O tym co w lesie piszczy...
O autorach
RSS
piątek, 28 grudnia 2012

Dziś wysłałem do komputerowej bazy nadleśnictwa ostatni transfer danych z mojego rejestratora dotyczących odbiórki drewna. Tym sposobem definitywnie zamknąłem rok gospodarczy. Wystawiłem ostatnie zestawienia prac, które także przesłałem via "zdalny transfer danych” do nadleśnictwa. Powstanie z nich  protokół odbioru robót wykonanych przez obecny ZUL, który w przyszłym roku nie będzie już ze mną współpracował, bo inny ZUL przedstawił korzystniejszą ofertę. Moje biurko wciąż jeszcze przykrywa warstwa dokumentów, ale po zakończeniu lwiej części prac nie mogłem zrobić nic innego jak nie „teleportować się” w teren leśnictwa. Wyszło dziś słońce i utrzymywał się lekki mrozik, a zatem jak siedzieć za biurkiem? Sprawdziłem część drewna, które czeka na sprzedaż już w nowym roku. Wszystko gra zgodnie ze stanem magazynowym, a widnieje na nim około 1000m3. Sprawdziłem przy okazji stan kilku ogrodzeń i zajrzałem do wielu zakątków leśnictwa. Życie leśniczego nie znosi próżni i w pierwszych dniach nowego roku zabieram się intensywnie za szacunki brakarskie na rok 2014. Muszę zaplanować i wyznaczyć w terenie wszystkie zabiegi związane z pozyskaniem drewna, czyli zręby, trzebieże, czyszczenia oraz cięcia sanitarne. Oglądałem około trzydziestoletni fragment lasu właśnie pod kątem ewentualnej trzebieży, gdy moją uwagę zwróciła wydeptana przez zwierzynę ścieżka. Czarna wstążka wiła się poprzez firankę świerków do polany porośniętej olchami:

Środek polany wyglądał jak kąpielisko borowinowe w sanatorium:

 Tak to sobie przynajmniej wyobraziłem, bo jak na razie NFZ nie kwapi się , aby mnie tam wysłać. Błotniste zagłębienia pełne były tropów dzików, choć widziałem także odciski racic jeleni. Dzicze tropy są bardzo charakterystyczne:

Było to spore babrzysko, czyli miejsce błotnej kąpieli dzików i jeleni. Zwierzęta uwielbiają babrać się w błocie i chętnie korzystają z takich kąpielisk zwanych także „brochowiskami”. Najczęściej korzystają z nich latem i szukają w chłodnym błocie ochrony przed upałami oraz starają się w ten sposób zabezpieczyć przed uciążliwymi pasożytami skóry. Takie błotne Spa mają duże znaczenie dla dzików, choć korzystają z nich chętnie jelenie, szczególnie byki. Bardzo często dziki przed wyruszeniem na żer wcześniej zażywają kąpieli. Rzadko zdarza się im to czynić na zakończenie żerowania. Wbrew pozorom takich błotnistych miejsc w lesie, wypełnionych rzadkim, lepkim błotem z niewielką domieszką wody jest najczęściej niewiele. Dziki korzystają wtedy także z kałuż na rozjechanych leśnych drogach lub szukają ochłody w śródpolnych bagienkach. Latem te błotne kąpiele są zrozumiałe, bo każdy szuka ochrony przed upałem no i insektami, ale dlaczego dziki tarzają się w błocie także zimą? Dziki to mądre stworzenia i wiedzą co robą. Zimą wyszukują właśnie takie błotniste fragmenty olsów, jak to dzisiejsze babrzysko, które nie zamarzają zbyt szybko. Po kąpieli w błocie zajmują się działalnością artystyczną i „malują” drzewa na czarno:

Takie „pomalowane” drzewa zwykle łatwo znajdziemy w pobliżu kąpielisk. Po pozostawionej w korze sierści możemy poznać jaki zwierz je „pomalował”, a po wysokości „malunku” możemy w miarę dokładnie ocenić wielkość dzika. „Malowanie” drzew ma na celu pozbycie się nadmiaru błota, a jest szczególnie intensywne w trakcie wymiany włosa w „sukni” zwierzęcia. Dziki szczególnie chętnie wcierają błoto w sierść zimą, bo to w połączeniu z żywicą z pokaleczonych sosen czy świerków tworzy na ich ciele pancerz. Samice wybierają raczej drzewa liściaste- olchy lub brzozy. Ocieranie się o drzewa iglaste, wydzielające żywicę jest ważne głównie dla odyńców ( starych dzików samców) i wycinków (trzyletnie dziki samce o wycinających się kłach, czyli szablach). Biorą one udział w huczce, walcząc o względy samic, czyli loch. Huczka dzików różnie przebiega, ale jej nasilenie przypada najczęściej na przełom listopada i grudnia czyli zimą. Dziki- samce toczą nieraz bardzo zażarte walki o samice. Obchodzą się wokół, napierają barkami i zadają rany ostrymi szablami. Pancerz z zaschniętego błota i żywicy na ciele odyńca znakomicie zabezpiecza jego narządy wewnętrzne przed uszkodzeniem. Malowane drzewa często też noszą ślady dzikich szabel, bo odyńce trenują na nich walkę z rywalem:

Leśnicy otaczają opieką takie miejsca i starają się nie przeszkadzać zwierzynie z ich użytkowania. Czasem wspólnie z myśliwymi pogłębiają bagniste dołki, aby zwierzyna miła tam także dostęp do wody pitnej. Błotne kąpieliska i latem, i zimą to dla dzika ważna sprawa… Należy unikać wchodzenia na takie miejsca, bo ludzki zapach odstrasza na jakiś czas zwierzęta. Dlatego wycofałem się szybko z tego dziczego „zimowego spa”.  Oczywiście wcześniej zapisałem je dobrze w pamięci ale z racji sporej zajętości "twardego dysku" także w kalendarzu leśnika to miejsce. Warto wędrować po lesie, który niby tak doskonale znany zawsze ukaże coś nowego. Ruszyłem dalej przez pszczewski bór. Może na spotkanie Nowego Roku, który już coraz bliżej?

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

22:25, lesniczy.lp
Link Komentarze (5) »
niedziela, 23 grudnia 2012

Dziś, pomimo wcześniejszych innych prognoz, posypało na biało śnieżnym puchem. W lesie udało się zakończyć wszelkie prace. Na poświąteczny czas zostało odebranie zaledwie kilku stosów, które zrywkarz obiecał "na wczoraj" ostatecznie przygotować do odbiórki. Napełniłem karmniki słonecznikiem i wywiesiłem solidny zapas tłuszczowych pyz. Przecież ludzie także przygotowują dla siebie pyszne potrawy na świąteczny stół i już jutro podzielą się białym opłatkiem.

 Pamiętam z czasów dzieciństwa jak chodziłem na plebanię po opłatek. Ksiądz Władysław wkładał w kopertę opłatek z kolorową opaską i tłumaczył: „Ten bielutki jest dla was, którzy zasiądziecie przy wigilijnym stole, a te kolorowe- zielone i różowe są dla zwierząt, które nam służą i dają pożywienie. Włóż je w wigilijny wieczór do ich karmy, żeby nie obgadały cię w tę radosną noc. Wiem, że kiedy możesz ganiasz do lasu, to nie zapomnij także o leśnych stworzeniach". Wracałem do domu i układałem na talerzyku udekorowanym świerkową łapką i listkiem jemioły zarówno biały, jak i kolorowy opłatek. W wigilijne południe zanosiłem kawałek zielonego opłatka do posypu dla kuropatw,  który ustawiłem z moim tatą w polach, tuż za domem i w pobliskie krzaki bzu, gdzie podchodziły zające, a czasem sarny. Różowy opłatek drobiłem świnkom i królikom.

