O tym co w lesie piszczy...
O autorach
RSS
środa, 21 maja 2014

Choć majówki kojarzą się zwykle z rekreacją na łonie natury, to my, leśniczowie, którzy obcujemy z przyrodą na co dzień, czasem ruszamy „w miasto”. Bo nie samym lasem żyje człowiek, nawet jak jest leśniczym. Zwykle namawiam do wypraw do lasu, ale czasem, dla równowagi warto też odetchnąć innym powietrzem i posłuchać tętna miejskiego życia. Zwykle wtedy doceniamy ciszę i bogactwo duchowe obcowania z przyrodą.

Opowiadałem Wam wcześniej o prezentacji multimedialnej „Magia pszczewskich lasów”, którą na zaproszenie Klubu Przyjaciół Pszczewa miałem przyjemność przedstawiać w pszczewskim kinie. To był sympatyczny wieczór, gdzie za pomocą moich opowieści, fotografii lasu i jego mieszkańców oraz dzięki znakomitej atmosferze, którą stworzyli uczestnicy spotkania godnie uczciliśmy Dzień Ziemi oraz jubileusz 90 lat Lasów Państwowych. Członkowie i sympatycy Klubu Przyjaciół Pszczewa co jakiś czas wybierają się na jakąś ucztę duchową: do teatru, opery kina lub aby odwiedzić ciekawy zakątek naszego pięknego kraju. Gdy ja instalowałem rzutnik i laptopa przed prezentacją, moja żona Reginka uczestniczyła w spotkaniu Klubu, którego jesteśmy także członkami i zapisała nas na wyjazd do Wrocławia. Zapisała, wpłaciła zaliczkę i już. To jak nie jechać?

 Kobietom się zwykle nie odmawia, a szczególnie tym najbliższym, a zatem urządziliśmy sobie majówkę w mieście i dwa majowe dni (17-18.05) spędziliśmy w miłym towarzystwie pośród zabytków piastowskiego ( choć są  tacy, co uważają to określenie za niezbyt prawdziwe?)  Wrocławia. Po raz kolejny sprawdziło się powiedzenie: „Cudze chwalicie, swego nie znacie”. Choć zwiedzaliśmy z żoną już wcześniej Wrocław, to i tym razem to wielokulturowe miasto zachwyciło nas mnogością zabytków, ciekawą architekturą i swoistą mistyką.  Choć początkowo deszcz postanowił nas wystraszyć i konkurował z grającymi oraz tańczącymi fontannami przy Hali Ludowej,  to my sprytnie schroniliśmy się w altankach przepięknego Ogrodu Japońskiego. Różnobarwnie kwitnące różaneczniki w oprawie świeżutkiej zieleni były zachwycające pomimo deszczowej aury.

 

Deszcz nie przeszkadzał również w zwiedzaniu Ostrowa Tumskiego i Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego. Przed UW przestąpiliśmy linię południkową oznaczoną mosiężną tablicą na pamiątkę jej wytyczenia w 1791 roku przez eksjezuitę  Longinusa Jungnitza, profesora wrocławskiej Leopoldiny.

 

 Zwiedzaliśmy muzeum i obiekty uniwersytetu, czując wokół atmosferę nauki i przepychu epoki cesarza Leopolda I, fundatora uniwersytetu w roku 1702. Podziwialiśmy Schody Cesarskie, które należą do najbardziej okazałych w całej Europie Środkowej. Idąc nimi do reprezentacyjnej Auli Leopoldyńskiej spoglądaliśmy na symboliczne wizerunki wszystkich księstw i państw śląskich, ukazane na tle krajobrazów z herbami. Aula Leopoldina to cenny i unikatowy zabytek świecki późnego baroku. Wnętrze Auli o wspaniałej akustyce odczuwa się jako niepodzielną całość, zachowującą idealną równowagę form architektonicznych, rzeźby i malarstwa. Ciepły koloryt fresków, białe rzeźby i barokowy przepych złota we wnętrzu nasyconym tak wielką rozmaitością form i treści sprawia, że  zatraca się tu po części poczucie rzeczywistości…

 

 Z kolei łatwo je odnaleźć w pięknie odresturowanego Dworca Głównego oraz wrocławskiego rynku. Dworzec Wrocławski to niesamowite dzieło sztuki i po niedawnej renowacji, najpiękniejszy dworzec w Europie. To właśnie przed nim zrobiłem fotkę całej wesołej kompanii pszczewskiego Klubu:

 

 Wrocław zachwycił nas, przybyszów z najbardziej zalesionej części kraju. Urzekły nas przemykające niebieskie tramwaje, barwność cudnych kamieniczek na słynnym rynku i krasnale, które przykucnęły w zaułkach. Czasem można przykucnąć przy krasnalu ale warto spoglądać w górę, bo oto:

Tak, oczywiście, że tak! To pustułka, która zagnieździła się na jednym z wrocławskich kościołów w sąsiedztwie znanych kamienic "Jasia i Małgosi". Latała wokół murów, nawołując charakterystycznie. Albo spójrzmy na wróbelka, który przysiadł mniej więcej 15 metrów nad ziemią, na  kamiennej, zastygłej w niemym krzyku głowę, która wystaje z muru:

 

Wróbelek uznał ją za świetny punkt widokowy, ale to szczególna głowa. Należała ona ponoć do młodego człowieka z ubogiej rodziny, który zakochał się w córce bogatego bankiera. Ojciec dziewczyny odrzucił jego awanse, ale obiecał rękę córki, jeśli młodzieniec dorobi się fortuny. Po kilku latach wciąż zakochany chłopak wrócił do Wrocławia bogaty. Bankier jednak dowiedział się, że majątek zawdzięcza rozbojowi i znów odmówił mu ręki ukochanej. Gniewny młodzian w ataku szału podłożył ogień pod dom bankiera, a następnie wdrapał się na wieżę, chcąc lepiej widzieć swe dzieło. Spotkała go jednak zasłużona kara: mury wieży zacisnęły się wokół jego szyi i pochłonęły go tak, że do dziś wystaje z nich tylko głowa z grymasem przerażenia na twarzy.

 Lubię takie legendy, a istniejący od wieków Wrocław, który był polski, czeski, austriacki, niemiecki i znowu na wieki polski posiada ich wiele. Podobnie urzeka mnogość i dostojeństwo odbudowanych po mrocznych czasach Festung Breslau kościołów, a  w nich liczne pamiątki z dawnej Polski, jak choćby Matka Boska z Mariampola, pomniki pamięci o Katyniu ale też most „kłódkowy”, dobrze znany zakochanym. Pozowali na nim Mariola i Jarek:

 Panorama Racławicka oszołomiła nas ogromem i duchem patriotyzmu, a szczególnie urzekła czarem dawnej świetności Piwnica Świdnicka, gdzie bije serce Wrocławia. Mówi się: „Kto tam nie był, to nie był we Wrocławiu”.

 

Byłem i zimniutkie wrocławskie piwo piłem, jak nakazuje tradycja.

Wyjeżdżając stamtąd podobno nie można zapomnieć wstąpić do karczmy przy ulicy Na Ostatnim Groszu.  To tam zostawiało się kiedyś ostatnie grosze po wyprawie do miasta, ale dziś są przecież plastikowe pieniądze i „gostek”  o imieniu debet…

Skoro nie byłaś/nie byłeś jeszcze we Wrocławiu, mieście o złożonej i ciekawej historii, wybierz się tam koniecznie. Dzięki organizacyjnemu talentowi Wandy Żaguń:

 

która otacza opieką Klub również jako dyrektor Ośrodka Kultury w Pszczewie, był to doskonale przemyślany wyjazd i bardzo udana majówka. Jednak w poniedziałek z radością poczułem zapach jeziora przy leśniczówce, obserwowałem harce, a potem poranną toaletę kaczek na jeziorze:

 

No i mam ważną informację! Bocian z Policka z zadowoleniem przyjął instalację platformy, nosił z zapałem gałęzie i inne materiały, a dziś cały dzień siedzi „kamieniem” na szybko urządzonym gnieździe

 Fantastyczna sprawa! Może jednak będą z tego bocianięta? Mieszkańcy Policka kibicują bocianom i obserwują je jak żubry, bieliki czy rybołowy, choć nie muszą w tym celu włączać komputera i być online. Artur Zaborski, dyrektor Rejonu Dystrybucji firmy Enea w Międzychodzie oraz kierownik posterunku energetycznego Dariusz Łodyga ze swoimi współpracownikami rzeczywiście zasługują na medal. Chyba, że bociany im wynagrodzą po swojemu, a wiadomo co przynoszą bociany…

Miłych majówek w mieście, choć wiadomo, że „las-ojciec nasz, my dzieci jego, więc chodźmy do niego”.

 

Leśniczy Jarek-lesniczy@erys.pl

 

17:17, lesniczy.lp
Link Komentarze (9) »
czwartek, 15 maja 2014

W naszym kraju mamy świetne prawo i moc ludzi zaangażowanych w ochronę przyrody. Pytanie jednak tak postawione: Kto zajmuje się konkretnie i czynnie ochroną przyrody? najczęściej pozostaje pytaniem retorycznym… Bo wokół nas powszechnie, w majestacie prawa wycina się drzewa w okresie lęgowym ptaków i zwierząt i nic nie można. Co chwilę nieśmiało ktoś, zwykle jakiś mniej pokorny dziennikarz o tym donosi i sami przecież to widzimy. Natworzono wiele ważnych urzędów z przyrodą i środowiskiem w nazwie do przekładania papierków i nic z tego nie wynika.

No bo kto, jaki urząd będzie walczył z urzędem? Zwykle drzewa wycina się dla dobra ludzi, w interesie społecznym i jest to decyzja prezydenta miasta, starosty czy burmistrza. Z pewnością dobra, ważna i mądra. Dla ludzi, bo przyroda taktownie milczy i regeneruje się sama. Są przecież decyzje, opinie, uzgodnienia- wszystko super… Nie chodzi tu o dokumenty, programy, mapy i opracowania. Chodzi o konkretną ochronę przyrody i jej elementów, o małe, drobne sprawy, którymi zwykle nie ma kto się zająć.   Bo gdy wokół nas jakiś zwierzak czy ptak ma problem, to trwa popis „spychalizmu” i rozmycia kompetencji. Nic, no może prawie nic nie można. Tak zwany zwykły człowiek nie wie kto ma zająć się rozjechanym zwierzęciem, chorym lub zranionym ptakiem czy złamanym pomnikowym drzewem. A chciałby pomóc, troszczy się o przyrodę, szuka pomocy ale gdzie? Po godzinie15? W wolną sobotę albo święto? Szczególnie w małych miejscowościach jest to problem, bo tu nie ma ogrodu zoologicznego, lecznicy, schroniska czy pogotowia dla zwierząt. Urząd gminy nieczynny. Wtedy dzwoni do leśniczego, no bo gdzie?

