O tym co w lesie piszczy...
O autorach
RSS
czwartek, 01 sierpnia 2013

Kilka razy opowiadałem o piorunach w lesie i przestrzegałem Was przed burzą pośród drzew. Pewnie wiecie już jak wyglądają drzewa porażone piorunem. Wyładowania atmosferyczne, których ślady widać na drzewach to potężna siła, którą człowiek od lat usiłuje zagospodarować. Moc pioruna jest olbrzymia i wynosi setki tysięcy megawatów.

 Gdyby ludziom udało się wykorzystać choćby niewielką jej część, rozwiązałoby to w dużym stopniu problemy z niedoborem energii. Jednakże próby okiełznania piorunów nie wyszły na razie poza fazę eksperymentów. Człowiek odczuwa też przemożny strach przed zabójczą siłą pioruna. Znane są przecież liczne przypadki zabicia lub porażenia ludzi przez biegnący z chmury ładunek elektryczny. Grzmoty i błyskawice towarzyszące burzy dodatkowo napawają nas wielkim lękiem. Skutki uderzenia pioruna w drzewo mogą być bardzo różne, ale zaryzykuję stwierdzenie, że piorun jest czasem szkodnikiem w lesie. Właśnie się o tym po raz kolejny przekonałem.

Sprawdzałem w poniedziałek prace wykonywane przez pracowników zakładu usług leśnych: rozgradzanie upraw,  trzebieże i pielęgnowanie upraw. Tropikalne ciepło i wilgoć sprawiają, że w niektórych miejscach chodziłem po uprawach skryty w trzcinniku jak Wojciech Cejrowski w amazońskiej dżungli:

Moje auto przedziera się przez zarośla jak przez bezdroża Ameryki Południowej ( tak sobie je wyobrażam, bo jeszcze nie byłem):

Przeszedłem parę pagórków sosnowego drzewostanu w wieku ponad 60 lat, przyglądając się rozpoczętej niedawno trzebieży, gdzie pracował harwester. Moją uwagę zwróciło kilka sosen z odpadającą korą. Podszedłem bliżej i zobaczyłem taki widok:

Okazało się, że to całkiem spory placyk suchych sosen. Naliczyłem 34 drzewa. Co się stało? Przecież żadna z nich nie została zaciosem wyznaczona do wycięcia w czasie trzebieży, czyli rok temu wszystkie były zdrowe. Przyjrzałem się im dokładnie. Cztery sosny miały charakterystyczne smugi zdartej kory. To ślady uderzenia pioruna:

 Sosny zostały osłabione uderzeniem pioruna i zasiedliły je owady. Próbowały je zalać żywicą, o czym świadczyły zacieki na korze i lejki żywiczne jednak owady musiały je licznie zaatakować. Po zabiciu drzewa przeniosły się na następne i dalej na następne. Osłabione sosny zasiedlają chętnie cetyńce oraz różne owady z rodziny kózkowatych. Jeden z nich spacerował sobie po śladzie pioruna:

Jednak z moich obserwacji wynika, że najchętniej drzewa trafione przez piorun zasiedla przypłaszczek granatek:

(rycina z czeskiego atlasu szkodników owadzich drzew leśnych)

To bardzo groźny dla lasu owad, który lubi nasłonecznione miejsca, szczególnie w lasach rosnących na gruntach, które wcześniej były rolą. Jego charakterystyczne larwy żerują pod korą sosen, na pograniczu bielu i łyka i zostawiają pod korą ślady żerowania chmurkowato wypchane trocinkami:

Tutaj kilka drzew mocno osłabionych lub nawet od razu zabitych wysoką temperaturą wyładowania, stworzyło doskonałe warunki rozwoju dla przypłaszczka. Zasiedlił on sąsiednie drzewa i w ten sposób szybko powstała spora luka. Umożliwia to dostęp słońca do kolejnych drzew i w ten sposób ciepłolubny przypłaszczek ma doskonałe warunki rozwoju. Może w ten sposób zniszczyć spory obszar lasu, bo nie tak łatwo wypatrzyć taką lukę, gdy znajduje się ona w głębi kilkunastohektarowego fragmentu boru.

 W lokalizacji przypłaszczka w lesie chętnie pomagają leśnikom dzięcioły, które „wyznaczają” zasiedlone drzewa. Pewnie widzieliście jeszcze z zieloną koroną, ale już martwe sosny, pozbawione kory lub z jej resztkami pokrytymi strużkami żywicy. To dzięcioł odkrył niecną działalność przypłaszczka. Owad należy do ciekawej rodziny bogatkowatych, które nazywane są owadami pirofilnymi. Posiadają one w tułowiu pod skrzydłami specjalne jamki, gdzie znajdują się receptory reagujące na promieniowanie podczerwone. Stąd potrafią wykryć drzewo nagrzane podczas pożaru lub od uderzenia pioruna nawet z kilkunastu kilometrów. Wydaje się to nieprawdopodobne, lecz jednak możliwe.

W ten sposób piorun jest „szkodnikiem”, który czasem potrafi rozedrzeć swoim uderzeniem dąb lub sosnę, ale też zwabia inne szkodniki do niewinnie wyglądającej rysy na korze sosny. Walka z przypłaszczkiem jest trudna, bo larwy żerują niewidoczne pod korą drzew, które nie sprawiają wrażenia chorych. Dodatkowo oprócz owadów na drzewach osłabionych przez piorun pojawiają się grzyby. Tutaj widać wyraźnie białą grzybnię, która była pod korą suchej sosny:

Dlatego drzewa, które początkowo przeżywają uderzenie pioruna, później jednak i tak giną, a dodatkowo są „siewcami” chorób i niebezpiecznych owadów. To sosna po uderzeniu pioruna z września 2011:

A to ta sama sosna sfotografowana w końcu lipca 2013:

Sporą kępę suchych sosen natychmiast poleciłem wyciąć razem z "zapasem" pozornie zdrowych drzew, ale  podejrzanych o zasiedlenie przez przypłaszczka. Trzeba też usunąć z lasu lub zakopać korę suchych sosen, bo są tam larwy przypłaszczka.

Ta opowieść o szkodliwości piorunów to także przykład na to, jak dynamicznie zmienia się las i cała przyroda, oraz jak trzeba o niego dbać. Leśniczy musi bardzo uważnie monitorować stan każdego leśnego zakamarka. Łatwo przecież przeoczyć drzewo zabite uderzeniem pioruna lub kępę zaatakowana przez przypłaszczka. Nie jest to proste w tak rozległym leśnictwie. Rok temu, w czasie planowania trzebieży las był zdrowy i wyglądał inaczej. Jedna burza z wyładowaniami, których ślady zostały na sosnach zwabiła przypłaszczki, ścigi, żerdzianki, cetyńce i grzyby, które zmieniły zielone sosny w smętny posusz. Dlatego  nie gniewajcie się na leśników, kiedy wycinają drzewa. Czasem w ten sposób ratują trwałość lasu.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl   

 

 

23:16, lesniczy.lp
Link Komentarze (11) »
sobota, 27 lipca 2013

Ostatnie dni to fala upałów i dziś termometr pokazuje sporo powyżej 30 stopni. Leśne drogi pokryte są warstwą pyłu, który jeszcze długo po przejechaniu samochodu z drewnem wisi w powietrzu. Gdy pilotuję kolejny samochód do miejsca składowania drewna, trzymam spory dystans, bo kierowca, który jedzie za mną nie widzi drogi. No i narzeka, że zapycham mu chłodnicę. Sam jednak do lasu po drewno jechać nie może, bo to leśniczy je wydaje i wystawia kwit wywozowy. Miałem sporo takich kursów, bo cały miniony tydzień trwały intensywne wywozy:

 Po zatrzymaniu auta, nie można od razu wysiadać, a trzeba dłuższą chwilę odczekać, aż kurz usiądzie, bo nie da się oddychać. Mój Rokuś jest, a właściwie był ( bo dziś został porządnie wysprzątany) pokryty z zewnątrz i wewnątrz grubą warstwą brudzącego kurzu.