 Dzielenie się opłatkiem w wigilijny wieczór to zwyczaj wywodzący się z czasów pierwszych chrześcijan, którzy łamali się chlebem. Łamanie się opłatkiem ze zwierzętami hodowlanymi i leśnymi, to także stary zwyczaj, sięgający XVI wieku. Wierzymy od wieków, że kolorowy opłatek, który w odróżnieniu od białego nie jest święcony, strzeże zwierzęta przed wszelkimi chorobami, wilkami i … złym spojrzeniem. Dzięki temu, że zwierzęta w wigilijną noc kosztują kolorowego opłatka mogą mówić ludzkim głosem i oceniać swoich gospodarzy. Nie wolno ich jednak podsłuchiwać… W różnych regionach Polski istnieją rozmaite zwyczaje dotyczące dzieleniem się ze zwierzętami pokarmami połączonymi z kawałkami opłatka.  W ten sposób dziękowano koniom za ciężką pracę, krowy proszono o mleko, a kurom dawano z opłatkiem groch, aby dobrze się niosły. Dlatego dzisiaj zadbałem o moje kury i o ptasie bractwo, które odwiedza leśniczówkę. Dzięcioł Antek z zadowoleniem przyjął nowa porcję pyz:

Jemiołuszki, kosy i kwiczoły posilają się jabłkami:

Nawet mazurek dogadał się z Antkiem i każdy dziobał ze swojego końca:

Kręci się mnóstwo sikor, dzwońców. Pojawił się dziś rudzik i sierpówki, które „podłączają się” do kurzego ziarna. Mam nadzieję, że ptaki nie będą na mnie narzekać w wigilijną noc. Córki zjechały z miasta do leśniczówki i pomagają Reni w przygotowaniach. Z kuchni dolatują boskie zapachy drożdżowego makowca, grzybów i innych specjałów:

 Dziś ubraliśmy już choinkę:

Według wierzeń przodków świerk, jodła i sosna zawierają w sobie życiodajne moce i mają cudowne właściwości, dlatego przynosimy je do domu. Świąteczna choinka to stary zwyczaj i wielu sądzi, że wcale nie przyjęty od Niemców w XX wieku. Przecież od wieków Słowianie wieszali u pułapu wierzchołek drzewka zwany w zależności od regionu podłaźniczką, jutką, jeglijką czy wiechą. To drzewko zastąpiono potem „odpatrzoną” rzeczywiście od Niemców pionowo stawianą choinką, która ma chronić dom od złych mocy. Każda ozdoba choinkowa oraz łańcuchy, jabłka, orzechy mają swoją symbolikę oraz historię. Podobnie inne świąteczne symbole. Na tarasie powiesiłem dziś oświetloną lampkami gałąź jemioły:

O symbolice jemioły pisałem Wam w minionym roku. Jak to szybko minęło! Na naszej choince jest wiele ozdób o pamiętnej historii i większość z nich wiąże się z miłymi wspomnieniami. Te „owocowe” kupiliśmy podczas majowego wypadu w Karkonosze i do uroczego Czeskiego Raju:

Najważniejszym momentem i faktycznym rozpoczęciem Świąt Bożego Narodzenia jest chwila dzielenia się opłatkiem. W Polsce to zwyczaj bardzo odrębny, jedyny w swoim rodzaju i mający znaczenie mistyczne. W dzieleniu się opłatkiem nie przeszkadzały nam wojny, rewolucje i inne zakręty dziejów. Łamano się nim na zsyłce w mrozach Syberii, w obozach koncentracyjnych, w okopach wojennych oraz na dalekiej emigracji. Opłatek wysyła się bliskim osobom, nieobecnym przy wigilijnym stole w listach, łącznie z świątecznymi życzeniami. Pięknie zdobione opłatki były główną ozdobą dawnych podłaźniczek. Wyrób opłatków to osobna dziedzina sztuki, gdzie przeplata się polska fantazja ze zręcznością artystów. W wigilijny wieczór dzielenie się opłatkiem rozpoczyna zawsze pan domu, który rozdaje białe kawałki każdemu z obecnych… Nie zapomnijcie podzielić się opłatkiem i karmą z ptakami oraz zwierzętami. W czasie świątecznego spaceru podrzućcie do paśnika marchewkę lub garść ziarna. Przy wigilijnym stole, gdy zabłyśnie pierwsza gwiazdka połamcie się opłatkiem i zasłuchajcie w kolędy z płyty „Leśna kolęda 2012”.

Życzę Wam rodzinnych i spokojnych Świąt przy zielonej choince, pod którą znajdziecie zapewne wymarzone prezenty. Wszystkiego świątecznego zasyła Wam z pszczewskiej leśniczówki leśniczy Jarek z całą rodziną. Wesołych Świąt!

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

21:08, lesniczy.lp
Link Komentarze (6) »
piątek, 21 grudnia 2012

Dziś ze zdumieniem zauważyłem, że nie sprawdziły się przepowiednie dotyczące końca świata i trzeba jak co roku ostatecznie zakończyć i rozliczyć wszelkie prace w leśnictwie. Nie odzywałem się kilka dni, bo wiele się działo się w moim leśnictwie i całej firmie. Bo tam, jak we wszystkich nadleśnictwach w kraju trwa gorączkowe liczenie. Specjaliści z działów technicznych dopinają umowy podpisane z odbiorcami drewna i obliczają ile kubików  potrzeba jeszcze do zamknięcia planu sprzedaży oraz ile można przyjąć na stan leśnictw, aby precyzyjnie wykonać plan pozyskania. Podobnie trzeba w punkt rozliczyć umowy zawarte z zulowcami na wykonanie usług leśnych. Leśniczowie nie rozstają się z kalkulatorami. Przecież to w leśnictwie jak w oku soczewki skupia się cała gospodarka leśna i towarzyszące jej zamierzenia remontowe oraz inwestycyjne. Do końca roku pozostało już niewiele dni i z wszystkim trzeba zdążyć i trafić w punkt.  Bo dzisiejsze leśnictwo, pomimo tego, że jest to praca na żywym, często nieprzewidywalnym organizmie, opiera się na bardzo precyzyjnym planowaniu. Obecnie straciło zupełnie aktualność powiedzenie: „W lesie i w wodzie- niepoliczone”.  Planuje się ilość, jakość i rodzaj drewna do pozyskania oraz do sprzedania w skali roku. Drewno powstaje z drzew wyciętych podczas zabiegów gospodarczych, które są dokładnie zaplanowane co do rodzaju i miejsca:

 Trzebieże czy czyszczenia muszą być wykonane w tym roku, bo należy w pełni realizować przygotowany na 10 lat plan urządzania lasu i ich roczny rozmiar jest elementem umowy podpisanej z ZUL-em. Wszystko to składa się na plan kosztów, którego wykonanie jest gwarancją osiągnięcia założonego wyniku finansowego. Brzmi to strasznie skomplikowanie i łatwe nie jest, ale każdy leśniczy, oprócz codziennych zadań terenowych musi poradzić sobie także w zmaganiach z logistyką, ekonomiką i rachunkowością. Co ważniejsze, wszelkie plany muszą być realizowane dokładnie, czyli  w punkt. Leśniczy to nie „stachanowiec”, ani nie Bronek Talar. Pamiętacie polski serial „Dom”? To tam w realiach odbudowującej się po wojnie Warszawy  znajdziecie opowieść o przodowniku pracy Bronku Talarze, który wyrabiał 130 % normy i więcej. Kiedyś, w innej sytuacji polityczno-gospodarczej także leśniczowie musieli wykonywać plany ponad normy. Przecież socjalistyczna ojczyzna potrzebowała drewna dla kopalń, hut i fabryk. Za przekroczenie zaplanowanej ilości pozyskiwanego drewna wypłacano leśniczemu i jego robotnikom  premie. Ale wtedy liczyło się tylko drewno i  nikt nie zawracał sobie głowy społecznymi funkcjami lasu. Dzisiaj czasy przekraczania norm w stylu Bronka Talara odeszły w niepamięć. Wszystko , co zaplanowano musi być w pełni zrealizowane i nie ma mowy o odstępstwach w górę czy w dół.  Hektary trzebieży, metry drewna i złotówki kosztów oraz przychodów muszą się zgodzić. Leśniczowie często spotykają się teraz na krótkich naradach, które nazywają giełdami. Bo tam trwa ruch jak na warszawskiej giełdzie  papierów wartościowych:

 Jeden leśniczy ma za mało kubików aby wykonać rozmiar trzebieży, innemu zostaje za dużo w planie pozyskania, ale nie ma już planowych zabiegów i nie może pozyskać potrzebnego drewna. Odbiorcy drewna naciskają na pełna realizację umów i pomimo śniegu czy błota wciąż jadą z leśnictw samochody z drewnem:

 Do tego dochodzi jeszcze pełna realizacja zadań z ochrony przeciwpożarowej, turystyki i hodowli lasu. Trzeba także pamiętać o czyszczeniu budek lęgowych i zawieszeniu nowych:

Zakończyć należało także awansowe przygotowanie gleby pod wiosenne odnowienia, no i wywiesić karmę dla ptaków, żeby nas nie obgadały w wigilijną noc, że o nie kiepsko dbamy. Wszystko musi idealnie pasować w skali nadleśnictwa. Oczywiście wszystko trzeba sumiennie udokumentować i przekazać prawidłowo sporządzone dokumenty do nadleśnictwa, a zapewniam Was, że nie jest to takie proste:

Coraz bliżej święta i zarówno w zimowym lesie, jak i na ulicach miast można poczuć magię świąt:

 

Na warszawskiej giełdzie dzwoni dzwon:

A na giełdzie leśniczych wciąż dzwonią telefony i przekazywane są pilne informacje  do podleśniczych i zulowców. To naprawdę ostatni dzwonek, aby wykonać wszelkie zadania na 100%. To nie koniec świata, jak powtarzał pan Popiołek w serialu „Dom”, ale łatwiej było przekraczać normy z kielnią w ręku jak Bronek Talar niż wszelkie zadania w leśnictwie wykonać w punkt. Ale leśniczowie potrafią to wykonać znakomicie…

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

22:02, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
niedziela, 16 grudnia 2012

Zimowe długie wieczory to dobra pora na pewne przemyślenia, szczególnie gdy nieuchronnie zbliża się koniec roku. Warto czasem znaleźć chwilę dla siebie, niekoniecznie spędzoną przed telewizorem i spojrzeć jakby z boku, a może z góry, czyli  „z lotu ptaka” na swoje życie zawodowe oraz prywatne. Czasem narzekamy na pośpiech, chroniczny brak czasu i nadmiar wszelkich obowiązków. Dajemy nieść się fali nowoczesnego życia wypełnionego wspinaniem się po szczeblach kariery i ciągłą dominacją, a nawet kultem pieniądza. To nic złego, ani strasznego. Stare ludowe powiedzenie : „bez pracy nie ma kołaczy” wciąż jest aktualne. Chcemy dobrze zarabiać, bo zawsze jest tyle potrzeb, a żeby dobrze zarabiać trzeba dużo pracować. Spróbujmy  tylko nie zatracić się zupełnie w tym pędzie i zachować normalność. Każdy ma swoją własną definicję normalności. Dla mnie, leśnika, normalność związana jest z rozumieniem rytmu przyrody i związkami z tradycją. To takie proste i oczywiste. Nie myślcie, że zebrało się mi dzisiaj na filozoficzne wykłady. Po prostu żyjąc blisko przyrody łatwiej rozumieć wiele zjawisk i stosować je we własnym życiu. Bo kiedy za oknem mamy takie widoki:

To pora nieco zwolnić pęd życia i dać sobie chwilę wytchnienia. Przyroda i naturalny rytm pór roku zmusza nas do tego. Długie popołudnia i wieczory są po to, aby odpocząć i mieć czas na kontakty z przyjaciółmi i rodziną. Wiąże się to także z tradycją, obyczajami i układem świątecznych dni w kalendarzu. Człowiek źle czuje się żyjąc samotnie i jest istotą społeczną. Po co to zmieniać, skoro cały proces ewolucji nas do tego przygotował latami?  Ale ludzie w mieście wymyślili sztuczne światło i hale produkcyjne, aby można pracować całą dobę. Po pracy zamknęli się w we własnych domach i ograniczyli maksymalnie bezpośrednie kontakty z innymi ludźmi. Po co rozmawiać jak można napisać sms-a, emaila lub ewentualnie przeglądać wieści na portalu społecznościowym?  Czasem taki styl życia dotyka także nawet mnie. Na szczęście tylko czasem...  W końcu roku odbiorcy drewna nie mogą wyrobić się  z realizacją umów i przewoźnicy po ciemku ładują drewno, wydłużając dzień pracy leśniczego czasem nawet bardzo mocno. To drewno przygotowane na przełomie listopada i grudnia pojechało do odbiorców ładowane bardzo późnym popołudniem, przy sztucznym oświetleniu:

Cały rok dużo pracuję i mam mnóstwo różnych obowiązków. Zawsze jednak staram się tak ułożyć sobie kalendarz, aby choć raz w tygodniu mieć czas na kontakty rodzinne czy towarzyskie. Daje to przypływ dobrej energii i sprzyja rozwojowi osobistemu. Oczywiście jest to poza codziennym życiem rodzinnym, które jest bardzo ważne i potrzebne każdemu z nas. Życie rodzinne i towarzyskie skupia się zwykle przy stole. Przynajmniej tak jest w moim domu, gdzie bardzo rzadko jada się posiłki poza domem, bo jak na wsi wyskoczyć coś zjeść „na mieście”? Ludzie zwykle spotykają się przy stole i jest to pozytywna tradycja, obyczaj i dobrze, jeśli są to nie tylko odświętne spotkania. Po posiłku miło napić się czegoś pysznego i zdrowego, szczególnie zimą, gdy łatwo o infekcje, przeziębienia czy inne dolegliwości. Tu także pomaga nam tradycja i mądrość przodków, którzy wymyślili receptury doskonałych, naturalnych i zdrowych nalewek:

 To szlachetne trunki, które szczególnie gdy powstały z leśnych owoców i kwiatów doskonale służą zdrowiu i przyjemności. Od jakiegoś czasu odżyło w Polsce „nalewkowe hobby”, ale od wieków sporządzaniem nalewek zajmowali się leśnicy. Dereniówka, miodówka, dzięgielówka, pigwówka czy nalewka orzechowa, z kwiatów czarnego bzu lub głogu to poezja smaków i aromatów. Wielu leśników wyczarowuje wspaniałe trunki według własnych, starych receptur. Składa się nie ogromna wiedza na temat leśnych owoców, ziół, korzeni, a także miodów czy przypraw. Łączenie tych smaków w sobie tylko znanych proporcjach z alkoholem jest sztuką. To wielka przyjemność, gdy późnym popołudniem znajdzie się chwila bez perspektywy siadania za kierownicą czy obowiązków służbowych i wspólnie z żoną można skosztować pysznej nalewki z leśnych malin:

 W mojej szafie stoi spora bateria rozmaitych, czasem unikalnych butelek ze smakami lasu i ogrodu. Moje nalewki są tylko z owoców własnoręcznie zbieranych i każda jest unikatem, gdyż są sporządzane w bardzo niewielkich ilościach. To także wspaniały prezent dla zacnych gości i serdecznych przyjaciół. Bywa, że pięknym prezentem jest sama receptura na niepowtarzalną nalewkę i dzisiaj podzielę się z Wami darem od leśniczego Jerzego Miliszewskiego z Nadleśnictwa Rymanów, który wcześniej poczęstował mnie łyczkiem tego specjału a potem obdarował takim oto przepisem:

MIODÓWKA  leśniczego Jerzego

Składniki  na  5 l wyrobu o mocy 48%

1,5 l miodu, najlepszy jest gryczany lub wielokwiatowy

2,5 l spirytusu  96%

0,8 l dobrze przecedzonego soku z cytryn / potrzeba ok. 3 kg dorodnych cytryn/

3 czubate łyżki dobrej kawy mielonej

1 czubata łyżeczka gałki muszkatołowej mielonej

Do szklanki wsypać kawę i gałkę muszkatołową , zalać wrzątkiem, przykryć i parzyć 15 min. Miód rozgrzać w garnku do płynności , dolać sok z cytryny oraz napar z kawy i gałki bardzo dokładnie przecedzony przez wielokrotną gazę lub filtr do kawy. Naparu potrzeba 0,2 l na 5 l gotowego wyrobu. Króciutko całość zagotować i pozbierać szum gęstym sitkiem. Przestudzić  i  dolać spirytus , rozmieszać  i przelać do gąsiorka lub wprost do butelek. Jeśli chcemy mieć elegancki , klarowny napitek to trzymamy w gąsiorku, w ciemnym miejscu,  przynajmniej miesiąc i ściągamy nalewkę delikatnie cieniutkim wężykiem znad osadu. Osad wykorzystujemy do polewania lodów , wzmocnienia herbaty  bądź wypicia na rozgrzewkę. Miodówka nie wymaga długiego dojrzewania , po dwóch tygodniach jest już przednim trunkiem, ale jak każda nalewka w miarę wystania staje się coraz szlachetniejsza.

Jerzy preferuje miodówkę nieklarowaną, wtedy należy przed postawieniem na stół wstrząsnąć butelką.

Ważne jest także jak i w czym podajemy nalewkę, dlatego warto kolekcjonować ciekawe butelki i karafki. Naturalnie znaczenie mają także kieliszki, z których moje ulubione to te na wysokiej nóżce, choć lubię także niskie beczułki z motywami myśliwskimi, które podarował nam kolega Jura z czeskich Moraw:

Na imprezy plenerowe przydaje się tradycyjna, leśna kulawka:

 To szklany kieliszek, często oprawiony w róg lub metal, kunsztownie zdobiony, popularny w Polsce od XVII wieku. Nazywana jest także kuszykiem lub kusztykiem, stąd istnieje powiedzenie: ”napić się po kusztyczku nalewki”. Pewnie Wam jeszcze kiedyś opowiem o leśnych nalewkach bo to temat ogromny jak puszcza, ale dziś, tymczasem spełnijmy toast pomyślności kusztyczkiem derniówki z okazji... mojego dwusetnego wpisu na "Blogu Leśniczego". Oby nam wszystkim bór darzył!

 

Leśniczy Jarek- leśniczy@erys.pl

 

 

 

17:56, lesniczy.lp
Link Komentarze (9) »
czwartek, 13 grudnia 2012

Dziś z mojego leśnictwa wyjechało 8 samochodów z drewnem kłodowanym, czyli ze starymi sosnami pociętymi na 4 i 5 metrowe kawałki. Ostatni samochód wyruszył z lasu, gdy było już zupełnie ciemno. To wątpliwy urok końca roku. Odbiorcy chcą odebrać zamówione drewno, choć leśne drogi są solidnie zasypane śniegiem, a dzień króciutki. Cóż począć, „klient nasz pan”, choć warto pamiętać, że w naszej szerokości geograficznej o tej porze jest zima... A zima trzyma! Dziś w nocy termometr lśnił błękitną kreską w okolicach minus 15 stopni. Jezioro zamarzło już do połowy i huczy głosem zimy. Choć po lesie nie jeździ się teraz łatwo:

Zajrzałem dziś w wiele miejsc, bo samochody po drewno zjawiły się w dwóch rzutach i miałem nieco czasu także na inne sprawy. „Papierologię” zostawiłem sobie na wieczór, choć jest przy czym dłubać, aby sprawnie zamknąć wszystkie działy gospodarki leśnej zaplanowane na 2012 rok. Odwiedziłem kilkanaście upraw i przejrzałem sporo młodników, sprawdzając, czy nie pojawiły się ślady intensywnego żerowania zwierzyny płowej czyli jeleni, danieli i saren. Zauważyłem w wielu miejscach tropy chmar( stad) jeleni i danieli:

Ale na szczęście szkód nie widać. Spotkałem dziś także wiele saren:

Żyje się im teraz naprawdę trudno. Śnieg zasypał sarnie żerowiska i mocno utrudnia im znalezienie pokarmu. Sarny trzymają się teraz w pobliżu paśników:

Chętnie korzystają z ludzkiej pomocy, szczególnie w ubogich, sosnowych borach. Skubią wystające spod śniegu wrzosy i krzewinki borówek  ale jak trafi się zboże lub ziemniaki to trzymają się jak najbliżej pokarmu:

 W takim czasie sarny starają się jak najmniej poruszać, aby nie tracić energii. Dlatego można się do nich zbliżyć w miarę blisko:

Jednak lepiej ich nie niepokoić i nie przeganiać z miejsca na miejsce. Tak właśnie możemy im pomóc w tym trudnym czasie. Nie zbliżajmy się zbytnio do saren i nie zmuszajmy ich do ucieczki:

 Ta z fotografii odprowadziła mnie wzrokiem, a ja przeszedłem spokojnie i udawałem, że jej nie widzę... Sarny wciąż niepokojone wyrządzają szkody w uprawach leśnych, zjadając pędy młodych drzewek z braku innego pokarmu. Często nie mają siły go szukać, gdy są wciąż przeganiane. Ich cewki (nogi) zapadają się głęboko w śniegu i konieczność ucieczki jest dla nich wielkim wysiłkiem. Nie zabierajmy teraz psów do lasu, bo gruba pokrywa śnieżna sprawia, że osłabione sarny nie potrafią uciec. Tyle zostaje z pięknej sarny, którą dopadły psy:

Także gdy zasiadacie zimą za kierownicą samochodu, pamiętajcie o sarnach. Wolniej niż zwykle przechodzą przez drogę i przebywają najczęściej w dużych grupach. Gdy zobaczycie zwierzę na poboczu drogi to zwolnijcie i spodziewajcie się, że będzie ich więcej. Brak takiej przezorności powoduje zimą wiele kolizji z udziałem saren:

 Szkoda pięknych zwierząt, a dla kierowcy to także duży kłopot, związany z uszkodzeniem auta i zagrożenie dla co najmniej zdrowia. Sarny polne, także zbite w spore stada, zwane rudlami, przebywają  najchętniej na środku pola. Czują się tam bezpieczne, gdyż z daleka mogą dostrzec potencjalne niebezpieczeństwa. Zalegają bezpośrednio na śniegu:

One także niechętnie zmieniają miejsce. Dlatego gdy wybierzecie się na zimowy spacer pieszo, na nartach lub z sankami, nie zbliżajcie się zbytnio do saren. Pamiętajcie, że trzymają się teraz blisko paśników i miejsc w lesie, gdzie silniejsze od nich dziki odsłoniły roślinność runa. Chętnie korzystają z porośniętych wrzosami skarp leśnych dróg. Unikajmy ich ostoi, szczególnie, gdy wybieramy się na spacer z psem. W ten sposób pomożemy sarnom przetrwać zimę i będziemy je oglądać z przyjemnością pośród bujnej zieleni łąk, umajonej bogactwem kolorów leśnego kwiecia. To już niedługo…

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

22:34, lesniczy.lp
Link Komentarze (7) »
niedziela, 09 grudnia 2012

Dziś niedziela, która z racji mroźnej i śnieżnej zimy zachęca do odpoczynku w zaciszu domowym. W kominku palą się bukowe szczapy, paruje herbata z pigwą i można odpoczywać po pracowitym tygodniu. Choć laptop nie stoi zamknięty… Za oknem co chwilę dzieje się coś ciekawego. Aparat leży gotowy na parapecie. Bo warto uwiecznić sójki, gdy  pojawią się pod karmnikami:

Na jeziorze kręci się także wiele ptaków. Jest mnóstwo krzyżówek, które na widok przechodzącego człowieka pędzą bliżej brzegu, licząc na dokarmianie. Kołują duże grupy mew i pływają jeszcze kormorany. Na moją jabłoń przyleciało spore stadko jemiołuszek:

To prześliczne ptaki o bajkowych kolorach:

Warto było zostawić im na jabłoni trochę owoców:

Nastrój niedzielnego relaksu uzupełnia muzyka. W przedświąteczny czas każdy z nas słucha kolęd. Na rynku wydawniczym jest mnóstwo płyt i bogactwo wykonawców kolęd, pastorałek i piosenek o zimie i świętach. Mam wielu przyjaciół na Podhalu i z sentymentem traktuję górali, stąd zwykle słucham kolęd w ich wykonaniu. Zresztą mój serdeczny kolega Piotr jest właścicielem firmy fonograficznej Tercet w Krakowie i dba o to, abym miał czego słuchać oraz nie zapomniał „wierchowych nutek”.

Dziś słucham jednak bardzo szczególnych kolęd z płyty, którą obdarowali mnie koledzy leśnicy podczas ostatniego naszego spotkania Związku Leśników Polskich w Spale. Płyta zatytułowana "Leśna kolęda 2012" ma logo ZLP na okładce . Powstała dzięki staraniom i została sfinansowana przez  zielonogórskich leśników zrzeszonych w ZLP, a ich działania wsparł pan Marek Tkacz z Żar. Starania leśników koordynował Mariusz Rosik- przewodniczący Regionu Zielonogórskiego ZLP:

To świetny leśnik, leśniczy z pod zielonogórskiego Kisielina, bardzo aktywny działacz społeczny, sportowy i znakomity organizator. Wspierał go dzielnie Jerzy Stachurski:

Jurek to także znana i barwna postać pośród zielonogórskich leśników. To właśnie Jurek Stachurski był motorem powstania tej płyty. Napisał muzykę do 9 autorskich kolęd , słychać tam jego gitarę i świetny wokal. Bo to niepowtarzalna leśna płyta z kolędami i to leśnicy napisali teksty, muzykę i zaśpiewali dla nas, słuchaczy. Nie na darmo leśników nazywa się "pasterzami drzew"... Płytę otwierają i zamykają dwie znane kolędy - "Bóg się rodzi" oraz "Cicha noc" - w wersji instrumentalnej, zagranej na rogach przez Zespół Muzyki Myśliwskiej "LUBUSKIE FANFARY" w składzie: Anna, Marian i Wojciech Zuba.

Przy płycie pracował zespól ludzi:
Autorzy tekstów: Jerzy Stachurski, Piotr Konczak, Wanda Wilanowska, AndrzeEisler
Aranżacja: Tomasz Stanisławski
Muzycy: Agnieszka Sońta (akordeon), Kamila Sońta (skrzypce), Agnieszka Kukułka (vocal), Piotr Chmielewski (gitary), Wojtek Jamrozik (gitara), Tomasz Stanisławski (instr. klawiszowe, vocal), Jerzy Stachurski (gitara, vocal) oraz gościnnie Elżbieta Stachowiak (skrzypce)
Chór: Jolanta Kisielewicz, Agnieszka Sońta, Kamila Sońta, Mariusz Rosik, Bolesław Roskwitalski, Piotr Chmielewski, Jerzy Stachurski

To piękna inicjatywa zielonogórskich leśników, godna naśladownictwa w innych regionach kraju. Jest to kolejny dowód na to, że leśnicy bardzo dbają o kulturę i tradycje. Każdy, kogo bliżej interesuje ta płyta może skontaktować się z Mariuszem Rosikiem pisząc na adres: gmrosik@o2.pl

Możecie posłuchać fragmentów tu:

http://www.youtube.com/watch?v=qvpb_AgrnrQ&feature=youtu.be

http://www.youtube.com/watch?v=ZrymtO-Hq8c&feature=youtu.be

Pewnie w wielu leśniczówkach będzie słychać „Leśną kolędę 2012” w wigilijną noc…

Warto mieć też tę płytę w samochodzie, bo nie zapomnijcie 11 grudnia ruszyć do Poznania na wystawę „Byłem studentem leśnictwa w czasie stanu wojennego” !

Uroczystość otwarcia wystawy odbędzie się w dniu 11 grudnia 2012 r. o godzinie 11.00 na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu (budynek Collegium Cieszkowskich Starych, ul. Wojska Polskiego 71). Po uroczystym otwarciu wystawy, jej główny organizator, pani Jolanta Węgiel zaprasza na spotkanie absolwentów leśnictwa, którzy studiowali w stanie wojennym z młodzieżą i zaproszonymi gośćmi. Wystawę będzie można zwiedzać do 6 stycznia 2013 r w godzinach 8.00 do 19.00. Wystawa jest zbiorem zdjęć, które uzupełniają ulotki, plakaty, przypinki i wszystko, co wówczas tworzyli studenci. Celem wystawy jest ukazanie młodszemu pokoleniu jak wyglądało codzienne życie studentów w czasach, gdy sklepy świeciły pustkami a cenzura wkraczała w życie każdego obywatela. Więcej szczegółów na www.lasypolskie.pl. które patronują wystawie.

Po raz kolejny włączam płytę i słucham leśnej kolędy… Miło czasami posiedzieć w domu, bo jutro znowu wiele będzie się działo, a meteorolodzy zapowiadają intensywne opady śniegu i mróz.

