. Używaj rzeczy oszczędnie, ponieważ marnotrawstwo nie zapewnia

     przyszłości.

6. Twoim zadaniem jest odsłanianie tajemnice pożywienia w taki

     sposób, ażeby życie karmiło się życiem.

7. Rozwiąż węzeł przemocy, abyś zrozumiał, jakie są prawa życia i    

     istnienia.

8. Pamiętaj, że stworzenie nie odzwierciedla twojego tylko 

     podobieństwa, lecz jest wyobrażeniem najwyższego Boga.

9. Ścinając drzewo, pozostaw jego pęd, aby całkiem nie zniszczyć  

     jego życia.

10. Z szacunkiem stąpaj po kamieniach, bo każda rzecz ma swoją 

     wartość.

Drewniana postać patrona leśników i ekologów stoi także za sprawą m.in. leśników w okolicach Pszczewa, a pisałem o niej na blogu we wpisie z 5 października 2011

http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&id_blog=3&lang_id=5&id_post=3123

Napisałem dziś może wiele wzniosłych słów, ale wiele z nich pochodzi z cytatów i nie odbierajcie tego jako kazanie na niedzielę, bo to nie moja rola. Warto nieraz zatrzymać się chwilę i zajrzeć w głąb siebie, a ułatwia to z pewnością lektura tego, co napisali mądrzy ludzie, niezależnie od tego jakiej byli wiary czy narodowości. Dlatego przybliżam dziś myśl Św. Franciszka. Sięgnijcie czasem do jego ekologicznej nauki, aby nasze dzieci i wnuki mogły zachwycać się lasem i otaczającą nas przyrodą tak jak my dzisiaj.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

12:01, lesniczy.lp
Link Komentarze (7) »
wtorek, 07 października 2014

Wszyscy zainteresowani lasem oraz przyrodą znają i rozpoznają leśników  w zielonych mundurach. Ale czy znacie leśnych robotników, wykonawców wszystkich prac w lesie? Praca leśnego robotnika to ciężki kawałek chleba.

Można tę pracę porównać do pracy górnika czy hutnika, bo jest podobnie trudna i niebezpieczna. Wymaga siły fizycznej, odporności na ekstremalne warunki pogodowe, umiejętności radzenia sobie w różnych sytuacjach i… szerokiej wiedzy leśnej oraz zamiłowania do lasu. W zasadzie to wymagania bardzo podobne jak dla kandydatów na leśników. Robotnicy leśni to jednak prawdziwa „ szara piechota”, mało widoczna zarówno w lesie jak i w materiałach promujących działalność leśników. W lesie widać ich mało, bo tam, gdzie pracują nie ma wstępu dla spacerowiczów. Ich stanowiska pracy najczęściej są zamknięte dla oka takimi i innymi tablicami ostrzegawczymi:

To codzienni, czasem może niedoceniani partnerzy leśników oraz właścicieli innych niż państwowe lasów.

Obecnie praktycznie wszystkie prace leśne wykonują w Lasach Państwowych Zakłady Usług Leśnych (ZUL-e) , które realizują zlecone przez leśników czynności. Są to prywatne firmy wykonujące wszystkie zadania związane z ochroną, hodowlą i użytkowaniem lasu. Właścicieli i pracowników ZUL określa się najczęściej mianem „zulowców”, a czasem żartobliwie, choć chyba nie jest to trafione określenie: ”zulusów”. Właścicieli ZUL nazywamy przedsiębiorcami leśnymi. To właśnie oni, a nie nadleśnictwa zatrudniają pracowników leśnych, którzy wykonującą trudne, ale ważne dla bytu lasu prace w lesie.

Początek lat dziewięćdziesiątych XX wieku to czas wielkich przemian w kraju. Zlikwidowano Państwowe Gospodarstwa Rolne i zmiany nastąpiły także na leśnym rynku pracy. Wcześniej w Lasach Państwowych było wielu robotników zatrudnianych przez nadleśnictwa jako pracownicy stali, sezonowi, a nawet interwencyjni- ściągani do pilnych prac z innych części kraju.

Pracowali w lasach jako drwale, zrywkarze, żywiczarze oraz na szkółkach leśnych i składnicach drewna. To oni zostali „sprywatyzowani” w zakłady usług leśnych i rozpoczęli własna działalność gospodarczą, choć nie zawsze byli entuzjastami takiego rozwiązania. Najpierw były to jednoosobowe firmy, a z czasem te, które przetrwały na rynku usług rozrosły się w nawet bardzo duże przedsiębiorstwa. Od lat w naszych leśnictwach nie ma już praktycznie robotników zatrudnianych przez LP. Wszelkie prace wykonują „zulowcy”.

Zadania gospodarcze zleca im leśniczy na podstawie umowy podpisanej prze ZUL z nadleśniczym i nadzoruje prawidłowe wykonanie wszelkich prac. Usługi leśne to praca na „żywym organizmie”, w zmieniających się warunkach przyrodniczych i gospodarczych. Bo „zulowiec” musi być do dyspozycji w nocy, gdy wybuchnie pożar, który należy dozorować i w dzień świąteczny gdy np. wypadnie lotnicza akcja ograniczania liczebności owadów lub wiatr powali drzewa na drogi i linie energetyczne… Żywiołów nie sposób przewidzieć, zaplanować terminów, skutków i kosztów, a takie zasady narzucają zamówienia publiczne. Reguły współpracy leśniczego i ZUL-a określone w umowie wyznacza obu stronom także wiele przepisów związanych m.in. z zasadami hodowli lasu, instrukcją bhp oraz zasadami certyfikacji lasów. Leśniczy musi to wszystko połączyć, realizując plany zadań na 100% i w dodatku spełniając często zmieniające się wymagania odbiorców drewna. Udana współpraca leśniczego i „zulowców” to fundament dobrej gospodarki leśnej.

Aby być wiarygodnym partnerem dla leśników, właściciel ZUL-a musi mieć dużo specjalistycznego sprzętu i profesjonalną grupę pracowników.

Nie jest to łatwe, bo praca jest bardzo ciężka i w zasadzie mało atrakcyjna, a wiele prac nadal trzeba wykonywać ręcznie w zmiennych warunkach atmosferycznych.

W kabinie harwestera czy forwardera może nie jest źle, ale wiele prac nadal wykonuje się ręcznie, dźwigając ciężkie wałki czy machając siekierą lub łopatą. To praca na mrozie, w upale, kurzu, deszczu. Czasem na sporych pagórkach

a innym razem w warunkach górskich lub na bagnach. Gryzą meszki, kleszcze i komary, czasem jest upał, a innym razem siarczysty mróz. Trzeba zainwestować sporo pieniędzy w harwestery, forwardery, pługi, konie, ciągniki, wykaszarki czy pilarki, a głównie w ludzi, którzy muszą wykonywać prace odpowiednio przygotowani.

Przetarg wygrywa się najczęściej oferując najniższą cenę za usługi wykonane z gwarancją najwyższej jakości i staranności. Leśny przedsiębiorca musi być zatem znakomitym ekonomistą i menadżerem, aby utrzymać się na leśnym rynku usług. Leśni robotnicy to ludzie, którzy sami się nauczyli swojego fachu, często są to firmy rodzinne, bo zamiłowanie do pracy w lesie trzeba cierpliwie hodować. Wielu ludzi szybko rezygnuje z tej pracy i rotacja kadr jest tu bardzo duża. To osobny problem, ale jakże ważny, szczególnie dla leśniczego. A każdy rozsądny leśniczy wie, że trzeba doceniać i uszanować pracę, którą wykonują ZUL-e. Staram się jak mogę, aby stworzyć najlepsze warunki współpracy i traktować ZUL-a jak równorzędnego partnera. To ważny partner równorzędny leśnikom w trosce o trwałość lasu.