Żar z nieba, kurz oblepia natychmiast spoconego człowieka, a pracować trzeba. W dodatku bardzo gryzą teraz różne latające stworzenia, a szczególnie dokuczliwe są chude, niepozorne komary. W takie dni można zazdrościć pracy w klimatyzowanym biurze i siedzenia przed komputerem z oszronioną miłym chłodem szklanką wody. Ale to tylko kilka czy kilkanaście dni w roku, a przecież w końcu to pełnia lata, to i musi być ciepło… Da się wytrzymać, a lata spędzone w lesie pozwoliły przyzwyczaić się do pewnych niedogodności.

W leśnych pracach nie ma przecież taryfy ulgowej i pomimo mrozów, deszczu czy silnych upałów trzeba realizować jak zwykle pilne i terminowe zadania. Oprócz intensywnych prac przy  trzebieżach młodszych drzewostanów wykonywane są teraz czyszczenia i pielęgnacje upraw. Pomimo żaru z nieba i okropnego kurzu. Wczoraj odbierałem też prace przy rozgradzaniu wyrośniętych już gniazd dębowych. Wycięte gniazda o powierzchni około 30 arów obsadzone były dębami i bukami. Gdy drzewka wyrosną już na tyle, że jelenie, daniele i sarny nie są w stanie im zagrozić, nakazuję rozbiórkę ogrodzeń. Zwykle następuje to w okolicach 10 lat od posadzenia uprawy, choć bywa, że wcześniej. Niebawem stary las z przestrzeni pomiędzy gniazdami zostanie także wycięty, a stare, ponad 150-letnie sosny zastąpią młode drzewka.

Siatka zostaje dokładnie zwinięta i pomierzona. Każda rolka ma przyczepioną kartkę z ilością metrów bieżących siatki i trafia na przechowanie na podwórze leśniczówki. Zostanie wykorzystana ponownie do grodzenia kolejnych upraw. Czasem udaje się także odzyskać część słupków, w zależności od ich grubości i wilgotności podłoża. Te jednak nadają się już tylko na opał, bo nie utrzymają siatki:

Gdy oglądałem poskładane, zmurszałe słupki coś mignęło pomiędzy nimi. Zobaczyłem fragment zwierzątka:

Ostrożnie zajrzałem z drugiej strony i popatrzyłem w oczy zwinki:

Wykorzystała dla siebie stare słupki, gdzie mogła schować się i bezpiecznie korzystać ze słońca. Dlatego w lesie potrzebne są martwe drzewa, które służą m.in. także jaszczurkom za miejsce słonecznych kąpieli. Wolę osobiście cień, bo nie jestem zmiennocieplną jaszczurką, która potrzebuje słonecznego ciepła do normalnego funkcjonowania. Zwinki kryją się w wykopanych przez siebie pod krzewami norkach, które co jakiś czas zmieniają, aby nie wytropiły ich drapieżniki.

Z racji tego, że to koniec miesiąca, odbierałem wczoraj także ostanie pielęgnowane uprawy. Przez cały miesiąc wykoszono chwasty na około 20 hektarach upraw. Wykaszarki :

słychać  w lesie od maja aż do października, ale czerwiec i lipiec to czas intensywnych prac w uprawach:

W upale i pośród kąsających owadów nie jest łatwo dźwigać maszynę, dokładnie odsłaniać spośród chwastów cenne drzewka, usuwać zbędna naloty i przerzedzać odrosty:

Wykaszarki pomagają także w realizowaniu turystycznej funkcji lasu. Lato to czas intensywnego korzystania z leśnych obiektów turystycznych i edukacyjnych, których leśnicy w całej Polsce przygotowali ponad 10 tysięcy. Trzeba o nie dbać, także poprzez niszczenie zbędnych chwastów i np. pielęgnowanie żywopłotów oddzielających parking od ruchliwej szosy:

Co jakiś czas leśniczy musi zlecać ZUL-owi wykaszenie otoczenia tablic edukacyjnych na ścieżce przyrodniczej lub informacyjnych na skraju lasu, szczególnie gdy w pobliżu są ekspansywne robinie akacjowe:

Tablica na fotografii, pochodząca ze ścieżki z mojego leśnictwa „Wokół pszczewskiej góry Wysokiej” opowiada zresztą o pielęgnowaniu lasu, a znacie powiedzenie: „słowo uczy- przykład pociąga”, stąd jej okolica musi być wypielęgnowana.

Wczoraj również na obu leśnych parkingach mojego leśnictwa pracownicy ZUL-a montowali nowe, solidne kosze na śmieci. Najpierw należało wykonać wykop na betonową stopę z osadzonymi śrubami:

Potem wstawić kosz i przykręcić go solidnymi nakrętkami, które ukręcają się samoczynnie (zabezpiecza to kosz przed kradzieżą):

Pozostaje jeszcze włożyć foliowy worek w metalowy kosz, opatrzony logo Lasów Państwowych i parking pięknie wygląda, oraz jest jeszcze bardziej użytkowy dla turystów:

Niektórzy ludzie zarzucają leśnikom, że marnotrawią pieniądze na obiekty edukacyjne i turystyczne, które są często dewastowane lub zupełnie niszczone. Nie trzeba będzie wydawać tylu pieniędzy, jeśli będziemy szanowali urządzenia i obiekty pomagające nam w korzystaniu z naszych lasów. Kosze to rzecz bardzo potrzebna na każdym parkingu, bo wszyscy produkujemy śmieci i gdzieś musimy je zostawiać. Mam nadzieję, że te nowe, uchylane kosze na śmieci długo posłużą wszystkim korzystającym z lasu.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

17:35, lesniczy.lp
Link Komentarze (8) »
środa, 24 lipca 2013

 

Dziś odbierałem teren od harcerzy, którzy definitywnie zwinęli obóz nad jeziorem Cegielnianym. Kiedy żurawie, po przerwie związanej z wychowywaniem młodych znowu krzyczą zza jeziora rankiem i o zachodzie słońca, gdy zamiast bąków w trzcinach huczą kombajny na polach, no i gdy żegnam harcerzy – to wszystko wieści schyłek lata. Pomimo upałów bliskich 30 stopni, okropnego kurzu i mocno obleganej plaży nad jeziorem Szarcz, lato minęło już półmetek. A zupełnie niedawno, bo 28 czerwca rozpoczynał się obóz i uzgadnialiśmy z komendantem Zbyszkiem Buśko zasady organizacji całą logistykę związaną z obozem.