Trzymajcie się ciepło!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

17:10, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »
sobota, 08 grudnia 2012

Zima dziś pokazała surowe oblicze. Na dworze śnieżnie i biało, a w nocy temperatura spadła mocno poniżej 10 stopni. Rankiem przez okno leśniczówki można było podziwiać taki widok:

Drzewa na półwyspie Katarzyna stały oszronione w porannym słońcu, które przedarło się dość szybko przez poranną mgłę:

Za oknem ruch pośród ptasiego towarzystwa. Sikory stukają do okien i tupią po blaszanych parapetach:

Niektóre odpoczywają po walce o nasiona słonecznika z mazurkami i dzwońcami lub po pracowitym dłubaniu w „pyzach”, których sporo wisi wokół leśniczówki:

Sobotni, krótki dzień, który spędziłem w domu, nastroił mnie do pewnych, zimowych refleksji. Mój „blogowy” żarcik ze Świętym Mikołajem i komentarze, które pisaliście Drodzy Czytelnicy o tym blogu uświadomiły mi, że to już mijają dwa lata jak spotykam się z Wami na blogu leśniczego. Przez ten czas powstało blisko dwieście wpisów! To bardzo ciekawa przygoda i zupełnie nowe doświadczenie. Szczególnie dla mnie, aktywnego leśnika, który wciąż obraca się pomiędzy ludźmi z racji specyfiki pracy, a także zaangażowania w sprawy społeczności lokalnej. Do tej pory nie korzystałem zbyt często z blogów, nie angażowałem się w portale społecznościowe (zresztą do dziś) i w umiarkowany sposób korzystałem z dobrodziejstw internetu. Nie odczuwałem i nadal nie mam potrzeby uciekania w wirtualny świat, szukania nowych znajomości, bo żyję ciągle w pośpiechu, wirze licznych spraw i pośród ludzi. Jednak przypadek, który zrządził, że zainteresowałem się blogosferą sprawił, że zacząłem poznawać ten świat bliżej. Zacząłem czytać różne blogi, poznałem ich tematykę i poznałem zainteresowania czytelników. Wasze komentarze, pytania i listy sprawiły, że inaczej zacząłem pojmować rolę leśników i ich odbiór społeczny. Jestem leśnikiem już ponad ćwierć wieku i sądziłem, że niczego już się nie nauczę, że wszystko wiem, co potrzebne jest do wykonywania tej pracy. Pisząc ten blog nauczyłem się wielu zupełnie nowych rzeczy na podstawie Waszych pytań i komentarzy. Inaczej spojrzałem na las i leśnictwo. Blog leśniczego funkcjonuje na stronie www.lasy.gov.pl i tam zaglądają najczęściej leśnicy i ich bliscy. Oni inaczej odbierają to, co piszę. Na www.lesniczowka.blox.pl zaglądają najczęściej ludzie zupełnie niezwiązani z lasem. Oni także inaczej pojmują las i to, co robi w nim leśnicy. Mam wielką satysfakcję, że i jedni, i drudzy czytelnicy z sympatią odnoszą się do moich tekstów i chętnie wracają na blog. Niektórzy twierdzą, że z niecierpliwością czekają na kolejne wpisy. Cóż może być przyjemniejszego dla mnie? Staram się, abyście jak najlepiej poznali leśników i jak najdokładniej dowiedzieli się co w lesie piszczy. Prowadzenie tego bloga to wielka przyjemność i stało się już nałogiem, chyba nie zgubnym?  Zaglądam na wiele innych blogów, nawiązałem bardzo sympatyczne znajomości i nie myślałem, że tyle czasu będę spędzał z laptopem. No naturalnie bez przesady, bo większość czasu pochłania las i jego sprawy… Miło mi, że polubiliście mój styl pisania, poczucie humoru    ( bo chyba nie jestem sztywniakiem?) i fotografie takie jak ta dzisiejsza portretująca sójkę:

Serdecznie pozdrawiam moich blogowych znajomych oraz wszystkich którzy tu zaglądają stale i od czasu do czasu. Także tych, którzy są tu pierwszy raz, ale pewnie nie ostatni. Zaglądajcie tutaj tak jak do lasu. Bo tam także jest za każdym razem inaczej, niezależnie od pory roku, miejsca i strony na którą zajrzycie. Sądzę, ze jeszcze wiele tych stron nie znamy. I ja, bo choć jestem leśniczym to uświadomiłem sobie, że jeszcze wielu leśnych tajemnic jednak nie znam, i Wy, bo chciałbym Wam jeszcze o tylu ciekawych rzeczach opowiedzieć.

Miłych wspołnych spotkań!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

17:25, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
czwartek, 06 grudnia 2012

Dziś nad pszczewskie lasy nadciągnęła przepisowa zima. W nocy przymroziło w okolicach 7 stopni poniżej zera. Niebo ozdobione połówką księżyca rozgwieździło się plejadami, mgławicami i różnorodnymi obiektami do których wzdychają astronomowie, dziwnie je nazywając. Według mnie to po prostu gwiazdy… Widać było w nocy jakiś ruch na niebie, ale zrozumiałem o co chodzi dopiero rano, gdy spojrzałem na kalendarz: 6 grudnia- Mikołaja! To pewnie On pomykał dostojnie swoim zaprzęgiem po niebie, jak ja od czasu do czasu, po autostradzie A2 swoim fordem focusem.

W lesie zawiało na biało i cały dzień sobie prószy śnieżek:

 Wokół leśniczówki uwijają się tabuny sikor, którym wywiesiłem przezornie wczoraj tłuszczowe „pyzy” z nasionami. Po porannych telefonach i transferze danych do nadleśnictwa ruszyłem do lasu.  Harwester zakończył ścinkę na dodatkowym zrębie, który niedawno uruchomiłem:

Teraz forwarder pracowicie zwozi drewno do drogi i układa stosy kłód 5 i 4 metrowych oraz „papierówki”:

Na drugim, wcześniej zakończonym zrębie pomierzyłem ostatnie stosy drewna i pozaglądałem w wiele stron leśnictwa.

W jednym z oddziałów spotkałem Mikołaja. Często spotykam Mikołaja w lesie, bo to sympatyczny leśnik, koordynator mojego ZUL-a. Tym razem spotkałem innego. Był duży, brodaty, w czerwonym wdzianku. Niestety, nie towarzyszyły mu sympatyczne hostessy zwane Śnieżynkami ani nawet renifer Rudolf. Był sam i taki jakiś …nabzdyczony.

 „Ostrzegam, że znam ustawę o ochronie danych osobowych i zastrzegam sobie ochronę wizerunku, toteż schowaj aparat. Wiem, że ciągle włóczysz się po lesie i nieustannie też coś fotografujesz”. Ale mnie przywitał! "Szanowny Mikołaju, skoro już się spotkaliśmy to może odpalisz jakiś prezencik skromnemu leśniczemu?” „Hohoho”- zajodłował po swojemu. „A grzeczny był? Ani mi się śni rozdawać cokolwiek tak za darmochę! Szczególnie leśniczemu”.  No nieźle mnie przywitał. Różne osoby spotykam w lesie toteż nie obraziłem się, bo i za co? „Może jednak Święty Mikołaju, zgodnie z tradycją obdarzysz mnie jakimś prezentem?” Podrapał się po brodzie i otrzepał ze śniegu, który wciąż prószył. „No dobra, starasz się, w lesie porządek masz i robisz wiele pożytecznych dla ludzi i Natury rzeczy. Na tym swoim blogu leśniczego wypisujesz różności. Trochę ludzi to czyta i powiem Tobie, że to niegłupie jest. Wiem, bo zaglądam czasem”. 

 Poszperał w różnych zakamarkach czerwonego kubraka wielkiego jak namiot wojskowy. „Mam dla Ciebie propozycję. Zostawiam Tobie trzy książeczki z facetem na okładce dziwnie podobnym do Ciebie:

 Obdaruj nimi swoich czytelników, którzy oceniają Twój blog. Jak to zrobisz, spotkamy się w przyszłym roku pod kapliczką Świętego Huberta, którą postawiłeś w oddziale 53, bo obiecałem, że odwiedzę poczciwinę. Stoi tam często taki samotny. Jak się dobrze sprawisz, to „cośtamcośtam” wysupłam dla ciebie, żebyś na mnie nie narzekał”.

Usłyszałem tupot racic:

No tak mój Rudolf zakończył wizytę u swoich koleżanek, musimy lecieć dalej. Popatrz jaka damska ekipa go odprowadza!” Zadowolony Rudolf wytargał sanki z zasypanych śniegiem świerków i pojechali w stronę Stołunia. „Trzymaj się Jarek do przyszłego roku, czyli po waszemu: Darz Bór!”- dobiegło z oddali. Ale spotkanie...

No i co mam robić? Pomóżcie drodzy blogowi goście, bo może ja też coś dostanę od Świętego Mikołaja? Dla trzech osób mam w podarunku od Mikołaja fajne i ładnie ilustrowane książeczki „Jak leśnicy dbają o las?”

Otrzymają je autorzy trzech najciekawszych komentarzy oceniających ten blog. Piszcie co Wam się podoba, a co nie. Czego za dużo, a czego za mało. Co Was interesuje w lesie i pracy leśników. Bez zbędnej wazeliny i złośliwości. Na komentarze czekam zawsze, ale na te konkursowe do końca dnia 7 grudnia 2012, czyli do północy. Potem wybiorę najlepsze według komisji konkursowej, czyli mnie i mojej żony. Poproszę w sobotę 8 grudnia autorów trzech najciekawszych wpisów o emaila do mnie na erysiowy adres oraz podanie „namiarów” potrzebnych do dostarczenia książeczki.

Miłych spotkań ze Świętym Mikołajem, nie zawiedźcie mnie, bo  i tak muszę czekać rok...

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

13:22, lesniczy.lp
Link Komentarze (8) »
niedziela, 02 grudnia 2012

Wczoraj zaczął się nam grudzień i nastała pora dopinania wszelkich prac leśnych. Trzeba zakończyć zaplanowane na ten rok zadania gospodarcze, zmieścić się w planie kosztów oraz dostosować to wszystko do podpisanej umowy z firmą wykonującą usługi leśne. Nie jest to łatwe, tak jak wszelkie prace wykonywane w lesie. To problem leśników, a tymczasem wykonawcy usług leśnych mają inne dylematy. Właśnie rozpoczął się okres rozstrzygania przetargów rozpisywanych według reguł ustalonych w ustawie o zamówieniach publicznych na wykonanie prac w poszczególnych leśnictwach na najbliższy rok. Zdarza się, że przetargi ogłaszane  na usługi rozpisane są na 2-3 lata. To „być albo nie być” dla firm usługowych, których właściciele może nie szukają natchnienia w dylematach opiewanych przez Szekspira, ale martwią się o przyszłość swoich przedsiębiorstw.  Praca leśnego robotnika to ciężki kawałek chleba:

 Ale jak się przegra przetarg to co robić? Można tę pracę porównać do pracy górnika czy hutnika, bo jest podobnie trudna i niebezpieczna. Wymaga siły fizycznej, odporności na ekstremalne warunki pogodowe, umiejętności radzenia sobie w różnych sytuacjach i… szerokiej wiedzy. Obecnie prace leśne wykonują w Lasach Państwowych Zakłady Usług Leśnych, które realizują zlecone przez leśników czynności. Są to prywatne firmy wykonujące wszystkie zadania związane z ochroną, hodowlą  i użytkowaniem lasu. Właścicieli i pracowników ZUL  określa się mianem” zulowców”, a czasem żartobliwie  ”zulusów”. To ZUL-e zatrudniają pracowników leśnych, którzy wykonującą trudne, ale ważne dla bytu lasu prace w lesie:

 Początek lat dziewięćdziesiątych XX wieku to czas wielkich przemian w kraju. Zlikwidowano Państwowe Gospodarstwa Rolne i zmiany nastąpiły także na leśnym rynku pracy. Wcześniej w Lasach Państwowych było wielu robotników zatrudnianych przez nadleśnictwa jako pracownicy stali, sezonowi, a nawet interwencyjni- ściągani do pilnych prac z innych części kraju. Pracowali w lasach jako drwale, zrywkarze, żywiczarze oraz na szkółkach leśnych i składnicach drewna. Od lat w naszych leśnictwach nie ma już praktycznie robotników zatrudnianych przez LP. Wszelkie prace wykonują „zulusi”. Zadania zleca im i nadzoruje ich wykonanie leśniczy. Usługi leśne to praca na „żywym organizmie”, w zmieniających się warunkach przyrodniczych i gospodarczych. Reguły współpracy leśniczego i ZUL-a  narzuca obu stronom także oprócz umowy wiele przepisów związanych m.in. z zasadami hodowli lasu, instrukcją bhp oraz zasadami certyfikacji lasów. Leśniczy musi to wszystko umiejętnie połączyć, realizując plany zadań na 100% i w dodatku spełniając wymagania odbiorców drewna. Udana współpraca leśniczego i „Zulusów” to fundament dobrej gospodarki leśnej. Dobrze jak jest to współpraca wieloletnia, bo wtedy znane są wzajemne oczekiwania. Duże znaczenie ma także znajomość specyfiki terenu. Zdarza się też, że co roku inny ZUL jest wykonawcą prac w jednym leśnictwie. Wtedy także trzeba sobie ułożyć współpracę, ale potrzeba na to czasu. Stąd przełom roku, w który właśnie wkraczamy kojarzy się nam z nerwowym pośpiechem i niepewnością. Właśnie zapadają decyzje jaki ZUL będzie wykonywał wszystkie prace w moim leśnictwie przez najbliższy rok. To bardzo ważne dla organizacji pracy, bo „zulusi” są rozmaici i dysponują różnym sprzętem oraz poziomem wiedzy. "Zulus” musi umieć perfekcyjnie ścinać drzewa, bo cały rok wykonuje zręby, trzebieże i czyszczenia. Może to robić ręcznie:

Ale dziś trudno wyobrazić sobie intensywne prace bez harwestera:

 Potem należy ścięte drzewa ściągnąć, czyli zerwać do drogi wywozowej i wyrobić z nich różne sortymenty drzewne . Zulusi mogą mieć taki sprzęt do zrywki drewna:

Choć lepiej jak mają taki, a to już normalny obrazek w moich stronach:

Aby być wiarygodnym partnerem dla leśników, właściciel ZUL-a musi mieć dużo specjalistycznego sprzętu i profesjonalną grupę pracowników. Nie jest to łatwe, bo praca jest bardzo ciężka i mało atrakcyjna:

 W kabinie harwestera czy forwardera może nie jest źle, ale wiele prac nadal wykonuje się ręcznie, dźwigając ciężkie wałki czy machając siekierą lub łopatą. To praca na mrozie, w upale, kurzu, deszczu. Gryzą meszki, kleszcze i komary, no i trzeba być dyspozycyjnym nieustannie, bo przecież „zulusi” uczestniczą także w dogaszaniu pożarów czy zabiegach chemicznych. Trzeba zainwestować sporo pieniędzy w harwestery, forwardery, pługi, konie, ciągniki, wykaszarki czy pilarki, a głównie w ludzi, którzy muszą wykonywać prace odpowiednio przygotowani. Przetarg wygrywa się najczęściej oferując najniższą cenę za usługi wykonane z gwarancją najwyższej jakości i staranności . Leśny przedsiębiorca musi być zatem znakomitym ekonomistą i menadżerem, aby utrzymać się na leśnym rynku usług. Leśni robotnicy to ludzie, którzy sami się nauczyli swojego fachu, bo na razie nie ma w Polsce szkoły, która w pełni kształci „zulusów”. Mają ukończone szkolenia operatorów pilarek i harwesterów, posiadają uprawnienia do wykonywania zabiegów chemicznych, ale reszty muszą, najczęściej błyskawicznie, nauczyć się sami pod czujnym okiem leśniczego. A każdy leśniczy wie, że trzeba docenić i uszanować pracę, którą wykonują ZUL-e. Staram się jak mogę, aby stworzyć najlepsze warunki współpracy i traktować ZUL- a jak równorzędnego partnera. Bo „Zulusi” to twardy, dumny naród jak afrykańskie plemię Zulu, które swojego czasu podbiło prawie całą Afrykę. Niebawem dowiem się kto będzie podbijał moje leśnictwo w 2013 roku.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

21:40, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
czwartek, 29 listopada 2012

Zaczęło się już, od dwóch dni już się zaczęło. Co takiego zapytacie? Ostra jazda po leśnych drogach. Wystarczyły dwa dni i tam, gdzie była całkiem fajna, gruntowa, równa droga powstał „tor offroadowy”. Tam gdzie można było mknąć 60, a w porywach więcej „kaemów” na godzinę, zrobił się błotny tor, gdzie koła ułożone w koleinach nie pozwalają na zbędne skręty. Z kolei tam, gdzie koleiny są płytsze, łatwo o poślizg i jazdę bokiem w kierunku szybko zbliżającego się drzewa, których trochę w lesie, jakby nie było, jest. Ale cóż, ludzie płacą niezłą kasę, za możliwość podnoszenia sobie adrenaliny w trakcie jazdy „terenówką” błotnistym torem a tutaj te doznania każdy leśniczy ma w gratisie… No może nie całkiem w gratisie, bo doznania owszem, ale auto trzeba sobie sprawić i utrzymać na swój, dość bolesny koszt. Bo jesień w lesie to czas testowania samochodów i umiejętności kierowców. Dotyczy to leśników jak i przewoźników drewna. Szpadel, siekiera i lina to konieczny sprzęt w aucie do lasu.   Bo już drugi dzień pada, leje, siąpi i znowu leje. Inaczej nie będzie aż do czasu, gdy błoto zastąpi śnieg, a mróz skuje ziemię.  Drogi napiły się deszczówki jak turysta piwa wieczorową porą po trudzie wakacyjnego wypoczynku i świecą złośliwie taflami kałuż. Ale to normalna sprawa o tej porze roku, przynajmniej dla leśnika. Trzeba sobie radzić, bo przecież każdego dnia zarówno ja, jak każdy inny leśnik przemierzam rzadziej kilkanaście, a najczęściej kilkadziesiąt kilometrów drogami o różnej jakości. Pozyskanie drewna jest o tej porze roku intensywne:

W wielu miejscach leśnictwa drewno czeka na wywóz, a do końca roku coraz mniej dni. To kłody przygotowane dla tartaku:

Przygotowane drewno odbierają firmy drzewne, a wynajmowani przez nich przewoźnicy mają coraz lepsze i potężniejsze samochody , wymagające dobrych dróg. Terminy umów muszą być dochowane i drewno musi wyjechać na czas z lasu, a zatem deszcz nie może być przeszkodą. Zresztą to, że deszcz pada w listopadzie to nic dziwnego, bo kiedyś padać musi. Wszyscy wiemy, że jest deficyt wody w przyrodzie… Dziś przyjechały trzy samochody po surowiec na zrębki. Drewno było przygotowane do wywozu przy szerokiej piaszczystej drodze. Forwarder zwiózł je w ponad „stumetrowy” stos:

Z rana jeszcze nie było tak źle, ale jak drogą przejechały dwa duże samochody to krajobraz nieco zmienił się:

 

W efekcie mniejszy samochód z dźwigiem wywoził drewno kilka kilometrów :

Potem  przekładał je na drugi, z wielką naczepą. Wywóz nadzorował podleśniczy, który korzysta z osobowej „marabelki” jeżdżąc po lesie. Latem autko jakoś sobie radzi, bo ma duży prześwit i jest lekkie.  Po dwukrotnym przejeździe ciężarowego samochodu jego „prawie terenowa bryka” ugrzęzła w trakcie powrotu w niewinnie wyglądającej kałuży. Metoda na „zielone gałęzie” i na „żółty piasek” nie dały rezultatów. Dobrze, że jego telefon miał „pole” i wezwał mnie na pomoc:

Zahaczyłem linę i powlokłem go jakieś czterysta metrów do najbliższej bocznej drogi, aby zrobić przejazd dla ciężarówki z drewnem. Mój Rokuś radzi sobie dobrze, bo terenowe opony, napęd 4x4 i silnik 2800 robią swoje:

Ma spory prześwit i sprawnie forsuje spore kałuże błota:

Jednak koszt utrzymania i eksploatacji takiego auta to już nie jest przyjemność i wywołuje niezłe turbulencje w domowym budżecie. Nadleśnictwo  wypłaca nam ryczałt, czyli tzw. „kilometrówkę” uzależnioną od rozmiaru zadań i stawki za 1 km ustalanej przez ministra. Maksymalny ryczałt dla leśnika to 1500 km, ale bywa, że jest to 800-1000 km. Stawka wynosi 0,8358 zł za przejechany kilometr i została ustalona w 2007 roku. Jest taka sama dla urzędnika, który jeździ po asfalcie autem o pojemności np. 1200 i dla mnie, jeżdżącego „offroadowym” torem po błocie, śniegu i piachu autem z silnikiem 2800. Wiecie co się dzieje z cenami paliw i ile one wzrosły od 2007 roku... A ostatnio minister Zalewski z MŚ powiedział jasno, że nie spodziewa się aby minister finansów w tym czy przyszłym roku zdecydował się na zmianę stawki. Czyli adrenalina rośnie co najmniej podwójnie podczas ostrej jazdy błotną porą po leśnych drogach. Szczególnie intensywnie, gdy spoglądam na szybko opadający w kierunku zera wskaźnik paliwa… Jednak nie narzekam, choć to podobno narodowy sport Polaków, bo nic to nie da. Taki leśniczego los i profesja, że trzeba ganiać po lesie. Pieszo, rowerem albo konno ponad 2000 ha ogarnąć się nie da. Auto terenowe w moich warunkach to podstawowe narzędzie pracy. Dla zdrowia psychicznego lepiej jest nie liczyć przejechanych kilometrów po leśnych drogach i bezdrożach. A przecież wielu entuzjastów ekstremalnej jazdy po leśnych drogach i duktach nie może spełnić swojej zachcianki, bo powstrzymuje ich ustawowy zakaz wjazdu oraz nadzoruje czujne oko kamery monitoringu. No to czemu mam narzekać?   

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

21:19, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »