O tym co w lesie piszczy...
O autorach
RSS
niedziela, 14 lipca 2013

Dziś pamiętna rocznica bitwy pod Grunwaldem, blisko połowa lata, a przede wszystkim niedzielny czas dla siebie i rodziny. Jak zwykle zachęcam do spędzenia go, choć w części, w kontakcie z naturą. Lato nie rozpieszcza nas rewelacyjną pogodą, ale  brak plażowej aury tym bardziej skłania do spacerów pośród drzew, kwiatów i traw. Warto zainteresować się też ziołami, które skromnie rosną wokół nas, bo to czasami ostatni moment, aby skorzystać z ich bywa, prawie magicznych właściwości.

 Właśnie kwitnie dziurawiec:

 Jest charakterystyczną byliną o żółtych kwiatach, które osiągają 30-60 cm. Rośnie przy drogach, w zaroślach, na łąkach i leśnych polanach. Dawniej, gdy jako młody chłopak w wakacje pracowałem dorywczo w lesie, przy pielęgnowaniu upraw, które wykaszałem sierpem lub krótka kosą leśną, przywoziłem do domu pęczki tego ziela, bo zwykle ktoś starszy mnie o to prosił.  Jako lek wykorzystywane są jego kwitnące, nie zardzewiałe młode pędy z pączkami, które zbiera się od czerwca do połowy lipca, a następnie w końcu sierpnia, gdy przycięte rośliny odrosną i znów zakwitną. Dziurawiec nazywany jest także rutą polną, zielem świętojańskim, zielem Św. Jana, bo nawet, gdy lato jest bardzo spóźnione, to zawsze zakwitnie do 24 czerwca. W tej chwili zaczyna już przekwitać:

 a zatem trzeba się śpieszyć, aby go zebrać. Jego nazwa pochodzi od charakterystycznych owalnych liści, które wzięte pod światło wyglądają tak, jakby zostały podziurawione cienką szpilką:

 

 Jeżeli patrzy się na listki z góry, to tworzą one krzyżyk i dlatego dziurawiec ma też swoją inną nazwę - krzyżowe ziele. Jako ziele musi być stosowany ostrożnie, gdyż zwiększa wrażliwość skóry na słońce i może spowodować silne reakcje fototoksyczne. Zdecydowanie nie zalecany dla osób o jasnej karnacji skóry lub ze zmianami skórnymi.

Niezbyt lubią go rolnicy, bo masowo występując na łąkach obniża im jakość siana. Czerwony barwnik zawarty w kwiatach barwi mleko krów żywiących się takim sianem. Rozetrzyjcie żółty kwiatek, a sami zobaczycie!  Także negatywnie wpływa na zwierzęta o jasnej skórze, wywołując uczulenie na światło. Zwierzęta karmione paszą z dużą ilością dziurawca mogą cierpieć na stany zapalne skóry. Dlatego Rosjanie nazywają go zwieroboj, czyli zwierzobójca.

Dziurawiec jest jednak prastarym lekiem ludowym znanym już w starożytności. Przypisywano mu działanie magiczne, wierzono, że roślina chroni przed czartami i złymi czarami, wisiał w pęczkach u powały chałupy każdej wróżki i dobrej, i złej. Kiedyś wierzono, że chroni kobiety ciężarne przed dziwożonami – demonami, które im szkodzą. Może warto się nim bliżej zainteresować skoro jest takie larum dotyczące nizu demograficznego i wielkiego spadku narodzin małych Polaków?

 Zaleca się go na nerwy, wrzody, żołądek, wątrobę, nerki, jelita, jako środek pobudzający przemianę materii, a nawet na nowotwory. Uchodzi za lek niemal uniwersalny. Stosowany jest zewnętrznie jak i wewnętrznie. Dziurawiec przede wszystkim znany nam jest ze swoich właściwości antydepresyjnych. Warto po niego sięgać regularnie podczas hormonalnych huśtawek nastroju, przy częstych migrenach, w czasie menopauzy i przy bolesnych lub nieregularnych miesiączkach. Na poprawę samopoczucia i warto przez 6 tygodni pić napar z dziurawca.

Co ciekawe, wyczytałem w kilku książkach, że skuteczne w tych przypadłościach są tylko alkoholowe wyciągi z dziurawca. Przygnębienie, zmęczenie oraz apatię doskonale złagodzi więc nalewka z dziurawca, która sprawi, że świat stanie się weselszy. Nie wiem jak to jest, bo jeszcze nie robiłem, ani nie kosztowałem tego specyfiku. Jednak najwyższa pora, aby to sprawdzić i w swojej domowej biblioteczce wyszukałem już takie ciekawe przepisy:

Szklankę mocnego naparu z dziurawca połączyć ze szklanką wywaru kawy zbożowej lub, do wyboru, ze szklanką naparu kawy naturalnej. Dodać 6 czubatych łyżeczek cukru. Po ostudzeniu dolać 0,5 l spirytusu 75%. Wymieszać, przelać trunek do butelek i na każde 0,5 l nalewki dodać pół laski wanilii lub łyżeczkę cukru waniliowego. Butelki szczelnie zamknąć i odstawić w chłodne i ciemne miejsce na jakieś 3 tygodnie. Na dnie może powstać lekki osad, ale to nic złego.

Nalewka ta znakomicie leczy migreny i skutecznie rozwiewa rozmaite chandry i smutki. Na niestrawności i problemy z wątrobą  podobno skuteczna jest taka nalewka:

100g suszonego ziela zalać pół litrem spirytusu 70%. Zawartość tę przetrzymać w ciemnym miejscu, w dobrze zakorkowanej butelce przez dwa- trzy tygodnie. Po tem okresie lek gotowy. Używać w przypadku dolegliwości gastrycznych trzy razy dziennie po 30-60 kropli rozpuszczonych w kieliszku przegotowanej letniej wody.

A oto jeszcze jedna, ciekawa propozycja:

Składniki: * 5 dag kwiatu dziurawca * 5 g bylicy pospolitej * dwie sparzone mandarynki *  1 l białego wina *  50 g koniaku

Przygotowanie: Kwiat dziurawca, bylicę pospolitą oraz dwie sparzone mandarynki zalać 1 l białego wina i dodać 50 g koniaku. Zamknąć i odstawić na dwa tygodnie.

Naturalnie są to nalewki absolutnie „apteczne”, stosowane w maleńkich ilościach i najlepiej wieczorem, bez narażania na interakcję ze słoneczkiem. Zainteresujcie się dziurawcem- uniwersalnym zielem na poprawę nastoju, a może ktoś z Was ma własne doświadczenia z wykorzystaniem tej rośliny, a szczególnie z przygotowaniem nalewek?

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

15:12, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
czwartek, 11 lipca 2013

Wczoraj nareszcie zakończyłem planowanie wszystkich prac niezbędnych do wykonania w moim leśnictwie w 2014 roku. Odnowienia, pielęgnacje upraw, czyszczenia młodników. Tysiące sadzonek, kilogramy gwoździ i sztuki tablic informacyjnych,  pomocnych  turystom. O wszystkim trzeba pomyśleć i zaplanować czynności, materiały no i koszty leśnej działalności z hodowli, ochrony i turystycznego zagospodarowania lasu. Wydrukowałem spory tomik złożony z kilkudziesięciu stron…

Ile nad tym dni i godzin przesiedziałem tylko ja wiem, stąd nie informowałem Was co aktualnie w lesie piszczy. A przecież w lesie pełnia turystycznego sezonu! Dziś pełen poczucia dobrze spełnionego obowiązku mogłem spokojnie od rana ruszyć w las i sprawdzić realizację zleceń wystawionych mojemu „zulowcowi”. Pielęgnacje upraw w trakcie wykonywania i wciąż brzęczą wykaszarki, bo chwasty rosną w rekordowym tempie:

 W młodszych drzewostanach II klasy wieku, czyli w takich do 40 lat, trwają cięcia niezbędne do ich dalszego, prawidłowego wzrostu. Rosną stosy papierówek i surowca na zrębki ale jutro część już wyjedzie z lasu, bo dziś kilku kierowców umawiało się ze mną na wywozy. W lesie co kawałek można zobaczyć taki widok:

To czarne borówki, zwane popularnie jagodami wabią amatorów poplamionych dłoni i… pysznych pierogów. Choć nie tylko. Wiele rodzin codziennym zbiorem borówek podreperowuje swój domowy budżet, bo za litr można dostać kilkanaście złotych. Stąd te rowery w lesie. Choć naturalnie zobaczyłem i taki obrazek:

Pan kierowca z pobliskiej miejscowości zbierał borówki na skraju ogrodzonej uprawy i tłumaczył się, że jest bezrobotny, no i chciał sobie dorobić. Wjechał do lasu, bo nie chciał blokować leśnej drogi. Tłumaczyłem mu, że wprawdzie my, leśnicy, zachęcamy do pobytu w lesie i prowadzimy kampanię medialną „Lasy Państwowe- zapraszamy” to jednak także wymagamy zachowania zasad prawidłowego korzystania z lasu.

 Był też mocno zdumiony, gdy poinformowałem go, że także na uprawy leśne, zanim nie osiągną 4 metrów wysokości nie wolno wchodzić. Jak twierdził nieświadomie popełnił kilka wykroczeń. Pouczyłem go o zasadach wjazdu i prawidłowego parkowania w lesie, a potem wysłałem na niedaleki leśny parking przy kapliczce Św. Huberta. Spokojnie i z zaciekawieniem słuchał moich objaśnień. Doradziłem mu także, że lepiej tak jak wielu innych samochód zostawił w domu i rowerem ruszył w las. Z rowerowego siodełka można podziwiać takie piękne widoki:

Wiele osób korzysta z uroków lasu i odpoczywa w nim poruszając się rowerem. Spotykam tam stałych znajomych, którzy codziennie przemierzają wiele kilometrów leśnych dróg:

Choć czasem, tak jak dziś, aura nie sprzyja cyklistom podróżującym międzynarodowym szlakiem rowerowym R1 przebiegającym przez moje leśnictwo:

Wiele osób rusza w las pieszo, także w zorganizowanych grupach:

Choć czasem zorganizowana turystyka może zmęczyć i trzeba nieco wypocząć, szzcególnie nad wodą:

Nie namawiam jednak do takiego odpoczynku! Latem jest tyle ciekawych miejsc w lesie i nad wodą, gdzie można atrakcyjnie i zdrowo spędzić czas. Oprócz czarnych borówek i kurek można też już poznać smak leśnych malin:

Okolice Pszczewa są bardzo atrakcyjne dla turystów. Piękne krajobrazy, które kształtował lodowiec, chronione od 1986 roku w formie Pszczewskiego Parku Krajobrazowego i liczne, czyste jeziora w tym najbardziej zalesionym fragmencie kraju są wielkim bogactwem. Podobnie jak ładne dziewczyny, uśmiechające się na pierwszej fotografii... Najlepsze życzenia imieninowe dla dzisiejszej solenizantki Olgi- to ta z lewej!

 Oprócz pieszej i rowerowej turystyki popularną formą aktywności jest jazda konna i spływy kajakowe malowniczą rzeką Obrą. Można do woli korzystać z czystych jezior do wędkowania, nurkowania, rodzinnych kąpieli i plażowania. Wieczorem, gdy " robię swoją” trasę rowerową spotykam wiele osób biegających i maszerujących z kijkami malowniczymi drogami i dróżkami. W Pszczewie i okolicznych lasach można naprawdę pożytecznie i ciekawie spędzić czas, szczególnie w wakacje- pełnię turystycznego sezonu.  Trwają już intensywne przygotowania do dorocznego Jarmarku Magdaleńskiego:

W niedzielę 21 lipca będzie się wiele działo na pszczewskim ryneczku. Pozdrawiam turystycznym: cześć!

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

22:38, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
piątek, 05 lipca 2013

 

Od wielu już lat funkcjonuję w ciągłym pędzie i pośpiechu, pośród natłoku rozmaitych obowiązków i spraw. Jak większość leśniczych…  Moja praca i życie prywatne to zmieniający się kalejdoskop dni, spraw i otaczających mnie ludzi. Wciąż dzieje się coś nowego i każdy dzień jest inny. Wiem, to pewnie bardzo kłóci się z utartym stereotypem spokoju, harmonii i sielanki wiejskiego życia leśniczego. Bo leśniczy kojarzy się ze stabilizacją, stoickim spokojem i zupełną nieznajomością pojęcia „stres”. Wciąż spoglądam na zegarek i pracuję z ludźmi i z kalendarzem, poganiany wciąż dopisywanymi terminami. Wczoraj wieczorem wypadł (siłą rzeczy niespodziewany) wyjazd do pożaru, który oderwał mnie od domowych zajęć, dziś zmienił plany niespodziewany wywóz drewna, co wymaga poświęcenia kilku godzin, potem konieczny przegląd upraw do pielęgnacji, a w każdej wolnej chwili siedzę przed komputerem, planując wszystkie prace gospodarcze do wykonania w roku 2014. Termin kompletnego zakończenia planowania- 10 lipiec! Nie ma czasu na wiele spraw, szczególnie prywatnych. Ale moja żona Reginka nie marudzi, bo mówi z humorem:  „był czas przywyknąć przecie”…   sami zobaczcie: http://www.youtube.com/watch?v=7RVmnW-paoM 

Ten kultowy, multimedialny  cytat podesłał mi kiedyś Orillo- mój blogowy kolega, który zachwyca mnie fotografiami, a można podziwiać je na jego blogu:  http://fotolowy.wordpress.com/

Dziś rano uświadomiłem sobie, że właśnie minęła ważna  rocznica. Równe dwadzieścia lat temu, na naradzie leśniczych, mój ówczesny nadleśniczy wręczył mi napisany na maszynie (bo komputerów jeszcze nie używaliśmy w pracy) taki oto akt powołania:

Niepostrzeżenie minęła równa rocznica zarządzania takim gospodarstwem, którego rozmiar widać na mapie zawieszonej w mojej kancelarii:

Mierząc mapę (po prostej) linijką wychodzi obszar 11 na 8 kilometrów. Powierzchniowo to blisko 2200 ha gruntów nadleśnictwa Trzciel i około 200 ha prywatnych lasów, w których także nadzoruję gospodarkę prowadzoną przez ich właścicieli. Moje leśnictwo ma taką specyfikę, że wszystkiego jest dużo: lasów, drewna, wody (lasy dotykają do 12 jezior i rzeki), turystów, no i piękna przyrody… Przyzwyczaiłem się już do takiego życia i ciągłego pędu, no i raczej nie zamieniłbym go na inne zajęcie. Obcowanie z przyrodą i mimo wszystkich obowiązków, pewna swoboda w planowaniu każdego dnia oraz ich niepowtarzalność mają swój urok.  Leśnictwo Pszczew z lotu ptaka wygląda tak:

Obra wije się obok lasów ciekawymi zakolami, stąd chętnie korzystają z niej kajakarze:

Przez dwadzieścia lat dokładnie poznałem każdy zakątek leśnictwa, co niewątpliwie pomaga mi w wielu moich działaniach,  choćby we wspomnianym planowaniu. Kiedy byłem powoływany na stanowisko leśniczego leśnictwa Pszczew miałem 9-letni staż pracy terenowej w nadleśnictwie i należałem jeszcze wiekowo do pokolenia z „2” z przodu. Teraz mógłbym sobie powspominać ile wydarzyło się przez te dwadzieścia lat na terenie mojego leśnictwa, ale wciąż nie mam na to czasu... Wciąż chodzi mi po głowie spisanie i utrwalenie co ważniejszych wydarzeń, może kiedyś to się uda? 

 Dobrze, że od 3 lat wiele spraw zostało utrwalonych w tym blogu, choć jest to tylko cząstka tego co dzieje się i piszczy w pszczewskim lesie! Z formalnego punktu widzenia akt powołania, który odebrałem 20 lat temu jest moją umową o pracę. Zgodnie z ustawą o lasach nadleśniczy powołuje leśniczych do pełnienia funkcji. Odwołanie z funkcji jest równoznaczne z utratą pracy, no i prawa do mieszkania w leśniczówce:

 To też bardzo istotna sprawa. W tej chwili pośród leśników tylko nadleśniczy i leśniczy mają przywilej mieszkania zapewnianego przez nadleśnictwo na czas pełnienia funkcji. Gdy leśniczy przestaje pełnić funkcję, zostanie np. odwołany, to musi w ciągu 3 miesięcy opuścić leśniczówkę. Gdy odchodzi na rentę lub emeryturę, ma na to 6 miesięcy. W tej sytuacji nadleśnictwo musi mu zapewnić lokal zamienny lub sam powinien sobie  zabezpieczyć miejsce do spędzenia jesieni życia… Różnie to wygląda, każda sytuacja jest inna, ale na szczęście nie znam leśniczego, który musiałby pędzić żywot leśnego emeryta w  szałasie!

Od lat mówi się o zmianie sposobu zatrudniania leśniczych z powołania na umowę o pracę. Bo to oczywiste, że powołanie trzeba mieć, aby zostać leśnikiem i leśniczym,  samodzielnie służąc lasom, które są własnością nas wszystkich. Powołanie  trzeba mieć, aby jednoosobowo podejmować trudne decyzje, rozwiązywać konflikty i problemy, wykonywać kilkanaście zawodów w trudnych warunkach terenowych, narażając się na długotrwały stres i różne niedogodności oraz niebezpieczeństwa. Powołanie -  jako formę zatrudnienia trzeba wysłać jak najszybciej do lamusa.  Bo w zamian za powołanie do zawodu leśnika i służbę lasom bez liczenia godzin i warunków pracy, leśniczemu należy się stabilna i bezpieczna umowa o pracę.  To „oczywista oczywistość”, że leśniczym zostaje się na całe życie.

 Z całą pewnością kierownictwu LP zależy  na stabilności kadr i świetnym zarządzaniu leśnikami o wysokich kompetencjach. Powołanie można przecież porównać do umowy-zlecenia, umowy o dzieło, czy kontraktu na wykonanie określonego zadania, a takie formy zatrudnienia określa się jako formy „śmieciowe”. Zasada  zatrudniania leśniczych w formie powołania  nadal jednak funkcjonuje, chyba  z racji jakiegoś pecha, który dotyka wielokrotnie obiecywane próby zmiany ustawy o lasach. Leśniczowie są przekonani, że należy jak najszybciej i koniecznie doprowadzić do ich zatrudniania na podstawie umowy o pracę. Nie jest łatwo zostać leśniczym w LP, to długa droga pełna prób i egzaminów, a skoro już wszystko udało się przebrnąć, to czy nie jest ten fakt godny uhonorowania w miarę bezpieczną formą zatrudnienia,  jaką jest umowa o pracę?

 Im więcej wody upływa w pszczewskich jeziorach od wręczenia mi aktu powołania, tym częściej o tym myślę… Choć dziś, gdy wokół „pada” tyle firm, ta sprawa w zasadzie przestaje mieć znaczenie. Bo co z tego, że ktoś miał stałą, długoletnią umowę o pracę, gdy jego firma zbankrutowała lub przekształciła się w inną? Jestem urodzonym (trzynastego zresztą) optymistą, stąd wolę nie łamać sobie głowy i umartwiać się nad sprawami, na które praktycznie nie mam wpływu… Bliskość przyrody na szczęście uspokaja i pozytywnie działa na każdego z nas:

 Lasy Państwowe w przyszłym roku będą obchodzić ważny jubileusz 90 lat istnienia w obecnej formie organizacyjnej i jestem przekonany, że razem z nimi doczekam jeszcze innych, ważnych rocznic. Warto jednak choć na chwilę wrócić do wspomnień.Wracam też jednak do mojego planowania, pomimo późnego popołudnia, bo przecież mam zadaniowy czas pracy, a z biurkowego kalendarza straszy mnie na czerwono zakreślona data… Miłego sobotnio-niedzielnego wypoczynku!

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

17:21, lesniczy.lp
Link Komentarze (10) »
wtorek, 02 lipca 2013

Wczoraj weszła w życie ustawa śmieciowa, z którą wielu z nas, (szczególnie leśników i przyrodników) wiązało i nadal wiąże nadzieje na rozwiązanie problemu śmieci w lesie. Jednak same zapisy normujące problem w aktach prawnych nie uporządkują niczego, to zostało już wielokrotnie sprawdzone. Od 1 lipca samorządy gminne miały stać się właścicielami wszystkich śmieci, miało być czysto, a wszystkie śmieci pięknie posegregowane powinny być wywiezione na wysypisko przez firmę wynajętą przez gminę. Każdy z nas złożył wcześniej w swoim urzędzie deklarację o wysokości opłaty za gospodarowanie odpadami komunalnymi i stał się płatnikiem „podatku śmieciowego”.

Tymczasem dziś w większości miejscowości, w  mojej także,  śmieci wysypują się z kontenerów, a mieszkańcy są zdezorientowani. W prasie lokalnej znalazłem informację o nazwie firmy, która wygrała przetarg i to tyle co wiem. W drugiej połowie czerwca zniknęły z terenu gminy kontenery na plastik, szkło i papier, gdzie można było nieodpłatnie rozstawać się z nimi. Ludzie nie mając gdzie wyrzucić butelek szklanych czy plastikowych upychają je do kubłów razem z innymi śmieciami. Choć wystarczyłoby cierpliwie je zmagazynować na swojej posesji, bo chyba system zaraz ruszy? 

 W dzisiejszej prasie natłok informacji o chaosie śmieciowym… Wojewoda lubuski optymistycznie ocenia, że w naszym województwie ustawa śmieciowa została wdrożona w 90 procentach gmin. Takie informacje podaje Gazeta Lubuska. Mieszkańcy województwa jednak bardzo krytykują wdrożenie w życie nowych przepisów. My, leśnicy, liczyliśmy, że wdrożenie w życie tej ustawy spowoduje, że przestaniemy nieustannie sprzątać lasy. Takie obrazy to codzienność w naszych, wspólnych lasach:

Do tej pory szacowano, że 25 procent Polaków nie ma podpisanych umów na wywóz śmieci, czyli nie płaci za ich wytworzenie i „jakoś sobie z nimi radzi”. Ustawa ma sprawić, że wywożenie śmieci do lasu nie będzie się nikomu opłacało…  Co roku leśnicy usuwają z lasów około 140 tysięcy metrów sześciennych śmieci. Z parkingów leśnych:

ale także z poboczy dróg, jezior, rezerwatów, leśnych uroczysk... Aby je załadować potrzeba tysiąc wielkich, wypełnionych po brzegi wagonów kolejowych. Kosztuje to co roku około 16 mln złotych, a pewnie drugie tyle trzeba wydać na kampanie uświadamiające i edukujące społeczeństwo. A przecież te pieniądze można wydać na bardziej pożyteczne cele… W lesie wciąż natykam się na takie niespodzianki:

Kto wie jak to jeszcze długo potrwa? Przecież tworzony przez lata system odbierania i utylizowania odpadów mocno się zmieni. Ludzie błądzą w informacjach co jest plastikiem, a co nie, co zrobić ze szklaną butelką, słoikiem a co z szybami, które zostały z remontu domu?

Rewolucja z pewnością nie będzie błyskawiczna, a wojna ze śmieciowym problemem potrwa długo. Pewnie będzie to wymagało wielkiej cierpliwości i wyrozumiałości, bo zanim rewolucja zmieni „śmieciowe myślenie”, długo będziemy trwać w chaosie organizacyjnym. Zatruta przez śmieci gleba czy woda istotnie wpływa na nasze zdrowie. Nie naśladujmy kukułki, podrzucając ukradkiem śmieci do lasu, bo nikt za nas nie rozwiąże tego społecznego problemu.

Mam sporą kolekcję fotografii z różnorodnymi śmieciami w lesie, ale wolę Wam pokazywać kwiaty, ptaki, zające czy leśne krajobrazy. Musimy jednak nawzajem przypominać sobie, że to w naszym, wspólnym interesie należy przestać zaśmiecać lasy. Wystarczy pamiętać, że szeleszcząca na wietrze porzucona „foliówka” czy plastikowa butelka rozkłada się aż tysiąc lat, a jeden niedopałek papierosa, beztrosko wyrzucony do wody, zatruwa  skutecznie wiele jej metrów sześciennych. Ale to przykre, że kubły, o ile w ogóle stoją przed domami, są dziś przepełnione śmieciami i jak w starym czeskim filmie: „nikt nic nie wie”, niestety…

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

19:01, lesniczy.lp
Link Komentarze (9) »
sobota, 29 czerwca 2013

Wczoraj spotkałem ciekawą roślinę, ni to kwiat- nie kwiat… Bezpośrednio z podłoża wyrasta niezwykle blada, mięsista, wyprostowana i krucha, bladożółta łodyga o wysokości kilkunastu centymetrów. Pokryta jest zredukowanymi, łuskowatymi liśćmi, ciasno przylegającymi do pędu.  Na wysokości kwiatostanu łodyga zagina się łukowato do dołu. Dziwny to kwiat bez kolorów i zielonych liści...

 Życie roślin to przecież ciałka zieleni: chloroplasty, bez których nie może na ogół samodzielnie żyć, ani przetrwać żadna roślina. Na ogół, bo są też rośliny całkowicie pozbawione chlorofilu. Zapytacie zatem jak one są zdolne utrzymać się przy życiu, rosnąć, kwitnąć i owocować? Istnieje w przyrodzie mało znana, mało liczna grupa roślin bezzieleniowych, pozbawionych chlorofilu i będących najczęściej półpasożytami. Żyją one w symbiozie z odpowiednim dla siebie grzybem, czerpiąc pokarm z gleby lub rzadziej są pasożytami całkowitymi, czerpiącymi substancje pokarmowe z korzeni drzew. Spotkana przeze mnie roślina to korzeniówka pospolita:

Występuje na rozproszonych stanowiskach w lasach iglastych całej Polski, preferuje miejsca o grubej warstwie próchnicy, cieniste i wilgotne. Kwitnie właśnie teraz, czyli w czerwcu i lipcu, a właściwie nie tyle kwitnie, co raczej pojawia się na powierzchni ziemi:

To wieloletnia roślina o mięsistych podziemnych kłączach pachnących wanilią. Kwiaty skupione są po kilka na krótkich szypułkach i zebrane w szczycie rośliny w gęste, jednostronnie zwisające grona. Późnym popołudniem i wieczorem intensywnie pachną wanilią. Korzeniówka nie ma chlorofilu i pomimo dostatku słońca i wilgoci nie jest zdolna do samodzielnej produkcji żadnej substancji.

 Korzeniówka pospolita pobiera składniki pokarmowe bezpośrednio z gleby leśnej. Odbywa się to za pomocą nitek grzybni, która ciasno oplata silnie rozgałęzione korzenie i szeroko przerasta glebę leśną. Nitki grzybni pobierają z podłoża wodę i zawarte w niej sole mineralne oraz mają szczególną zdolność przetwarzania martwej materii organicznej ze ściółki leśnej na próchnicę. W ten sposób korzeniówka otrzymuje znaczne ilości składników pokarmowych z przemiany materii grzybni, choć grzyb nie ma z tego w sumie żadnej korzyści. Podobną rośliną jest łuskiewnik różowy:

To oryginalna roślina o fioletowo-różowych, gęstych, jednostronnych kwiatostanach, wyrastająca wczesną wiosną u podnóża grabów i leszczyn w grądach. Wyrastające kwiatostany wybrzuszają ziemię na podobieństwo kreciego kopczyka, by przebić się potem na jej powierzchnię. Łuskiewnik jest gatunkiem przywiązanym do lepiej zachowanych płatów grądów i może być uważany za ich roślinę wskaźnikową.

 Grąd – to  wielogatunkowy i wielowarstwowy las liściasty zazwyczaj z przewagą grabu i dębu i z udziałem różnych innych gatunków, także wcześniej wspomnianej leszczyny. Wykształcają się na siedliskach żyznych, dlatego najczęściej dawne grądy zostały kiedyś w ogromnej większości zniszczone przez człowieka i zajęte przez grunty rolne lub łąki. Grądy stanowią dziś siedlisko przyrodnicze chronione w sieci Natura 2000 i leśnicy starają się zwiększyć ich powierzchnię i zachować te, które przetrwały. Dlatego wszystkie informacje o występowaniu łuskiewnika wskazującego na istnienie tego siedliska są cenne. Co ciekawe, łuskiewnik różowy osiąga stadium kwitnienia dopiero po 10 latach. Warto je zatem podziwiać i zapamiętać wygląd:

W lesie spotykam teraz oprócz korzeniówek także amatorów czarnych borówek i żółciutkich kurek, które może nie masowo, ale w miarę licznie pojawiły się:

Zające zakończyły już czas godów, czyli parkoty, ale nadal dają okazję na pstryknięcie fajnego portretu:

Wczoraj przed godziną 20 dostałem sygnał od obserwatora, że pojawił się duży dym w lesie w okolicach Kuligowa, kilkanaście kilometrów od lesniczówki. Pojechałem tam natychmiast, ale pomimo dokładnego sprawdzenia terenu nie znalazłem żadnych śladów pożaru. Całe szczęście… Wczoraj także pojawili się już harcerze ze Zbąszynka i rozpoczęli przygotowania do rozbicia obozu nad jeziorem Cegielnianym. Tak, to znaczy, że już na pewno rozpoczęło się lato…

Miłej niedzieli!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

21:41, lesniczy.lp
Link Komentarze (13) »
niedziela, 23 czerwca 2013

Dzień Ojca to raczej skromne i ciche święto, nie rozdmuchane nadmiernie w mediach. Panowie ogólnie są skromni i to zupełnie naturalne, że nie bedą konkurować z Dniem Matki... Wyczytałem jednak w Wikipedii, że święto tatusiów obchodzone jest na świecie już od 1910 roku, choć w różnych terminach. Pierwszy Dzień Taty obchodzili mieszkańcy miasta Spokane w USA na pamiątkę ojca, który po śmierci żony samotnie wychował 6 dzieci. Nie miał osamotniony facet łatwo, każdy ojciec to wie… Moje córki przełożyły nasze świętowanie na tydzień wcześniej, bo tak im pasowało i zjechały do leśniczówki ze swoimi wybrańcami. Było gwarnie i wesoło, a że aura dopisała znakomicie to w czasie gdy Paweł i Sebastian dłubali z pasją przy samochodach (swoich oczywiście, bo ja sam sobie radzę) my z Olgą i Igą sprawdzaliśmy rowery:

Dostałem od moich pociech, na „okoliczność tatowego święta” piękny kubek z rysiem- patronem mojego blogu:

Jestem z niego dumny i przyda się znakomicie podczas wieczorów spędzanych w Waszym towarzystwie:

Dziś, w niedzielny poranek wyszedłem przed leśniczówkę i nad jeziorem przyglądałem się ptasim ojcom. Na trawisty brzeg jeziora wyszła rodzina łabędzi z piątką maluchów, przypominających bajkowe „brzydkie kaczątka”. Mój terier Amigo kręcił się przy brzegu jeziora, nie interesując się łabędziami i nie zważając na ostrzegawcze syczenie taty- łabędzia. W pewnym momencie ptasi tata wystartował jak pocisk i uderzeniem skrzydła odrzucił psa na dwa metry. Amigo zwiał do domu…  Rodzinka „zwodowała się” i pod czujnym okiem wyraźnie zadowolonego taty popłynęła w jezioro:

Niedaleko pływał tata-perkoz dwuczuby, wożąc swoim zwyczajem na grzbiecie pasiastego potomka:

Maluch nurkował razem z nim, potem pływał samodzielnie i znowu wrócił na „tatowy” grzbiet, korzystając skwapliwie z wystawionej przez tatę nogi, czyli wiosła, bo tak mówi się na nogi ptaków pływających. Wróciłem do leśniczówki na śniadanie, a moja żona wypatrzyła coś z okna pokoju i wołała: „ Chodź szybko i weź aparat!” Tuż za oknem, na trawniku przysiadł inny ptasi tata:

To dzięcioł zielony przeszukiwał intensywnie trawnik przy leśniczówce, łowiąc pająki:

W przeciwieństwie do większości swoich pobratymców prowadzi naziemny tryb życia i dłubie w piasku, co widać po jego dziobie:

Spoglądał co chwilę badawczo na nas za oknem:

Widocznie jednak ani moja Reginka, ani ja nie wyglądaliśmy groźnie, bo pomimo wnikliwych spojrzeń, wciąż szperał w trawie i cierpliwie pozował:

Zwykle jest tatą 5-7 piskląt, czasem nawet 10, to ma się przy czym uwijać. Opiekuje się młodymi razem z samicą ponad miesiąc, zanim młodzież stanie się lotna. Pary dzięciołów zielonych najczęściej trzymają się razem  przez całe życie. Mój dzięcioł za oknem wyglądał na wzorowego męża i tatę, bo zbierał pokarm w ekspresowym tempie.

Jego długi na około 10 cm język jest lepki, stąd dobrze przyklejają się do niego mrówki, które są jego głównym pokarmem. Potrafi kopać nawet metrowe korytarze, aby się do nich dostać. Lubi też świerszcze, pająki, a nawet owoce. Zimą zdarza mu się też włamywać się do uli i wyjadać pszczoły. To ciekawy, rzadki i ściśle chroniony ptak. Miło, że odwiedził mnie właśnie w Dzień Ojca. Wszystkiego najlepszego wszystkim Tatusiom, nie tylko tym pierzastym, a szczególnie serdecznie składam życzenia tatusiom-leśniczym!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

15:09, lesniczy.lp
Link Komentarze (10) »
sobota, 22 czerwca 2013

Wczoraj rozpoczęło się kalendarzowe i astronomiczne lato i jak to bywa w  ostatnim czasie wokół nas ogromny upał, burze i tumany kurzu na leśnych drogach. Las pełen bujnej zieleni stał się trudny dla wszelkich obserwacji przyrodniczych, a z racji jaskrawego światła bardzo trudny dla tych, którzy fotografują przyrodę. Wiele dzieje się teraz w przyrodzie, choć nie jest łatwo wypatrzyć koźlę sarny, pisklęta słonki czy pasiaste dziczki przemykające z łanów zboża w gęste trawy i paprocie lasu. Lato to także czas leśnych smaków. Nastała pora poziomek, aromatycznych, pachnących i kuszących niepowtarzalną czerwienią. Całkiem niedawno w dnie mieszanego lasu można było jeszcze zobaczyć kwitnące poziomki:

Tymczasem już oprócz jeszcze kwitnących "krzaczków", można smakować ich słodycz i rozkoszować się fantastycznym zapachem dojrzałych owoców, które z racji sporej dawki wilgoci są w tym roku okazałe:

Owoc poziomki, jednej z najpospolitszych i najsmaczniejszych roślin leśnych polan i świetlistych poręb ma też swoją symbolikę. Dla flamandzkiego malarza Hieronima Boscha, żyjącego na przełomie XV i XVI wieku, poziomka była symbolem piękna natury i delikatnego, subtelnego erotyzmu. Mówi się, że Bosch stał się inspiracją dla XX wiecznych surrealistów, a jego zainteresowanie motywami fantastycznymi i przyrodniczymi było czymś zupełnie wyjątkowym. Przyroda w jego twórczości miała określoną symbolikę. Dzięcioł oznaczał zwycięstwo nad grzechem, puszczyk-  herezję, a szczekający pies obmowę. Poziomka, często powiększona do nadnaturalnych rozmiarów była symbolem cielesnej, choć wysublimowanej miłości.

Pozostawiając artystyczne wizje i symbole, warto zainteresować się poziomką ze względu na jej lecznicze właściwości. Jej liści, kwiatów i owoców używa się w lecznictwie od niepamiętnych czasów, bo też pomaga ona na prawie wszystkie schorzenia. W lecznictwie ludowym stosowano poziomkę jako bardzo dobry środek w leczeniu kamicy nerkowej. Jest też znakomitym remedium na przemianę materii, ale według zasad medycyny naturalnej trzeba jeść bardzo dużo owoców poziomki przed posiłkiem, najlepiej około pół kilograma. No tak, ale to niełatwe zadanie, bo ja zbierałem taki słoiczek poziomek:

około pół godziny! Zawsze mówiłem, że mogę zbierać czarne borówki lub poziomki w większych ilościach, gdy będą miały wielkość przynajmniej dorodnych śliwek, bo to żmudna dłubanina. Poświęciłem się jednak, aby takim pysznym, leśnym deserem zrobić niespodziankę żonie, która kilka dni spędziła w szpitalu.Pyszna i lecznicza jest herbatka z liści, którą zaleca się pić codziennie. Świeże owoce poziomki roztarte na twarzy usuwają też piegi i zaczerwienienia, a ogólnie bardzo dobrze wpływają na cerę. Wybierzcie się do lasu w poszukiwaniu pysznych poziomek:

Pomijając ich symbolikę i lecznicze właściwości, są najlepszym dodatkiem do śmietankowych lodów. Warto posypać je nieco cukrem, poczekać aż puszczą sok, a potem połączyć z solidną porcją lodów. Co może być lepszego na aktualne upały? No może druga porcja lodów z poziomkami… Nie bacząc na kleszcze, komary, muchy i upał wyruszajcie na poziomki. Ja już byłem!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

23:08, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
wtorek, 18 czerwca 2013

Zrobiło się bardzo gorąco i parno, a synoptycy ostrzegają przed gwałtownymi burzami. Co chwilę słychać wieści z różnych zakątków kraju o wichurach, ulewach, gradobiciu i burzach. Wiele osób mówi, że obecny rok mija pod znakiem anomalii pogodowych. Występują powodzie, podtopienia i gwałtowne zmiany temperatur. No cóż, podobno Polacy lubią gawędzić o pogodzie…

Dziś dzień sprzedaży detalicznej i kilkanaście osób odwiedziło moja kancelarię, aby odebrać asygnaty potwierdzające zakup drewna. Stany magazynowe gwałtownie skurczyły się, co o tej porze roku budzi zadowolenie każdego leśnika. Zaraz po zakończonej sprzedaży jechałem do nadleśnictwa na naradę leśniczych. Jeden z kupujących drewno zapytał mnie wcześniej: „ Nad czym radzicie w tym nadleśnictwie, skoro las sam rośnie?”

 No tak, nie tylko w ramach obowiązkowej edukacji jeszcze wiele lat będziemy cierpliwie tłumaczyć, że leśniczowie naradzają się po to, aby jak najsprawniej zlecać usługi leśne, rozliczać wykonane prace w lesie i ewidencjonować wydane na nie pieniądze oraz przygotowywać szacunki brakarskie dla zaplanowanych cięć. Spotykają się także, aby dobrze zaplanować i sklasyfikować wszelkie zabiegi gospodarcze na przyszły rok, bilansować  bieżące wykonanie planu urządzania lasu itd., itd. Dziś także zastanawialiśmy się nad metodami zwiększenia udziału odnowień naturalnych w zagospodarowaniu lasu oraz poprawą jakości dróg leśnych. Dobre drogi w lesie są potrzebne do wywozu drewna, zabezpieczenia przeciwpożarowego, ale także niezbędne do korzystania z lasu przez wszystkich go odwiedzających. Nie wspomnę o różnych technicznych sprawach związanych z obrotem drewna, ogrodzeniami upraw leśnych, wykonywaniem prac pielęgnacyjnych czy udostępnianiem lasów turystom. Długo jeszcze będziemy opowiadać ludziom o mnogości zadań, które ciążą na leśnikach…

Wracając z narady zajechałem do lasu, aby sprawdzić wykonane pielęgnacje upraw. Tuż przy jednej z leśnych dróg zauważyłem oznakę tego, przed czym przestrzegają nas meteorolodzy:

Uderzenie pioruna solidnie pokiereszowało dąb stojący na skraju lasu i uprawy. Drzazgi odłupane z drzewa leżały nawet 20 metrów od pnia, a kilka oparło się na niedużej sosence:

To pioruńska siła! Niedawno, kilkanaście metrów obok tego miejsca piorun uderzył w inny dąb:

Co dziwne, obok rosną znacznie wyższe świerki:

, a dąb znajduje się w zaniżeniu terenu. Dawni Słowianie, którzy wierzyli w potężnego Peruna- boga grzmotów i piorunów, uważali, że burza to objaw jego gniewu.  Efektem uderzenia pioruna w ziemię i stopienia piasku kwarcowego jest czasem powstanie fulgurytu, czyli strzałki piorunowej. Fulguryt wyglądem przypomina marchewkę lub korzeń ze stopionego szkła z drobinkami piasku. Może „to" osiągać nawet 1 m długości. Nasi przodkowie używali ich jako amuletów. Od wielu lat nie znalazłem jednak takiego amuletu, choć pamiętam jego widok z dzieciństwa. Pioruny w lesie często uderzają w dęby, brzozy i jesiony, ale także w sosny i świerki. Chyba nie ma tu reguły, bo choć najczęściej uderzają w samotne drzewa, to także znajduję ślady gniewu Peruna na drzewach wewnątrz lasu:

 Zauważyłem też, że często ślady po piorunach widać w określonych miejscach, gdzie nawet na kilkunastu pobliskich drzewach widać „porysowane” zygzaki. Zwróćcie uwagę na takie miejsca w lesie i unikajcie ich w czasie burzy. Wprawdzie niezbyt często słychać o porażeniu ludzi w lesie, ale lepiej nie kusić losu. Burza w lesie jest niebezpiecznym i groźnym zjawiskiem, a zatem przed dłuższą leśną wyprawą lepiej sprawdzić prognozę pogody. Jeśli burza zastanie nas jednak w terenie leśnym, to przestrzegajmy takich przykazań:

- jeśli można szukajmy schronienia w samochodzie, bo tam jest zdecydowanie najbezpieczniej.

- należy pozbyć się metalowych przedmiotów, nie korzystać z telefonu, a gdy np. wracamy z ryb, nie trzymać w ręku wędzisk z włókna węglowego.

- gdy wędrujemy w grupie, lepiej rozproszyć się

- w żadnym wypadku nie kłaść się na ziemi i nie chować się pod pojedynczym drzewem (to jest przyczyną 25% porażeń człowieka)

- burzę najlepiej przeczekać w jakimś zaniżeniu np. pod małym świerkiem, czy gęstym krzewem

- należy usiąść na torbie, plecaku czy koszyku, który odizoluje nas od ziemi, trzymając razem ( nie w rozkroku) stopy podciągnięte pod siebie.

Gdy burza zastanie nas na szczęście w domu, a nie w lesie, to lepiej odłączyć od sieci elektrycznej wszelkie urządzenia i szczelnie zamknąć okna. Nie należy stać w szeroko otwartym oknie i podziwiać grozę burzy. Należy pamiętać, że człowiek jest bezsilny wobec żywiołów i doskonale przewodzi prąd. Pamiętajcie: to nie wstyd bać się burzy i z szacunkiem traktować potęgę Natury. Jednak nie tylko burzę znajdziemy teraz w lesie. Od połowy maja można spotkać także pierwsze owocniki grzybów jadalnych: czerwonych kozaków, żółciutkich kurek, a zdarzy się też borowik pod dębem. Na solidne grzybobranie musimy jednak jeszcze poczekać. Choć na poboczach leśnych dróg możemy już spotkać:

To czubajki kanie, zwane w mojej okolicy sowami. To smaczne grzyby, ale nie zbierajcie zbyt młodych, ani też zbyt starych owocników. Pierwsze łatwo pomylić z trującym muchomorem sromotnikowym, a stare owocniki wszystkich grzybów, gdy trafią do naszej kuchni, nie są zdrowe. Zachowajcie zatem rozsądek podczas czerwcowych spacerów i z powodu burzy, i podczas zbierania pierwszych grzybów.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

22:57, lesniczy.lp
Link Komentarze (9) »
sobota, 15 czerwca 2013

Dawno tak nie było, abym miał aż tydzień przerwy w blogowych zapisach. Potwierdza to moje powracające jak echo zapewnienie, że leśniczy nigdy się nie nudzi… Wciąż trwają intensywne wywozy drewna i ganiam od samochodu, do samochodu. Niektórzy kierowcy przyjeżdżają po drewno w dość „egzotycznych” godzinach, a z racji, że to czas szczególny, bo drewno szybko sinieje, czasem umawiam się z nimi bardzo wcześnie rano lub późno wieczorem. Leśniczego obowiązuje wprawdzie 40 godzinny czas pracy, ale też zakres obowiązków i odpowiedzialności rozpisany na trzy strony A4… Mamy też zadaniowy charakter pracy, a zatem trzeba sobie tak organizować dzień, aby ze wszystkim zdążyć.  Ledwo zakończyłem szacunki brakarskie to inwentaryzowałem szkody od zwierzyny w młodnikach i uprawach, szkody od podtopień, a teraz oglądam drzewostany liściaste pod kątem szkód od foliofagów czyli liściożerców.

Koniecznie trzeba pozaglądać nawet wysoko w korony drzew, bo niektóre dęby wyglądają tak:

Wiele dzieje się teraz w przyrodzie, także w świecie owadów. Jechałem późnym popołudniem na spotkanie rodzinne i zwróciłem uwagę na rząd wysokich topól przy drodze powiatowej, w drugim końcu mojego nadleśnictwa. Większość z nich była zupełnie pozbawiona liści, z których zostały tylko ogonki. Przekazałem swoje spostrzeżenie Wandzie, koleżance z Nadleśnictwa Trzciel, która zajmuje się ochroną lasu. Podejrzewałem sprawcę takich „wyczynów” ale Wanda rozpoznała go z właściwą sobie precyzją. Przysłała mi też fotkę bardzo ładnej, choć niesłychanie żarłocznej larwy:

To gąsienica białki wierzbówki, motyla z rodziny brudnicowatych, groźnego dla topól i wierzb w trakcie masowych żerów. Zwróćcie uwagę na topole w Waszej okolicy, bo teraz gąsienice żerują tam najintensywniej. Niebawem, na przełomie czerwca i  lipca pojawią się białe motyle. Od niedzieli do wtorku byłem w nadmorskim Jantarze i uczestniczyłem w spotkaniu Rady Krajowej Związku Leśników Polskich. Zainteresowanych spotkaniem odsyłam do strony www.zlpwrp.pl. Wieczorem wybrałem się na spacer brzegiem morza. Jantarów, czyli bursztynów nie znalazłem, ale moją uwagę zwróciły brązowe plamki na piasku:

Cały brzeg usłany był chrabąszczami. Widocznie lokalny szczep miał w tym roku rójkę, bo chrabąszczy było naprawdę dużo:

Część pływała, niesiona falami Bałtyku, a reszta leżała pośród muszelek na piasku. Ochoczo zbierały je mewy, które jak zwykle patrolowały teren przy przystani kutrów rybackich:

Rybacy łowią głównie flądry, czyli płastugi, choć czasem trafi się dorsz lub łosoś

Zdziwiła mnie obecność chrabąszczy na plaży o tej porze, bo z moich doświadczeń wynika, że te groźne dla leśnych upraw chrząszcze pojawiają się u nas zwykle w pierwszych dniach maja, gdy kwitną dęby. Może to kwestia przedłużonej zimy i nadmorskiego klimatu gdńskiej RDLP?

Ośrodek Leśnik w Jantarze jest uroczo położony w borze sosnowym, tuż za nadmorską wydmą:

Są tam wspaniałe warunki do wypoczynku, choć ja byłem tam służbowo i nie miałem czasu na korzystanie z walorów ośrodka wypoczynkowego. Warto wybrać się tam na urlop, aby nałykać się jodu, korzystać z leśnej ciszy, no i spróbować w pobliskiej smażalni pysznej flądry prosto z morza:

Po powrocie znad morza wpadłem w wir pracy, stąd nie miałem chwili, aby zasiąść przy blogowych zapisach. Taki to urok pracy leśniczego, że każda, nawet chwilowa nieobecność musi być szybko nadrobiona. Większość zadań trzeba wykonać samemu, mimo obecności podleśniczego. Drewno z wiosennego zapasu zostało wywiezione prawie na zero. Najczęściej mam  w lesie kilkaset, a zimą około tysiąca m3, a teraz zostało zaledwie około 100 m3. Choć za chwilę odbuduję zapasy,bo we wtorek pojawił się w trzebieży późnej harwester :

Ekipa pana Krzysztofa także nie próżnuje i pielęgnuje młodsze drzewostany, pozyskując surowiec na zrębki i drewno średniowymiarowe w długościach 2,40 i 1,80:

 

Wczoraj wspólnie z zastępcą nadleśniczego dokonywaliśmy przeglądu luk w drzewostanach, które zostały wpisane do ewidencji przez „urządzeniowców” tworzących plan działań w lesie na 10 lat. Są to miejsca w lesie, gdzie nie ma drzew i należy je w ciągu 10 lat dolesić. Część luk już dolesiłem, ale niektóre są potrzebne przyrodzie, która sama je zagospodaruje poprzez naturalna sukcesję. Z drugiej strony są to pewnego rodzaju odpowiedniki ugorów na polach, gdzie nie ma produkcji i czasem nie można pozwolić sobie na marnotrawienie terenu. Należy jednak to starannie przemyśleć, bo część takich miejsc jest konieczna do składowania drewna, dojazdu do innych drzewostanów, zawracania wielkich samochodów lub stanowi naturalną granicę na styku pole-las. Uwzględnię to w planowaniu wszystkich zabiegów, które muszę wykonać do 10 lipca. Leśnictwo opiera się na dokładnym planowaniu, stąd muszę zaprojektować składy upraw zakładanych w 2014 roku, wyliczyć ilość potrzebnych sadzonek, metry siatki, kilogramy gwoździ, a także godziny pracy potrzebne do zaplanowania kosztów:

 Podobnie muszę precyzyjnie zaplanować czyszczenia, pielęgnacje, zabiegi z ochrony lasu, turystyki i ochrony przeciwpożarowej. Naturalnie wszystko to trzeba wklepać do systemu informatycznego z zachowaniem odpowiednich kodów czynności  i lokalizacji wynikających z planu urządzania lasu na 10-lecie. Nie ma czasu na nudę! Wiele dzieje się też w przyrodzie ale coraz trudniej coś zobaczyć w gąszczu zieleni, wysokich trawach i zbożach na polu. Wczoraj obserwowałem już całkiem wyrośniętego koźlaczka sarny i spotykam lochy z pasiastymi warchlakami, które coraz odważniej oddalają się od barłogów. Jelenie mają już spore poroże w scypule, choć przecież całkiem niedawno zrzucały swoje uperlone tyki, pełne odnóg. W lesie już coraz ciszej, bo skrzydlaci śpiewacy uwijają się przy karmieniu coraz większych piskląt, a wiele z nich opuściło już gniazda. Słońce grzeje coraz bardziej, a wszelkie bzyczące owady dają się we znaki spoconemu leśniczemu. Znaczy się zaczyna się lato…

Leśniczy Jarek-lesniczy@erys.pl

 

16:00, lesniczy.lp
Link Komentarze (8) »
sobota, 08 czerwca 2013

Przez cały miniony tydzień sporo czasu pochłonął mi wywóz drewna. Dodatkowo sprawę komplikowało błoto na leśnych drogach. Organizacja wywozu wymaga sporych umiejętności logistycznych, doskonałej znajomości terenu, zachowania asertywnej postawy wobec pomysłów kierowców oraz wielkiej cierpliwości w komunikacji społecznej. Większość drewna do wywozu w moim leśnictwie przygotowane jest przy jednej drodze wywozowej. Musiałem tak organizować wywóz, aby samochód z papierówką sortowaną pojawił się po samochodzie z papierówką „zwykłą”, ale przed samochodem po kłody. Gdyby dwa duże samochody spotkały się na wąskiej, leśnej drodze nie byłoby szans się wyminąć, a cofać z przyczepą 2 km nie jest łatwo. Dlatego wcześnie umawiałem pierwszy samochód i siłą rzeczy cały tydzień już około 6.30 drukowałem kwit wywozowy, a samochód wyjeżdżał na asfalt z lasu.

Czekając na drugi samochód przeglądałem uprawy wymagające pielęgnacji, sprawdzałem wykonanie czyszczeń i notowałem sobie zabiegi wymagające zaplanowania na 2014 rok. Bo do 10 lipca muszę precyzyjnie zaplanować wszystko to, co będę wykonywał w leśnictwie z hodowli, ochrony lasu, ochrony ppoż, turystyki itd. Trzeba zaplanować składy gatunkowe upraw, ilości sadzonek, metry siatki, kg gwoździ i hektary czyszczeń z dokładną lokalizacją itp. Naturalnie wszystko należy cierpliwie i dokładnie „wklepać” do komputera z zachowaniem odpowiednich kodów czynności i wyliczeniem materiałów.

Ale te wcale nie optymistyczne wizje kolejnego zadania rekompensowało piękno poranka w lesie. Bo stare porzekadło leśno-myśliwskie mówi: „Ranek to panek”. Zawsze tak powtarza mój serdeczny kolega Zbyszek z leśnictwa Wyszanowo, który przejął je od leśniczego Konstantego, już emerytowanego leśniczego z Czarnego Bociana. Przyroda o poranku jest zupełnie inna, szczególnie teraz, u progu lata. Zajrzałem rano nad Obrę, która malowniczo wije się przez lasy i pola:

Liczyłem, że może spotkam zimorodka, który czasem się tam pojawia. Jednak oprócz paru krzyżówek i uwijającej się nad wodą pliszki siwej nic więcej nie zobaczyłem. Ruszyłem w stronę Kuligowa sprawdzić tam kilka upraw. Wysiadłem z samochodu na skraju lasu i pola i naraz w trawie zobaczyłem coś ciekawego:

To nie oko opatrzności, to spoglądał na mnie pan bażant:

Za chwilę coś szarego mignęło w trawie i przez drogę „myknęła” pani bażantowa:

Odezwał się mój telefon i kierowca zawiadomił, mnie, że przez korki na krajowej „3” będzie ze 40 minut później. No cóż, zwykła sprawa. Chowałem telefon gdy coś pojawiło się na horyzoncie:

To jeden, a za chwilę drugi szarak przemknęły po polu. No tak, to przecież czas parkotów. Parkoty zajęcy, czyli ich gody, zaczynają się - zależności od pogody - od połowy stycznia lub początku lutego i trwają do sierpnia, najintensywniej jednak w maju i właśnie teraz, w czerwcu. W czasie  parkotów za jedną samicą biega często kilka samców. Parkoty odbywają się zarówno w nocy jak i w ciągu całego dnia, stąd łatwo teraz z bliska obserwować ostrożne zazwyczaj szaraki. Zaaferowane poszukiwaniem samicy lub zgubieniem konkurencji zające mało przejmowały się moją obecnością. Jeden z nich podbiegł do mnie bliżej:

Popatrzył na mnie lekceważąco i zbliżył się na 3-4 metry:

Miał mokrą od rosy turzycę (czyli sierść) ale zawadiacko zadarty omyk (ogon). Zając jest pochodzenia azjatyckiego, pustynnego i dlatego jest bardzo wrażliwy na wilgoć i deszcz. Szczególnie wrażliwe są młode, które pojawiają się (zające kocą się) 2-4 razy w roku. W jednym miocie bywa od 2-4 młodych, jedna samica ma nawet do 10 potomków w roku, ale wiele z nich ginie. Młode rodzą się dobrze wyrośnięte, owłosione i z otwartymi oczami. Żywią się przez okres 2-3 tygodni mlekiem matki. Matka nie troszczy się zbytnio o swoje maleństwa, bo nie chce swoją obecnością zwabiać drapieżników. Bardzo wcześnie pozostawia je same, przychodzi je karmić tylko 2-3 razy w nocy, a po 2-3 tygodniach całkowicie przestaje się opiekować się nimi.

 Małe zajączki mają ochronne ubarwienie i mało się ruszają, stąd trudno je wypatrzeć. Młode do czasu wyrośnięcia żyją razem, a potem rozłączają się, nie odchodzą jednak zbytnio od miejsca urodzenia. Mój zając nie zwracał na mnie uwagi, ale co chwilę otrząsał się komicznie zniecierpliwiony, bo natrętne owady nie dawały mu spokoju i latały wokół niego gęstą chmurą. Wokół mnie oczywiście też, a zobaczcie ile ich jest:

 Pojechałem dalej, bo czas naglił, choć zające to bardzo sympatyczne zwierzaki i lubię je obserwować. W zbożu zobaczyłem sterczące łyżki, czyli uszy jelenia- łani. Nie zdążyłem jednak wyciągnąć aparatu, aby ją tam „ustrzelić”, a łania przebiegła przez drogę, pole:

aby szybko zniknąć w gęstym młodniku. Miała wyraźnie zaokrąglone boki i pewnie niebawem będzie spacerować z cielakiem.

Nieopodal dwuletniej uprawy sosnowej obserwowałem polującego z sukcesami:

bociana białego. Przebiłem się do przełajem innej uprawy, a trawa wyrosła solidna:

W poniedziałek będą tam warczeć wykaszarki. W przeglądzie asystował mi stary rogacz, który spoglądał na mnie z łanu zboża:

Przyznajcie, że to bardzo trafne powiedzenie: „Ranek to panek”! Przez około 40 minut spotkałem sporo zwierząt, ptaków i mnóstwo ciekawych widoków. Wszystko to już stosunkowo późnym porankiem, bo ok. 4-5 rano jest jeszcze ciekawiej! No i przecież wszystkiego nie udało się sfotografować… Nie przegapcie takich cudownych poranków, bo to już ostatni moment. Za chwilę kwiaty przekwitną, zboża pobieleją.  Na razie w  polu też jest ślicznie o poranku:

Jutro niedziela, może warto zerwać się wcześniej z łóżka, choć lenistwo jest takie przyjemne i obserwować zajęcze parkoty, przechadzki bażantów oraz barwny świat przyrody. Najlepiej jak najwcześniej, bo ranek to panek! Miłej niedzieli!

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

22:51, lesniczy.lp
Link Komentarze (5) »