Bo to wcale nie takie proste pogodzić życzenia dzieci i młodzieży, warunki narzucone przez Sanepid, Kuratorium Oświaty, wszelkie inspekcje i służby  z wymogami ochrony przyrody. Z lasu należy jak najpełniej korzystać, ale bez szkody dla niego.  To miejsce na terenie leśnictwa Pszczew , gdzie harcerze ze Zbąszynka rozbijają obóz od lat 70 XX wieku znajduje się wciąż w tym samym lesie. Bór nad jeziorem Cegielnianym w oddziale 106 b ma już 147 lat, ma się jednak dobrze i towarzystwo harcerzy całkiem fajnie  mu służy. Niby zupełnie niedawno pojawiła się kadra, która pracowicie rozbijała namioty dla ponad setki uczestników:

Nad brzegiem jeziora staje rząd harcerskich „lokali:

Uczestnicy obozu świetnie uczyli się tam kontaktu z naturą, życia w grupie i zdobywali rozmaite sprawności. Dziś została tam już tylko żółta trawa, która niebawem zazieleni się i samotny kran, który jutro też zdemontuje hydraulik z pszczewskiego ZUK-u:

Kadra obozu jeszcze w ubiegłym tygodniu wspominała dawne dzieje i komendant Zbyszek snuł opowieści jak to dawniejsze obozy  w Pszczewie były obozami międzynarodowymi. Przyjeżdżali pionierzy z byłych już krajów: ZSRR, Czechosłowacji i z NRD ( może już nie wszyscy odszyfrują te skróty?)  W 1992 roku była również Polonia z Kanady i nad jeziorem Cegielnianym widać było kapelusze skautów.

Sam także na tradycyjnym spotkaniu z obozową kadrą wspominałem ciekawe czasy, gdy odrodzone po przemianach Okrągłego Stołu harcerstwo borykało się w wielkimi problemami organizacyjnymi i finasowymi. Owczesną kadrę, która rozbijała obóz i wyciągała sprzęt i namioty z wagonu kolejowego, który latami służy za magazyn, przywoził ze Zbąszynka niezapomniany „Dziadek” nyską ( kto dziś wie co to za samochód- nyska?), która na co dzień służyła w zakładzie pogrzebowym… Mam nawet takie archiwalne zdjęcie przy tej nysce!

Jednak ani wtedy, ani dziś nikt na obozie się nie nudzi! Kadra instruktorów prowadzi różne ciekawe zajęcia:

Młodzież, po okresie małej popularności harcerstwa znów coraz chętniej garnie się do niego, choć uczestnicy obozu to nie tylko harcerze i zuchy. Jednak wielu z nich po obozie deklaruje przestrzeganie prawa harcerskiego i po jakim czasie dumnie paraduje z krzyżem i lilijką…

Dla wielu z nich to szansa poznania innych wartości  i ciekawa przygoda, zupełnie różna od tych wirtualnych i pozbawionych towarzystwa innych druhów zabaw z „komórką” i komputerem:

 Bo przecież harcerstwo to nie tylko musztra i mundurek. Obozowicze jednak chętnie poddają się rygorom, pełnią nocne warty, gdzie po pierwszych strachach spowodowanych odzywającym się puszczykiem, tupiącym jeżem czy chrumkającym dzikiem, nabierają pewności siebie i czują się ważni. Odbywają się różne gry i zabawy uczące działania w grupie oraz biegi harcerskie, gdzie kładzie się nacisk na rozwijanie umiejętności oraz zdolności zdobytych w  szkole.

Harcerze korzystają też chętnie z przygotowanej przeze mnie ścieżki przyrodniczo- historycznej oraz doskonale poznają przyrodę i okolicznych mieszkańców lasów, pól i jeziora. Uczą się też zasad korzystania z lasu, wiedzą np., że nie wszędzie w lesie można biwakować, rozpalać ognisko itd. Wiedzą, że nie należy kaleczyć drzew, śmiecić i wydzierać się niepotrzebnie…

Jak mają ochotę coś zmalować to najlepiej malować po sobie:

Chętnie słuchają porad kadry i nawet sam komendant zawsze służy radą i pomocą:

Dziś zniknął ostatni namiot, a wcześniej zdemontowano też sanitariaty, umywalnię i kuchnię:

Obóz nie zostaje rozbity ot tak sobie, w obojętnie w jakim miejscu lasu. Teren musi być należycie przygotowany do tej funkcji, zabezpieczone sprawy wodno-ściekowe, wywozu śmieci oraz przygotowane bezpieczne miejsce na ognisko.  Warunki korzystania z lasu precyzyjnie określa umowa z nadleśnictwem, a obecność obozu choć przysparza mi, jak każdemu leśniczemu dodatkowych obowiązków nie jest uciążliwa. Harcerze przecież pomagają chronić las, bo inaczej gdzie przyjadą na obóz? 

 Zagląda tam także Straż Leśna, szczególnie gdy zdarzy się wieczorna lub nocna służba. Staramy się jak najlepiej pomagać harcerzom. Las ma przecież także turystyczne i rekreacyjne funkcje, a obóz harcerski świetnie je realizuje. Jest tam jednak określony przez nas, leśników ład, a na zakończenie dokładnie sprawdzam teren byłego już  obozu, a potem spisuję z przedstawicielem Hufca Babimojsko- Sulechowskiego Związku Drużyn protokół przejęcia terenu. Pojechałem wieczorem na wycieczkę rowerową nad jezioro Cegielniane i jakoś smutno tam bez namiotów. No cóż, skoro już po obozie, to lato ma z górki…

Czuj, czuj, czuwaj!

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

22:10, lesniczy.lp
Link Komentarze (8) »
piątek, 19 lipca 2013

Jutro rozpoczyna się w Pszczewie kolejny, jubileuszowy- bo już XX Jarmark Magdaleński. Jestem emocjonalnie silnie związany z tą imprezą, bo uczestniczę w niej od początku. Przez wiele lat współorganizowałem jarmark.

 Zapraszałem wystawców, rękodzielników, zespoły i wykonawców różnych rodzajów muzyki. Organizowałem jarmarczne zawody strzeleckie, mecze piłki nożnej i Grand Prix Marii Magdaleny- gdy wyczytałem wiele lat temu, że jest patronką fryzjerów:

 Jarmark odbywający się w scenerii malutkiego rynku w Pszczewie, otoczonego ciekawymi budynkami, przypomina piękno i kunszt rozmaitych, często ginących lub zapomnianych profesji, prezentuje kulturę ludową, piękno folkloru oraz promuje region lubuski. Lubuskie to wielonarodowy, specyficzny tygiel kultur, które od 1945 roku po dzień dzisiejszy okrzepły w nową jakość tego wartego zachodu regionu.