Właściciele i pracownicy firm usługowych już blisko ćwierć wieku pracują w polskich lasach i współpracują z leśnikami. W mojej ocenie warto jakoś jednoznacznie nazwać ten zawód. Bo ani „zulowiec”, ani tym bardziej „zulus” nie są sympatycznymi określeniami. Dziś pracownik zula wykonuje różne zadania i raz jest drwalem i pracuje piłą lub siekiera, innego dnia wsiada do ciągnika i jest zrywkarzem, czasem także operuje wykaszarką lub nawet siada w kabinie harwestera. Dlatego dobrze byłoby w zasobach pięknego, polskiego języka wyszukać nazwę dla ludzi od najtrudniejszych zadań wykonywanych  w lesie. Bardzo Was proszę o pomoc i pomysły na ciekawą nazwę dla „leśnej piechoty”. Napiszcie co sądzicie o trafnym nazwaniu tego trudnego zawodu. Według mnie zasłużyli sobie solidną pracą, na to, aby ich jednoznacznie i ładnie nazywać. Najciekawsze podpowiedzi postaram się nagrodzić drobnym upominkiem z szafy leśniczego. Czekam na Wasze pomysły i propozycje w komentarzach i pod stałym adresem :

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

22:57, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
środa, 01 października 2014

Zupełnie niedawno, bo przecież w 1979 roku pierwsza klasa Technikum Leśnego w Rogozińcu licząca 45 osób zaczynała przygodę z lasem i życiem, które niebawem stało się dorosłe. Przyjechaliśmy z różnych miast, a głównie wsi i leśniczówek do małego Rogozińca zagubionego w zielonogórskich borach i szybko staliśmy się zgraną paką.

Wojskowy dryl życia w szkole i internacie: ranne i wieczorne apele, gdzie odczytywano służby i sprawdzano stan uczniów, obowiązkowe mundury, poranna zaprawa fizyczna i ogólnie „zimny wychów” polegający nie tylko na dostępie do ciepłej wody najczęściej raz w tygodniu, scementowały nas w zgraną społeczność, która istnieje do dziś. Spotkaliśmy się w miniony weekend w lubuskim Łagowie, bo już tam bywaliśmy:

Ależ zgrabne chłopaki: od lewej Witek, obok ja, potem Rysio, który jest teraz ciałem pedagogicznym w TL Rogoziniec i Miras. Spoglądamy na tej fotce na cały świat i Łagów z góry…Tym razem jednak nie wskrobaliśmy się na basztę Zamku Joannitów, lecz na skarpę nad jeziorem, aby pstryknąć pamiątkową fotkę 30 lat po maturze:

Spójrzcie jak było dawniej. Przecież w zasadzie się nie zmieniliśmy!

Łysy już wtedy miał niewiele włosów i apetyt taki sam jak dziś, Świder ma wciąż ten sam zaraźliwy śmiech, a Bronek podobnie skubie wąsy. Dawniej przy każdej okazji pędziliśmy na boisko i wuefista Wacek nie musiał nas tam zaganiać:

Dziś jednak chętniej zajęliśmy pozycje przy stole:

Spotkanie absolwentów po 30 latach od ukończenia szkoły zorganizował Witek przy mojej niewielkiej pomocy i to on powitał wszystkich:

Dawniej tylko o zwierzakach i polowaniu  potrafił gadać godzinami, ale teraz bardzo zgrabnie rozpoczął spotkanie przybyłych na to przemiłe spotkanie „drabów i mądrawych chłopaczków” oraz wyściskał, a reszta oczywiście poszła za jego przykładem,  Elę i Anię, które pojawiły się w obstawie małżonków:

Trzecia z klasowych dziewczyn, Violetta nie dojechała na spotkanie. Do Łagowa dotarło 21 absolwentów z rocznika, przez który przewinęło się 50 osób! Większość z nieobecnych przesłała pozdrowienia i solenne obietnice pojawienia się na kolejnym spotkaniu.

Połowa naszego rocznika to świetni leśnicy, pracujący na różnych stanowiskach, od podleśniczego po dyrektora regionalnego. Kilka osób pracuje w branżach bliskich leśnictwu, są nauczyciele, oficerowie, rolnicy, przedsiębiorcy. Leśna szkoła wyprowadziła nas na ludzi i mile wspominamy wspólne 5 lat wypełnione nauką, życiem w internacie, praktykami i wieloma niezapomnianymi wydarzeniami. Klasowe dziewczyny nie poszły w las, ale są bardzo zadowolone z wybranej drogi. Tak jak Świder, który jeździ taksówką po Berlinie czy Lechu, który ma poważną firmę budowlaną. Wspólnym opowieściom, wspomnieniom i żartom nie było końca:

Spotykamy się w tym miłym gronie co pięć lat oraz na zjazdach całej szkoły, ale wszystko wskazuje na to, że zwiększymy częstotliwość, bo dopiero bladym świtem zakończyliśmy klasowe wspomnienia.

Pomimo tego, że pracujemy i żyjemy w sporym rozproszeniu, rozrzuceni po różnych dyrekcjach, nadleśnictwach i nawet krajach Europy, wciąż jesteśmy jedną, tą samą paką co dawniej. Jak widać w leśnych szkołach uczą nie tylko sztuki zarządzania lasem i przyrodą, ale też dobrze kształtują ludzkie charaktery. Choć nie było to zbyt trudne zadanie, bo rocznik 1984 jest wyjątkowy i wybitny…

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

 

 

23:17, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
czwartek, 25 września 2014

Wczoraj pierwszy przymrozek pobielił poranek i potwierdził to, co widać na ściennym kalendarzu. To już jesień. Wprawdzie jest jeszcze dość ciepło i słońce w dzień przebija się znajomo przez szare chmury to jednak lato mamy już za sobą. Pośród ptaków wielkie poruszenie i na niebie ruch jak w zatłoczonym mieście. W lesie pojawiają się już kolory jesieni, a na pszczewskich jeziorach pływają majestatycznie żółte liście:

Jesień objawia się też charakterystycznie na leśnych drogach, gdzie pojawiło się już błotko i kałuże:

Choć czasem można też trafić na solidne błocko, o czym przekonał się we wtorek operator harwestera. W moim leśnictwie mam kilkanaście „wysp” lasu położonych pośród pól. Trudno w nich gospodarzyć, bo wiosną na dojazdach do nich jest bardzo mokro, latem są zasiane pola i prace leśne mogłyby spowodować szkody w uprawach. Jedyna możliwość wykonania tam zabiegów to wczesna jesień, gdy rolnicy sprzątną już zboża i ziemniaki. Jednak próba dotarcia do takiej „wyspy” drogą pewnie dawniej wyznaczoną  przez geodetę na mapie skończyła się utopieniem harwestera w błocku:

Droga dojazdowa z daleka wyglądała niewinnie:

Jednak niewielkie zaniżenie skryte w wysokiej trawie „wsysło” wielki harwester i wieki ciągnik z wciągarką kilka godzin targał go na „suchy ląd”. Trzeba było szukać innej możliwości dojazdu, bo przecież zaplanowany zabieg trzebieży musi być wykonany. Udało się i to ostatni moment, bo gdy zaczną się obfite opady, to już nie będzie szans na dotarcie tam i wywiezienie drewna do drogi wywozowej.