W sobotę rano zadzwoniła do mnie jedna z mieszkanek pobliskiego Policka z informacją, że para bocianów zaczęła budować gniazdo na słupie energetycznym, w plątaninie drutów. „Przecież one albo same zginą i byłaby to wielka strata, albo zrobią zwarcie i pozbawią wieś prądu. Trzeba pomóc i zrobić im platformę. Ale z kim to załatwić? Obdzwoniłam wczoraj kilka miejsc, dziś dzwoniłam na posterunek energetyczny, ale w sobotę tam nikogo nie ma. Nikt nie chce pomóc! Niech pan się tym zajmie!”

No cóż, to w zasadzie nie jest absolutnie sprawa leśniczego, ale jak nie pomóc bocianom? To nasze dobro narodowe i troska o bociany powinna być przecież patriotycznym obowiązkiem każdego Polaka. Kilka dni wcześniej przyglądałem się tej parze bocianów z Policka. Zachowywały się jak zakochana para. Tańce, umizgi, klekotanie, wzajemne poprawianie piór:

 

Ale pani bocianowa w pewnym momencie wyglądała na obrażoną:

 

 No bo bocian- facet nie pomyślał o lokum! No i są bez jaj i bez gniazda, a wszystkie porządne bociany siedzą już na jajach, a u niektórych par zaczynają się już pojawiać pisklęta. Zdesperowany amant zaczął zatem budować gniazdo na linii energetycznej…

Obiecałem pani z Policka, że zajmę się sprawą bocianów. Po porannym, sobotnim telefonie zacząłem gorączkowo myśleć jak pomóc ptakom. W tym roku wyjątkowo dużo bocianów pojawiło się w okolicy. Wszystkie gniazda, nawet te puste od kilku lat zostały zajęte. W Policku jednak brakuje miejsca odpowiedniego na gniazdo. W zeszłym roku bociany próbowały je zbudować na wysokim kominie dawnej gorzelni. Coś im jednak nie wyszło, konstrukcja rozwaliła się i jeden z bocianów ugrzązł wewnątrz komina. Mimo prób ratowania go przez strażaków, niestety, zginął.

Pomyślałem o pomocy strażaków i miejscowego urzędu gminy, ale przecież i tak będą potrzebni elektrycy. Zadzwoniłem do jednego z szefów rejonu energetycznego i poprosiłem go, aby pomógł bocianom. Odebrał telefon mimo dnia wolnego od pracy i życzliwie potraktował sprawę. „Ale wie pan, bociany i tak rzadko zasiedlają zakładane przez nas platformy, choć mamy takie”. Po krótkiej rozmowie przekonałem go jednak, że warto zamontować platformę, a nie tylko usunąć gałęzie z mało porządnej bocianiej „budowli” na linii energetycznej:

„Przecież to środek wsi, niech pan pokaże ludziom, że elektrycy to ludzie wrażliwi na otaczającą nas przyrodę. Proszę pomóc bocianom…” Zgodził się i obiecał, że w poniedziałek rano będzie ekipa z podnośnikiem i platformą dla bociana.

W poniedziałkowy poranek umówiłem się wcześniej z kierowcą po papierówkę i zaraz po załadowaniu samochodu i wystawienia kwitu wywozowego pędziłem do Policka. Elektrycy właśnie przyjechali i rozkładali podnośnik:

Pan Ryszard, znajomy elektryk i zapalony fotografik z Pszczewa wołał do mnie: „Panie Jarku, zapraszam do kosza, zrobi pan sobie fotkę  z góry”. No to wlazłem i za chwilę z góry miałem okazję przyjrzeć się z bliziutka bocianiej konstrukcji:

 

Policko z góry, z mocno wysuniętego podnośnika wyglądało zupełnie inaczej:

A to widok w stronę mojego leśnictwa, które zaczyna się za pięknym, nowym zielonym mostem na Obrze:

 

Wysokości się nie boję, ale chwiejący się tuż przy linii pod napięciem metalowy kosz trochę mnie peszył…  Pan Ryszard śmiał się z moich obaw, ale cóż... Warto było, bo widok jednak był super!

Zostawiłem elektryków przy pracy i pojechałem do swoich obowiązków. Gdy wracałem za dwie godziny z kontroli wykonywanych czyszczeń i po wydaniu kolejnego transportu drewna platforma już była gotowa:

 Elektrycy z Zakładu Energetycznego Międzychód spisali się na medal, a bociany im pewnie w dzieciach wynagrodzą! W centrum Policka mają teraz doskonałe miejsce na stałe lokum:

We wtorek i środę nie pojawiły się jednak przy platformie i zaczęły znosić gałęzie na inny słup w Janowie odległym o 2 kilometry. No nie, niech się nie wygłupiają, bo elektrycy chyba już tak uprzejmi nie będą, aby na każdym słupie montować platformę. Dziś późnym popołudniem zadzwoniła do mnie rozradowana mieszkanka Policka. „Panie Jarku są! Dziś zaczęły nosić gałęzie na przygotowaną platformę. Ale super! Dziękujemy za pomoc.”  Bardzo mnie ucieszył ten telefon. Wprawdzie nie bardzo wierzę, aby w tym roku bociany zdążyły wyprowadzić udany lęg, ale może w przyszłym roku?

Cała ta przygoda pokazuje jednak jak nieco ludzkiej życzliwości i zaangażowania może czynnie pomóc przyrodzie. Postawa energetyków jest naprawdę godna pochwały i wlewa otuchę w serca.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

21:51, lesniczy.lp
Link Komentarze (9) »
niedziela, 11 maja 2014

Niedzielny, majowy poranek to świetna okazja do podglądania ptaków, oczywiście jeśli mamy ochotę opuścić łóżko, a czasem dom. Oczywiście istotne jest też miejsce zamieszkania. Bo czasem wymaga to specjalnej wyprawy i wtedy włączamy telewizor lub komputer i tam szukamy wrażeń przyrodniczych. Mieszkanie w leśniczówce, pośród starych drzew i blisko jeziora daje możliwość obserwowania wielu gatunków ptaków przez okno lub stojąc obok domu.

Rankiem koncertują słowiki, odzywają się pokrzewki i trzciniaki znad jeziora. Słychać fletowe tony złotopiórych wilg, odzywającego się dzięciołka czy kowalika. Uwijają się sikory karmiące pisklaki oraz pleszka ogrodowa, która także wypatrzyła szparę pod dachówką i od niedawna została dopisana do listy ptasich lokatorów najbliższej okolicy pszczewskiej leśniczówki.

Jednak o majowych ptakach opowiem Wam innym razem, bo dziś jest czas niedolisków...

Ostatnie dni to bardzo intensywne wywozy drewna i codziennie, razem z podleśniczym Irkiem, ganialiśmy od samochodu do samochodu, przekazując sobie rejestrator i drukarkę, niezbędne do wystawienia kwitów wywozowych. Jechały samochody z dłużycami i papierówkami do różnych odbiorców:

 

W kwietniu wyjechało z lasu ponad 1500 m3, a w maju będzie pewnie podobnie. Prace pozyskaniowe na razie stoją, toteż drewna nie przybywa, ale służbowych zajęć wciąż nam nie brakuje. Pracujemy przy pielęgnowaniu upraw i młodników, szacunkach brakarskich na 2015 rok no i wiele czasu absorbuje sprzedaż drewna. Mam już dobre zaawansowanie w wykonaniu trzebieży i wczesnych, i późnych, a przerwa w ścinaniu drzew pozwoli ptakom oraz zwierzętom spokojnie zająć się wychowaniem młodzieży.

W czwartek sprawdzałem już wykoszone uprawy i wybierałem kolejne do pielęgnacji, bo trawa i chwasty rosną ostro. Gdy oglądałem uprawy położone wśród rozległych, prywatnych terenów rolnych nad jeziorem Białym i wracałem do mojego Rockiego:

 

przypomniał się mi  fragment wiersza  „Stepy Akermańskie” Adama Mickiewicza:

…Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,

Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi…

A to dopiero początek maja, w pełni sezonu bywa, że trawy sięgają dobrze ponad maskę!

Gdy przejeżdżałem do innego kompleksu leśnego, po drugiej stronie pól zauważyłem widoczną z daleka łachę żółtego piasku. Na zboczu leśnej uprawy powstała jakaś nowa nora. Postanowiłem sprawdzić, kto ją zamieszkuje, bo przecież leśniczy powinien wiedzieć, „co w lesie piszczy”.

Zostawiłem samochód na skraju drogi, aby nie jeździć rolnikowi po łące, zabrałem ze sobą aparat wiszący na oparciu fotela i ruszyłem brzegiem uprawy. Dęby i sosny dobrze rosną, choć wcześniej nękały je nieco pędraki. Młode listki dębów poczernił przymrozek, ale nie zagraża to bytowi drzewek. Doszedłem do niewielkiej nory, która miała kilka okien, czyli wyjść. Przed największym z nich była spora łacha świeżego piasku:

 

Liszka, bo na pierwszy rzut oka oceniłem, że to nora mykity, gdy spodziewa się potomstwa porządkuje norę i wysypuje "przed próg" świeży piasek z jej wnętrza. Przygotowuje w ten sposób "piaskownicę", gdzie bawią się potem niedoliski. Wspiąłem się wyżej po siatce ogrodzenia uprawy, wykorzystując narożny słupek. Przysiadłem na słupku, opierając się o sąsiednią młodą sosenkę i rozglądałem się po okolicy lisiej nory. Upewniłem się, że to nora  "mykity, rudego przechery", jak nazywają go myśliwi, symbolu przebiegłości i chytrości w wierzeniach wielu narodów. Świadczyły o tym lisie tropy, dobrze widoczne na piasku, resztki pożywienia i nieczystości. Borsuk jest pedantem i bardzo dba o czystość, zresztą jego nory są zwykle większe. Obserwowałem chwilę parę żurawi spacerujących wzdłuż trzcin oraz czajki i kwiczoły, które przegoniły myszołowa gdy pewnie nieopatrznie pojawił się zbyt blisko ich gniazd. Naraz coś mignęło mi w oknie lisiej nory:

 

 To „maślane” oczy niedoliska, które są niebieskie z przejściem w granat, obserwowały okolicę. Nie odważył się jednak wyjść. Po chwili, w innym oknie, nieco powyżej łachy piasku pojawił się rudy łepek:

 

Po czujnym rozejrzeniu się, maluch wyskrobał się z nory:

 

Powęszył trochę i pokręcił się między patykami ale trzymał się bliziutko nory:

 

W oknie nory migały inne, szare futerka. Lisy mają różną ilość młodych, czasem nawet 10, ale najczęściej 4-6. Podobno lisy potrafią przewidzieć stan populacji gryzoni, które przecież stanowią podstawę ich pożywienia i rodzą tyle młodych, ile są w stanie wykarmić. Samice gryzoni w okresie rozrodczym  produkują pewien hormon, który z kolei ma wpływ na owulację lisów. W ten sposób przyroda informuje lisy: „rozmnażajcie się spokojnie, myszek wystarczy dla waszych niedolisków”. Z moich obserwacji wynika też związek pomiędzy liczebnością dudków, a rójką chrabąszczy. W roku rójki chrabąszczy widuję dużo więcej kolorowych, ślicznych dudków niż zwykle. Mają po prostu mnóstwo łatwo dostępnego pokarmu.

Po chwili do odważnego liska dołączył drugi:

 

Małe liski są pokryte krótkim, ciemnoszarym futerkiem, które najpierw staje się nieco czekoladowe. Dorosłe lisy mają bardzo dużą zmienność ubarwienia. Są czerwonorude, płowe, szare, o barwie podobnej do zająca, prawie białe i bardzo ciemne i taki lis nazywany jest węglarzem. Są „krzyżaki” z ciemnymi, krzyżującymi się na łopatkach pręgami i lisy srebrnoszare. Ich stawki (kończyny) są zwykle bardzo ciemne, prawie czarne, a kita także o zmiennej barwie zakończona jest najczęściej białym kwiatkiem (to kępa dłuższych włosów, wieńczących ogon). U nasady kity jest fiołek- gruczoł zapachowy, produkujący ciecz, którą lisy znaczą swoje terytorium, po którym dyndają (charakterystyczny krok lisa) w poszukiwaniu pokarmu.

Niedoliski mają już pewnie ponad miesiąc, bo ich uszy są już czarne i sterczące, a wietrzniki, czyli pyszczki białe o rudawym zabarwieniu. Widać, że mają już mleczne zęby (pierwsze pojawiają się w 3 tygodniu życia), bo jeden z nich zaczął „piłować” sterczący w wylocie nory patyk:

 

Miesięczne liski zaczynają wychodzić z nory i stopniowo zapuszczają się coraz dalej. Gdy mają 2 miesiące wychodzą już na kilkanaście metrów od swojego gniazda. Te obserwowane przeze mnie trzymały się bardzo blisko nory, a gdy pobliskie żurawie zakrzyknęły coś swoim klangorem, błyskawicznie skryły się w oknie. Dobrze robią, bo instynkt jest w tej chwili ich jedyną bronią...

 Muszę zajrzeć do nich w wolnej chwili i sprawdzić, czy też mają zainteresowania owadami jak ich kuzyni z innego końca leśnictwa, o czym opowiadałem Wam wcześniej.

Miłej niedzieli i ciekawych obserwacji przyrodniczych!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

13:34, lesniczy.lp
Link Komentarze (11) »
czwartek, 08 maja 2014

W lesie trwa inwazja zieleni. Po typowych dla początku maja przymrozkach, które przerobiły na czarno młode liście dębów i na żółto świeże przyrosty modrzewi oraz świerków, zrobiło się ciepło. Gwałtownie przyrosły trawy i wszelka roślinność zielna. Zabieliły się łany konwalii, pachnie bzami i słychać wokół fletowe tony wilg oraz łkanie słowików. Słychać też buczące wykaszarki, bo inwazja zieleni zmusiła nas, leśników, do szybszego niż zwykle rozpoczęcia prac przy pielęgnowaniu upraw.

 To ważne zadanie, bo nie można dopuścić, aby chwasty zagłuszyły malutkie sadzonki, które pięknie przyrastają, ale muszą mieć dobre warunki do intensywnego rozwoju. Zbyt późne rozpoczęcie pielęgnacji niesie też ryzyko zniszczenia podczas wykaszania części sadzonek, a tego nie chcemy… Trwają też intensywne prace przy czyszczeniach prowadzonych w młodnikach, no i naturalnie wciąż jadą wozy z drewnem. W lesie wciąż coś się dzieje.

Także obok lasu. Kilka dni temu zadzwonił do mnie pan Leszek, naczelnik miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej. „Panie Jarku, mam kłopot i tylko pan może mi pomóc. Mam kilka bażantów, które wcześniej hodowałem w wolierze i chcę je wypuścić do lasu. Niech sobie żyją na wolności. Ale nie wiem gdzie…” Był jakiś taki przejęty i smutny.

Zażartowałem, może trochę głupio, aby rozładować atmosferę: - „Podobno z bażanta jest najlepszy rosół na świecie” Pan Leszek aż się zapowietrzył… „No wie pan, mowy nie ma! Są  jak członkowie rodziny, ale nie mogę ich dalej hodować. Niech sobie żyją i biegają na wolności. Pomoże pan?”.

No i jak nie pomóc? Leśnicy i strażacy współpracują jak widać w różnych sytuacjach. Wprawdzie bażant to przybysz z Azji, ale już od tylu lat żyje w Europie, że jest jak najbardziej „nasz”. W Polsce w XVI wieku wpisano go na listę rodzimej awifauny. Bażanty to piękne ptaki, żyjące na otwartych ale zakrzaczonych przestrzeniach, w pobliżu wód, szuwarów czy trzcin. Nie boją się zbytnio ludzi i podchodzą blisko zabudowań.

Znajdzie się miejsce dla kolejnych, bo przecież od lat myśliwi z okolicznych kół łowieckich zasilają okolice bażantami. Koguty teraz pieją w trzcinach i klapią skrzydłami, informując o zajętym rewirze. Czasem żyją w parach, ale zwykle jeden kogut dumnie prowadzi kilka kur. Wiadomo, że trzeba zająć się bażantami, skoro pan Leszek chce je darować przyrodzie.

 Odbierałem właśnie samochód od mechanika, bo byłem zmuszony mocno zainwestować w mojego Rockiego. Zimowe intensywne pozyskanie drewna i wiosenna kampania odnowieniowa, a co za tym idzie liczne kilometry przejechane w trudnych warunkach zrobiły swoje. Popękana rama, wybite zawieszenie, dziury w podłodze, a silnik kwalifikował się także do poważnych inwestycji… Mocno nadgryzłem swoje konto, ale cóż począć.

Prosto od mechanika pojechałem do pana Leszka i zapakowałem do auta skrzynki z bażantami. Po drodze obmyśliłem gdzie najrozsądniej je ulokować. Bażanty przyzwyczaiły się do ludzi i psów, a zatem należało je wypuścić raczej dalej od miejscowości. Wybrałem miejsce pośród pól, ale w pobliżu sporej zakrzaczonej remizy, blisko wody i pola z kukurydzą, gdzie bażanty chętnie się także chowają. W tej introdukcji bażantów pomagała mi żona:

 

Kury wystartowały ostro i „koszącym lotem” zapadły dość daleko w zbożu. Kogut wyskoczył ze skrzynki:

 Jednak usiadł na pole zaledwie kilka metrów od nas. Poszedł sobie spokojnie w kierunku  łanu trzcin.

Po otwarciu kolejnej skrzynki z kurami okazało się, że jedna z nich zniosła w niej jajko:

 

Oliwkowoszare jaja bażancie kury znoszą od kwietnia do lipca. W naturalnych warunkach bażanty mają zwykle jeden lęg w roku i w gnieździe, które jest  niewielkim zagłębieniem ziemi, skąpo wyścielonym puchem i trawą znajdziemy najczęściej 10-12 jaj. W warunkach wolierowych kury niosą nawet po 60 jaj, dlatego kura pozbawiona gniazda zostawiła je w skrzynce…

 

Jajko oddałem panu Leszkowi razem ze skrzynkami. Mam nadzieję, że bażanty zadomowią się szybko na polach za jeziorem i nie spotka je żadna przykra przygoda. Będą ozdobą pól i dodatkowo oczyszczą je ze ślimaków, różnych owadów, w tym nielubianej przez rolników stonki ziemniaczanej.  Po raz kolejny okazało się, że leśniczy przydaje się w przyrodniczych zdarzeniach, bywa, że bardzo nietypowych.

 Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

22:48, lesniczy.lp
Link Komentarze (6) »
sobota, 03 maja 2014

Trwa wielka majówka, która jednak nie rozpieszcza nas majową pogodą i ciepełkiem, bo dziś rano było 3-4 stopnie i wieje bardzo zimny wiatr od jeziora. Ale nie ma co narzekać, bo słońce pięknie świeci, a przecież są regiony kraju, w których dziś pada śnieg. Zanim rozpoczął się majowy weekend wybrałem się na przegląd upraw, bo wcześniejsza wiosna wymusza też wcześniejsze rozpoczęcie pielęgnowania młodych drzewek.

Na wielu uprawach leśnych wybujał już trzcinnik, świetnie rosną wszelkie chwasty, choć sadzonki sosen, dębów, buków czy brzóz także zazieleniły się pięknie i pędzą w górę do światła, które daje życie! Trzeba im jednak pomóc i objeżdżając oraz dokładnie obchodząc tegoroczne i starsze uprawy sporządziłem listę upraw do pielęgnacji. W poniedziałek zagrają już wykaszarki i umówiłem się z pracownikami „zula”, że pokażę im uprawy pilnie wymagające koszenia.

Trzeba dobrze przemyśleć taktykę prac, bo wykaszanie upraw nie jest sztampową pracą, polegającą na bezmyślnym machaniu spalinową kosą i wcale nie przypomina metodycznego koszenia trawnika. Inaczej kosi się uprawę sosnową, a inaczej dębową. Czasem trzeba zostawić nieco chwastów, aby osłaniały sadzonki przed pyskiem zwierzyny, kiedy indziej pozostawiona roślinność jest alternatywną karmą dla pędraków chrabąszczy. W tym roku są one najbardziej żarłoczne, bo w przyszłym roku będzie masowa rójka chrabąszczy. Gdy będą miały do dyspozycji korzenie chwastów nie dobiorą się tak szybko do korzeni sadzonek sosen, choć są miejsca, gdzie już widać żółte place…

Dojechałem na kolejną uprawę i zostawiłem na jej skraju samochód. To uprawa na skraju lasu i pola, wiedzie do niej malownicza droga okolona starymi wierzbami. Bardzo lubię to miejsce. Niedaleko odzywał się dzięcioł czarny, nawoływała się para żurawi, gwizdały szpaki na przydrożnych wierzbach. Słychać też było „hupkanie” kolorowego dudka. Sąsiedztwo starych wierzb wabi te piękne i pożyteczne ptaki, zatem muszę któregoś wczesnego ranka wybrać się tam z aparatem, aby „zapolować” na dudki.

Obszedłem część uprawy i wyszedłem na drogę. Miałem wrażenie, że ktoś na mnie patrzy. Rozejrzałem się i zobaczyłem wpatrzone we mnie skośne ślepia lisa:

 

Wygląda na liszkę, czyli samicę – pomyślałem sobie. Pewnie ma niedaleko norę. Kilka razy widziałem ją ostatnio w najbliższej okolicy. Jest smukła, ma potarganą sierść i „wymęczoną” kitę czyli pewnie opiekuje się gromadką małych niedolisków. W pobliżu jest fragment trzcinowiska i bór sosnowy położony na skarpie, czyli idealny biotop lisa. Nie ruszałem sią ani troszkę i lis po chwili obserwacji, dał sobie ze mną spokój i zaczął patrolować uprawę około 40-50 metrów ode mnie. Obserwowałem go długą chwilę i nabrałem pełnego przekonania, że to liszka. Trzymała się tego niedużego fragmentu uprawy i co chwilę zerkała w tę samą stronę lasu. Ruda matka z początku nie opuszcza zupełnie młodych, a potem trzyma się blisko nory.

Młode rodzą się zwykle na przełomie marca i kwietnia, a dopiero po 6-8 tygodniach wystawiają wietrzniki z nor… Widać było, że liszka jest głodna, bo gorączkowo obwąchiwała okolicę. Przestała zwracać na mnie uwagę, a ja przytuliłem się do słupka ogrodzenia uprawy, wewnątrz której kręciła się liszka. Patrolowała niewielki teren o promieniu najwyżej 20 metrów, niknąc co chwilę w trawach:

 

Raz po raz drapała coś w ziemi i podjadała. Może były to dżdżownice, larwy owadów, a może trawy lub jakieś bulwy, bo lisy także mają je w swoim menu. Wbrew pozorom lis nie poluje tylko na kury domowe, zające i młode sarny, ale odżywia się głównie drobnymi gryzoniami, ptakami i owadami. Lubi też ryby, gady i płazy. Ważnym składnikiem jego diety są owoce, nasiona i części roślin. Naliczono ponad 300 gatunków roślin i zwierząt, które są obiektem zainteresowania lisa. Choć nie tylko to, bo lisy zjadają też pozostawione przez ludzi w lesie opakowania po pożywieniu- folie, papier, tekstylia oraz sznurki i nici. Trafiły one na jego kęs, bo tak nazywa się zęby lisa po wywąchaniu przez wietrznik, czyli nos. Lis ma świetny węch i potrafi z daleka poczuć potencjalną zdobycz oraz doskonały słuch.

Zauważyłem, że liszka co chwilę kłapie pyskiem w powietrzu, a potem żuje coś dokładnie. Gdy zbliżyła się bliżej okazało się, że poluje na motyle!

Stała chwilę przy kwitnącej kępie roślin:

 

Czekała, aż zbliży się kilka motyli i kłapała paszczęką. Ale spryciara! Było około 11, słońce już nieźle przygrzewało to i motyli pojawiło się sporo. Liszka czekała cierpliwie na kolejne owady i wyskakiwała ponad trawy. Nie gardziła nawet innymi, drobnymi owadami, bo gdy kłąb muszek nad jej głową zrobił się gęściejszy to „strzelała” w górę otwartym pyskiem. Niestety nie mam takich umiejętności jak np. słynni fotografowie przyrody Tomasze Ogrodowczyk czy  Kłosowski i nie zdołałem złapać lisa w kadr w takim skoku…

Co chwilę polujący lis zastygał w bezruchu:

 

 czekał na owady i… kłap paszczęką. Żuł potem dokładnie owady i zagryzał roślinami. Obserwowałem go dłuższą chwilę ale naraz usłyszałem charakterystyczny głos zaniepokojonej wiewiórki. Śledziła z drzewa poczynania lisa i była bardzo rozemocjonowana. Pewnie to także matka małych wiewiórcząt i obawiała się, że lis może zmienić zainteresowanie i z entomologii przejść na drobne gryzonie. Na drzewie była jednak bezpieczna. Przesuwała się skacząc z drzewa na drzewo i wciąż śledziła lisa. W pewnym momencie odległość pomiędzy drzewami była zbyt duża i musiała zejść na ziemię. Pędziła szybko do upatrzonego dęba i wtedy zobaczyła mnie:

Zrobiła „ostre hamowanie” i zwiała z powrotem. Ciekawość i wścibstwo nie popłaca... Lis nadal kontynuował swoje entomologiczne czynności i starannie konsumował owady, a wiewiórka teraz bacznie obserwowała mnie z bezpiecznej wysokości:

 

Nie mogłem jednak dłużej obserwować rudych zwierzątek bo zostało mi jeszcze wiele upraw do obejścia. Zostały także do skontrolowania pułapki na szeliniaka- chrząszcza groźnego dla sosnowych upraw i wiele innych spraw. Za chwilę dzwonił podleśniczy, który zakończył wydawanie drewna, a na mnie czekał kolejny przewoźnik. Przed rozpoczęciem majowego weekendu transferowałem do systemu informatycznego nadleśnictwa kilkanaście kwitów wywozowych z 2 ostatnich dni kwietnia.

W wolnej chwili muszę sprawdzić, czy małe niedoliski odziedziczyły po rudej mamie zainteresowania entomologiczne i także lubią polowania na owady.

 

Leśniczy Jarek – lesniczy@erys.pl

 

11:44, lesniczy.lp
Link Komentarze (7) »
czwartek, 01 maja 2014

Było wszystko jak tradycja nakazuje: maj, kasztany, lekkie zdenerwowanie… Nie było jednak białych bluzek, czarnych spódnic i garniturów, bo to była matura zdawana w Technikum Leśnym w Rogozińcu. W przestronnej, szkolnej stołówce było zielono od leśnych mundurów, bo w mojej klasie podzielonej na „a” i „b”, czyli na „asy” i „barany” było ponad 40 osób.

Był to rok 1984, a potem po zdobyciu świadectwa maturalnego i dyplomu technika leśnika, zdecydowana większość z nas ruszyła w lasy. Niewielu z nas myślało wtedy o studiowaniu, każdy chciał w las, do pracy i  swobodnej dorosłości. Na studia zaraz po maturze z całej, naprawdę zdolnej klasy poszło chyba 6 osób. Większość z nas pochodziła z małych miejscowości, było wielu leśników „w którymś tam” pokoleniu i celem, marzeniem była praca na stanowisku leśniczego. Do tego potrzebny był tytuł technika-leśnika, świadectwo maturalne była wtedy prestiżem, ale w zasadzie nie etapem w drodze na studia.

 Studiować trzeba było w mieście, z dala od ukochanego lasu, a tu często nadleśniczy lub miejscowy leśniczy dopytywał się kiedy wreszcie koniec tej szkoły, bo potrzeba rąk do pracy… Kolejnym etapem była dwuletnia służba wojskowa, ale kto by się nią przejmował po 5 latach spędzonych w internacie, gdzie obowiązywały mundury, przystrzyżone regulaminowo włosy, poranna zaprawa fizyczna, codzienne apele, gdzie szef rady internatu odczytywał rozkaz dzienny i dzielił „rejony” do sprzątania? Wszyscy absolwenci bardzo dobrze wspominają leśną szkołę w Rogozińcu. Były praktyki zawodowe, gdy uzbrojeni w hełmy, piły i siekiery pobrane od „Kulesia”  z baraku pozowaliśmy do fotki:

 

Były lekcje terenowe z profesorem „Kokonem”, który mówił w trakcie odpytywania z biologii jakiegoś owada: „A ty go drabie widzisz? Ty nie ściemniaj, bo ty go wcale nie widzisz!”:

No i nasze ulubione zajęcia z WF z profesorem Wackiem Adamskim, który wciąż trzyma formę i mieszka z żoną Wandą w Rogozińcu:

 Mieliśmy "pakę", która w nogę (choć nie tylko)  gromiła wszystkich wokół...

Kiedy spotkaliśmy się w Rogozińcu 20 lat po maturze, a  było nas 37 osób, to zgodnie orzekliśmy, że to dzięki dobrej edukacji  w TL wyszliśmy” na ludzi”. Część z nas uzupełniła potem swoje wykształcenie, ale wszystko to, co niezbędne do pracy leśnika wynieśliśmy z technikum.

Na zjeździe naszego rocznika, w równe ćwierć wieku po ukończeniu tej zacnej szkoły, pokusiłem się o małe badanie socjologiczne pośród absolwentów. Dziś, w czasach gdy rzuci się „na mieście” kasztanem i trzeba mieć wiele szczęścia, żeby nie trafić w magistra (najczęściej bezrobotnego) mogą być one nawet szokujące…

   Przez rocznik absolwentów 1984 przewinęło się 49 nazwisk. TL ukończyło 39 osób i ich sympatyczne gęby często oglądam na  oprawionym w drewniane ramki „tablo” wiszącym na honorowym miejscu w mojej kancelarii leśniczego.  Z 39 absolwentów na dzień zjazdu 25-lecia aż 20 pracowało w LP, jeden był właścicielem dużego Zul-a, jeden z absolwentów został  następcą naszego drogiego wychowawcy „Kokona”- nieżyjącego już, niestety, Tadeusza Wasylewicza i uczy ochrony lasu w TL Rogoziniec. 12 osób to przedsiębiorcy, z których 4 prowadzi działalność związaną z leśnictwem i rolnictwem, a 1 z branżą drzewną. Jeden z dawnych absolwentów jest dyrektorem szkoły podstawowej i często wysyła młodzież na edukację przyrodniczą, jest też oficer- nawigator, oficer żandarmerii,  dwie osoby już nie żyją, a pracowały także w lasach.

Każdy „mądrawy chłopaczek”, jak mawiał nasz dawny nauczyciel matematyki, Wojciech Zieliński, szybko policzy, że na 39 absolwentów sprzed 25 lat aż 29 związało swoją karierę zawodową  z lasami. A z racji tego, że to było już ćwierć wieku po maturze, to  sporo ”naszych” oprócz brzuszka i łysiny, gromadki dzieci i zacnej małżonki, dorobiło się poważnych stanowisk. Bo z  rocznika 1984 wywodził się wtedy wicedyrektor regionalnej dyrekcji LP, inspektor LP, nadleśniczy, dwóch zastępców nadleśniczego, 10 leśniczych i 5 podleśniczych. Na emigracji za granicą były cztery osoby.

Teraz, gdy znowu kwitną kasztany, a w kalendarzu rok 2014, pora pomyśleć o kolejnym spotkaniu absolwentów TL Rogoziniec- przecież to już 30 lat od tej pamiętnej matury!

Drodzy Absolwenci Technikum Leśnego w Rogozińcu- rocznik 1979-1984! Zapraszam Was na zjazd naszego rocznika. Pamiętacie naszą klasową wycieczkę do Łagowa? Może znowu warto wdrapać się na basztę Zamku Joannitów, jak kiedyś?

Poznajecie? Od lewej Witek, ja, Rysio i tyłem Miras… Jakie pocieszne chudzielce!

Właśnie z Witkiem oraz z Leszkiem wpadliśmy na pomysł, aby spotkać się w lubuskim Łagowie w uroczo położonym, „klimatycznym” ośrodku LEŚNIK:

ZAPRASZAMY NA ZJAZD 30-LECIA

 

Termin spotkania: sobota - niedziela 27-28 września 2014, 

                              Rozpoczęcie:  sobota godzina 16.00

 

Miejsce spotkania:   O.W.  Lasów Państwowych “Leśnik” w Łagowie Lubuskim, ul. Chrobrego 10, 66- 220 Łagów

http://www.lesnik.ta.pl/index.php

Zachęcamy do przybycia na spotkanie z osobami towarzyszącymi!

 Uczestnictwo należy deklarować w miarę możliwości jak najwcześniej kontaktując się z Wieśkiem Nowakiem (tel 602154814) ewentualnie ze mną ( tel 602581643), ale opłaty za zjazd należy dokonać na konto ośrodka Leśnik w terminie od 01 do 10 września. Każdy zainteresowany zjazdem i szczegółami organizacyjnymi niech dzwoni lub pisze na emaile służbowe lub mój zamieszczony niżej.

   

Bardzo prosimy o rozpowszechnienie tej informacji pośród wszystkich, którzy w latach 1979 -1984 mieli kontakt z TL Rogoziniec no i :

 

DO ZOBACZENIA W ŁAGOWIE 27 WRZEŚNIA 2014 O GODZ. 16.00

 

Leśniczy Jarek – lesniczy@erys.pl

 

 

15:52, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 kwietnia 2014

Wszyscy w najrozmaitszych formach korzystamy z lasu, który ma wiele funkcji. A co ludzie robią dla lasu? Czy znają go, chronią i należycie rozumieją? Jak media przedstawiają las i złożone mechanizmy przyrody, które tam od wieków funkcjonują? Tak pisał Stefan Żeromski w „Dziejach grzechu”: „Drzewa żyją wraz z człowiekiem. Tylko drzewa żyją życiem powszechnym, w którym i nasze życie się mieści. Kiedy po latach witać się ze znajomymi drzewami, znajduje się w nich zmiany niemal takie jak w sobie”.

Z pewnością warto las wciąż poznawać, wykorzystując różne okazje, a pomagać  w tym powinny współczesne media. Podobnie warto poznawać pracę leśników o czym staram się od kilku lat przekonywać Was, skrobiąc wieczorami w Blogu Leśniczego. Liczne grono przyjaciół, listy, komentarze i statystyki odwiedzin jednoznacznie potwierdzają, że warto to robić, a sprawy lasu i przy okazji sprawy leśników są ciekawe i interesują ludzi w różnym wieku oraz reprezentujących wszelkie profesje. Jednak natknąć się na temat lasu w mediach, pomijając różne katastrofy, klęski czy tanie sensacje jest niesłychanie trudno. Podobnie jak na „media” w lesie. Dziennikarze zwykle boją się lasu i nie kwapią się, aby go bliżej poznać. Bo kleszcze, komary, błoto, kurz, rozjechane drogi…  Dlatego mamy niewiele okazji czytać, słuchać czy oglądać rzetelnych materiałów dziennikarskich o  leśnych sprawach. Z podkreśleniem słowa rzetelnych

 Ostatnio trwał medialny festiwal pisania o leśnikach, ich pracy, zarobkach i finansach Lasów Państwowych. Niewiele z tych materiałów miało związek z czymś, co się nazywa misją dziennikarską, a polega na rzetelnym i obiektywnym pisaniu prawdy. Wielu dziennikarzy pewnie dawno nie zaglądało do ustawy prawo prasowe z 1984 roku i stąd pewnie sporo zatarło się w pamięci, szczególnie zapisy artkułów 10-12. A przecież nasze lasy zajmują blisko 30% powierzchni kraju i ich areał wciąż wzrasta, ogromna większość z nich to lasy państwowe, toteż należy o nich pisać i informować o wszystkim niezależnie i obiektywnie ich właściciela, czyli społeczeństwo. Ale fajnie pisać za objęte głęboką tajemnicą honorarium, siedząc w drewnianym domku pośród lasów, za drewnianym biurkiem, przy drwach płonących w kominku o „niebotycznych zarobkach” leśników i ich przywilejach, zawłaszczaniu państwowych lasów itd., bo leśników nikt nie pyta i nikt nie słucha. Oni są przecież po to, aby nam służyć…

Może właśnie tak wykorzystywać tę służbę, otwartość leśników i towarzyszyć im czasem w ich codziennej pracy? Najlepiej gdyby dziennikarze częściej korzystali z pomocy leśników, którzy doskonale znają las i chętnie o nim opowiadają. Wtedy przekaz byłby inny. Ostatnio jednak pojawiają się pierwsze zwiastuny szerszego medialnego zainteresowania lasem i pracą leśników. Prym wiedzie tu telewizyjny cykl „Las bliżej nas”.

Świetną okazją nagłośnienia leśnych spraw jest Święto Lasu. Nie znajdziecie w kalendarzu konkretnego dnia, w którym jest Dzień Leśnika. Leśnicy są bowiem tą grupą zawodową, która nie świętuje Dnia Leśnika tylko Święto Lasu czy Dzień Lasu. Co więcej, realnie wygląda to tak, że w takie np. Dni Lasu, czy podczas imprez z okazji „Międzynarodowego Roku Lasów” lub innego, podobnego święta, leśnicy zawsze pracują i służą społeczności, a nie świętują. Taka to służba… Jest przecież jednak konkretne Święto Lasu. Może za mało i za rzadko o nim mówimy? Pewnie dlatego jest mało znane, a w różnych kalendarzach znajdziemy to leśne święto cichaczem poprzyklejane gdzie tylko się da: są bowiem Dni Lasu i Zadrzewień, Święto Leśników i Drzewiarzy, Dzień Ziemi, Święto Drzewa, Dzień Środowiska Naturalnego itd. W każdym kalendarzu inaczej. W marcu, kwietniu, maju, czerwcu, wrześniu…

Dodam też, że w naszej, polskiej rzeczywistości istnieje takie potoczne określenie, jak „święto lasu” – rozumiane nie jako święto w jakikolwiek sposób umieszczone w kalendarzu, a oznaczające po prostu dzień, w którym zdarza się coś wyjątkowego, zwykle pozytywnego. Dla ucznia to dzień bez klasówki, dla pracownika np. dodatkowa kasa. Podobnie mówimy „dzień dziecka” na dzień, kiedy nie chce się nam myć i rzucamy się do łóżka z pominięciem łazienki… Choć tego nie polecam w trosce o środowisko naturalne i trwałość gatunków.

 Oficjalne Święto Lasu powinno być ważną datą w kalendarzu każdego Polaka. Choćby dlatego, że leśnicy co roku sadzą około 500 mln drzew, które służą nam wszystkim.  Święto Lasu ma już długoletnią tradycję, bo obchodzono je w naszym kraju po raz pierwszy 29.04.1933 roku. Obecny Dyrektor Generalny Lasów Państwowych Adam Wasiak postanowił przywrócić dobrą tradycję i znaczenie obchodów Święta Lasu w całej Polsce. Jego termin przypadający w ostatniej dekadzie kwietnia jest dobrze wybrany, bo to wtedy zazwyczaj dobiega końca coroczna kampania odnowieniowo-zalesieniowa i wszyscy, nie tylko leśnicy, mamy prawo się cieszyć z nowo posadzonych lasów.

Jakie były początki tego święta?

Z formalną inicjatywą zorganizowania na terenie całego kraju stałego święta lasu wystąpiło w roku 1933 Prezydium Zarządu Głównego Związku Leśników Polskich, w którego szeregach skupili się przede wszystkim leśnicy polskich Lasów Państwowych. Ustalono, że święto, nazywane pierwotnie Świętem Lasu będzie organizowane co roku w ostatnią sobotę kwietnia.

 Pomysł urządzania dorocznego Święta Lasu narodził się w 1932 roku w głowie inż. Leonarda Chociłowskiego, redaktora popularnego, wydawanego do dziś ( więcej na www.lasy.gov.pl) czasopisma „Echa Leśne”. Doprowadził on do powstania komitetu organizacyjnego Święta Lasu, w którego skład weszło wielu wybitnych polskich leśników. Utworzyli oni potem Główny Komitet „Święta Lasu”, który przejął inicjatywę, ale nadal działał pod patronatem Związku Leśników Polskich.

Głównym założeniem Święta Lasu było uświadomienie społeczeństwu, jak wszechstronne znaczenie ma dla niego las i jakie potrzeby zaspokaja. Ten szczególny dzień miał posłużyć  obudzeniu i szerzeniu wśród narodu polskiego, a szczególnie wśród młodzieży szkolnej kultu lasu i drzew. Zachęcano w to święto do obsadzania dróg i osiedli drzewami, uświadamiano szerokie wartości lasu dla dobra ogółu, podkreślano znaczenie lasu dla kultury duchowej, fizycznej oraz materialnej. Centralne obchody miały miejsce w Warszawie. Jednak Święto Lasu bardzo uroczyście obchodzono w miastach i wsiach na terenie całego kraju, nawet na zagubionych w leśnych głuszach leśniczówkach.

Wybuch drugiej wojny i przemiany społeczno-polityczne po jej zakończeniu na wiele lat przerwały tradycję organizowania Święta Lasu. Po wojnie od czasu do czasu podejmowano próby organizowania Dni Lasu, często połączonych z modnymi wtedy czynami społecznymi i przeniesiono ich organizowanie na początek czerwca. Było wtedy za późno na sadzenie drzew, a święto miało niewiele wspólnego z dotychczasową tradycją promującą leśników, las i jego wielorakie funkcje. Powrócono do niej dopiero po ponad półwieczu, w roku 1993, kiedy to po raz pierwszy po wojnie świętowano ogólnopolskie Dni Lasu w Gołuchowie.

 W tym roku obchody Święta Lasu przeniesiono na 6 maja 2014, ponieważ ostatnia sobota i niedziela kwietnia to uroczystość ustanowienia świętym papieża-Polaka, Jana Pawła II. Centralne obchody Święta Lasu odbędą  się w Lublinie, gdzie miejscowa regionalna dyrekcja LP uczci w ten sposób jubileusz 70-lecia istnienia. Święto Lasu objął patronatem Prezydent RP Bronisław Komorowski, który zasadzi tam jeden z 25 dębów wolności. Inne dęby są i będą sadzone w ramach obchodów Święta Lasu w całym kraju.

Ze Świętem Lasu od lat łączono także inne ważne, lokalne wydarzenia. Jedno z nich miało miejsce w sąsiednim nadleśnictwie Międzychód. Co ciekawe, zdarzyło się  ono w trakcie pierwszego święta, które odbyło się w dniu 29 kwietnia 1933 roku. Ogłoszone w tym dniu święto zbiegło się z ukończeniem na terenie Nadleśnictwa Międzychód prac zalesieniowych po gradacji strzygoni choinówki. Można to wyczytać z tablic, umieszczonych dla turystów w puszczy przez międzychodzkich leśników:

 Z tej okazji podczas pierwszego Święta Lasu ustawiono kamień upamiętniający te wydarzenia. Usytuowano go w Puszczy Noteckiej, w pobliżu nieistniejącej dziś największej puszczańskiej wsi Radusz.

 W tym miejscu odbyła się wielka uroczystość, w której uczestniczyli pracownicy nadleśnictwa, przedstawiciele władz, miejscowej społeczności, dzieci i młodzież oraz wszyscy, którzy swoim trudem doprowadzili do uporządkowania terenu poklęskowego i powstania Puszczy Noteckiej. Na pamiątkę tej uroczystości, uczniowie ówczesnej szkoły podstawowej w Kaplinie posadzili wokół kamienia dęby, które teraz mają już ponad 80 lat. Dęby otaczają wianuszkiem do dziś ten wyjątkowo skromny kamień z wyrytym napisem, upamiętniającym dzień tego święta.

 Starannie dbają o niego leśnicy z Międzychodu i jest on niewątpliwą atrakcją turystyczną, podobnie jak pobliski Ośrodek Edukacji Przyrodniczej w dawnej leśniczówce Mokrzec i Muzeum Wsi Radusz. Kamień, być może z racji skromnego wyglądu, przetrwał  wojenną zawieruchę i jest wyjątkowo twardym dowodem trwałości pracy leśników i ich dbałości o tradycję oraz promocję walorów lasu.

 Choć w kalendarzu nie znajdziemy dotychczas konkretnej daty związanej z dniem leśnika i w zasadzie trudno jednoznacznie odpowiedzieć ludziom na pytanie: kiedy mamy leśne święto?, to z satysfakcją możemy spoglądać na ten i inne pamiątkowe kamienie, posadzone drzewa i nasze lasy. Bo to otaczające nas coraz piękniejsze lasy są najlepszą pamiątką i dowodem na dobrą, odpowiedzialną, codzienną pracę leśników, także w niedziele i święta. Nie tylko w Święto Lasu…

Ale o tym dziennikarze nie mówią i nie piszą, bo o zwyczajnej pracy zwyczajnych leśników nikomu nie chce się pisać. Może jednak właśnie dlatego, w jubileuszowym roku 90 lat istnienia Lasów Państwowych, powinno w każdym kalendarzu, pod konkretną datą,  pojawić się Święto Leśnika?

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

22:45, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 kwietnia 2014

Tegoroczna wiosna wybuchła gwałtownie zielenią i barwami kwiatów. Wcześniej niż zwykle zrobiło się zielono od młodych liści. Większość ptaków „zameldowała się” już w swoich rewirach lęgowych i trwa gorączkowy czas budowy i poprawiania gniazd, godów oraz zachowania trwałości gatunku. W moich stronach w tym roku pojawiło się wyjątkowo dużo bocianów białych. Wszystkie gniazda zostały zasiedlone, nawet te, które od kilku lat były puste i służyły tylko wróblom. Myślę, że to dobra nowina dla wszystkich przyrodników ale też dla każdego z nas, bo wszyscy z sympatią spoglądamy na bociany:

To informacja ważna szczególnie dla wszystkich narzekających na niż demograficzny, bo bociany oprócz łowienia myszy, ślimaków, jaszczurek i innych stworzeń mają też określoną misję…

Kwitną już dęby:

To oznaka, że roją się też chrabąszcze majowe. W tym roku jest ich bardzo niewiele, ale w przyszłym będzie ich pewnie zatrzęsienie, bo masowy wylot brązowych chrząszczy jest co cztery lata. Wokół potężnego dęba kręci się mnóstwo pszczół, które wabią niepozorne, zielone kwiatki. Spójrzcie jakie są obładowane pyłkiem:

 

Mnóstwo owadów widać także przy kwitnących jabłoniach, czereśniach i śliwach:

Wczoraj wieczorem słyszałem już pierwszego słowika, pięknie koncertują rudziki, kosy, pokrzewki. Rankiem huczy bąk, słyszałem też przepiórkę i derkacza. Rozpoczyna się piękny czas, a tegoroczny kwiecień jest bardzo majowy. To zachęta do spacerów, kontaktu z przyrodą i wypraw do lasu w poszukiwaniu ciszy i …zdrowia.  Znajdziemy tam teraz, oprócz wrażeń estetycznych i wytchnienia, także wiele dobrego dla ciała i ducha. Kontakt z lasem i drzewami daje przyjemny i bezbolesny zastrzyk dobrej energii oraz podnosi naszą odporność na choroby. Ruch na świeżym powietrzu odświeża procesy myślowe, odpręża nas duchowo. Olejki eteryczne wydzielane przez drzewa iglaste działają przeciwzapalnie, antybakteryjnie i uspakajająco. Las to dla wszystkich darmowa apteka i terapeuta, który gratis, bez recepty leczy nasze ciało i duszę…

Gdy posiadamy odrobinę wiedzy, możemy mądrze czerpać z jego  darów niosących zdrowie. Każde drzewo w określony sposób działa pozytywnie na człowieka. Lipa pomaga wyciszyć się, buk likwiduje stres, dąb dodaje energii życiowej. Brzoza, lekka, zwiewna brzoza odziana w młodziutkie liście zmniejsza stany depresyjne, o które tak łatwo w XXI wieku. Delikatna i mocno energetyczna zieleń jej młodych listków przyciąga uwagę nie bez powodu. Całe drzewo wpływa mocno energetycznie, pozytywną energią świetnie działa na nasze samopoczucie: daje poczucie  spokoju, siły, optymizmu.

 Warto też szczególnie teraz zainteresować się świeżymi liśćmi z drzew naszych lasów. To cenny i … smaczny surowiec.  Młode liście lipy, szczególnie te z odrostów, są doskonałe jako składnik diety dla osób cierpiących na zaburzenia pracy jelit:

 Smaczne są także młode liście buków, które się właśnie rozwijają:

 Smakują podobnie jak szczaw, bo są kwaśne. Kiedyś ratowały ludzi na przednówku, gdy nie było co jeść, a dziś pomagają w oczyszczaniu naszego skażonego cywilizacją organizmu. W różnych kuracjach pomagają też liście innych gatunków spożywane jako sałatki, kiszone czy gotowane. Liście morwy, która wprawdzie zwykle nie rośnie w lasach, ale od lat rośnie na podwórzu mojej leśniczówki są np. najlepszym naturalnym lekiem na obniżenie cukru we krwi. Jej pyszne owoce to inna bajka, a opowieść o morwie znajdziecie w archiwum bloga…

A tytułowa brzoza? Wszyscy znamy brzozę, która z powodu białej kory bywa nazywana najstarszym drzewem w lesie:

 Tak naprawdę żyje krótko, w zasadzie dożywa w lasach do 60 lat. Uważana jest za typowo polskie drzewo, choć zajmuje tylko 6% powierzchni leśnej naszego kraju. Starszym rocznikom kojarzy się z filmami „made in ZSRR”. Pojawiła się na świecie wcześniej niż człowiek, zaraz po ustąpieniu lądolodu, stąd jest gatunkiem pionierskim i występuje w niemal całej Europie i Azji. Rośnie na ubogich siedliskach, jest pożyteczna i poczciwa, mało wymagająca od gleby, odporna na mrozy i upały.

 Teraz jest dobry czas na zbiór i wykorzystanie walorów zdrowotnych młodych liści brzozy:

 Warto korzystać na bieżąco ze świeżych liści, można również wykorzystać pączki, rozsądnie też zrobić sobie mały zapas i nasuszyć brzozowych liści.

Jak postępować z młodziutkimi liśćmi brzozy? Świeżo zerwane najlepiej w lekko słoneczny dzień, suche i zdrowe, listki rozłożyć na papierze (nie na gazetach, bo farba drukarska je nam zanieczyści ) można też na płótnie, w miejscu zacienionym i przewiewnym. Po wyschnięciu, czyli, gdy liście będą kruszyć się w palcach,  zamknąć w szczelnym, szklanym naczyniu lub zwykłej, koniecznie papierowej torbie.

Liście brzozy to surowiec do doskonałego odtrucia naszego organizmu, czyli taki "domorosły detoks", bo zawierają liczne związki czynne: m.in. flawonoidy, garbniki, saponiny, kwasy organiczne, olejki eteryczne i sole mineralne.

Jak działają na nasz organizm?

Mają właściwości odtruwające poprzez wiązanie niektórych składników czynnych brzozy ze szkodliwymi produktami przemiany materii, które zostają potem wydalone z moczem. Picie naparów z liści brzozy powoduje zwiększone wydalanie moczu, a wraz z nim jonów sodu, chloru i kwasu moczowego, szkodliwych produktów przemiany materii. Radzę jednak codzienne picie naparu lepiej zakończyć popołudniową porą, by nocą spać bez przerywania snu koniecznością odwiedzania łazienki. Kurację najlepiej prowadzić przez max 2 tygodnie. Liście brzozy chronią też wątrobę, powodują zwiększone wydalanie żółci, działają lekko napotnie. Jest wiele przepisów na wywary i napary z liści brzozy.

Można też zrobić specyficzną nalewkę, do której pewnie łatwiej będzie zachęcić panów:

W szklanym słoju 0,70 litra umieścić rozdrobnione, najlepiej ręcznie podarte świeże liście brzozy, lekko je ugnieść i wypełnić nimi nieco ponad połowę słoja. Podgrzać dość mocno ćwiartkę wódki i zalać nią liście. Macerować około 7 dni, przecedzić. Stosować 2-3 razy dziennie, w dawce ok. 10 ml rozpuszczonej w szklance wody lub dodając do herbaty.

Najbardziej chyba znanym pożytkiem z tego „najstarszego drzewa” w lesie jest sok brzozowy. Pisałem o niej swojego czasu na blogu. Oskoła – czyli właśnie sok brzozowy, była tradycyjnym napitkiem spożywanym o tej porze roku przez wszystkich Słowian. Przed II wojną światową nie było restauracji, w której nie podawano by oskoły.

Medyczne zalety brzozy znane były od tysiącleci. Wymieniana jest także w średniowiecznych zielnikach. O  jej leczniczych właściwościach pisała miedzy innymi święta Hildegarda. W dawnych czasach brzozę wręcz czcili Rzymianie, Celtowie, Słowianie i inne ludy. Zasadzona przy grobie brzoza miała chronić przed duchami. Według chrześcijan podobny cel miał spełniać znany nam krzyż brzozowy. Brzozie przypisywano również magiczne działanie - z jej pomocą można było pozbyć się wycieńczenia i dreszczy. Uderzenie gałązką brzózki miało pobudzać siły witalne- stąd obyczaj chłostania brzozowymi gałązkami w czasie wielkanocnym. Gałązek używano na wianki i do zdobienia domów w czasie Zielonych Świątek oraz na palmy w czasie Niedzieli Palmowej. Dekoruje się małymi brzózkami także trasę procesji na Boże Ciało i wtedy wiele osób trafia do leśniczego prosząc o wskazanie miejsca, gdzie można je wyciąć. W całej Polsce powszechny był zwyczaj - dotychczas jeszcze zachowywany na wsi – świątecznego majenia ścian domów, wrót i płotów zielonymi, najczęściej także brzozowymi gałęziami. Podwórka zaś, podłogi w izbach i nawet psie budy wyściełano grubo tatarakiem, dla świątecznej dekoracji, dla pięknego zapachu i także... przeciw pchłom, komarom, muchom i innym insektom. Jak widać brzoza o tej porze roku jest ważnym drzewem. Czy znamy ją jednak bliżej i co wiemy o jej symbolice ?     

Wiązki brzozowych rózg (rózgi liktorskie) otaczające topór stanowiły symbol władzy w starożytnym Rzymie. Brzezinowymi rózgami wymierzano kiedyś sprawiedliwość, gdy na kogoś nałożono karę chłosty. Jeszcze całkiem niedawno używano ich do wymierzania kar cielesnych w szkołach i pewnie nie tylko w szkołach... Nasi słowiańscy przodkowie wykorzystywali natomiast gałązki brzozowe do odpędzania złych duchów. Zwolennicy oczyszczającej sauny korzystają z upodobaniem z miotełek brzozowych podczas kąpieli parowej. Z gałązek brzozy wyrabiane są także popularne do dziś na wsi miotły na kiju. Brzozowe są podobno także miotły czarownic, służące im za środek lokomocji, warto się temu przyjrzeć zwiedzając Góry Świętokrzyskie.

Na brzozowej korze wypisywano kiedyś prośby do duchów i wieszano je na brzózkach, szczególnie na bagnach, bo tam ducha najłatwiej podobno spotkać:

Swoją drogą, brzozowa kora to świetna podpałka, znana wszelkim traperom. Nawet w czasie solidnej ulewy przy jej pomocy można rozpalić ognisko, oczywiście w dozwolonym miejscu.

 Brzoza nie przez przypadek była świętym i pożytecznym drzewem już dla naszych przodków. Potwierdzają to współczesne badania, które jednoznacznie wykazały, że drzewo to silnie jonizuje ujemnie powietrze, a ujemne jony działają leczniczo na organizm człowieka. Wystarczy więc samo przebywanie w brzozowym zagajniku, by poczuć się lepiej. Dotykanie drzew oraz przebywanie w bliskim ich sąsiedztwie daje pozytywną energię i jest bardzo korzystne dla zdrowia. Warto zatem przytulić się do brzozy…

 

Zielone gałązki brzozy wykorzystywane były dawniej w różnych zwyczajach związanych z zalotami. Maj i czerwiec to przecież od lat czas zakochanych. Niegdyś bardzo popularnym, a obecnie już zapomnianym zwyczajem było stawianie przed domami „panien”, bram z młodych brzózek. Czynili to kawalerowie w noc poprzedzającą pierwszy dzień świąt. Często taka brama była równoznaczna z oświadczynami. Lepiej przecież stawiać pod oknem wybranki „pannę” brzozową niż samochód lub motocykl i w ten sposób imponować…

To piękne i zwiewne drzewo stanowiło zawsze natchnienie poetów i literatów. Każdy z nas zapewne pamięta poetycki opis brzozy z III księgi „Pana Tadeusza” oraz wiersze Słowackiego, Lenartowicza czy Staffa. Fantastyczny, a nawet erotyczny opis brzeziny znajdziemy w noweli Iwaszkiewicza „Brzezina”, którą napisał w zakopiańskiej willi Atma w 1932 roku, goszcząc u Karola Szymanowskiego:

„W tle późnego wieczora tkwiły te pnie białe, oświetlone resztkami światła, jak perły wprawione w aksamit. Pnie te białe, gładkie, toczone, przypominały mu tutaj ramiona kobiece, mnóstwo splątanych ramion, wznoszących się w górę gestami błagania, uniesienia, czasem odgiętych ku dołowi ruchem poddania i rezygnacji. Bukiety ramion w górze łączyły się dłońmi, plątały palcami, niektóre zaś stały pojedyncze i beznadziejne. Wilgotne, parne powietrze napełniało zgęszczeniem interwały pomiędzy brzozami i wszystko razem czyniło wrażenie jakiejś zmysłowej świątyni".

Opowiadanie sfilmował potem Andrzej Wajda, a jak zwykle po mistrzowsku zagrali tam Daniel Olbrychski i Olgierd Łukaszewicz. Brzoza ma chyba niezliczenie wiele innych zalet i zastosowań. Podczas majowych spacerów warto spojrzeć na nią z sympatią i przytulić się do siwego pnia. Choć nie jest on siwy od starości… Wśród brzozowych świeżych liści możemy zobaczyć złotopiórą, śliczną wilgę z czarnymi skrzydłami i usłyszeć jej fletowy głos. Brzoza to piękno i zdrowie, zachęcam abyście poznali ją bliżej.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

19:31, lesniczy.lp
Link Komentarze (9) »
środa, 16 kwietnia 2014

Święta Wielkanocne w swojej symbolice są bardzo „leśne” bo związane z jajem, których leśne ptactwo znosi w tej chwili w uwite gniazdka całe mnóstwo, no i z zajączkiem, który „odpowiada” za wielkanocne podarunki. Jajko-symbol radosnego święta Zmartwychwstania Pańskiego jest z tym świętem związane od tysięcy lat.  Różnie nazywa się wielkanocne jajka i ich nazwa zależy od sposobu zdobienia.

 Jednobarwne, kolorowe ale bez wzorów, ufarbowane przez gotowanie w naturalnym barwniku (np. w łupinach cebuli, korze dębu, owocach czarnego bzu, szyszeczkach olchy, wywarze z widłaka czy młodego żyta)  noszą nazwę malowanek, kraszanek, byczków, alunek. Pisanki to  jaja zdobione techniką batiku, złocone, drapane, owijane, wycinankowe. Zwykle wykonuje się je z wydmuszek kurzych, gęsich, czasem także strusich.

 Wielkanocne jajo zawsze jest symbolem życia, płodności, miłości i siły. Jest dekoracją domu i świątecznego stołu ale także składnikiem różnych potraw (np. żuru czy sałatek) jak i stałym elementem koszyczka ze święconką. Z tradycyjnym, pięknie przystrojonym koszyczkiem, gdzie każda szanująca się gospodyni na haftowanej serwetce układa wszystko to, co znajdzie się potem na świątecznym stole, w przedświąteczna sobotę wybierają się do kościoła dzieci. Dzieci w różnym wieku jak widać po córkach leśniczego:

Koszyczek nakryty drugą serwetką, dekoruje się zwykle gałązkami bukszpanu i forsycji. W książce „Święta polskie. Tradycja i obyczaj” Barbary Ogrodowskiej czytamy:

Jajka ptasie, zwłaszcza barwne lub pokryte wzorami, czczone były od wieków na całym świecie. Najstarsze znaleziska pisanek pochodzą z sumeryjskiej Mezopotamii. W starożytnym Egipcie jajko powiązane ze słońcem było symbolem bogini Ptah. W Grecji zaś były atrybutem Afrodyty bogini miłości, płodności i piękna. O malowaniu jaj w starożytnym Rzymie wspominają Owidiusz, Pliniusz i Juvedal. Jaja uważane były wszędzie za symbol początku życia i początku wszechrzeczy. Według mitów filipińskich i indyjskich świat powstać miał z ogromnego jaja, a legendy asyryjskie wyprowadzając świat z jaja Feniksa. Św. Jan Damasceński mówił o analogii pomiędzy budową kosmosu i jaja: skorupę kojarzył z niebem, wyściełającą ją błonę z obłokami, białko z wodą, żółtko z ziemią i minerałami.

 

W mitologii słowiańskiej i polskiej jajko – źródło wszelkiego życia uznawane było za potężny amulet przeciw czarom i złym mocom, występowało więc w kultowych obrzędach wiosennych, w praktykach ku czci zmarłych, w lecznictwie i magii.”

Podobno, tak przynajmniej głoszą podania greckie, gdy Maria Magdalena przyszła do Heroda z prośbą, by ulitował się nad Jezusem, podarowała mu malowane jajka. Może to właśnie dlatego zwykle to dziewczęta zajmują się malowaniem i zdobieniem jajek. Tradycyjnie zajmują się przygotowaniem pisanek i kraszanek w Wielki Piątek. W wodzie, w której gotowano jajka dawniej dziewczęta myły potem włosy, wierząc, że będą po tym zabiegu szczególnie piękne. Dziś raczej stosują inne środki, oglądane w czasem irytujących świątecznych reklamach telewizyjnych…

Jest wiele wierzeń i podań związanych z jajkiem. Istnieje też wiele obrzędów, związanych z bardzo ważnymi momentami w pracach rolnika i hodowcy, gdzie jajko odgrywa ważną rolę.

Kultywują te tradycje także leśnicy, a pokaźny zbiór ich różnorodnej twórczości „jajecznej” można zobaczyć np. w Ośrodku Kultury Leśnej w Gołuchowie koło Kalisza:

Jednak nie znajdziecie tam takiej pisanki:

 

A oto jak wygląda z drugiej strony:

 

Chyba znacie te motywy? To unikalna pisanka, którą dostałem w prezencie od Anny Kasprowicz, utalentowanej artystki, o której pracach pisałem na blogowych łamach w marcu 2013 tu: http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&id_blog=3&lang_id=5&id_post=3464

Jej prace są urzekające i fantastyczne:

 

Pełne artyzmu i dbałości o najmniejszy szczegół:

 

Z mojej „Erysiowej pisanki” jestem bardzo dumny i stanowi ona główną ozdobę wielkanocnego stołu.

A wielkanocny zajączek?

 

Spójrzcie na niego:

 

Skacze zajączek po lesie i życzenia Tobie niesie

 przez pisanki przeskakuje

 "Alleluja" wykrzykuje...

 po czym znika w długich susach

 cały mokry od dyngusa…

 

Prosto z pszczewskiej leśniczówki razem z wielkanocnym zajączkiem  Radosnych Świąt życzy czytelnikom Blogu Leśniczego

 leśniczy Jarek z rodziną

 

 

 

23:11, lesniczy.lp
Link Komentarze (15) »
sobota, 12 kwietnia 2014

Wiosna to czas, kiedy absolutnie nie myślimy o grzybach. Zachwycamy się powracającymi ptakami i ich śpiewem, który każdego dnia wzbogaca chór wiosennego lasu o kolejne trele, nutki i zwrotki. Cieszymy się z rozwijających listków, zakwitających kolejno kwiatów i coraz bardziej soczystej zieleni.Rozwijają się świeżutkie i delikatne liście brzóz:

 No to gdzie tu czas na grzyby? W kwietniu?

Okazuje się jednak, że w kwietniu, czasem nawet już w marcu można ruszyć na grzybobranie. Trudno liczyć na bogactwo gatunków i pełne kosze, ale naprawdę warto to zrobić. Warto, tym bardziej, że kwietniowy las jest taki świeży i wiosennie piękny. Od kilku dni sosnowy, pozornie monotonny sosnowy bór pobielał od kwitnących śliw, tarnin i wiśni. Pomiędzy sosnami aż razi biel kwitnących drzewek:

Dzięki rozumnemu planowaniu składu nowych upraw przez leśników możemy dziś w kilkunasto- lub kilkuletnich młodnikach oglądać kwitnące dzikie wiśnie:

Zaczynają się rozwijać „zakręty” z których wytrysną za chwile pióropusze paproci:

Dno lasu robi się coraz bardziej kolorowe i choć kończą kwitnienie błękitne cebulice, które najczęściej rosną na opuszczonych grobach, w sąsiedztwie cmentarzy lub opuszczonych domostw:

To nadal ślicznie kwitną urocze fiołki:

A niedawno jeszcze zakwitły na złoto łany mahoni północnej, których miodowy zapach wabi słodyczą pszczoły i trzmiele:

No a grzyby? Czy wiecie, że pierwsze nasze grzyby, pojawiały się kiedyś już pod koniec marca, choć prawdziwy ich wysyp miał miejsce najczęściej w maju. ”Na przednówku”, jak to zwyczajowo mówiono, wylegały tłumy amatorów wiosennych grzybów, przeczesujących lasy i łąki w poszukiwaniu pysznych grzybów. Te wiosenne grzyby to smardze. Są najszlachetniejsze z polskich grzybów, przy których borowiki to „pikuś”,  mają wspaniały aromat z nutą orzechów i kruchy, delikatny miąższ. Od wielu, wielu lat nie spotkałem, niestety, w lesie smardza. Dlatego zamieszczam tu fotografię pochodzącą z portalu www.nagrzyby.pl:

Nie wiem jaka jest przyczyna wielkiej unikalności smardzów w lasach. Wyczytałem gdzieś, że zniknęły prawie zupełnie z naszych lasów, gdy po drugiej wojnie światowej zmienił się ustrój naszego kraju… Nie sądzę, żeby były to powody polityczne, a raczej oznaka degradacji środowiska. Smardze to bardzo wymagające grzyby. Pojawiają się w starodrzewach, ale też na skraju łąk, przy drogach, w parkach. Lubią stanowiska podmokłe, więc wyrastają często w łęgach, w zaroślach nadrzecznych.

Wszystkie gatunki smardzów występujących w Polsce objęte są ochroną ścisłą i wpisane do „Czerwonej listy roślin i grzybów Polski” jako rzadkie. Z tego powodu nie wolno ich zbierać ze stanowisk naturalnych. Może się natomiast zdarzyć, że wyrosną nie w liściastym lesie lecz na naszej działce lub w ogródku. To zadziwiające, ale czasem pojawiają się na korze, którą wysypuje się rabaty. Najczęściej wyrastają w drugim roku po wysypaniu kory i potem znikają bezpowrotnie. Dziś jednak można korzystać z dobrodziejstwa internetu i zakupić gotową mieszankę podłoża uprzednio zaszczepioną grzybnią smardzową, a potem cieszyć się obecnością tych ciekawych grzybów w ogródku.

Kilka dni temu, w sosnowym borze spotkałem innego grzyba. Spójrzcie, oto on:

 

To piestrzenica kasztanowata, która często jest mylona ze smardzem. Jej nazwa łacińska Gyromitra esculenta może mylić, bo przymiotnik gatunkowy esculenta w języku łacińskim oznacza jadalny. Piestrzenica kasztanowata jeszcze całkiem niedawno uznawana była za bardzo smaczny i jadalny gatunek grzyba. Jednak ze względu na coraz częstsze zatrucia, jej spożywanie i sprzedaż suszonych piestrzenic została zabroniona. Ten grzyb, nazywany regionalnie: babie uszy, babi uch, babieusz, grzyb majowy lub mylnie „smardz” jest dopuszczona do obrotu i spożywania, najczęściej jako susz w Szwecji i Francji. Kiedy jeszcze funkcjonowało przedsiębiorstwo "Las" funkcjonowały punkty skupujące i wysyłające za granicę dużo tych grzybów. Sam je kiedyś zbierałem na skrajach zrębów i piaszczystych górkach. To ulubione miejsca piestrzenic. Tegoroczną, tylko jedną znalazłem na piaszczystej skarpie leśnej drogi:

Dawniej, a może i dziś, szczególnie na wsi jadano piestrzenice. Na wsiach często przyrządza się grzyby w ten sposób, że najpierw się je odgotowuje, odlewa wodę i dopiero później smaży i podaje jako samodzielną potrawę lub dodatek do  kotletów, pierogów itp. Przypuszczam, że właśnie dzięki temu wcześniejszemu gotowaniu bezkarnie można jeść piestrzenice i inne uważane za niezdrowe lub nawet trujące grzyby, np. olszówki. Moja żona też zwykle odgotowuje każde grzyby, no może oprócz rydzów lub borowików dodawanych do zupy ze świeżych grzybów. Jest jeszcze jeden sekret wiejskiej kuchni dotyczący piestrzenic: nie można ich smażyć razem z cebulą i lepiej po nich nic nie pić! Nie sprawdzałem go jednak i Wam także nie polecam!

Warto dobrze sobie utrwalić, że jednak w każdym polskim grzybowym przewodniku przy zdjęciu tego gatunku widnieje znak wysokiej toksyczności. Nie bez powodu, bo znajdująca się w owocnikach toksyna zwana gyromitryną – w skład której wchodzą liczne związki, m.in. monometylohydrazyna i kwas helwellowy – powoduje poważne zatrucia. W przyrodzie zdarzają się rzeczy przedziwne i i ciekawe, bo gdzieś wyczytałem, że monometylohydrazyna zawarta w piestrzenicach jest także składnikiem  paliwa rakietowego!

Podczas kwietniowego spaceru rozglądajcie się zatem za piestrzenicami ale tylko po to, aby zrobić im odlotowe zdjęcie, wspominając zawartą w nich monometylohydrazynę.

Miłej wiosennej soboty, rozglądając się za piestrzenicami pamiętajcie o Palmowej Niedzieli i składnikach naturalnej, a nie plastikowej palmy!

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 P.S. We wtorek rano powitałem pierwsze jaskółki dymówki i choć mówią, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, to dziś, w sobotni poranek już wiele dymówek kręci ósemki nad jeziorem przy leśniczówce. Może powrócą do zamieszkania w moim kurniku, bo już kilka lat tam nie gniazdują!

 

 

00:21, lesniczy.lp
Link Komentarze (5) »