Jarmark Magdaleński to niepowtarzalna, ciekawa impreza organizowana od 1984 roku przez Wandę Żaguń- dyrektora GOK w Pszczewie, na wzór dawnych, średniowiecznych jarmarków. Odbywa się  zawsze w sobotę i niedzielę najbliższą 22 lipca, a jest to dzień Marii Magdaleny – Patronki tutejszej parafii katolickiej. Na pszczewskim ryneczku, w niepowtarzalnej atmosferze tradycji i historii spotykają się rękodzielnicy, turyści, mieszkańcy gminy i ich goście. A oto program XX Jarmarku:

 

Można tam zobaczyć kowala Janka z Brójec przy pracy:

Garncarza, który mówi, że nie święci garnki lepią:

Wielu rzeźbiarzy, m.in. Grzegorza Hadzickiego co robi cuda z drewna, korzonków i gałęzi, a inwencję  twórczą zdobywa podczas leśnych spacerów:

Można zakupić miód i wyroby z wosku:

Przywieźć do domu niecodzienną pamiątkę z Pszczewskiej Wiklinowej Krainy:

Spotkać niecodziennych gości, jak np. znanego w świecie muzyka Józefa Skrzeka, który nagrał w Pszczewie płytę "Maria z Magdalii":

 

Posłuchać kapeli na scenie lub w jednej z bocznych uliczek rynku:

No i oczywiście jest okazja sprawdzić, że w orkiestrach dętych jest jakaś siła:

 

To niecodzienna, bardzo oryginalna impreza, która mocno wrosła w stosunkowo młodą kulturę Ziemi Lubuskiej. Zapraszam na pszczewski rynek, a potem na spacer nad czystą wodę i do leśnych uroczysk Pszczewskiego Parku Krajobrazowego, naturalnie najlepiej ścieżkami i leśnymi dróżkami Leśnictwa Pszczew…

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

22:15, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
środa, 17 lipca 2013

Wcale nie chodzi w tytule o inwazję kleszczy, o której wciąż alarmują media. Nie można sprawy lekceważyć, ale w moich okolicach nie zauważyłem zmasowanego ataku kleszczy i wcale nie z tego powodu w lesie latem może być przerąbane… Ostatnie dni całkiem nieźle słonko przygrzewa i temperatury bywają dobrze ponad 25 stopni, no ale to w końcu pełnia lata. Na leśnych drogach kurzy się, komary, muchy i wszelkie bzyczące stworzenia tną niemiłosiernie, a koszula lepi się leśniczemu (choć nie tylko jemu) do spoconych pleców.

Wczoraj i dziś oglądałem tegoroczne i starsze uprawy leśne, bo trudno nadążyć z ich pielęgnowaniem. To także pora, gdzie widać już ewentualne błędy w sadzeniu oraz efekty działalności różnych owadów i grzybów. Moje leśnictwo w sporej części to jedno pędraczysko, stąd trzeba na bieżąco śledzić poczynania wroga, czyli pędraków chrabąszczy. Oczywiście namierzyłem ich zbrodniczą dla sadzonek działalność, ale o tym innym razem.

 Przejeżdżając z jednego kompleksu, zwanego lokalnie „ stołuńskie ostrowy” do innego fragmentu leśnictwa, musiałem „przecisnąć się” między jeziorami Stołuńskim, a Białym jedyną, przejezdną drogą. Okazała się przejezdną tylko w części, bo na zjeździe nad jezioro Białe w poprzek drogi „wyłożyła” się sucha sosna:

 Cóż począć? Wracać się nie lubię, zresztą to niegodne leśniczego jechać dwukrotnie tą samą drogą, a zresztą musi być ona ciągle przejezdna. Lato to czas szczególnego zagrożenia pożarowego, a okolice jezior obleganych przez turystów zawsze są bardziej narażone na pożar. W moim Rockym zawsze wożę łopatę i ostrą siekierkę. To nie pierwszy taki przypadek, a często drogi w pobliżu jezior tarasują bobry, ścinając osiki, olchy, a nawet dęby. Sosna leżąca w poprzek drogi była dość gruba i sucha, ale „bobrzym sposobem” szybko przeciąłem pień siekierką:

 No i miałem przerąbane! Zagrzałem się przy tym rąbaniu, a zatem wybrałem się na oględziny upraw położonych przy podtopionych bagnach, licząc na chłodek tam panujący. Moje przewidywania niezbyt szczególnie się sprawdziły i było tam parno oraz duszno. Moja koszula dość szybko stała się jeszcze bardziej mokra po obejrzeniu ponad trzyhektarowej uprawy. Na dodatek gdy po kilkuset metrach marszu już wsiadłem do Rockego, zaklinowałem się pomiędzy dwoma solidnymi pniakami, niewidocznymi w trawie sięgającej ponad maskę auta. Gdy wyszedłem z samochodu rozpoznać problem wokół mnie zaszeleściło, zasyczało, zrobił się spory ruch w trawskach… Rozejrzałem się wokół i zobaczyłem coś takiego:

A to z bliska „obwarzanek” zakreślony na czerwono:

Portret pięknego zaskrońca w pełnej okazałości:

Bliskość bagien i z kolei nasłoneczniona, porośnięta różną roślinnością uprawa to idealne miejsce dla zaskrońców, którym przeszkodziłem w kąpieli słonecznej. A ten zwinięty w obwarzanek chyba „robił za strażnika”… Musiałem przepędzić go gałązką, aby nie trafił pod koła auta ale zbytnio nie  kwapił się do ucieczki. "Wężowym zwyczajem" wczołgałem się pod samochód, aby obejrzeć przyczynę unieruchomienia. Pniaki wbite w metalową płytę spodu samochodu oceniłem na dość zmurszałe. Wbiłem terenowy bieg i do przodu, do tyłu, do przodu i … po sprawie. Auto było mocniejsze od pniaków.  Kawałek dalej wjechałem w wielką dziurę, która spowodowała, że wskaźnik przechyłu w Rockym przekroczył czerwoną kreskę… Potem znowu przy pomocy niezastąpionej siekierki musiałem z kolei wyrąbać sobie przejazd pomiędzy młodymi robiniami akacjowymi, które błyskawicznie zarosły wąską dróżkę wzdłuż uprawy. No i wyjechałem na skraj lasu i pola, a stamtąd na gruntową drogę gminną. No mówię Wam, ciągle przerąbane…

Dlatego najlepiej poruszać się po lesie pieszo lub rowerem, a auto zostawiać na parkingu  oznaczonym niebieską tablicą z literą P, ozdobioną drzewkiem. Sam jednak muszę poruszać się autem, stąd czasem muszę mieć własnoręcznie przerąbane… przejazdy. Z bagien wybrałem się na bardziej suche tereny, gdzie trzcinnik wybujał solidnie:

 Oglądając dziś wiele upraw zwróciłem uwagę na bogactwo owadziego świata. Zobaczcie jakie to swoiste Eldorado dla motyli, much i innych bzyczących stworzeń:

Przysiadła tam sobie m.in. rusałka pawik:

I taki nastroszony, czarno żółty, którego nie znam po imieniu:

No i tacy „trzej amigos”:

Na sosnowym patyczku można kręcić scenę  pod tytułem: „Orzeł wylądował”:

Może policzymy igły, czy stan się zgadza?:

A oto „śmigłowiec” w całej okazałości:

Świat owadów na leśnych łąkach, polanach i uprawach może zachwycić bogactwem barw, gatunków i kształtów. To także może fascynować podczas letnich, leśnych spacerów. Warto dla ich piękna zaryzykować kontakt z upałem, kurzem, no i tymi co gryzą, pomimo stosowania repelentów. Nawet jak czasem trzeba mieć przerąbane, z użyciem siekierki naturalnie!

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

19:48, lesniczy.lp
Link Komentarze (6) »
niedziela, 14 lipca 2013

Dziś pamiętna rocznica bitwy pod Grunwaldem, blisko połowa lata, a przede wszystkim niedzielny czas dla siebie i rodziny. Jak zwykle zachęcam do spędzenia go, choć w części, w kontakcie z naturą. Lato nie rozpieszcza nas rewelacyjną pogodą, ale  brak plażowej aury tym bardziej skłania do spacerów pośród drzew, kwiatów i traw. Warto zainteresować się też ziołami, które skromnie rosną wokół nas, bo to czasami ostatni moment, aby skorzystać z ich bywa, prawie magicznych właściwości.

 Właśnie kwitnie dziurawiec:

 Jest charakterystyczną byliną o żółtych kwiatach, które osiągają 30-60 cm. Rośnie przy drogach, w zaroślach, na łąkach i leśnych polanach. Dawniej, gdy jako młody chłopak w wakacje pracowałem dorywczo w lesie, przy pielęgnowaniu upraw, które wykaszałem sierpem lub krótka kosą leśną, przywoziłem do domu pęczki tego ziela, bo zwykle ktoś starszy mnie o to prosił.  Jako lek wykorzystywane są jego kwitnące, nie zardzewiałe młode pędy z pączkami, które zbiera się od czerwca do połowy lipca, a następnie w końcu sierpnia, gdy przycięte rośliny odrosną i znów zakwitną. Dziurawiec nazywany jest także rutą polną, zielem świętojańskim, zielem Św. Jana, bo nawet, gdy lato jest bardzo spóźnione, to zawsze zakwitnie do 24 czerwca. W tej chwili zaczyna już przekwitać:

 a zatem trzeba się śpieszyć, aby go zebrać. Jego nazwa pochodzi od charakterystycznych owalnych liści, które wzięte pod światło wyglądają tak, jakby zostały podziurawione cienką szpilką:

 

 Jeżeli patrzy się na listki z góry, to tworzą one krzyżyk i dlatego dziurawiec ma też swoją inną nazwę - krzyżowe ziele. Jako ziele musi być stosowany ostrożnie, gdyż zwiększa wrażliwość skóry na słońce i może spowodować silne reakcje fototoksyczne. Zdecydowanie nie zalecany dla osób o jasnej karnacji skóry lub ze zmianami skórnymi.

Niezbyt lubią go rolnicy, bo masowo występując na łąkach obniża im jakość siana. Czerwony barwnik zawarty w kwiatach barwi mleko krów żywiących się takim sianem. Rozetrzyjcie żółty kwiatek, a sami zobaczycie!  Także negatywnie wpływa na zwierzęta o jasnej skórze, wywołując uczulenie na światło. Zwierzęta karmione paszą z dużą ilością dziurawca mogą cierpieć na stany zapalne skóry. Dlatego Rosjanie nazywają go zwieroboj, czyli zwierzobójca.

Dziurawiec jest jednak prastarym lekiem ludowym znanym już w starożytności. Przypisywano mu działanie magiczne, wierzono, że roślina chroni przed czartami i złymi czarami, wisiał w pęczkach u powały chałupy każdej wróżki i dobrej, i złej. Kiedyś wierzono, że chroni kobiety ciężarne przed dziwożonami – demonami, które im szkodzą. Może warto się nim bliżej zainteresować skoro jest takie larum dotyczące nizu demograficznego i wielkiego spadku narodzin małych Polaków?

 Zaleca się go na nerwy, wrzody, żołądek, wątrobę, nerki, jelita, jako środek pobudzający przemianę materii, a nawet na nowotwory. Uchodzi za lek niemal uniwersalny. Stosowany jest zewnętrznie jak i wewnętrznie. Dziurawiec przede wszystkim znany nam jest ze swoich właściwości antydepresyjnych. Warto po niego sięgać regularnie podczas hormonalnych huśtawek nastroju, przy częstych migrenach, w czasie menopauzy i przy bolesnych lub nieregularnych miesiączkach. Na poprawę samopoczucia i warto przez 6 tygodni pić napar z dziurawca.

Co ciekawe, wyczytałem w kilku książkach, że skuteczne w tych przypadłościach są tylko alkoholowe wyciągi z dziurawca. Przygnębienie, zmęczenie oraz apatię doskonale złagodzi więc nalewka z dziurawca, która sprawi, że świat stanie się weselszy. Nie wiem jak to jest, bo jeszcze nie robiłem, ani nie kosztowałem tego specyfiku. Jednak najwyższa pora, aby to sprawdzić i w swojej domowej biblioteczce wyszukałem już takie ciekawe przepisy:

Szklankę mocnego naparu z dziurawca połączyć ze szklanką wywaru kawy zbożowej lub, do wyboru, ze szklanką naparu kawy naturalnej. Dodać 6 czubatych łyżeczek cukru. Po ostudzeniu dolać 0,5 l spirytusu 75%. Wymieszać, przelać trunek do butelek i na każde 0,5 l nalewki dodać pół laski wanilii lub łyżeczkę cukru waniliowego. Butelki szczelnie zamknąć i odstawić w chłodne i ciemne miejsce na jakieś 3 tygodnie. Na dnie może powstać lekki osad, ale to nic złego.

Nalewka ta znakomicie leczy migreny i skutecznie rozwiewa rozmaite chandry i smutki. Na niestrawności i problemy z wątrobą  podobno skuteczna jest taka nalewka:

100g suszonego ziela zalać pół litrem spirytusu 70%. Zawartość tę przetrzymać w ciemnym miejscu, w dobrze zakorkowanej butelce przez dwa- trzy tygodnie. Po tem okresie lek gotowy. Używać w przypadku dolegliwości gastrycznych trzy razy dziennie po 30-60 kropli rozpuszczonych w kieliszku przegotowanej letniej wody.

A oto jeszcze jedna, ciekawa propozycja:

Składniki: * 5 dag kwiatu dziurawca * 5 g bylicy pospolitej * dwie sparzone mandarynki *  1 l białego wina *  50 g koniaku

Przygotowanie: Kwiat dziurawca, bylicę pospolitą oraz dwie sparzone mandarynki zalać 1 l białego wina i dodać 50 g koniaku. Zamknąć i odstawić na dwa tygodnie.

Naturalnie są to nalewki absolutnie „apteczne”, stosowane w maleńkich ilościach i najlepiej wieczorem, bez narażania na interakcję ze słoneczkiem. Zainteresujcie się dziurawcem- uniwersalnym zielem na poprawę nastoju, a może ktoś z Was ma własne doświadczenia z wykorzystaniem tej rośliny, a szczególnie z przygotowaniem nalewek?

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

15:12, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
czwartek, 11 lipca 2013

Wczoraj nareszcie zakończyłem planowanie wszystkich prac niezbędnych do wykonania w moim leśnictwie w 2014 roku. Odnowienia, pielęgnacje upraw, czyszczenia młodników. Tysiące sadzonek, kilogramy gwoździ i sztuki tablic informacyjnych,  pomocnych  turystom. O wszystkim trzeba pomyśleć i zaplanować czynności, materiały no i koszty leśnej działalności z hodowli, ochrony i turystycznego zagospodarowania lasu. Wydrukowałem spory tomik złożony z kilkudziesięciu stron…

Ile nad tym dni i godzin przesiedziałem tylko ja wiem, stąd nie informowałem Was co aktualnie w lesie piszczy. A przecież w lesie pełnia turystycznego sezonu! Dziś pełen poczucia dobrze spełnionego obowiązku mogłem spokojnie od rana ruszyć w las i sprawdzić realizację zleceń wystawionych mojemu „zulowcowi”. Pielęgnacje upraw w trakcie wykonywania i wciąż brzęczą wykaszarki, bo chwasty rosną w rekordowym tempie:

 W młodszych drzewostanach II klasy wieku, czyli w takich do 40 lat, trwają cięcia niezbędne do ich dalszego, prawidłowego wzrostu. Rosną stosy papierówek i surowca na zrębki ale jutro część już wyjedzie z lasu, bo dziś kilku kierowców umawiało się ze mną na wywozy. W lesie co kawałek można zobaczyć taki widok:

To czarne borówki, zwane popularnie jagodami wabią amatorów poplamionych dłoni i… pysznych pierogów. Choć nie tylko. Wiele rodzin codziennym zbiorem borówek podreperowuje swój domowy budżet, bo za litr można dostać kilkanaście złotych. Stąd te rowery w lesie. Choć naturalnie zobaczyłem i taki obrazek:

Pan kierowca z pobliskiej miejscowości zbierał borówki na skraju ogrodzonej uprawy i tłumaczył się, że jest bezrobotny, no i chciał sobie dorobić. Wjechał do lasu, bo nie chciał blokować leśnej drogi. Tłumaczyłem mu, że wprawdzie my, leśnicy, zachęcamy do pobytu w lesie i prowadzimy kampanię medialną „Lasy Państwowe- zapraszamy” to jednak także wymagamy zachowania zasad prawidłowego korzystania z lasu.

 Był też mocno zdumiony, gdy poinformowałem go, że także na uprawy leśne, zanim nie osiągną 4 metrów wysokości nie wolno wchodzić. Jak twierdził nieświadomie popełnił kilka wykroczeń. Pouczyłem go o zasadach wjazdu i prawidłowego parkowania w lesie, a potem wysłałem na niedaleki leśny parking przy kapliczce Św. Huberta. Spokojnie i z zaciekawieniem słuchał moich objaśnień. Doradziłem mu także, że lepiej tak jak wielu innych samochód zostawił w domu i rowerem ruszył w las. Z rowerowego siodełka można podziwiać takie piękne widoki:

Wiele osób korzysta z uroków lasu i odpoczywa w nim poruszając się rowerem. Spotykam tam stałych znajomych, którzy codziennie przemierzają wiele kilometrów leśnych dróg:

Choć czasem, tak jak dziś, aura nie sprzyja cyklistom podróżującym międzynarodowym szlakiem rowerowym R1 przebiegającym przez moje leśnictwo:

Wiele osób rusza w las pieszo, także w zorganizowanych grupach:

Choć czasem zorganizowana turystyka może zmęczyć i trzeba nieco wypocząć, szzcególnie nad wodą:

Nie namawiam jednak do takiego odpoczynku! Latem jest tyle ciekawych miejsc w lesie i nad wodą, gdzie można atrakcyjnie i zdrowo spędzić czas. Oprócz czarnych borówek i kurek można też już poznać smak leśnych malin:

Okolice Pszczewa są bardzo atrakcyjne dla turystów. Piękne krajobrazy, które kształtował lodowiec, chronione od 1986 roku w formie Pszczewskiego Parku Krajobrazowego i liczne, czyste jeziora w tym najbardziej zalesionym fragmencie kraju są wielkim bogactwem. Podobnie jak ładne dziewczyny, uśmiechające się na pierwszej fotografii... Najlepsze życzenia imieninowe dla dzisiejszej solenizantki Olgi- to ta z lewej!

 Oprócz pieszej i rowerowej turystyki popularną formą aktywności jest jazda konna i spływy kajakowe malowniczą rzeką Obrą. Można do woli korzystać z czystych jezior do wędkowania, nurkowania, rodzinnych kąpieli i plażowania. Wieczorem, gdy " robię swoją” trasę rowerową spotykam wiele osób biegających i maszerujących z kijkami malowniczymi drogami i dróżkami. W Pszczewie i okolicznych lasach można naprawdę pożytecznie i ciekawie spędzić czas, szczególnie w wakacje- pełnię turystycznego sezonu.  Trwają już intensywne przygotowania do dorocznego Jarmarku Magdaleńskiego:

W niedzielę 21 lipca będzie się wiele działo na pszczewskim ryneczku. Pozdrawiam turystycznym: cześć!

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

22:38, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
piątek, 05 lipca 2013

 

Od wielu już lat funkcjonuję w ciągłym pędzie i pośpiechu, pośród natłoku rozmaitych obowiązków i spraw. Jak większość leśniczych…  Moja praca i życie prywatne to zmieniający się kalejdoskop dni, spraw i otaczających mnie ludzi. Wciąż dzieje się coś nowego i każdy dzień jest inny. Wiem, to pewnie bardzo kłóci się z utartym stereotypem spokoju, harmonii i sielanki wiejskiego życia leśniczego. Bo leśniczy kojarzy się ze stabilizacją, stoickim spokojem i zupełną nieznajomością pojęcia „stres”. Wciąż spoglądam na zegarek i pracuję z ludźmi i z kalendarzem, poganiany wciąż dopisywanymi terminami. Wczoraj wieczorem wypadł (siłą rzeczy niespodziewany) wyjazd do pożaru, który oderwał mnie od domowych zajęć, dziś zmienił plany niespodziewany wywóz drewna, co wymaga poświęcenia kilku godzin, potem konieczny przegląd upraw do pielęgnacji, a w każdej wolnej chwili siedzę przed komputerem, planując wszystkie prace gospodarcze do wykonania w roku 2014. Termin kompletnego zakończenia planowania- 10 lipiec! Nie ma czasu na wiele spraw, szczególnie prywatnych. Ale moja żona Reginka nie marudzi, bo mówi z humorem:  „był czas przywyknąć przecie”…   sami zobaczcie: http://www.youtube.com/watch?v=7RVmnW-paoM 

Ten kultowy, multimedialny  cytat podesłał mi kiedyś Orillo- mój blogowy kolega, który zachwyca mnie fotografiami, a można podziwiać je na jego blogu:  http://fotolowy.wordpress.com/

Dziś rano uświadomiłem sobie, że właśnie minęła ważna  rocznica. Równe dwadzieścia lat temu, na naradzie leśniczych, mój ówczesny nadleśniczy wręczył mi napisany na maszynie (bo komputerów jeszcze nie używaliśmy w pracy) taki oto akt powołania:

Niepostrzeżenie minęła równa rocznica zarządzania takim gospodarstwem, którego rozmiar widać na mapie zawieszonej w mojej kancelarii:

Mierząc mapę (po prostej) linijką wychodzi obszar 11 na 8 kilometrów. Powierzchniowo to blisko 2200 ha gruntów nadleśnictwa Trzciel i około 200 ha prywatnych lasów, w których także nadzoruję gospodarkę prowadzoną przez ich właścicieli. Moje leśnictwo ma taką specyfikę, że wszystkiego jest dużo: lasów, drewna, wody (lasy dotykają do 12 jezior i rzeki), turystów, no i piękna przyrody… Przyzwyczaiłem się już do takiego życia i ciągłego pędu, no i raczej nie zamieniłbym go na inne zajęcie. Obcowanie z przyrodą i mimo wszystkich obowiązków, pewna swoboda w planowaniu każdego dnia oraz ich niepowtarzalność mają swój urok.  Leśnictwo Pszczew z lotu ptaka wygląda tak:

Obra wije się obok lasów ciekawymi zakolami, stąd chętnie korzystają z niej kajakarze:

Przez dwadzieścia lat dokładnie poznałem każdy zakątek leśnictwa, co niewątpliwie pomaga mi w wielu moich działaniach,  choćby we wspomnianym planowaniu. Kiedy byłem powoływany na stanowisko leśniczego leśnictwa Pszczew miałem 9-letni staż pracy terenowej w nadleśnictwie i należałem jeszcze wiekowo do pokolenia z „2” z przodu. Teraz mógłbym sobie powspominać ile wydarzyło się przez te dwadzieścia lat na terenie mojego leśnictwa, ale wciąż nie mam na to czasu... Wciąż chodzi mi po głowie spisanie i utrwalenie co ważniejszych wydarzeń, może kiedyś to się uda? 

 Dobrze, że od 3 lat wiele spraw zostało utrwalonych w tym blogu, choć jest to tylko cząstka tego co dzieje się i piszczy w pszczewskim lesie! Z formalnego punktu widzenia akt powołania, który odebrałem 20 lat temu jest moją umową o pracę. Zgodnie z ustawą o lasach nadleśniczy powołuje leśniczych do pełnienia funkcji. Odwołanie z funkcji jest równoznaczne z utratą pracy, no i prawa do mieszkania w leśniczówce:

 To też bardzo istotna sprawa. W tej chwili pośród leśników tylko nadleśniczy i leśniczy mają przywilej mieszkania zapewnianego przez nadleśnictwo na czas pełnienia funkcji. Gdy leśniczy przestaje pełnić funkcję, zostanie np. odwołany, to musi w ciągu 3 miesięcy opuścić leśniczówkę. Gdy odchodzi na rentę lub emeryturę, ma na to 6 miesięcy. W tej sytuacji nadleśnictwo musi mu zapewnić lokal zamienny lub sam powinien sobie  zabezpieczyć miejsce do spędzenia jesieni życia… Różnie to wygląda, każda sytuacja jest inna, ale na szczęście nie znam leśniczego, który musiałby pędzić żywot leśnego emeryta w  szałasie!

Od lat mówi się o zmianie sposobu zatrudniania leśniczych z powołania na umowę o pracę. Bo to oczywiste, że powołanie trzeba mieć, aby zostać leśnikiem i leśniczym,  samodzielnie służąc lasom, które są własnością nas wszystkich. Powołanie  trzeba mieć, aby jednoosobowo podejmować trudne decyzje, rozwiązywać konflikty i problemy, wykonywać kilkanaście zawodów w trudnych warunkach terenowych, narażając się na długotrwały stres i różne niedogodności oraz niebezpieczeństwa. Powołanie -  jako formę zatrudnienia trzeba wysłać jak najszybciej do lamusa.  Bo w zamian za powołanie do zawodu leśnika i służbę lasom bez liczenia godzin i warunków pracy, leśniczemu należy się stabilna i bezpieczna umowa o pracę.  To „oczywista oczywistość”, że leśniczym zostaje się na całe życie.

 Z całą pewnością kierownictwu LP zależy  na stabilności kadr i świetnym zarządzaniu leśnikami o wysokich kompetencjach. Powołanie można przecież porównać do umowy-zlecenia, umowy o dzieło, czy kontraktu na wykonanie określonego zadania, a takie formy zatrudnienia określa się jako formy „śmieciowe”. Zasada  zatrudniania leśniczych w formie powołania  nadal jednak funkcjonuje, chyba  z racji jakiegoś pecha, który dotyka wielokrotnie obiecywane próby zmiany ustawy o lasach. Leśniczowie są przekonani, że należy jak najszybciej i koniecznie doprowadzić do ich zatrudniania na podstawie umowy o pracę. Nie jest łatwo zostać leśniczym w LP, to długa droga pełna prób i egzaminów, a skoro już wszystko udało się przebrnąć, to czy nie jest ten fakt godny uhonorowania w miarę bezpieczną formą zatrudnienia,  jaką jest umowa o pracę?

 Im więcej wody upływa w pszczewskich jeziorach od wręczenia mi aktu powołania, tym częściej o tym myślę… Choć dziś, gdy wokół „pada” tyle firm, ta sprawa w zasadzie przestaje mieć znaczenie. Bo co z tego, że ktoś miał stałą, długoletnią umowę o pracę, gdy jego firma zbankrutowała lub przekształciła się w inną? Jestem urodzonym (trzynastego zresztą) optymistą, stąd wolę nie łamać sobie głowy i umartwiać się nad sprawami, na które praktycznie nie mam wpływu… Bliskość przyrody na szczęście uspokaja i pozytywnie działa na każdego z nas:

 Lasy Państwowe w przyszłym roku będą obchodzić ważny jubileusz 90 lat istnienia w obecnej formie organizacyjnej i jestem przekonany, że razem z nimi doczekam jeszcze innych, ważnych rocznic. Warto jednak choć na chwilę wrócić do wspomnień.Wracam też jednak do mojego planowania, pomimo późnego popołudnia, bo przecież mam zadaniowy czas pracy, a z biurkowego kalendarza straszy mnie na czerwono zakreślona data… Miłego sobotnio-niedzielnego wypoczynku!

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

17:21, lesniczy.lp
Link Komentarze (10) »
wtorek, 02 lipca 2013

Wczoraj weszła w życie ustawa śmieciowa, z którą wielu z nas, (szczególnie leśników i przyrodników) wiązało i nadal wiąże nadzieje na rozwiązanie problemu śmieci w lesie. Jednak same zapisy normujące problem w aktach prawnych nie uporządkują niczego, to zostało już wielokrotnie sprawdzone. Od 1 lipca samorządy gminne miały stać się właścicielami wszystkich śmieci, miało być czysto, a wszystkie śmieci pięknie posegregowane powinny być wywiezione na wysypisko przez firmę wynajętą przez gminę. Każdy z nas złożył wcześniej w swoim urzędzie deklarację o wysokości opłaty za gospodarowanie odpadami komunalnymi i stał się płatnikiem „podatku śmieciowego”.

Tymczasem dziś w większości miejscowości, w  mojej także,  śmieci wysypują się z kontenerów, a mieszkańcy są zdezorientowani. W prasie lokalnej znalazłem informację o nazwie firmy, która wygrała przetarg i to tyle co wiem. W drugiej połowie czerwca zniknęły z terenu gminy kontenery na plastik, szkło i papier, gdzie można było nieodpłatnie rozstawać się z nimi. Ludzie nie mając gdzie wyrzucić butelek szklanych czy plastikowych upychają je do kubłów razem z innymi śmieciami. Choć wystarczyłoby cierpliwie je zmagazynować na swojej posesji, bo chyba system zaraz ruszy? 

 W dzisiejszej prasie natłok informacji o chaosie śmieciowym… Wojewoda lubuski optymistycznie ocenia, że w naszym województwie ustawa śmieciowa została wdrożona w 90 procentach gmin. Takie informacje podaje Gazeta Lubuska. Mieszkańcy województwa jednak bardzo krytykują wdrożenie w życie nowych przepisów. My, leśnicy, liczyliśmy, że wdrożenie w życie tej ustawy spowoduje, że przestaniemy nieustannie sprzątać lasy. Takie obrazy to codzienność w naszych, wspólnych lasach:

Do tej pory szacowano, że 25 procent Polaków nie ma podpisanych umów na wywóz śmieci, czyli nie płaci za ich wytworzenie i „jakoś sobie z nimi radzi”. Ustawa ma sprawić, że wywożenie śmieci do lasu nie będzie się nikomu opłacało…  Co roku leśnicy usuwają z lasów około 140 tysięcy metrów sześciennych śmieci. Z parkingów leśnych:

ale także z poboczy dróg, jezior, rezerwatów, leśnych uroczysk... Aby je załadować potrzeba tysiąc wielkich, wypełnionych po brzegi wagonów kolejowych. Kosztuje to co roku około 16 mln złotych, a pewnie drugie tyle trzeba wydać na kampanie uświadamiające i edukujące społeczeństwo. A przecież te pieniądze można wydać na bardziej pożyteczne cele… W lesie wciąż natykam się na takie niespodzianki:

Kto wie jak to jeszcze długo potrwa? Przecież tworzony przez lata system odbierania i utylizowania odpadów mocno się zmieni. Ludzie błądzą w informacjach co jest plastikiem, a co nie, co zrobić ze szklaną butelką, słoikiem a co z szybami, które zostały z remontu domu?

Rewolucja z pewnością nie będzie błyskawiczna, a wojna ze śmieciowym problemem potrwa długo. Pewnie będzie to wymagało wielkiej cierpliwości i wyrozumiałości, bo zanim rewolucja zmieni „śmieciowe myślenie”, długo będziemy trwać w chaosie organizacyjnym. Zatruta przez śmieci gleba czy woda istotnie wpływa na nasze zdrowie. Nie naśladujmy kukułki, podrzucając ukradkiem śmieci do lasu, bo nikt za nas nie rozwiąże tego społecznego problemu.

Mam sporą kolekcję fotografii z różnorodnymi śmieciami w lesie, ale wolę Wam pokazywać kwiaty, ptaki, zające czy leśne krajobrazy. Musimy jednak nawzajem przypominać sobie, że to w naszym, wspólnym interesie należy przestać zaśmiecać lasy. Wystarczy pamiętać, że szeleszcząca na wietrze porzucona „foliówka” czy plastikowa butelka rozkłada się aż tysiąc lat, a jeden niedopałek papierosa, beztrosko wyrzucony do wody, zatruwa  skutecznie wiele jej metrów sześciennych. Ale to przykre, że kubły, o ile w ogóle stoją przed domami, są dziś przepełnione śmieciami i jak w starym czeskim filmie: „nikt nic nie wie”, niestety…

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

19:01, lesniczy.lp
Link Komentarze (9) »
sobota, 29 czerwca 2013

Wczoraj spotkałem ciekawą roślinę, ni to kwiat- nie kwiat… Bezpośrednio z podłoża wyrasta niezwykle blada, mięsista, wyprostowana i krucha, bladożółta łodyga o wysokości kilkunastu centymetrów. Pokryta jest zredukowanymi, łuskowatymi liśćmi, ciasno przylegającymi do pędu.  Na wysokości kwiatostanu łodyga zagina się łukowato do dołu. Dziwny to kwiat bez kolorów i zielonych liści...

 Życie roślin to przecież ciałka zieleni: chloroplasty, bez których nie może na ogół samodzielnie żyć, ani przetrwać żadna roślina. Na ogół, bo są też rośliny całkowicie pozbawione chlorofilu. Zapytacie zatem jak one są zdolne utrzymać się przy życiu, rosnąć, kwitnąć i owocować? Istnieje w przyrodzie mało znana, mało liczna grupa roślin bezzieleniowych, pozbawionych chlorofilu i będących najczęściej półpasożytami. Żyją one w symbiozie z odpowiednim dla siebie grzybem, czerpiąc pokarm z gleby lub rzadziej są pasożytami całkowitymi, czerpiącymi substancje pokarmowe z korzeni drzew. Spotkana przeze mnie roślina to korzeniówka pospolita:

Występuje na rozproszonych stanowiskach w lasach iglastych całej Polski, preferuje miejsca o grubej warstwie próchnicy, cieniste i wilgotne. Kwitnie właśnie teraz, czyli w czerwcu i lipcu, a właściwie nie tyle kwitnie, co raczej pojawia się na powierzchni ziemi:

To wieloletnia roślina o mięsistych podziemnych kłączach pachnących wanilią. Kwiaty skupione są po kilka na krótkich szypułkach i zebrane w szczycie rośliny w gęste, jednostronnie zwisające grona. Późnym popołudniem i wieczorem intensywnie pachną wanilią. Korzeniówka nie ma chlorofilu i pomimo dostatku słońca i wilgoci nie jest zdolna do samodzielnej produkcji żadnej substancji.

 Korzeniówka pospolita pobiera składniki pokarmowe bezpośrednio z gleby leśnej. Odbywa się to za pomocą nitek grzybni, która ciasno oplata silnie rozgałęzione korzenie i szeroko przerasta glebę leśną. Nitki grzybni pobierają z podłoża wodę i zawarte w niej sole mineralne oraz mają szczególną zdolność przetwarzania martwej materii organicznej ze ściółki leśnej na próchnicę. W ten sposób korzeniówka otrzymuje znaczne ilości składników pokarmowych z przemiany materii grzybni, choć grzyb nie ma z tego w sumie żadnej korzyści. Podobną rośliną jest łuskiewnik różowy:

To oryginalna roślina o fioletowo-różowych, gęstych, jednostronnych kwiatostanach, wyrastająca wczesną wiosną u podnóża grabów i leszczyn w grądach. Wyrastające kwiatostany wybrzuszają ziemię na podobieństwo kreciego kopczyka, by przebić się potem na jej powierzchnię. Łuskiewnik jest gatunkiem przywiązanym do lepiej zachowanych płatów grądów i może być uważany za ich roślinę wskaźnikową.

 Grąd – to  wielogatunkowy i wielowarstwowy las liściasty zazwyczaj z przewagą grabu i dębu i z udziałem różnych innych gatunków, także wcześniej wspomnianej leszczyny. Wykształcają się na siedliskach żyznych, dlatego najczęściej dawne grądy zostały kiedyś w ogromnej większości zniszczone przez człowieka i zajęte przez grunty rolne lub łąki. Grądy stanowią dziś siedlisko przyrodnicze chronione w sieci Natura 2000 i leśnicy starają się zwiększyć ich powierzchnię i zachować te, które przetrwały. Dlatego wszystkie informacje o występowaniu łuskiewnika wskazującego na istnienie tego siedliska są cenne. Co ciekawe, łuskiewnik różowy osiąga stadium kwitnienia dopiero po 10 latach. Warto je zatem podziwiać i zapamiętać wygląd:

W lesie spotykam teraz oprócz korzeniówek także amatorów czarnych borówek i żółciutkich kurek, które może nie masowo, ale w miarę licznie pojawiły się:

Zające zakończyły już czas godów, czyli parkoty, ale nadal dają okazję na pstryknięcie fajnego portretu:

Wczoraj przed godziną 20 dostałem sygnał od obserwatora, że pojawił się duży dym w lesie w okolicach Kuligowa, kilkanaście kilometrów od lesniczówki. Pojechałem tam natychmiast, ale pomimo dokładnego sprawdzenia terenu nie znalazłem żadnych śladów pożaru. Całe szczęście… Wczoraj także pojawili się już harcerze ze Zbąszynka i rozpoczęli przygotowania do rozbicia obozu nad jeziorem Cegielnianym. Tak, to znaczy, że już na pewno rozpoczęło się lato…

Miłej niedzieli!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

21:41, lesniczy.lp
Link Komentarze (13) »