Potem ciągnik z przyczepą samozaładowczą wywoził drewno inną drogą, przecinającą pola z wykonana już podorywką:

Stos trzymetrowych kłód szybko rośnie i niebawem wyjedzie do odbiorcy:

Aby nie było kłopotów z wywozem drewna ale też z wypełnianiem innych funkcji leśnych dróg, należy o nie bardzo dbać i systematycznie naprawiać.

Wczoraj pojawiła się u mnie firma, wyłoniona w przetargu, która rozpoczęła  remontowanie 14 kilometrów leśnych dróg. Wielki spychacz na gąsienicach rozpoczął profilowanie dróg, a zachowanie właściwego kąta nachylenia drogi ułatwia mu zamontowany w maszynie laser:

Potem na drogę wjeżdża równiarka i wielki walec:

Dziś przez wiele godzin prowadziłem też w terenie uzgodnienia z projektantem, który rozpoczął zlecone przez nadleśnictwo prace nad budową nowej, utwardzonej kamieniem drogi, spinającej dwie drogi powiatowe. Wokół lasów mojego leśnictwa aż roi się od ograniczeń tonażu dla ciężarówek, jedna droga jest też wyłączona z ruchu prze wiadukt, gdzie mieszczą się tylko samochody do 3,5 metra wysokości.

Aby dobrze zagospodarować potrzebne wszystkim drewno trzeba udostępnić las do jego pozyskania. Taka nowa droga będzie także służyć do celów przeciwpożarowych i turystycznych, stąd przy jej projektowaniu trzeba nieźle nałamać sobie głowę, aby pogodzić wszelkie interesy no i stosować się do bardzo szczegółowych przepisów budowlanych i drogowych. Uzgadnialiśmy dziś poszerzenia, niwelację terenu, przepusty, mijanki, zjazdy. Wskazałem też stanowiska cennych roślin i drzewa o dużych rozmiarach, które nie mogą zostać uszkodzone podczas budowy drogi.

Kiedy projektant pojechał do końca dnia odbierałem zakończone prace leśne: pielęgnacje, zabezpieczenia upraw przed zwierzyną, naprawy ogrodzeń. Niepostrzeżenie kończy się pierwszy jesienny miesiąc…

Kiedy wracałem do leśniczówki drogą przez pola zobaczyłem jakąś kotłowaninę w krzewach czarnego bzu. To jastrząb gołębiarz polował na sójki. Ganiał je uparcie, ale żadnej nie udało się mu schwytać. Udało się go jednak złapać w obiektyw, choć niestety, niewiele widać na fotce:

Zamętowi spokojnie przyglądała się kura bażanta, która wyszła na skraj leśnej drogi z młodzieżą:

Okoliczne gęste młodniki są dla nich bezpiecznym schronieniem, dlatego często widuję je w tej okolicy. Od kilku lat jednak nie spotykam już kuropatw, a wielka szkoda, bo to takie sympatyczne ptaki.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

22:37, lesniczy.lp
Link Komentarze (7) »
niedziela, 21 września 2014

Dziś korzystając w pełni z uroków niedzieli wybrałem się do niedaleko położonych Mniszek. Znajduje się tam dawny folwark zbudowany w malowniczej dolinie rzeki Kamionki o dużej wartości przyrodniczej. Stanowi ona część Pszczewskiego Parku Krajobrazowego, a w Mniszkach, w obiekcie dawnego folwarku od 2007 roku działa  Centrum Edukacji  Przyrodniczej i Regionalnej. Dzieje się tu przez cały rok wiele ciekawych rzeczy. Jednak sztandarową imprezą w Mniszkach jest doroczne Wielkie Smażenie Powideł:

Można tam obserwować proces smażenia powideł, naturalnie kosztować ich wybornego smaku no i zakupić oryginalny produkt:

Z racji tego, że Mniszki znajdują się na pograniczu Wielkopolski i Ziemi Lubuskiej, a z Poznania dzieli je odległość ok 90 km były tam tłumy ludzi. To bardzo sympatyczne, że tak niewielka miejscowość potrafi zostać gospodarzem tak dużej i tez niezwykłej imprezy. Dzieje się tam wiele ciekawego, są wydarzenia artystyczne: tańce, śpiewy, prezentacje. Prowadzący imprezę Jacek Hałasik opowiadał poznańską gwarą wiele zabawnych historii i większość z nich związana była z kuchnią:

Bo mocną stroną tej imprezy jest promowanie tradycyjnej, zdrowej kuchni poznańskiej, opartej na naturalnych składnikach. Wiele z nich pochodzi też z lasu. W sklepie kolonialnym ze zdrowymi produktami można było zobaczyć taką oryginalną makatkę, pochodzącą z jednego z okolicznych gospodarstw:

Możliwość skosztowania ciekawych, skądinąd prostych potraw jest magnesem przyciągającym do niewielkich Mniszek tłumy ludzi:

W ofercie oprócz powideł, dżemów i soków z owoców z lasu oraz sadu było wiele ciekawych potraw. Czy wiecie co to szare kluchy, plyndze, szagówki?

Wielkopolanie znani są ze swojego zamiłowania do pyr, bo tak poznaniacy nazywają ziemniaki. Nie dziwi więc fakt, że jedną z najbardziej popularnych potraw w tym regionie są  szagówki. Składają się one głównie z ziemniaków, podobnie jak znane wszędzie kopytka. Nazwa szagówki pochodzi od sposobu krojenia klusek na szagę, czyli na ukos. Od klasycznych kopytek różnią też tym, że są bardziej miękkie.

Szare kluchy poznańskie nazywane również "ćpanymi". Nazwa ta pochodzi od poznańskiego gwarowego słowa „ćpa” czyli rzucać, ponieważ masę ziemniaczaną zrzuca się łyżką do gotującej wody z pokrywki. Dawniej uważano szare kluski za danie dla uboższych warstw społecznych, dzisiaj są one serwowane do nawet wykwintnych drugich dań zamiast ziemniaków. Podawane są jako drugie danie obiadowe – okraszone przetopionym boczkiem wędzonym z cebulką i zasmażaną kwaszoną kapustą. Ulubioną kapustą poznaniaków jest jednak kapusta modra. Podaje się ją np. do pyz ziemniaczanych z sosem, które także robiły furorę w Mniszkach.

Z kolei plyndze to pyszne placki ziemniaczane i do stoiska z nimi, jak i do innych, ustawiały się dłuuuugie kolejki.

Impreza w Mniszkach to także ocalenie od zapomnienia, promowanie i pokazy ginących zawodów. Można było tam zobaczyć: lepienie garnków, kucie żelaza, wyplatanie koszyków, wyrabianie powrozów i sieci rybackich, biżuterii, ozdób ze słomy, koronek, szydełkowanie, wyrób świec, pranie tarką, oddzielanie śmietany od mleka, noszenie siuńdami wody, cięcie rzemyków, robienie masła i pracę pszczelarzy.

Już przy wejściu do folwarku witał wszystkich kataryniarz z małpką siedzącą na oryginalnym instrumencie:

Nieco dalej spotkałem kowala Janka Iwanowskiego z moich rodzinnych Brójec, który przy pomocy kolegi też Janka, każdemu chętnemu kuł podkówki z imieniem, oczywiście  na szczęście:

Janek, dziś znakomity kowal, kontynuujący tradycje rodzinne, to dawny, wieloletni pracownik leśny. Jednak to nie jedyny leśny akcent w Mniszkach.

Nadleśnictwo Bolewice, które od dawna współpracuje z CEPiR w Mniszkach na wielu polach, przygotowało stoisko poświęcone żywicowaniu sosny. Żywiczarz to piękny, ciekawy i już w zasadzie zaginiony zawód. Przecież żywicowanie sosen w polskich lasach na skalę gospodarczą zakończono w 1994 roku. Pisałem o tym wcześniej, bo w maju 2012 roku  na blogu tu: http://lesniczowka.blox.pl/2012/05/Zywica-z-naszych-borow.html

Namiot leśników z Bolewic stanął obok stałej wystawy leśno-przyrodniczej funkcjonującej w Mniszkach i wciąż otaczał go tłumek zainteresowanych:

Specjalista hodowli lasu Jacek, wspierany przez stażystkę odpowiadał na liczne pytania związane z lasem i przeprowadził wiele konkursów dla licznych zainteresowanych osób w różnym wieku:

Z kolei leśniczy Maurycy przekazywał praktyczną wiedzę o zawodzie żywiczarza, narzędziach używanych do żywicowania i sposobach żywicowania.

Opowiadał bardzo barwnie, ciekawie i z wielką znajomością rzeczy. Wokół spały założonej na sosnowej kłodzie przywiezionej do Mniszek z bolewickich lasów wciąż stała grupa osób zainteresowanych tajemniczą sztuką żywicowania. Bo oprócz opowieści leśniczego Maurycego i obserwacji pracy autentycznego żywiczarza, który m.in. pokazywał jak prawidłowo zakładać spałę żywiczarską:

Każdy mógł sam spróbować wykonać nacięcie pod odpowiednim kątem i na dobrą głębokość. Okazało się, że wymaga to sporej siły i wielkiej precyzji, ale pomimo tego już po krótkim czasie spała pokryła się nacięciami:

Kto spróbował kontaktu z narzędziami żywiczarza i wysłuchał porad leśnika z podziwem spoglądał na ten unikalny zawód. Wiele osób zabrało sobie ze stoiska leśników specjalnie przygotowaną broszurę mojego autorstwa o historii żywicowania. Wsparłem w ten sposób kolegów z sąsiedniego nadleśnictwa, którzy poświęcili  wiele czasu i pracy pod fachowym okiem zastępcy nadleśniczego Grzegorza Roszkowiaka po to, aby ludzie poznali bliżej ginący zawód żywiczarza:

Z wielką satysfakcją obserwowałem wielkie zainteresowanie zawodem żywiczarza i sympatię z jaką uczestnicy Wielkiego Smażenia Powideł w Mniszkach przyjęli zaangażowanie leśników. A bursztynowa żywica o balsamicznym zapachu okazała się równie atrakcyjna jak pyszne, śliwkowe powidła.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

23:21, lesniczy.lp
Link Komentarze (6) »
wtorek, 16 września 2014

Pisałem niedawno o targach Ekolas i przeglądałem dopiero dziś materiały, które przywiozłem z targowych stoisk, bo wcześniej nie było wolnej chwili. Gazety i czasopisma, foldery i publikacje- wszystkie ciekawe i pożyteczne. Oglądałem też efektowny, ciekawy i kolorowy album jednego z zielonogórskich nadleśnictw. Piękne, przyrodnicze zdjęcia były bardzo ładne ale nagle zorientowałem się, że w tym pięknym albumie promującym nadleśnictwo nie ma ani jednego leśnika!

Skąd ludzie nie związani z lasem mają nas znać i wiedzieć czym się zajmujemy? Podobnie jest też na stronach internetowych nadleśnictw: krajobrazy, zwierzęta, rośliny, a ludzi generalnie mało. Jak już pojawia się leśnik, to w wyjściowym mundurze, na galowo- krawatowo…

Dlatego dziś o konkretach czyli co leśniczy robi w lesie początkiem jesieni?

Wiele osób myśli, że całymi dniami głównie zbiera grzyby lub nadzoruje „działalność”  grzybiarzy. Przełom sierpnia i września to czas kumulacji wielu ważnych prac. Kończy się cykl obserwacji lotu barczatki i brudnicy mniszki. To pora zbierania pułapek feromonowych na mniszkę i ostatecznego wypełnienia specjalnego formularza, z którego wynika dynamika tegorocznej rójki. Początkiem września intensywnie ruszają prace związane z pozyskaniem drewna, szczególnie pochodzącego z cięć sanitarnych i leśniczy teraz wyszukuje drzewa zasiedlone przez owady, pod których korą można zobaczyć żerowiska larw.

Larw owadów szuka się także w ziemi, bo wrzesień to czas kontroli występowania pędraków chrabąszczy. Znamy wszyscy chrabąszcze i kojarzymy je z ich majową rójką w maju:

 

Występują u nas dwa gatunki chrabąszcza- majowy i kasztanowiec, bardzo do siebie podobne,  odznaczające się dużą zmiennością osobniczą i nieznacznie różniące się w wyglądzie. Istotnym problemem dla leśników są żerujące przez lata pod ziemią pędraki - larwy chrabąszczy. Pędraki obu gatunków są w zasadzie identyczne: brudnobiałe, tłuste, workowate larwy, silnie łukowato wygięte o żółtobrunatnej głowie. Osiągają długość nawet do ponad 6 cm i przechodzą 3 stadia rozwojowe. Oto pędraki dwuletnie:

Pędraki żyją sobie bezpiecznie pod ziemią przez cztery lata, żywiąc się korzeniami początkowo traw, potem drzew, w miarę swojego wzrostu dobierając się do coraz grubszych korzeni, stanowiąc ogromne zagrożenie nie tylko dla upraw, ale też młodników! Często wyrządzają też istotne szkody w ogrodach i sadach. Ostatnią zimę cyklu rozwojowego spędzają  pod ziemią w postaci imago- owada doskonałego, w którego po przepoczwarczeniu zamienia się tłusty pędrak. Walka z nadmiarem chrabąszczy  jest bardzo skomplikowana i wymaga od leśników dużej wiedzy oraz wyobraźni. Pędrakom, które żyją pod ziemią niewiele można zrobić.

 Cała sztuka walki z chrabąszczem polega bowiem na tym, aby podejmować ją w czasie rójki, raz na cztery lata. Ich liczebność można ograniczyć wtedy, gdy trafimy z zabiegiem chemicznym na moment kiedy samice opuściły już podziemne schronienie, ale nie zdążyły jeszcze złożyć jaj. Czasami  jest to zaledwie kilka dni, a przecież jest o co walczyć, bo  jedna samica potrafi znieść do ziemi do 80 jaj, z których wylezie 80 żarłocznych pędraków! Generalnie jednak chodzi nie o całkowite zniszczenie  populacji chrabąszcza, a na utrzymaniu jej na poziomie, który nie będzie zagrażał trwałości lasów.

 

Problem pędraków nasilił się wraz z upadkiem dawnych PGR i pojawieniem się dużych obszarów nieużytków. Chrabąszcz majowy preferuje raczej żyzne grunty porolne na styku z drzewostanami liściastymi, kasztanowiec jest związany z lasem i siedliskami borowymi. Z racji tego, że na terenie zachodniej Polski oba te gatunki występują łącznie i szczepy są wymieszane, można pędraków spodziewać się wszędzie: na porolnym zalesieniu i na uprawie zakładanej po zrębie w głębi lasu.

Dlatego przed założeniem uprawy, a nawet przed wykonaniem poprawek w uprawach, gdzie nastąpiły duże wypady sadzonek, kopie się doły próbne o wymiarach 0,5m x1m i szuka się pędraków na głębokości nawet ponad 0,5m. Właśnie teraz, we wrześniu leśniczy wyznacza minimum 6 dołów na hektar przyszłej uprawy i bada stopień zapędraczenia gleby, określony specjalną normą. Znalezione pędraki przesyłane są do analizy do Zespołu Ochrony Lasu, który określa ich gatunek (bo jest wiele gatunków chrabąszczy, nie tylko majowy i kasztanowiec, ale np. guniaki, kwietnice, ogrodnice itd.) i ich wiek, a także wydaje zalecenia do dalszego postępowania. Rójka w moim leśnictwie będzie w przyszłym roku, a zatem w dole kontrolnym można znaleźć poczwarki chrabąszczy:

lub imago, czyli owady doskonałe, bo często w tej formie owady zimują przed wiosenną rójką.

Poszukiwanie pędraków to pracochłonna sprawa. Trzeba wykonać szkice rozmieszczenia dołów, wypełnić specjalne formularze i oznaczyć pojemniki wypełnione mocno nasyconym roztworem soli, gdzie umieszcza się pędraki. Sól  konserwuje znalezione pędraki, umożliwiając ich analizę pracownikom ZOL. Leśniczy musi także dopilnować dokładnego przeszukania gleby, bo czasem jest sporo dorodnych, starszych  pędraków:

ale innym razem trzeba dobrze wytężać wzrok, aby zobaczyć niewielkie, jednoroczne larwy.

Wrzesień to także czas ostatnich pielęgnacji upraw i leśniczy musi sprawdzić wiele hektarów najmłodszego lasu, aby pozostawione chwasty nie doprowadziły zimą do zaparzenia sadzonek. Dlatego w lesie słychać jeszcze wykaszarki:

Huczą też potężne ciągniki, które ciągną za sobą rozdrabniacze kruszące pniaki, gałęzie i chrust na zrębach, które wiosna staną się uprawami leśnymi:

Niebawem rozpoczną się orki i będzie unosił się zapach świeżo wzruszonej, leśnej ziemi. Leśniczy musi wszystkiego dopilnować, wybrać odpowiedni sprzęt do zabiegu, rozliczyć wykonane prace i wszędzie zajrzeć :

 

Wciąż jadą też samochody z drewnem i to także pochłania mnóstwo czasu, bo przy każdym z nich musi czuwać leśniczy, a czasem wrześniowe deszcze opóźniają wyjazd z lasu:

Wczoraj cały dzień wypełniło mi oznakowanie odcinków dróg, które niebawem będą naprawiane. Zanim jednak wjadą do lasu równiarki:

muszę dokładnie przemyśleć i zaplanować prace, bo do remontu mam kilkanaście kilometrów leśnych dróg. To spory wydatek publicznych pieniędzy i nie można ich przecież dosłownie wyrzucić w błoto, tylko wydać z jak największym pożytkiem dla lasu i ludzi.

Dziś był dzień sprzedaży detalicznej i było wielu chętnych na drewno opałowe. Sprzedałem blisko 100 m3 wałków i gałęzi, a jutro trzeba je wydać z lasu. Rano będzie „nalot” samochodów z kilku firm po papierówki. Niebawem pojawi się też rębak rozdrabniający drewno przeznaczone na płyty wiórowe i zaczniemy zabezpieczanie upraw przed zwierzyną.

Dziś późnym popołudniem obrywałem w sadzie ostatnie brzoskwinie, a mój telefon wciąż dzwonił w kieszeni, bo to kierowcy umawiali się na jutrzejsze wywozy. Jutro po 6 rano ruszam do pana Leszka, a potem przyjeżdżają trzy inne samochody. Założyłem nową rolkę papieru do drukarki rejestratora, bo wydrukuję pewnie sporo kwitów wywozowych:

Czeka mnie też  spotkanie z kilkoma „gałęziarzami” i wprowadzenie drwali na kolejną trzebież…

Las staje się coraz bardziej kolorowy, rankiem snują się mgły i słychać głosy odlatujących ptaków. Niebawem zaczną ryczeć jelenie. To już jesień.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

23:04, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
czwartek, 11 września 2014

Ostatnie deszczowe dni stały się przyczyną solidnego rozmiękczenia leśnych dróg i kłopotów kierowców wywożących drewno z lasu ale też spowodowały wysyp grzybów w lesie. Pojawiło się w lesie mnóstwo owocników różnych grzybów, także tych bardzo chętnie zbieranych przez grzybiarzy. Wzrost i rozwój pięknych owocników grzybów kapeluszowych zależy od gatunku drzewa, pod którym rosną ale także od wilgotności gleby, powietrza i temperatury. Gdzie szukać takich pięknych borowików?

Borowik współżyje z różnymi drzewami i pojawia się w lesie w różnych miejscach. W czerwcu znajdziemy go w dąbrowach, jest wtedy gruby, twardy, ale najczęściej  robaczywy. Gdy jest sucha jesień, borowik rośnie w zasadzie tylko w żyznych buczynach i dąbrowach, a gdy jesień jest ciepła i mocno roszona deszczami jak niedawno znajdziemy go na żwirkach borów sosnowych pomiędzy łanami szarych porostów lub zielonymi poduszkami mchów. Późną jesienią, gdy jest mało ciepła, rośnie wprost na leśnych drogach  lub nasłonecznionych skrajach borów. Właśnie w tej chwili lepiej szukać borowików na skrajach lasu, a gdy w pobliżu rosną brzozy jest szansa, że w pobliżu borowików pojawią się czerwone koźlarze:

Grzyby, które widzicie na fotografii  znalazłem dzisiaj na leśnych drogach. Koźlarz czerwony, zwany krawcem lub szewcem, pyszni się swoją urodą najczęściej pośród bieli pni brzóz i lubi nasłonecznione skraje lasu. Często spotkacie go w szpalerach brzóz sadzonych w celach przeciwpożarowych wzdłuż leśnych dróg.

Dość długo utrzymuje się wysyp żółciutkich kurek i można ich nazbierać do woli, naturalnie gdy wiemy gdzie ich szukać. Kurki często rosną w zaniżeniach terenu, na liniach oddziałowych, najczęściej znajdziemy je w pobliżu sosen, szczególnie tam, gdzie rośnie mech i łany borówki czarnej. Choć piękne i wyjątkowo duże kurki rosną w dębach  i bukach. Są wtedy jaśniejsze, bledsze niż te rosnące pośród sosen i trudniej je wypatrzyć pośród suchych liści. Jednak ich rozmiary kuszą zbieraczy i amatorów jajecznicy z kurkami. Choć czasem i w sosnach można zebrać spore żółte owocniki:

Na skrajach sosnowych młodników znajdziecie teraz mnóstwo pysznych maślaków:

Niektóre gatunki grzybów preferują także określoną glebę. Jedne wolą kwaśną, a inne, jak znana powszechnie „sowa”, czyli czubajka kania rośnie na wapiennym podłożu. Spotykam ich teraz mnóstwo w brzezinach lub drzewostanach z udziałem robinii akacjowej. Są pyszne i często zastępują tradycyjnego „schaboszczaka” amatorom bezmięsnych dań.

Ale co mnie szczególnie cieszy pojawiły się licznie rude rydze:

Bardzo lubię zbierać rydze, które rosną zazwyczaj w młodnikach sosnowych, czasem świerkowych, szczególnie na ich skrajach lub poboczach leśnych dróg. Każdy kto raz zbierał rydze i zwróci uwagę na towarzyszącą im roślinność, zawsze nawet w nieznanym lesie potrafi bezbłędnie odszukać „rydzowe miejsca” i cieszyć się potem ich widokiem. No a potem rozchodzi się po kuchni  cudowny aromat rydza smażonego na klarowanym maśle…

Zachęcam do wyprawy z wiklinowym koszem i przypominam, że do lasu najlepiej wybrać się pieszo lub rowerem. Skoro jedziemy na grzybobranie autem możemy poruszać się po lesie tylko drogami dopuszczonymi do ruchu oznakowaniem i parkować auto tylko w miejscach wyznaczonych i oznaczonych:

Przypominam także podstawowe zasady:

Jak zbierać grzyby?

Pierwsza kardynalną zasadą jest zbieranie tylko znanych nam owocników grzybów. Unikniemy wtedy zatrucia na pozór apetycznie wyglądającymi grzybami. Zbieramy tez tylko owocniki zdrowe, nieuszkodzone i młode, ale nie zbyt młode, bo wtedy trudno rozpoznać gatunek grzyba. Pozostawiamy w nienaruszonym stanie grzyby niejadalne, nieznane nam oraz osobniki stare, o dużych rozmiarach, które pozostawiamy jako „nasienniki”. Nie dajmy ponieść się dziwnej mani, podsycanej w mediach, polegającej na biciu rekordów w wielkości owocników. Nie lepiej zrobić fotkę takiego owocnika i pozostawić go w lesie? Najczęściej są i tak robaczywe. Wiecie dlaczego grzyby są robaczywe? Te „robaki”, które dziurawią nasze grzyby, szczególnie te z letnich zbiorów to larwy (czerwie) muchówek. Właśnie w grzybach przechodzą część swojego rozwoju.  Warto także pamiętać, że owocniki grzybów to żyjące organizmy, które nawet po zerwaniu nadal rozwijają się i oddychają wydzielając dwutlenek węgla i wodę. Dlatego bardzo ważne jest prawidłowe przechowywanie owoców grzybobrania. Najlepsze są szerokie, wiklinowe koszyki, a nie plastikowe wiadra, torby czy woreczki. Warto zakupić piękny koszyk, bo posłuży latami i przyda się także do sadu czy do zapakowania niewielkich zakupów.

 

Nawet najpiękniejsze owocniki szlachetnych gatunków grzybów mogą być przyczyną zatrucia, gdy przechowywane będą w foliowej torebce i ulegną zaparzeniu. W trakcie kilku godzin spacerowania po lesie dochodzi do szybko postępujących procesów gnilnych, najczęściej wywołanych złym przechowywaniem grzybów. Wtedy wydzielają się toksyny, szkodliwe dla naszego zdrowia. Dlatego nawet powszechnie znane kurki mogą nam zaszkodzić, gdy je źle przechowamy.

Wykręcamy czy wycinamy?

To pytanie jest zadawane od niepamiętnych czasów. Powstało zapewne tuż po słynnym dylemacie dotyczącym jaja i kury. Skoro jest tyle gatunków rozmaitych grzybów to spokojnie możemy stosować oba sposoby. Każdy jest dobry stosowany z rozsądkiem. Większe grzyby raczej lepiej jest wyciąć, ze względów praktycznych bo zaoszczędzamy sobie pracy przy czyszczeniu grzybów. Naturalnie nie w połowie trzonu, jak to nieraz widać przy zbiorze podgrzybków w celach zarobkowych. Robimy to jak najniżej, odgarniając dokładnie ściółkę i uważając, aby nie uszkodzić grzybni. Resztka trzonu grzyba szybko zgnije lub zjedzą ją ślimaki.

Grzyby blaszkowe, takie jak kurka czy zielonka lepiej jest wykręcać. Należy je wyjąć z podłoża tak, aby nie uszkodzić trzonu i dokładnie zakryć grzybnię ściółką, aby nie wyschła. Taki owocnik łatwiej rozpoznać co do gatunku, a jest to bardzo istotne, aby wyeliminować pomyłkę zielonki, gołąbka czy pieczarki z  muchomorem zielonawym. Rozpoznaje się go m.in. po pochwie u podstawy trzonu, stąd nie można takich grzybów wycinać. Pamiętajmy, że jeden średni owocnik to dawka śmiertelna dla człowieka.

Grzyby chłoną szkodliwe metale – rtęć, ołów, kadm, dlatego należy unikać ich zbierania w pobliżu wysypisk śmieci i terenów przemysłowych oraz blisko ruchliwych dróg. Od wielu lat trwają też spory naukowców, dotyczące radioaktywności grzybów, szczególnie blisko związane z katastrofą w Czarnobylu. Wiadomo przecież wszystkim, że grzyby gromadzą w sobie niewielkie ilości radioaktywnego cezu. Najmniej gromadzi go borowik szlachetny, choć ma z kolei skłonności do koncentracji izotopu polonu.

Jednak bez obaw, należałoby przecież jeść borowiki w wielkich ilościach, aby uzyskać zagrażające nam stężenie, a przecież większość z nas spożywa grzyby dość rzadko i traktuje je jako smaczny dodatek do zup, mięs, a szczególnie tradycyjnego bigosu.

Chyba wszyscy lubimy zbierać grzyby w  leśnych ostępach, bo to wspaniała okazja do poznawania tajemnic lasu oraz możliwość doskonałego wypoczynku pośród leśnej ciszy. Widać wiele oznak krótkiej jesieni, a zatem korzystajmy jak najszybciej z okazji do grzybobrania. Zapraszam do lasu!

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

22:09, lesniczy.lp
Link Komentarze (6) »
wtorek, 09 września 2014

 

Dziś w służbowej poczcie pojawił się kolejny nekrolog. Jakoś wiele ich ostatnio trafia do mojej skrzynki…  Spodziewałem się tej informacji, bo już wcześniej koledzy informowali mnie o tym przykrym i smutnym zdarzeniu. Może do kogoś, kto spotkał na swojej drodze Zygmunta Jurczyszyna nie dotarła ta wiadomość przesłana przez rodzinę więc ją przytaczam:

Ze smutkiem informujemy, że w piątek 5 września 2014 roku, w wieku 91 lat, odszedł od nas do krainy wiecznych łowów, niestrudzony wychowawca, wieloletni nauczyciel Technikum Leśnego w Rogozińcu, leśnik , praktyk oraz pasjonat łowiectwa

śp. Zygmunt Sylwester Jurczyszyn

Msza święta pogrzebowa zostanie odprawiona we środę 10 września 2014 roku o godzinie  12. 00 w kościele w Rogozińcu, po której nastąpi ceremonia pogrzebowa na cmentarzu w Rogozińcu.

 

Poznałem Go wiele lat temu, gdy rozpocząłem naukę w Technikum Leśnym w Rogozińcu. Uczył tam użytkowania lasu, nawet chemii ale Jego pasją było łowiectwo. Jak dziś pamiętam opowieści o starym rogaczu wychodzącym na żer i o tym jak podchodząc  go o świcie trzeba jednym okiem rozglądać się wokół, drugim patrzeć pod nogi, a trzecim wciąż obserwować rogacza…

Niezrównane były opowieści o skautach i wspomnienia z Anglii no i lekcje jazdy samochodem, choć czy Syrena R-20 przypomina dzisiejsze samochody? Był to leśnik pełen pasji i wspaniały wychowawca, który świetnie potrafił przekazać swoją rozległą wiedzę, budząc podziw kulturą osobistą i klasą.

Zupełnie niedawno, na zjazdach absolwentów wciąż wokół Pana Zygmunta i Jego syna, Huberta Jurczyszyna kłębił się zawsze tłum wychowanków:

 

Hubert także zanim został wieloletnim nadleśniczym Nadleśnictwa Strzelce Krajeńskie był nauczycielem i wychowawcą młodych leśników. Hubert już wcześniej, dużo za wcześnie odszedł od nas w 2010 roku, a teraz Zygmunt Jurczyszyn będzie przemierzał niebiańskie knieje…

Z pewnością jutro, w niewielkim Rogozińcu pojawi się wielu wdzięcznych wychowanków Zygmunta Jurczyszyna, bo był to, choć niedużego wzrostu, Wielki Człowiek…

 Będzie nam Go bardzo brakowało.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

23:02, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 września 2014

Mój tegoroczny pobyt w Tatrach była bardzo krótki z wielu powodów a jednym z nich były targi Ekolas. W czwartek wieczorem zjechałem w niziny i zaraz w piątek ruszyłem do Mostków niedaleko Świebodzina. Międzynarodowe Targi Poznańskie organizują na terenie zielonogórskiej RDLP targi gospodarki leśnej, przemysłu drzewnego i ochrony środowiska Ekolas, które odbywają się co dwa lata. Kolejne, w 2016 roku, odbędą się jednak w Janowie Lubelskim, a w Mostkach koło Świebodzina dopiero w 2018, a zatem nie można było nie wykorzystać takiej okazji. To szczególna, bardzo ciekawa impreza, dlatego postanowiłem podzielić się z Wami wrażeniami i pokazać ją widzianą okiem leśniczego, no i obiektywem…

 

W ciągu trzech dni ponad setka wystawców z wielu krajów Europy prezentuje całą gamę podmiotów, produktów i technologii związanych z branżą leśną i drzewną. To doskonała okazja, aby obejrzeć najnowszą ofertę pilarek

 

 

Ciągników zrywkowych, np. znanej czeskiej marki LKT:

 

 

Można podziwiać potężne harwestery:

 

 

Jednak na tych targach nie tylko ogląda się błyszczące lakierem maszyny ale dzięki współpracy z leśnikami z zielonogórskiej RDLP można obserwować je na roboczo, przy pracy na „targowym poligonie”:

 

 

W czasie targów odbyły się też współorganizowane przez MTP i Uniwersytet Przyrodniczy w Poznaniu Mistrzostwa Polski Operatorów Forwarderów. Kibicowało im wielu zwiedzających:

 

 

Spotkałem na targach wielu znanych mi przedsiębiorców leśnych. W mistrzostwach brali udział m.in. przedstawiciele firmy ZUL Edmund Pabin, która pracowała wcześniej w moim leśnictwie. Swoje umiejętności testowali synowie właściciela firmy. Nie udało się im wejść do finału

ale osiągnęli świetne wyniki a mnie było miło, że moi współpracownicy potwierdzili swoją dobra markę.

 

Z satysfakcją obserwowałem, że pośród targowych gości było wielu drwali, zrywkarzy, kierowców i operatorów maszyn:

 

 

Spotkałem też kilku znajomych przewoźników drewna, którzy z zaciekawieniem oglądali piękne samochody, a raczej ciągniki ciągnące wielkie naczepy z drewnem.

 

Duże zainteresowanie zwiedzających, moje także, wzbudzały łuparki do drewna:

 

 

Z jednej strony wrzuca się wałek np. olchowy lub brzozowy długości 2,40 metra, a z drugiej strony na taśmociągu pojawiają się trzydziestocentymetrowe szczapy… Jak fajnie byłoby ustawić taka maszynę przed piwnicą i drewutnią leśniczówki. Ale cóż, taka maszyna sporo kosztuje dlatego wiele osób, oprócz błyszczących lakierem maszyn i samochodów oglądało także drobne leśne akcesoria i sprzęty, np. siekiery:

 

 

Potężna siekiera z firmy Kox intrygowała i leśników, i drwali. Jedni i drudzy próbowali z różnym skutkiem jednym uderzeniem rozłupać brzozowe pnie:

 

 

Targi to także tysiące zwiedzających stoiska i to właśnie tam spotykają się leśnicy, drzewiarze, przyrodnicy, przedsiębiorcy leśni, przewoźnicy drewna oraz ich rodziny.

 

 

Niektórzy przyjechali z daleka i całymi rodzinami, na szczęście pojawili się także „obwoźni zabójcy głodu”, którzy potrafili zaspokoić marzenia nawet najmłodszego pokolenia ludzi lasu:

 

 

Do tego jednak potrzebna była targowa waluta:

 

 

Cóż to takiego? Ta fotka wszystko wyjaśnia:

 

 

Należało najpierw zakupić żetony a dopiero potem "szturmować" stoisko gastronomiczne.  Niektórzy krytykowali ten pomysł, ale organizatorzy targów, bogatsi o dośw iadczenia poprzednich edycji, wymyślili taką walutę, aby uniknąć kolejek i żmudnego wydawania reszty podczas zakup w punktach gastronomicznych. Zwiedzających było przecież tysiące i zamiast stać w kolejkach lepiej korzystać z targowej oferty oraz wypatrywać znajomych. Targi to świetna okazja do spotkania kolegów ze szkoły, uczelni, pracy. Niektórzy spotkali koleżanki:

 

 

Obejrzałem wiele ciekawych stoisk, poznałem sporo nowinek technicznych i kupiłem kilka pożytecznych rzeczy. Takie targi powinny być obowiązkowym „celem” każdego leśniczego. Nawet doświadczony i dobrze wykształcony leśnik wciąż musi uczyć się i rozwijać. Nie można zamknąć się w „swoim lesie” i być głuchym na nowe wieści oraz wiedzę. Pojawiają się wciąż inne nowinki techniczne i nieustannie rozwijają się nowe technologie, stąd wymóg permanentnej edukacji to nie przesada ani głupi wymysł…

 

W czasie targów odbył się zjazd Polskiego Towarzystwa Leśnego, były prezentacje, wykłady i forum „Człowiek, Las, Drewno”, wręczono oficjalne medale oraz wyróżnienia. Gdybym miał możliwość wręczyłbym swój prywatny medal leśniczego Ośrodkowi Rozwojowo- Wdrożeniowemu Lasów Państwowych w Bedoniu. Nie tylko za pokazy związane z brakarstwem, jakością drewna, bezpieczeństwem, ergonomią i prawidłowym przygotowaniem sprzętu do pracy.Także za troskę o zdrowie i życie ludzi, którzy, niestety, ulegają wypadkom. Na stoisku ORWLP wykwalifikowany ratownik zapoznawał wszystkich chętnych z zasadami udzielania pierwszej pomocy:

 

 

To bardzo ważna i potrzebna umiejętność, którą lepiej ćwiczyć na fantomie niż w życiu. Jednak w lesie i na drodze może być to potrzebne każdego dnia i sam miałem okazję się przekonać jak ważna jest to wiedza, gdy ratowałem kolegę, który doznał wylewu. Ratownik na targach przekonywał słuchaczy, że około 80 procent ofiar wszelkich wypadków ma problem nie z powodu urazów powypadkowych ale z powodu braku pomocy. Ludzie nie potrafią lub boją się pomóc poszkodowanym ale chętnie fotografują i filmują zdarzenie „komórką”, bo są świadkami czegoś ciekawego… To świetny pomysł, aby na takich targach promować ideę odpowiedzialnej i fachowej pomocy potrzebującym, stąd dla mnie to pomysł na medal.

 

Zaraz przy targowej bramie witało odwiedzających efektowne stoisko Lasów Państwowych. Pani Katarzyna z Nadleśnictwa Torzym świetnie wywiązywała się z roli ambasadora leśników i udzielała wyczerpujących informacji:

 

 

Tuż obok Paweł i Ilona Mrowińscy zachęcali do poznania Leśnego Kompleksu Promocyjnego „Bory Lubuskie” oraz ośrodka w Jeziorach Wysokich. Zapraszali także do wędrówki ścieżką geoturystyczną poprzez wyjątkowy Europejski Geopark Łuk Mużakowa.  Przygotowali także fajną ofertę edukacyjną dla najmłodszych uczestników targów:

 

 

Jak widzicie choćby po tak skrótowej relacji targi Ekolas są niczym jarmark różności i warto tam zajrzeć przy kolejnej okazji. Tak jak w lesie jest zawsze ciekawie i różnorodnie, tak na leśnych targach można się wiele nauczyć, spotkać „ciekawe osobniki” oraz wrócić do domu z bagażem ciekawych wrażeń, nie licząc torb pełnych targowych gadżetów, folderów i broszur.

 

 

 

Leśniczy Jarek –lesniczy@erys.pl

 

22:48, lesniczy.lp
Link Komentarze (1) »
piątek, 29 sierpnia 2014

Ostatnio spotkałem się z grupą leśniczych i wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że w naszej pracy zajęcia tak szczelnie wypełniają rok, że coraz trudniej zaplanować urlop. Jedne terminowe zajęcia gonią drugie, wciąż dzieje się coś ważnego ale przecież każdy musi kiedyś odpocząć i „naładować akumulatory”.

Wcześniej miałem inny plan, ale obowiązki służbowe go zweryfikowały, jednak we wtorek przed południem podpisałem ostatnie dokumenty i rozpocząłem urlop wypoczynkowy. Wiem, że są osoby, które uważają, że leśniczy jest wciąż na urlopie, a leśniczówka położona w lesie czy nad jeziorem działa jak sanatorium, ale rzeczywistość jest zupełnie inna. Nie lubię narzekać i bardzo lubię swoją pracę, jednak z czystym sumieniem mogę potwierdzić, że obowiązkowy, dwutygodniowy urlop wymyślił ktoś bardzo rozsądny.

Kartkę na drzwiach kancelarii leśniczego z informacją o urlopie zwykle wszyscy ignorują, telefon także wciąż się odzywa, a zatem aby leśniczy choć trochę oderwał się od swoich obowiązków, powinien zmienić klimat i wyjechać choć na parę dni. Bardzo służy mi górski klimat, a zatem po dwuletniej przerwie postanowiłem odwiedzić Tatry. Zaplanowałem jednak tak wyjazd, aby po drodze odwiedzić jeszcze kilka innych, ciekawych miejsc.

Najpierw odwiedziłem Ustroń i Wisłę, a potem zajrzałem na kilka godzin do Cieszyna, bo nigdy tam wcześniej nie byłem. Zajrzałem na most graniczny i do czeskiego Cieszyna, obejrzałem panoramę miasta z Wieży Piastowskiej i pokręciłem po uliczkach. Urzekła mnie piękna starówka, która choć w kilku miejscach rozkopana przez ekipy remontowe, zachwyca detalami architektury i klasą pięknie zaprojektowanego miasta:

Na rynku w Cieszynie podglądałem życie miasta i odniosłem wrażenie, że wszyscy mieszkańcy są zadowoleni i świetnie się bawią:

Moja Reginka zaprosiła mnie na pyszną herbatę do bardzo „klimatycznej” herbaciarni Laja na cieszyńskim zamku:

Bardzo sympatyczne miejsce, gdzie można znakomicie odpocząć.

Potem ruszyliśmy do Żywca, który odwiedzałem już wielokrotnie, ale do tej pory nie zwiedziłem muzeum słynnego, żywieckiego browaru:

Namówił mnie do tego mój serdeczny kolega Tomek i to jest świetny „namiar”. Muzeum browaru to szczególne miejsce i każdy kto tam trafi z pewnością nie pożałuje. To nie tylko tajemnice produkcji piwa, choć i te  też okazały się fascynujące:

Można tam także poznać bliżej historię PRL, błąkając się w specjalnie przygotowanym labiryncie, spróbować piwa lub soku i pograć w kręgle.  Z wielkim zaciekawieniem w trakcie zwiedzania wysłuchaliśmy nagranych wspomnień Marii Krystyny Habsburg, ostatniej potomkini tego rodu w Polsce, która opowiadała o losach swojej rodziny.  W opinii historyków Habsburgowie bardzo mocno wpisali się w naszą historię, mimo to niewielu Polaków zna historię polskiej linii tego rodu, ich zasługi dla naszego kraju oraz wielki patriotyzm. Wybierzcie się do Żywca nie tylko skuszeni złotym napojem, ale także chęcią poznania ciekawych wątków z naszej historii, bo to fascynujące miejsce. Warto wcześniej zajrzeć na www.muzeumbrowaru.pl

Z Żywca ruszyliśmy w kierunku Zakopanego przez Jeleśnię  i Korbielów przez Słowację. To malownicza, pozbawiona „uroków podróżowania” zakopianką trasa, no i po drodze jest świetna cukiernia Carpe Diem, gdzie zawsze zatrzymujemy się na kawę i pyszne ciasto.

Niebawem Beskidy schowały się za horyzontem a przed nami ukazały się Tatry. Ze smutkiem spoglądałem na skutki wichur, które powaliły mnóstwo drzew w okolicy Kościeliska. Znany mi doskonale i od lat krajobraz bardzo się zmienił. Potrzeba wiele lat pracy, aby odbudować zniszczony las…

Jednak donoszę Wam, że Giewont jak spał tak śpi spokojnie, spoglądając przez zmrużone powieki na Zakopane:

Podobnie jak Krywań, narodowa góra Słowaków:

Byliśmy dziś niedaleko od niego, a na jego charakterystycznym szczycie było wielu turystów.

W Zakopanem z kolei dziś wielkie święto. Kończy się 46 Międzynarodowy Festiwal Folkloru Ziem Górskich. To świetna impreza dla ludzi w każdym wieku, nawet dla tych, którzy mówią, że nie lubią folkloru. Zwykle tak mówią, bo nie mieli okazji go poznać. Co roku, w sierpniu do Zakopanego przyjeżdża wiele zespołów z różnych zakątków świata. Wczoraj był Dzień Górali Polskich i podziwialiśmy w namiocie festiwalowym m.in. zespół „Wierchy” z Milówki rozsławionej przez braci Golców oraz „Lipniczan” z Lipnicy Wielkiej:

Po nich obejrzeliśmy niesłychanie energetyczny i żywiołowy występ tureckiego zespołu z Istambułu “Motif”. Zaprezentował on program oparty na folklorze kilku górskich prowincji Turcji. Widzowie ( w tym leśniczy z żoną) zostali wtajemniczeni w nadnaturalne umiejętności tureckiego szamana, a następnie obejrzeli radosny taniec pasterzy z gór Nur położonych w południowej Turcji:

To było ciekawe wydarzenie i zakopiańska wymagająca widownia długo biła brawo, a Turcy bisowali…

Kolejny już raz podziwialiśmy wyjątkowość górskiego folkloru i kolejny raz zachęcam Was do uczestniczenia w tym szczególnym festiwalu. Można też zajrzeć na festiwalową stronę: www.mffzg.pl

 

Dziś deptaliśmy szlaki w słowackich Tatrach i tam również widać ogromne zniszczenia po huraganowych wiatrach:

Oglądałem konie, ciągniki zrywkowe i harwestery przy pracy. Zauważyłem też, że długość pociętych kłód Słowacy mierzą starą, poczciwą „kraczką”, czyli czymś w rodzaju drewnianego cyrkla o rozstawie jednego metra, a my robimy to taśmą z dokładnością jednego centymetra... Przyglądałem się też organizacji pracy, sposobom zakładania szlaków zrywkowych i sprzętowi ochrony osobistej drwali.

Cóż, leśniczy nawet na urlopie jest wciąż leśniczym i żyje leśnymi sprawami. Jutro ruszam dalej w góry, hej!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

21:17, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »