O tym co w lesie piszczy...
O autorach
RSS
sobota, 12 lipca 2014

Kilka dni temu zachmurzyło się potężnie i lunął deszcz, który przeszedł potem w grad. Wiatr
rozdmuchał się okropny i giął drzewa do ziemi. Wokół leśniczówki jest wiele starych drzew i podmuchy wichury targały nimi strasznie. Dookoła słychać było ryk wiatru, szum wzburzonego jeziora, trzask łamiących się gałęzi, a za chwilę dźwięk strażackiej syreny. Zapanowały ciemności, bo jak to się mówi na wsi: „zabrało prąd”. Na szczęście wszystkie drzewa wokół leśniczówki wytrwały i zostały całe. Straciły tylko nieco gałęzi. Jednak kawałek za leśniczówką wicher rozdarł na pół starą sosnę i odłamana część zatarasowała powiatową drogę. Strażacy ją szybko uprzątnęli z drogi i ruszyli dalej. Co chwilę było słychać przemieszczające się strażackie samochody.

Za jakiś czas awaria sieci energetycznej została usunięta i „oddali prąd” ale wciąż do wieczora padał deszcz i dmuchał wiatr, jednak już nie taki gwałtowny.

Nazajutrz  rano ruszyłem do lasu sprawdzić efekty wichury. Tuż za Pszczewem zobaczyłem wyłamany i wywrócony fragment sosnowego boru. Wiatr połamał i wywrócił tam kilkadziesiąt sosen

W wielu miejscach widać było szkody w lesie, zarówno w młodszych drzewostanach:

jak i w starych lasach

Najbardziej ucierpiały od wichury  stare lasy przy ścianach niedawnych zrębów, bo ich systemy korzeniowe „nie przyzwyczaiły się „ do otwartej przestrzeni. Wichura z ogromną siłą
ukręcała przy samej ziemi pnie grubych, starych sosen:

Potężna, blisko „dwu kubiczna” sosna o średnicy około 60 centymetrów została potrzaskana w drzazgi:

Cały dzień kontrolowałem 83 oddziały mojego leśnictwa i szacowałem szkody od wiatru. Podleśniczy Krzysztof z grupa „zulowców” odblokowywał zatarasowane złomami i wywrotami
drogi, które w wielu miejscach rano były nieprzejezdne, a przecież ich stan ma ogromne znaczenie dla bezpieczeństwa lasu:

Drogi są też niezbędne do wywozu drewna, a dziś rano wyjeżdżała ode mnie „tartaczna akacja”. Jest też pełnia sezonu turystycznego i drogi  muszą być w pełni bezpieczne, bo korzystają z nich dzieci z kolonii i obozów, rowerzyści czy różni wędrowcy. Miejscowi także licznie wędrują w las,
bo mamy sezon jagodowy, a i kurek można także nazbierać. Wichura połamała też wiele
brzóz i dębów:

Około godziny 14 sytuacja była w miarę opanowana i główne drogi wyglądały już tak:

Wyszacowałem około 250 m3 połamanych i wywróconych drzew, choć to tylko orientacyjny szacunek, bo nie sposób w jeden dzień dokładnie sprawdzić 2200 ha lasu. Jest pełnia wegetacji i
w mieszanych lasach z drugim piętrem dęba czy buka trudno wypatrzyć połamane, a
szczególnie wywrócone z korzeniami drzewa. To nie aż tak dużo, bo obawiałem się, że wichura narozrabia bardziej. W 2007 toku styczniowy wiatr połamał i wywrócił tylko w moim leśnictwie drzew na ponad 5000 m3 wyrobionego drewna…

Sprawdziłem też ogrodzenia upraw, bo niektóre już dziś udało się naprawić, ale inne wyglądają tak:

Przejechałem i przeszedłem wiele kilometrów. Kolejne dni to dalszy ciąg… Najważniejsze, że nikt nie ucierpiał, bo całkiem niedawno, w sąsiednim leśnictwie, w trakcie wichury złamane drzewo spadło na namiot i zabrało życie małej dziewczynce. Przyroda pewnie szybko poradzi sobie z takimi efektami działalności wiatru. Las szybko „zagoi” niewielkie luki i zastąpi 
połamane wichurą złomy czy wyrwane z korzeniami wywroty młodszymi osobnikami.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

18:32, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
środa, 09 lipca 2014

 

Dziś zrobiło się bardzo upalnie, a zatem pora zauważyć, że to już wakacje i czas urlopów. W Pszczewie coraz więcej samochodów z tablicami rejestracyjnymi z całej Polski, a bywa, że
i z Europy. Na terenie ośrodków wypoczynkowych spory ruch i choć do tej pory aura nie sprzyjała plażowaniu to pewnie niebawem nad pięknym i czystym jeziorem Szarcz plaża zapełni się letnikami spragnionymi wypoczynku. Wielu wypoczywających wybiera się także do lasu, dlatego należało się dobrze przygotować na przyjęcie turystów. Pewnie mało kto się zastanawia skąd biorą się oznakowania szlaków, urządzenia turystyczne, kto buduje i sprząta parkingi leśne.

Zagospodarowanie turystyczne lasów i udostępnienie ich dla jak najlepszego wykorzystania ludziom to także ważne zadanie leśników. To także zadanie kosztowne, bo wciąż spotykamy
zniszczone, pogięte lub pomazane farbą tablice i zdemolowane urządzenia w obiektach turystycznych.

 Leśnicy cierpliwie o nie dbają, konserwują, naprawiają, wymieniają i pokrywają koszty tej działalności. Łatwo zauważyć, że obiekty i urządzenia przygotowane dla turystów i podróżujących drogami przez lasy są coraz ładniejsze, funkcjonalne i wykonane z naturalnych, solidnych
materiałów. Funkcja rekreacyjna i krajobrazowa lasów jest jednak ważna i wciąż zachęcam Was do właśnie takiej formy wypoczynku. Zleciłem wcześniej „zulowcom” wykoszenie chwastów przy obiektach turystycznych i miejscach parkowania pojazdów, które są na bieżąco sprzątane  z tego co pozostawiają tam ludzie. Przejrzałem także stan tablic informacyjnych w całym leśnictwie oraz sprawdziłem trasę ścieżki, którą nazywam „Pięć kilometrów przyrodniczej edukacji”.

Dokładnie tyle długości liczy trasa spaceru ścieżką edukacyjną, którą proponuję turystom i miłośnikom lasu wybrać się na spacer po terenie Leśnictwa Pszczew. To ścieżka
przyrodniczo- historyczna wokół góry Wysokiej- Ozu Pszczewskiego.

Nadleśnictwo Trzciel sfinansowało już kilka lat temu zakup 10 tablic edukacyjnych, których tematykę i rozmieszczenie zaplanowałem, wykorzystując wspaniałe walory przyrodnicze i
krajobrazowe Ozu Pszczewskiego. Trasa marszu lub przejażdżki rowerowej liczy równe 5 kilometrów i rozpoczyna się oraz kończy przy mojej zabytkowej leśniczówce w Pszczewie, przy ulicy Kasztanowej.

 Przygotowałem mini-przewodnik po trasie, aby ułatwić samodzielne kontakty z okoliczną przyrodą, udostępniam go chętnym, którzy trafią do leśniczówki. Wycieczka pozwala na poznanie gatunków drzew, grzybów i zwierząt żyjących w lesie, tablice informują m.in. o tym jak leśnicy
pielęgnują las, jak chronić środowisko naturalne oraz uświadamiają spacerowiczom jaką tragedią dla lasu jest ogień. Obfituje w ciekawe widoki, a po drodze można poznać ciekawe fragmenty lasu i spotkać jego mieszkańców. Czy nie warto spojrzeć na jezioro Chłop z takiego miejsca?:

Przy okazji można zwiedzić ciekawy  Skansen Pszczelarski, odwiedzić Półwysep Katarzyna nad jez. Miejskim i spojrzeć na panoramę okolic Pszczewa z Góry Wysokiej, z punktu widokowego przygotowanego przeze mnie na wysokości ponad 100 m n.p.m.:

Po drodze można poznać wiele gatunków ptaków i zwierząt. Gdy sprawdzałem stan ścieżki i wykoszenie chwastów wokół tablic, spotkałem rudą baletnicę:

 

 

Trasa biegnie od jez. Miejskiego, obok Cegielnianego, Proboszczowskiego nad jez. Chłop i malowniczą aleją jesionową wraca do Pszczewa. Warto też  zajrzeć w drodze powrotnej do Folwarku Pszczew, dawnego pałacu biskupów poznańskich.  Dwór zamyka rozległy dziedziniec znajdujący się w centrum założenia folwarcznego. Za dworem w kierunku zachodnim rozciąga się park krajobrazowy, w którego granicach znajduje się wczesnośredniowieczne grodzisko. W parku jest wiele ciekawych drzew, a obiekt folwarku jest w trakcie odnawiania i przebudowy prowadzonej przez obecnych właścicieli. Na terenie folwarku znajduje się budynek dawnej gorzelni, zaadaptowany na agroturystyczną bazę noclegową, która z pewnością zadowoli  najbardziej wybrednych turystów. „Zulowcy” wykosili otoczenie tablic na ścieżce, aby łatwiej było poznać ich treść, a ja zachęcam do bliższego poznania malowniczych okolic Pszczewa.

Gdy wyruszycie na spacer ulicą Kasztanową sprzed leśniczówki, tuż za Pszczewem, w kierunku na Silną, przydrugiej tablicy ścieżki, u podnóża Ozu Pszczewskiego dotrzecie nad ciekawe
jezioro. W otoczeniu starego ponad 140-letniego boru sosnowego znajduje się
jezioro Cegielniane  ( inna nazwa Glinno). Urokliwie położone, o brunatnym kolorze wody, swoją nazwę zawdzięcza cegielniom, które istniały w pobliżu do czasów I wojny światowej. Jezioro ma
powierzchnię 7,9 ha, głębokość do 10 m, latem jego sporą część pokrywają piękne grzybienie białe, które są symbolem Pszczewskiego Parku Krajobrazowego. Otacza je stary bór sosnowy, gdzie od lat obozują harcerze z ZHP Zbąszynek.

 Schodząc ścieżką od przystanku nr 3 przy tablicy „Życie jezior” nad jezioro Cegielniane, należy zwrócić uwagę na niewielki, skromny  pagórek, wysokości 4-5 m, położony wśród starych sosen o tafelkowato spękanej korze i pokręconych akacji. Zapewniam was, że to niesłychanie ciekawe i tajemnicze miejsce!
Dzisiejsza gruntowa, gminna droga z Pszczewa w kierunku na  Silną – Wrony, to stary trakt tranzytowy, którego metryka sięga czasów co najmniej Mieszka I. Szczegółowo opisuje go
Edward Dąbrowski w świetle badań archeologicznych, które prowadził w Pszczewie w latach 1956-1960. Określa on ten trakt tranzytowy jako poznańsko-zaodrzański i jednoznacznie łączy jego rolę z intensywną produkcją żelaza i znaleziskami sięgającymi czasów rzymskich. Stożkowaty nasyp, niepozorny dziś pagórek, znajdujący się tuż przy trakcie, był z całą pewnością strażnicą strzegącą przejścia pomiędzy jeziorami. Strażnica schowana była za okazałym Ozem Pszczewskim o wysokości ponad 100 m i długości ok. 2,5 km. Teorię o obronnym charakterze tego pagórka zdaje się potwierdzać równie tajemniczy, leżący tuż obok wał ziemny, przecinający trakt od jez. Cegielnianego w stronę Pszczewa, o długości ok. 200 m, który dziś wygląda jak rów przeciwczołgowy…Ten skromny pagórek zapewne był niemym świadkiem przemarszu wielu wojsk, karawan kupieckich i ludzi, którzy zapisali się na rozmaitych kartach historii: Św. Wojciecha,
Henryka II czy Fryderyka Rudobrodego. Maszerowały tu wojska napoleońskie, a potem kursowały dyliżanse wożąc podróżnych z Wielkopolski do Berlina. Zapewne spoglądał na niego z okna dyliżansu Fryderyk Chopin, który odpoczywał w Silnej, podczas wymiany koni. Warto dziś wybrać się tam na spacer i chwilę podumać, w otoczeniu pięknej przyrody i w tajemnych oparach Dziejów…

Przed rozpoczęciem sezonu turystycznego zadbałem także o odnowienie sąsiedztwa kapliczki Świętego Huberta i wykoszenie terenu.

 Drewniana kapliczka z rzeźbą symbolizująca patrona myśliwych i leśników usytuowana jest w „drzwiach do lasu", przy skrzyżowaniu kilku leśnych dróg, w pobliżu kilku ośrodków wypoczynkowych. Została ona wykonana i ustawiona według mojego pomysłu w 2002 roku. Powstała w czasie I Pleneru Rzeźbiarskiego w Pszczewie, a jej autorem jest Mirosław Góra z Lubska, który z kłody topolowej stworzył postać Św. Huberta. Z czasem przy pomocy leśników, pracowników leśnych i myśliwych powstało tu miejsce spotkań ludzi lasu, turystów oraz młodzieży szkolnej. Są ławy, świeżo odrestaurowane przez leśną ekipę pana Krzysztofa, miejsce na ognisko i parking, gdzie można bezpiecznie zostawić samochody.

Sporo osób wybiera się teraz na jagody i poziomki do lasu, a zatem taki parking jest bardzo
pożyteczny. Borówki kuszą smakiem, choć niektórzy boją się bąblownicy

 

 Dbam o otoczenie kapliczki przez cały rok i wiem, że odwiedza ją wiele osób. Zimą urządza się tu kuligi i ogniska, latem odpoczywają tu rowerzyści i miłośnicy spacerów z kijkami. Przez lasy mojego leśnictwa biegnie kilka szlaków turystycznych: pieszych i rowerowych.

 Dlatego tak jak i inni leśnicy dbam o wszelkie obiekty turystyczne i przygotowuję las na powitanie letników. Lasy są przecież dla ludzi, a to, że leśnicy do nich zapraszają, to nie tylko slogan reklamowy.

Leśniczy
Jarek-lesniczy@erys.pl

22:11, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
piątek, 27 czerwca 2014

Ostatnie dni godzinami ślęczę przy komputerze. Tak jak zdecydowana większość leśniczych o tej porze roku zajmuję się planowaniem zadań gospodarczych na kolejny rok. Brzmi to może dość enigmatycznie i dziwnie, bo często ludzie mnie pytają: Co może planować leśniczy? Ilość liści na drzewie czy szyszek na sośnie? Pewnie wielu z Was byłoby bardzo zdziwionych, zaglądając do notatek leśniczego stojącego na pagórku w starym borze. Bo tam gdzie w tej chwili rośnie jeszcze stary las i stoją grube sosny wiosną będzie już sadzona nowa uprawa, którą trzeba zaplanować: koszty, materiały, czynności, pracochłonności…

Wymaga to sporej wyobraźni i doświadczenia, bo skoro czegoś nie zaplanuję, to nie znajdzie się to w planie kosztów, czyli nie będzie za co wykonać tam ważnego zadania. Gdy zaplanuję za dużo- nie wykonam w pełni zadań i to także nie jest dobrze.

 Stojąc np. na pagórku w starym lesie muszę teraz zaplanować ile kilometrów pasów, na których będą niebawem rosły młode sosny i dęby wyorze ciągnik. Muszę także precyzyjnie zaplanować skład uprawy, uwzględniając wymagania siedliskowe drzew oraz z drugiej strony potencjalne możliwości siedliska, dbając przy tym o maksymalną bioróżnorodność. Trzeba sporej wyobraźni, bo po wycięciu starodrzewia i zaoraniu, las wygląda zupełnie inaczej. Wymaga to także precyzyjnego wyliczenia ile i jakich sadzonek będę potrzebował wiosną, oraz zaplanowania wszelkich czynności: dowozu sadzonek, dołowania, sadzenia, moczenia ich w preparacie żelowym, a czasem także zabezpieczającym przed pędrakami i szeliniakami.

 Trzeba także zaplanować ogrodzenie uprawy: ilość metrów siatki, słupków, kilogramy gwoździ, skobli itd. Do tego należy nanieść to wszystko na szkic w specjalnym programie graficznym. Planowanie obejmuje także wykonanie czyszczeń w uprawach i młodnikach, pielęgnacji, poprawek, dolesień luk i mnóstwa innych prac z hodowli lasu. Do tego jeszcze cała sfera ochrony lasu: naprawa istniejących grodzeń, wieszanie budek lęgowych i pułapek feromonowych, ochrona przyrody, ochrona przeciwpożarowa, zagospodarowanie turystyczne i gospodarka łowiecka. Wystarczy tych wyliczanek, bo stanę się nudny…

Oczywiście całe plany należy wklepać do systemu komputerowego, który czasem złośliwie się „wiesza” i wszystkie czynności, grupy czynności mają określone kody oraz symbole, których nie wolno pomylić. Jednym słowem czacha dymi, a terminy są wciąż gorące. Swoją drogą w lesie trwają normalne prace, których należy doglądać i jadą samochody po drewno. Zbliża się także roczna inwentaryzacja stanów pozyskanego drewna, które jest w magazynie leśnictwa. Siedzę i stukam w klawiaturę, zaglądając do notatek zrobionych w lesie, a tu co chwilę dzwoni telefon i wciąż inna sprawa rozprasza „planistyczne” myśli. Czasem dla poprawy zmęczonego gapieniem się w monitor wzroku wyglądam chwilę za okno, gdzie grasują podloty kwiczołów:

Gdy wyszedłem na chwilkę przed leśniczówkę zobaczyłem w trawie zielonego gościa:

Dzięcioł zielony, który szperał w trawie w poszukiwaniu owadów jest bardzo pięknym ptakiem. Grzbiet, barki i skrzydła ma ciemnozielone, na kuprze duża żółtozielona plama, pierś i brzuch szarozielone. Na głowie długa czerwona czapeczka. Ma ją zarówno samica jak i samiec. Charakterystyczna dla tego dzięcioła jest czarna maska wokół oka wraz z czarnym wąsem, biegnącym pod okiem od nasady dzioba. Jeśli wąs jest cały czarny mamy do czynienia z samicą:

 

 Jeśli zaś wypełniony jest w środku czerwienią to mamy pewność, że obserwujemy samca. To jedyna cecha odróżniająca płeć u dzięciołów zielonych. Przez chwilę obok samicy obserwowałem także samca. Zwykle jest tatą 5-7 piskląt, czasem nawet 10, to ma się przy czym uwijać. Opiekuje się młodymi razem z samicą ponad miesiąc, zanim młodzież stanie się lotna. Pary dzięciołów zielonych najczęściej trzymają się razem  przez całe życie i wyprowadzają jeden lęg w roku.

Tego dzięcioła spotkamy częściej na ziemi niż na drzewie, bo żywi się chrząszczami, świerszczami, gąsienicami i innymi owadami oraz ich larwami. Główny pokarm dzięciołów zielonych to jednak mrówki. Wyspecjalizowały się w rozgrzebywaniu mrowisk i wyjadaniu mrówek oraz ich larw. Język dzięcioła zielonego jest doskonałym przykładem przystosowania do takiego sposobu żerowania: wysuwa się poza dziób aż do 10 cm, zakończony jest rogowym grotem, a pokrywa go rząd haczyków skierowanych do tyłu i lepka wydzielina. Dzięcioły kopią w mrowiskach długie nory, sięgające nawet ponad metr w głąb królestw mrówek.

Zajmują się tym głównie zimą, choć wtedy zdarza się im także włamywać się do uli i wyjadać pszczoły. Na przedwiośniu z kolei, tak jak i inne dzięcioły, obrączkują drzewa. Polega to na wykonaniu nakłuć wokół pnia, najczęściej brzozy lub osiki, w celu utoczenia z nich słodkiego soku. Tym sposobem dzięcioły uzupełniają dietę o cenne cukry i minerały. Co rano odwiedzają zaobrączkowane przez siebie drzewa, a na dodatek zjadają owady zwabione słodkim syropem. Spryciarze!

Samica siedząca na moim trawniku waliła dziobem w ziemię:

 Wiecie, że dzięcioł zielony uderza swoją głową z prędkością 25km/h? Robi to zwykle w kilku błyskawicznych seriach (10 – 20) oddzielonych od siebie momentem  przerwy. I jak tu zrobić dobre zdjęcie?

Naukowców na całym świecie od lat interesuje konstrukcja czaszki dzięciołów, która zabezpiecza je przed wstrząsem mózgu. Uczeni odkryli, że fala uderzenia rozprzestrzenia się głównie wzdłuż niższej części dzioba, a szok jest ostatecznie absorbowany u jego podstawy. Różnica długości między górną i dolną częścią dzioba jest więc determinującym czynnikiem, do którego dołącza inna właściwość czaszki ptaka: gąbczaste kości, które absorbują wibracje.

Takie kości są w czole i z tyłu puszki mózgowej, a zatem świetnie zabezpieczają mózg ptaka. Naukowcy chcą wykorzystać ten „dzięciołowy patent przyrody” w opracowaniu inteligentnych kasków, które chroniłyby przed urazami czaszki motocyklistów, pracowników leśnych i budowlanych, piłkarzy i  rowerzystów. Chętnie taki wypróbuję w lesie.

Para dzięciołów zaczęła w pewnej chwili głośno chichotać. Ponieważ to najczęściej dość skryty i płochliwy ptak, którego w dodatku trudno wypatrzyć w dnie lasu na tle zielonych liści, jego obecność zdradza najczęściej ten wyjątkowo charakterystyczny głos. Nie jest on taki złośliwy jak w wykonaniu kaczek:

Jednak warto poznać ten głos, bo wtedy mamy szansę łatwiej wypatrzyć także te piękne dzięcioły. Para chichotała nie bez powodu. Za chwilę na pniu czereśni przysiadł młody samiec:

Rodzice z pewnością wołali go na drugie śniadanie. Zabawili się w zielone z owadami i zaprosili młodzież na śniadanie na trawie, bo zaraz pojawił się drugi i trzeci młody ptak, z charakterystycznie uperlonym, młodzieńczym upierzeniem.

Mnie jednak wezwał chichot planowania i musiałem zabrać się do dalszej pracy, której jeszcze sporo do wykonania. Życzę Wam miłego weekendu, niekoniecznie tak doskonale zaplanowanego, może w towarzystwie chichoczących dzięciołów zielonych?

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

23:31, lesniczy.lp
Link Komentarze (10) »
sobota, 21 czerwca 2014

Dziś rano usłyszałem w radiowej Jedynce pamiętną melodyjkę Lata z Radiem i uświadomiłem sobie, że dziś zaczyna się lato! Melodyjka Jedynki pewnie każdemu inaczej się kojarzy, a mi nieodparcie z czasami z „podstawówki”, gdy silną grupą z mojej ulicy jeździliśmy rowerami do puszczańskiej części otuliny przy rezerwacie „Czarna Droga” . Sierpami kosiliśmy trawę w uprawach leśnych. Radyjko na baterie spięte gumką od słoika leżało na mygle starego drewna, a my walczyliśmy, zaopatrzeni w sierpy przez leśniczego Zygmunta Rezmera, z trawą, a także z muchami, upałem i osami, które żądliły nas z upodobaniem.

 Z radia z gumką śpiewał debiutujący wtedy zespół Bajm i Beata Kozidrak obiecywała, że  "piechotą do lata będę szła..."  Towarzystwo z ulicy rozpierzchło się po świecie, a Renata z sąsiedztwa, która wtedy śmiała się zaraźliwym śmiechem i nuciła melodię Bajmu z Lata z Radiem, umarła jako piękna, młoda dziewczyna…

Potem były inne lata, zwykle także z radiem, a jedno z bardziej pamiętnych to lato po ukończeniu czwartej klasy technikum. Moja Renia skończyła już swoje liceum, a ja przez pierwszy wakacyjny miesiąc słuchałem Lata z Radiem w lesie, podczas „zaliczania” obowiązkowego  „Ochotniczego Hufca Pracy”. Ale potem pojechaliśmy na narzeczeński wypad do Krakowa i to dopiero było pamiętne lato…

Dość jednak sentymentalnych wspominek bo ma być o lecie w lesie. Lato przybiegło zdyszane przecież nie tylko ze względu na pamiętną melodyjkę ale i widać je w przyrodzie. Także słychać, bo wieczorami koncertują żaby i kumaki. Niektóre się nieźle przy tym nadymają, jak widzicie na tytułowej fotce.

 Ledwo spiąłem szacunki brakarskie na 2015 rok (czyli zaplanowałem wszystkie cięcia na zrębach i w trzebieżach) już pora zmagać się z planowaniem wszystkich zabiegów, które należy wykonać w 2015 roku. Muszę precyzyjnie zaplanować składy zakładanych upraw, przygotowanie gleby do wszelkich nasadzeń, czyszczenia, grodzenia, materiały, sadzonki itd. Mam ogrom pracy w terenie i za biurkiem, bo wszystko muszę „wklepać” do systemu informatycznego do końca czerwca.

Kiedy zatem cieszyć się latem?  Choć pogoda, póki co niezbyt letnia, bo dziś niebo szare i kropi deszczyk- złośliwiec. Bo po co pada, jak właśnie przed południem zabezpieczałem przed chorobami grzybowymi moje ziemniaki, pomidory i ogórki w ogródku? Mamy go spory kawałek, gdzie Królowa Regina urabia sobie ręce, a ja jej czasem pomagam:

 

Dzisiejszy deszczyk jednak z pewnością ucieszy amatorów letnich grzybów. Pojawiły się już dużo wcześniej żółciutkie kurki:

 

Widziałem też kozaki i nawet borowiki, ale czerwcowe borowiki nadają się zwykle tylko do fotografowania, bo są bardzo dziurawe.

Lato w przyrodzie to gorączkowa krzątanina zwierząt-rodziców, szczególnie ptasich. Gdy oglądałem czyszczenia do zaplanowania przy rzece Obrze spotkałem zaaferowaną norkę europejską:

 

Pewnie wyskoczyła zorganizować coś na ząb dla żarłocznej młodzieży. Usłyszałem też charakterystyczny gwizd i zobaczyłem zimorodka jak mknął z rybką w dziobie. Niestety musicie uwierzyć na słowo, że to fotka zimorodka bo tak pędził, że migawka ledwo zdążyła:

 

Moi zulowcy działają ostro w pielęgnacjach, bo trawa i głuszący sadzonki trzcinnik  w uprawach rośnie rewelacyjnie, dlatego wokół buczą wykaszarki.

Nad jednym z jezior w okolicy którego planowałem skład przyszłej uprawy podglądałem perkozy z młodymi:

 

Chwilę blisko siebie pływały dwie pary rodziców z pasiastymi pisklakami i nawet rodzice kłócili się, niepedagogicznie wydzierając się na siebie przy dzieciach:

 

Z kolei rodzina traczy nurogęsi zachowywał się cicho i pływała z godnością:

 

W naszej leśniczówce pojawił się nowy lokator. Ale ma pełne prawo mieszkać w leśnej chałupie, bo przecież hrabia Tyzenhauz nazywał pleszkę ogrodową  gajówką pleszką:

Po raz pierwszy pleszka założyła gniazdo przy leśniczówce i wyprowadziła młode. To pięknie ubarwiony, ciekawy ptak, który zwykle gnieździ się w dziuplach. Ta para wybrała jednak szczelinę w dachu, przy której przycupnęła skromnie ubarwiona, bardzo podobna do kopciuszka samica:

 

Oba ptaki uwijały się z noszeniem pokarmu, bo jedna, ważąca około 15 gram pleszka potrafi dziennie złowić około 25 gram owadów i nawet 400 razy odwiedzić gniazdo:

 

To ciekawe ptaki i istnieje niezwykle wiele  starych, ludowych nazw dla tego gatunku: słowik murowy, pokrzewka czarnousta, piegża czarnoszyja, owadożer czarnogardły. Hrabia Rzączyński nazywał ją czerwonym ogonkiem, ksiądz Kluk pliszką czarnogardłem, a Wodziński rudogonem ogrodowym. Sporo nazw jak na jednego ptaszka. Niedawno młode opuściły gniazdo, co robią zwykle po dwóch tygodniach i „zadekowały się” w moim drewnie porąbanym już na przyszłą zimę:

 

Rodzice opiekują się nimi jeszcze kolejne dwa tygodnie i noszą im wciąż pokarm, a ja mam aparat w gotowości na parapecie, choć brzoskwinie przysłaniają nieco widok:

 

W drewnie przed oknem widuję także często kowalika:

 

Lato to także czas złotopiórych wilg, które koncertują w brzozach i dudków, które uwijają się gorączkowo,  a także jaskółek dymówek, które tylko czasem mają chwilkę aby przysiąść i zapozować:

 

Cieszcie się latem, słuchając radiowej Jedynki, no i czasem zaglądajcie też do blogu leśniczego, aby wiedzieć co w lesie piszczy, gdy sami się wybierzecie na spacer.

Miłej, letniej niedzieli!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

18:03, lesniczy.lp
Link Komentarze (10) »
wtorek, 17 czerwca 2014

Czy widzieliście kiedyś jabłka na dębie?  To zjawisko bardzo podobne do przysłowiowych gruszek na wierzbie. Gruszki na wierzbie zobaczycie np. w arboretum kórnickim. Obserwowanie jabłuszek na dębie nie wymaga jednak wyprawy do Kórnika, wystarczy spacer do najbliższego lasu. Właśnie teraz, latem na liściach wielu dębów łatwo zobaczycie dziwne, kolorowe zgrubienia i narośla.

Powstają w wyniku działania roztoczy, nicieni, a przede wszystkim owadów. To galasy. Mają kulisty kształt, początkowo są zielone, z czasem zmieniają zabarwienie na brunatne lub czerwone. Występują najczęściej na liściach dębu, rzadziej jaworu, głogu, róży. Co powoduje tworzenie się tak charakterystycznych tworów na liściach?

 Galasy- te osobliwe twory, wyrośla na liściach powodowane są najczęściej przez niepozornego owada - galasówkę dębiankę, zwaną również jagodnicą dębianką. Gatunek ten należy do najpospolitszych w środkowej Europie przedstawicieli galasówkowatych, rodziny owadów z rzędu błonkoskrzydłych. Właśnie od tworzonych na liściach galasów  wywodzi się nazwa tej rodziny.

Wielkość i kształt galasów jest bardzo charakterystyczna dla poszczególnych gatunków, dlatego mają praktyczne znaczenie dla entomologów. Niekiedy rozpoznanie gatunku mikroskopijnej larwy, o ile da się ją zauważyć, jest bardzo trudne. Wygląd galasa, którego łatwiej wypatrzyć jednoznacznie określa gatunek żerującej larwy.

W kulistych galasach rozwijają się samice, które albo jeszcze jesienią albo po przezimowaniu wewnątrz galasa, na wiosnę, składają niezapłodnione jaja do szczytowych pączków dębów. Tu tworzą się niewielkie wyrośla, z których na przełomie maja i czerwca wychodzą samice i samce. Po zapłodnieniu samice składają jaja na spodniej stronie liści dębu i tu właśnie tworzą się znane wyrośla, w których rozwijają się samice. Tym sposobem ten nieco skomplikowany cykl się zamyka.

W książce Stefana Sękowskiego "Bazar Chemiczny" znalazłem sporo ciekawych informacji o galasach. W jednym z rozdziałów napotkałem na ciekawą historię. Autor przytacza historię z dzieciństwa, opowiadając jak to szkolny kolega chciał go okpić i zadał  takie bardzo trudne zadanie matematyczne:  "Dąb ma tyle a tyle konarów, na nim tyle a tyle gałęzi, na każdej tyle a tyle gałązek, a na każdej po dwa jabłuszka - ile jabłuszek mieści się na drzewie?" Kiedy zaczął z mozołem je matematycznie rozwiązywać kolega wyśmiał go, mówiąc, że przecież na dębie nie ma żadnych jabłek! Spójrzcie jednak, że galasy rzeczywiście bardzo przypominają jabłka:

Galasy dębowe charakteryzują się bardzo dużą zawartością garbników, stanowiących blisko połowę ich suchej masy. Są to szczególnie taniny i kwas galusowy, które zresztą mogą być z nich pozyskiwane. Wykorzystywane są do garbowania skór. W Chinach i Indiach od setek lat wykorzystywano je również w kuchni i medycynie. Galasy jada się do dziś na Krecie i w niektórych krajach Bliskiego Wschodu.

 Z dębianek otrzymuje się taninę oraz robi nalewki wykorzystywane w lecznictwie jako środek ściągający i osłaniający. Stosowane są w medycynie także jako środki farmakologiczne o działaniu przeciwbiegunkowym. Kwas garbnikowy w postaci past i maści działa ściągająco oraz odkażająco.  Przez wiele wieków wyciąg z galasów był używany do produkcji atramentu. Odnalazłem taki przepis:

Atrament doktora Farry

Wsypawszy do kwarty wody deszczowey przedniego, grubu utłuczonego galasu łótów ośm, stawia się naczynie z tym płynem, na ciepłym piecu na dni piętnaście, zakłócaiąc czasem; poczem dodawszy koperwasu palonego łótów dwa, z którym znowu niechay przez dwie godzin stoi, kłócąc iak poprzednio dla lepszego połączenia - W końcu cedi się przez płótno a dodawszy miałko utuczoney gummy arabskiey lótów dwa, oraz ałunu palonego 1/2 łóta, będzie atrament gotowy.

No nie jest łatwo to skumać!

 Łót, czyli łut, to 1/32 funta - w dawnej Polsce oznaczało to około 12,6 grama. Witriol zielony, albo koperwas, to dawne nazwy siarczanu żelaza, którego kryształy otrzymane z roztworu są przezroczyste i wyglądają jak kawałki zielonego szkła ( łacińskie vitrum znaczy szkło), natomiast po ogrzaniu tracą wodę krystalizacyjną i stają się białym proszkiem – dlatego to koperwas palony.

Galasy jesienią przebarwiają się na ciemnożółto:

 

Potem brunatnieją i opadają razem z liśćmi, a znajdująca się wewnątrz larwa zimuje jako poczwarka i owad wylatuje wiosną:

 

Galas jest, więc swoistym sposobem przejawu opieki nad potomstwem. Chroni on swojego mieszkańca przed wrogami, a także przed niekorzystnymi czynnikami atmosferycznymi. Ciekawostką jest to, że do rozwijających się galasów często składają jaja również inne owady i taki galas jest schronieniem dla kilku różnych gatunków.

Galasy praktycznie nie mają wpływu na żywotność drzewa i  nie szkodzą mu, a zatem nie mają znaczenia dla leśnictwa.

Na innych drzewach, np. lipach czy bukach spotykamy inne galasy. Na wierzchniej stronie  liści buka zobaczycie takie wytwory:

Tworzą się one zwykle przy końcu czerwca i są to wyrośla garnusznicy bukowej. Początkowo zabarwienie galasa jest zielone, jednak po pewnym czasie przybiera on barwę karminową czy czerwonobrunatną. Na jednym liściu może się niekiedy tworzyć nawet kilkanaście galasów:

 

Wewnątrz każdego z nich żeruje mała, biała larwa.

Na liściach lipy, jawora, wiązu, czy klonu polnego, ale także śliwy, jabłoni, gruszy czy orzecha można spotkać kolorowe małe wyrośla. To efekt działania szpecieli- małych pajęczaków. Żyją one wewnątrz galasa i swoim kłującym narządem gębowym wysysają soki. Czasem przenoszą wirusy chorób roślin i wtedy bywają groźne dla roślin.

Liście z kolorowymi galasami mogą służyć do tworzenia ciekawych dekoracji i stroików. Przyjrzyjcie się galasom podczas spacerów i pamiętajcie, że na dębach nie ma jabłek.

 

Leśniczy Jarek-lesniczy@erys.pl

 

22:57, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
piątek, 13 czerwca 2014

Ostatnie upalne dni mocno podniosły temperaturę i sprawiły, że w lesie jest sucho, bardzo kurzy się na leśnych drogach, a wszelkie prace wykonywane przy pozyskaniu drewna czy pielęgnacji lasu są bardzo uciążliwe. Ale to nie narzekania, bo to taka profesja i już przecież był czas przywyknąć… Nagrodą za letnie poranne wstawanie, bo wtedy najlepiej się pracuje, jest piękno przyrody, śpiew ptaków i satysfakcja. Pracownicy zakładów usług leśnych pracują jednak w akordzie i jak nie zrobią to nie zarobią, a nas, leśników prowadzących gospodarkę leśną, obowiązuje zadaniowy czas prac, którą trzeba wykonać „na czas, na pewno, najlepiej jak można…”.

  Ostatnie dni podnosiły nie tylko temperaturę powietrza mierzoną w stopniach Celsjusza, ale także temperaturę wokół różnych, bardzo ważnych leśnych spraw. Przyniosły bowiem bardzo istotne zmiany dotyczące leśników, stąd warto je przybliżyć. Przed rozpoczęciem konferencji o przyszłości leśnych mieszkań, o której opowiadałem Wam ostatnio w biuletynie informacji publicznej Rządowego Centrum Legislacji pojawił się „Projekt rozporządzenia Ministra Środowiska w sprawie wzorów mundurów leśnika i oznak dla osób uprawnionych do ich noszenia”. To bardzo ważna dla leśników zmiana, bo obecne, obowiązujące niezmiennie od 15 lat wzory mundurów leśnika, przynajmniej w części nie spełniają oczekiwań i wymagań naszego środowiska zawodowego. Nowe wzory umundurowania pozwolą leśnikom w terenie i w biurach wygodnie pracować w każdych warunkach i przy tym elegancko wyglądać. Z kolei oznakowania hierarchii pozwalają na jednoznaczną identyfikację i może ludzie przestana nas mylić z myśliwymi, celnikami i służbą graniczną oraz wędkarzami. Mundur wyjściowy w zasadzie pozostaje ten sam:

 

Ważną zmianą jest jednak wprowadzenie koszuli mundurowej, zarówno białej na szczególne okazje, jak i zielonej, wzorem innych służb. Pełnić ona będzie funkcję wyjściowego munduru letniego nie trzeba będzie pocić się w upały pod mundurową marynarką. Koszule, podobnie jak bluzy będą miały specjalny  pagon nad lewą kieszenią do zakładania dystynkcji służbowych nowego wzoru, stąd każdy będzie wiedział, czy ma do czynienia z leśniczym, nadleśniczym, czy np. dyrektorem RDLP. Dotyczy to także munduru codziennego.

Odchodzi już jednak do historii mundur terenowy z wzorem panterki:

 

 na rzecz wygodnego munduru terenowego, gdzie dominować będzie jednolita zieleń. Do jego wytworzenia zastosowane zostaną materiały nowej generacji, z oddychającą membraną, które zapewnią komfort noszenia w zmiennych warunkach pogodowych. Wprowadzono mniej formalny od wyjściowego  mundur codzienny, który będzie służył do codziennej pracy biurowej i do krótkich wyjazdów w teren. Zastąpi on mundur wyjściowy, który będzie służył leśnikom tylko na najważniejsze uroczystości i spotkania. Wejdzie kilka nowych elementów mundurowych, np. koszulka polo czy bluzy całoroczne.  W nowym wzorze tradycyjną czapkę służbową:

 

zastąpi zielony kapelusz. Czapki były opatrzone emblematem z orłem w koronie, a kapelusze już go nie będą posiadały. Ta zmiana spowoduje, że symbol godła narodowego zastanie tylko na guzikach do munduru wyjściowego. Leśnicy w przeciągu blisko 200 lat korzystania z mundurów przyzwyczaili się i jako gorący patrioci bardzo związali się z wizerunkiem „orzełka”, który towarzyszył im nawet wtedy, gdy Polski nie było na mapach Europy.

 Projekt rozporządzenia ukazał się 19 maja, a ma wejść w życie 1 stycznia 2015. Może symbole narodowe w jakiś sposób zostaną jeszcze do niego wprowadzone, bo do ministerstwa spływają opinie np. związków zawodowych i innych leśnych środowisk opiniotwórczych. We wzorze umundurowania nie ma naszywki „Służba Leśna” czy też „Lasy Państwowe” ale miejmy nadzieję, że nowy wzór mundurów dobrze wpłynie na rozpoznawalność leśników, bo różnie z tym bywało i bywa. 

 Kilka lat temu przeprowadzono badanie opinii społecznej i po pokazaniu munduru leśnego ok 20 % pytanych mówiło, że jest to mundur leśnika, ale także podobny procent ludzi oceniło, że jest to mundur celnika i tyleż procent, że należy do funkcjonariusza służby granicznej.  Mundurów zakupionych według starych wzorów będzie można jeszcze używać do końca 2016 roku.

Inną niesłychanie ważną zmianą dla leśników jest uchwalona 10 czerwca przez Sejm RP zmiana do ustawy o lasach. Wynika z niej, że zastępca nadleśniczego, główny księgowy nadleśnictwa, inżynier nadzoru i leśniczy będą zatrudniani na podstawie umowy o pracę, a nie powoływani jak dotychczas. Odwołanie z funkcji było jednocześnie wypowiedzeniem umowy o pracę, co nie dawało poczucia bezpieczeństwa i było przyczyną sporej rotacji kadrowej.  Ta zmiana była postulowana przez różne środowiska, szczególnie związkowe, od lat i zapewni większa stabilizację kadrową około 8 tysięcy leśników.

 Ustawową zmianą zajmie się teraz senat, a gdy wejdzie ona w życie 14 dni po opublikowaniu, nadleśniczowie zmienią umowy leśnikom na umowy o pracę. Tylko nadleśniczowie, którzy z mocy ustawy o lasach samodzielnie prowadzą gospodarkę leśną, będą nadal powoływani przez dyrektorów regionalnych.

Jak widzicie wiele zmienia się wokół leśników i nie są to tylko zmiany w przyrodzie. Choć zmiany przyrodnicze są zwykle najbardziej interesujące i najbardziej atrakcyjne. Niebawem opowiem Wam co się  w tym czasie dzieje w lesie i okolicach leśniczówki, bo wszelkie gniazda opuszczają ptasie podloty:

 i rodzą się małe sarny, daniele, a niebawem jelenie.

Po raz pierwszy skorzystałem w tym roku z kilku dni urlopu i mam nieco czasu na życie rodzinne. Odwiedziłem też „na chwilę” malownicze okolice Ełku i uroczego Augustowa. To piękne okolice, które poznałem kiedyś podczas odbywania służby wojskowej. W okolicach Pisza i Orzysza byłem słuchaczem szkoły podoficerskiej, gdzie zdobywałem m.in uprawnienia … elektroenergetyczne.

Jednak w Augustowie, nad Neckiem byłem pierwszy raz i zakochałem się w nim od pierwszego wejrzenia. Oglądałem przepiękne zachody słońca w leśnym OW Malinówka nad cudnym jeziorem Łaśmiady:

 Spotkałem się tam z grupą leśniczych z terenu RDLP Białystok oraz Olsztyn i było to bardzo twórcze, ciekawe dla obu stron spotkanie. Wiele wzajemnie nauczyliśmy się od siebie. Serdecznie pozdrawiam wszystkich poznanych tam kolegów!

 Wydarzyło się też ostatnio przecież coś niesłychanie ważnego w naszej rodzinie. W niedzielę 25 maja pojawił się na świecie nasz pierwszy wnuk- Julian, syn pierworodnej  Olgi i Sebastiana. Zobaczcie jaki fantastyczny chłopak:

Wygląda na to, że zostałem dziadkiem i jestem z tego niesłychanie dumny... Nie będzie mi chyba łatwo przyzwyczaić się do tej roli choć przypadliśmy sobie z Julkiem do gustu od pierwszego spotkania. Oj, będziemy razem grasować po lesie.  Imię dostał po ojcu mojej Reginki, czyli swoim pradziadku, który był zesłańcem na Syberię, wieloletnim drwalem, zrywkarzem i wozakiem drewna, a wciąż jest twardym, „charakternym”  człowiekiem lasu o niebywałym poczuciu humoru i życiowej mądrości. Mamy teraz obaj misję, choć ja pewnie bardziej, aby małego Julka jak najszybciej nauczyć lasu…  

„Się dzieje” jak widzicie i to na „wszystkich frontach”!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

18:23, lesniczy.lp
Link Komentarze (11) »
sobota, 07 czerwca 2014

Ostatnie trzy dni spędziłem w pięknym lubuskim Łagowie, na wyjeździe służbowym, ponieważ brałem udział w konferencji „Polityka mieszkaniowa w Lasach Państwowych wobec aktualnych wyzwań leśnictwa”. Pewnie wydaje się Wam, że to okropna nuda i nie warto czytać mojej relacji, bo co to kogo…? Może jednak warto! Bo las to nie tylko drzewa, drewno, zwierzątka ale też leśnicy, ludzie z nimi związani, leśniczówki, drogi i wiele innych problemów.  Od kilku lat trwa dyskusja nad mieszkaniami, którymi zarządzają Lasy Państwowe i od 2009 roku trwa ich reforma.

Polega ona  na tym, że po podpisaniu przez ministra środowiska w 2009 roku odpowiedniego rozporządzenia, teraz już tylko leśniczy i nadleśniczy mają prawo do bezpłatnego mieszkania, bo powinni zamieszkiwać na zarządzanym przez siebie terenie. Przedtem lista tych osób była o wiele dłuższa. Nadleśniczy i leśniczy dostają w użyczenie mieszkanie, za które wprawdzie nie płacą czynszu ale ponoszą inne koszty jego utrzymania, a wartość czynszu stanowi ich opodatkowany dochód.

 Niby wszystko jasne, ale co w sytuacji gdy kończy się służbę w LP, albo co gorsza, gdy coś przykrego zdarzy się leśnikowi w kwiecie wieku? Wg przepisów przysługuje mieszkanie zamienne, ale w praktyce wygląda to różnie, ponieważ wiele mieszkań „leśnych” zostało sprzedanych, a inne czekają w kolejce. Takie rozwiązanie podpowiada ekonomia i zdrowy rozsądek, co zresztą przećwiczyło już wiele branż, których przedstawiciele dzielili się z leśnikami mieszkaniowymi doświadczeniami na tej konferencji. Mieszkań zakładowych pozbyli się kolejarze, rozwiązali ten problem żołnierze, ANR świetnie rozwiązała problem po byłych PGR, wiele gmin sprzedało większość mieszkań komunalnych.  Czy ze sprzedażą leśniczówek sprawa będzie też taka prosta? Otóż nie, bo przecież leśniczówka to rzecz niesłychanie ważna z punktu widzenia tradycji, historii i istnienia lasów. To wysunięty przyczółek i niezbywalna ambasada LP w terenie. Tak uważają niektórzy…

Czy zastanawialiście się kiedyś nad definicją słowa „leśniczówka?” Dziś przecież mało kto zagląda do drukowanej encyklopedii czy słownika i zwykle pyta się „wujka Gugla” stukając w telefon, tablet czy laptopa. No i co tam znajdziemy?

Leśniczówka wg Wikipedii to budynek stanowiący biuro i zwykle także mieszkanie leśniczego. Szukamy dalej i znajdziemy takie definicje leśniczówki:

- Budynek, na który można się natknąć podczas grzybobrania

- Domek w puszczy

- Pranie, muzeum K. Gałczyńskiego

- Azyl gajowego wśród runa leśnego

A zatem wszystko jasne, wystarczy wybrać jedną z wersji... Leśniczówki tak jak i nadleśniczówki są bardzo różne, tak jak różne są lasy w Polsce. Usytuowane są głęboko w lesie, w blokach, na osiedlu miejskim, na skraju wsi lub nawet w budynkach nadleśnictw. Ich utrzymanie, remonty czy budowa nowych sporo kosztuje, nawet tak dużą firmę, która przypomnę, wspiera w najbliższych 2 latach budżet państwa kwotą 800 mln zł, oprócz innych kosztów, stąd poszukiwania innych rozwiązań. W leśniczówce oprócz mieszkania dla leśniczego ważną sprawą jest kancelaria, która jest miejscem pracy, przechowywania dokumentów i sprzętu leśnego, służy także do kontaktów z interesantami.

 Alternatywą są budowane już w różnych częściach kraju kancelarie oddzielone od mieszkań lub kontenery biurowe oraz wyprzedaż wszystkich mieszkań czyli prywatyzacja leśniczówek. Ale tu wiele osób zagrzmi: Jak to? Kolejne uwłaszczenie na majątku państwa? Wielu pozornie zainteresowanych absolutnie nie przejawia chęci zakupu leśnej chałupy, stąd od kilku lat istnieje też problem pustostanów i mieszkań tzw. „trudnozbywalnych”. Uczciwie przyznaję się, że także zaliczam się do tego grona i nie czaję się na wykup „swojej” leśniczówki.

 Problem leśnych mieszkań jest złożony i dotyczy wielu osób.  Dlatego nasza dyrekcja generalna przy wybitnym zaangażowaniu naczelnika Piotra Młynarczyka zorganizowała tę konferencję, która trwała trzy dni. Logistycznie przygotował ją Ośrodek Rozwojowo-Wdrożeniowy LP w Bedoniu, a nie było to łatwe, bo w konferencji uczestniczyło 120 osób z całego kraju. Szefowa szkoleń i turystyki  ORWLP Miłka Hyży:

oraz jej współpracownik Tomasz Biały, poradzili sobie jak zwykle znakomicie. Konferencja została rozpisana na minuty, które o dziwo, były skrupulatnie przestrzegane. Program był bardzo napięty i szczelnie wypełniony zajęciami. Zaledwie dwie godziny drugiego dnia przeznaczono na zwiedzenie uroczego Łagowa i uczestnicy konferencji wdrapali się z mozołem na wieżę zamku joannitów:

bo choć  dopiero stamtąd mogli zobaczyć piękno okolicy i poznać urok czystych jezior:

pozostała tylko chwila na spacer do rezerwatu przyrody i podziwianie słynnych łagowskich buczyn, a potem znowu kolejne referaty.
Na świetnie przygotowanej sali łagowskiego ośrodka Leśnik:

wygłoszono 34 referaty. Prezentowali je dyrektorzy, przewodniczący, naczelnicy, specjaliści i nadleśniczowie, no i jeden leśniczy, czyli ja.

W swoim wystąpieniu „Czy leśniczówka jest ambasadą Lasów Państwowych?” starałem się udowodnić, że to ludzie, a nie budynki leśniczówek czy nadleśnictw reprezentują leśników i są ambasadorami naszej firmy. Bo czy to istotne do kogo należy kancelaria w której spotykacie leśniczego? Ważne, żeby była dobrze i wygodnie dla interesanta urządzona, a leśniczy kompetentny i kontaktowy. Przecież znamy powiedzenie: „ładna miska jeść nie daje”.

Spojrzenie na problem mieszkań z różnych poziomów zarządzania Lasami Państwowymi z pewnością okaże się owocne i pozwoli na znalezienie „złotego środka”. Niebawem wielu nadleśniczych i leśniczych odejdzie na emeryturę. 22 procent z obecnie pracujących ponad 5 tysięcy leśniczych w przeciągu 10 lat stanie się emerytami:

 Gdzieś jednak muszą mieszkać, a co z nowymi leśniczymi?

Chwilami temperatura na sali konferencyjnej była wysoka, szczególnie gdy głos zabierali związkowcy:

Ciekawe rozwiązania proponował dyrektor z Katowic Kazimierz Szabla:

O swoim pomyśle na budowanie samodzielnych, odłączonych od mieszkania kancelarii leśniczego, często wspólnych dla 2-3 leśnictw, opowiadali koledzy z Wrocławia. Wiele mówiono o historii, tradycji i etosie. Według mnie ważna jest jednak teraźniejszość i przyszłość, bo leśniczowie mają coraz więcej obowiązków i zadań do wykonania. Dlatego konieczne są zmiany w prawie ale też mentalności.

To jednak sprawa i inicjatywa dyrekcji generalnej. Obecny na konferencji Zastępca Dyrektora Generalnego LP Wiesław Krzewina uważnie słuchał wszystkich wypowiedzi i wysoko ocenił poziom konferencji w swoim ostatecznym podsumowaniu.  Mieszkania w lasach to także inne, powiązane zagadnienia: podatki, ubezpieczenia oraz służebność dróg dojazdowych. O tym ostatnim problemie, ważnym także dla mieszkańców różnych kolonii i osad, nie tylko leśnych, bardzo ciekawie mówił nadleśniczy z pilskiego Tuczna Marcin Majchrzak:

Komisja wniosków celnie podsumowała i sprecyzowała wnioski płynące z tych trzech dni. Wynika z nich, że należy dopuścić różne, równolegle istniejące modele funkcjonowania kancelarii ( np. tradycyjne i oddzielone od mieszkań) dopasowane do warunków lokalnych. Należy odstąpić od obligatoryjnej liczby leśniczówek równej ilości leśnictw i zmienić podejście do lokali w budynkach wielorodzinnych, odstępując od kwalifikowania ich jako niezbędne. Uczestnicy konferencji uznali również za dobre rozwiązanie, ustalenie ekwiwalentu finansowego, zwolnionego z opodatkowania, w  zamian za opuszczenie mieszkania bezpłatnego, tak jak od lat stosuje się np. w wojsku. Konieczne są także zmiany w prawie eliminujące zbieg różnych uprawnień.

 To były bardzo pracowite trzy dni, ale jestem autentycznie bardzo zadowolony z uczestnictwa w tej konferencji. Wielu leśników z zapartym tchem czeka teraz na postęp dalszych prac, których harmonogram przedstawił z właściwą sobie skrupulatnością naczelnik Piotr Młynarczyk. Mam nadzieję, że idzie nowe i lepsze, a zreformowane wytyczne w sprawie udostępniania lokali leśnikom pójdą „w las” w przeciągu dwóch tygodni. Zmiany w prawie, szczególnie w ustawie o lasach pewnie potrwają dłużej.

 Wielka nadzieja w zmianie sposobu myślenia dyrekcji generalnej i zmianie mentalności samych leśników, bo to oddzielna kwestia… Oby to była „słodka chwila zmian” jak śpiewa świetna pieśniarka Basia Stępniak-Wilk. Ufam, że zgodnie z nimi „ambasador” nie będzie nieustannie myślał z trwogą, co to będzie gdy dożyje emerytury, a jego małżonka z przerażeniem, co to będzie jak leśniczy- ambasador nie dożyje emerytury… Była to bardzo ważna konferencja i ciekawe doświadczenie, szczególnie dla zwykłego leśniczego.

 

Leśniczy Jarek-lesniczy@erys.pl

 

 

 

20:54, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 czerwca 2014

Niedawno zadzwoniła do mnie koleżanka Basia i wołała do telefonu: Słuchaj, mój pies wywąchał w krzakach koło domu jakieś małe zwierzaki, chyba to szopy! Przyjedź i wywieź je do lasu, bo jeszcze pies im krzywdę zrobi. Są szare i mają pasiaste pyski. Poradź coś, bo przecież leśniczy zna się na zwierzakach. Po chwili rozmowy okazało się, że to małe borsuki, a nie szopy...

Nie mogłem pojechać i zająć się nimi, bo właśnie wyjeżdżałem w  ważną dla mnie podróż. Przez telefon jednak wytłumaczyłem Basi co trzeba zrobić z małymi zwierzakami, bo wywiezienie ich do lasu nie było dobrym pomysłem. Poprosiłem też Basię o sfotografowanie borsuczków, co zrobił jej brat Andrzej, który użyczył mi zdjęcia malców. Po powrocie odtworzyłem przygodę borsuków, która wyglądała tak:

Mama borsukowa odwiedzała okoliczne ogródki na skraju miejscowości z dwójką malców. Mieszkańcy ulicy Międzychodzkiej i Dworcowej widywali czasem zwierzęta, które dreptały pomiędzy polami i ogrodami. Niestety, któregoś dnia mama borsukowa, jak wiele innych borsuków zginęła pod kołami samochodu. Pisałem już kiedyś o tragicznym losie borsuków, przestrzegając wszystkich, aby uważali latem na zwierzęta na drodze. Według badań mojego kolegi Krzysztofa, który pisze pracę naukową na temat biologii i zwyczajów tych ciekawych zwierząt, około 30 procent okolicznych borsuków ginie na drogach. Często natrafiam na taki przykry widok:

 

Małe borsuczki zostały same, pozbawione opieki matki. Kręciły się kilka dni po okolicy i dobrzy ludzie podkarmiali je w przydomowych ogródkach. Pewnego dnia trafiły także do ogrodu Basi. Po południu „wykryła” je w gęstych krzewach psia pupilka Basi, Zuzia, ale nie wyrządziła im krzywdy. Basia, po konsultacji ze mną podrzuciła zwierzakom trochę owoców i warzyw.

Borsuczki chętnie, bez obaw oraz kompleksów spacerowały po trawniku przed domem:

 Ochoczo korzystały z dostarczonego im pożywienia:

 

Bardzo smakowała im marchewka:

 

Co ciekawe, większy borsuk opiekował się mniejszym: lizał go, odstępował mu jedzenie, nawet popychał go w stronę karmy. Basia nie miała pod ręką nic mięsnego, ale borsuki choć lubią np. dżdżownice czy pędraki i pewnie chętnie podjadłyby mięsa czy jakichś podrobów, zadowoliły się warzywami.

Jak na maluchy przystało z zadowoleniem przyjęły postawiony dla nich talerz z mlekiem:

 

Wychłeptały je z apetytem i zniknęły w krzakach. Następnego dnia, gdy  wróciłem z wyjazdu, nie pojawiły się już. Basia spacerując ze swoja Zuzią wypytywała o nie sąsiadów.

 Okazało się, że pojawiały się w kilku ogródkach i ludzie dokarmiali je przez kilka dni, tak jak Basia. Wszyscy potwierdzili, że większy borsuk wciąż opiekował się mniejszym. Jednak po kilku dniach zwierzęta przestały odwiedzać ogrody. Mam nadzieję, że nic im się nie stało i oddaliły się od ludzi, znajdując swój świat w lesie. Nikt nie znalazł ich przy drodze i oby nie stały się zdobyczą lisa czy psa, których kręci się tam wiele. Ufam, że miały więcej szczęścia niż ich mama.

 Uważajcie proszę, szczególnie teraz, na małe zwierzęta, które pojawiają się na drogach.

 

Dziś spotkałem już sarnę kozę z żwawo pomykającym za nią koźlakiem. Musiała się dość wcześnie „wykocić”, skoro koźlak już za nią potrafi zdążyć. Podczas szacowania szkód od zwierzyny w młodnikach wypłoszyłem z jednego z nich łanię, która była jeszcze w zaawansowanej ciąży. Jednak małe jelenie rodzą się później niż sarny. Spacerują lochy z pasiatymi warchlakami i małe zające. Niedoliski już coraz dalej oddalają się od bezpiecznych nor. Wczoraj, gdy jechałem do biura nadleśnictwa znalazłem jednego potrąconego przez samochód…

Mam nadzieję, że spotkam jeszcze dwa młode borsuki, co lubią marchewkę, a jeden z nich jest wyraźnie większy.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

21:18, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
niedziela, 01 czerwca 2014

Gdy wybierzecie się teraz na leśny spacer, patrzcie uważnie pod nogi, aby nie skrzywdzić żadnego z przedstawicieli zwierząt czy roślin. Wokół nas tętni życie i biegają owady, rosną i kwitną rośliny, drepczą ptasie nieloty. Czasem jednak nie sposób dać kroku, aby nie deptać roślin, które tworzą zwarty kobierzec.  Warto jednak zwrócić uwagę po czym stąpamy, gdy  spacerujemy ścieżkami i liniami oddziałowymi, nawet pośród pozornie ubogich borów. Czasem są to ciekawe, bardzo stare rośliny, które były kiedyś drzewami i osiągały ogromne rozmiary.

Mszaki i paprotniki  to grupy roślin, które nie wykształcają kwiatów,  należą obecnie do  najpierwotniejszych roślin lądowych. Wśród mszaków wyróżnia się dwie grupy: wątrobowce i mchy. Do paprotników zalicza się trzy grupy: skrzypy, widłaki i paprocie. Zwróćcie uwagę na widłaki, bo to bardzo ciekawe, choć niepozorne rośliny:

Powszechnie uważa się je za mszaki, bo przypominają ludziom mech. Botanicznie należą jednak do paprotników. Wszystkie dzisiejsze gatunki widłaków są roślinami bardzo starymi genetycznie. Ich bliscy przodkowie, drzewiaste lepidodendrony i sygilarie rosły już około 300-400 milionów lat temu. W okresie karbonu, dzięki gorącemu i wilgotnemu klimatowi oraz bogatej w dwutlenek węgla atmosferze nastąpił bujny rozwój roślinności drzewiastej. Dominowały  lasy bagienne złożone z ogromnych, blisko 40 metrowych widłaków, niewiele niższych skrzypów i paproci drzewiastych, osiągających 20 metrów wysokości. Lasy te dają początek dzisiejszym pokładom węgla kamiennego.  Czasem w odłamkach węgla można znaleźć zarysy ich kształtów.

 Od tego czasu w ich wyglądzie zaszły tylko niewielkie zmiany. Jednak pierwotne widłaki były wielkimi drzewami, a dziś są słabo przystosowane do obecnych warunków bytowania, stąd to małe, niepozorne roślinki rosnące w dnie sosnowych borów.

 

W Polsce występuje kilka gatunków, m.in. jałowcowaty, wroniec, spłaszczony i najpopularniejszy- widłak goździsty. Ten widłak spotykany jest w suchych borach sosnowych i mieszanych, zaroślach, na wrzosowiskach. Rośnie na skraju dróg i linii oddziałowych i trzeba uważać, aby go nie zniszczyć:

 

Ostatnio gdy objeżdżałem tarasujące przejazd, przewrócone przez drogę drzewo: znalazłem nowe, nieznane mi dotąd stanowisko widłaka,

 

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło... Od razu zwróciłem uwagę na charakterystyczną zieleń widłaka na nasłonecznionym skraju sosnowego młodnika i starszego boru. Stanowisko oczywiście zapamiętałem, ale też wpisałem do Programu Ochrony Przyrody, naniosłem na mapę ochrony przyrody, bo wszystkie gatunki widłaków są w Polsce chronione. Przed wszelkimi pracami w lesie otaczam  potem ostrzegawczą taśmą znane mi stanowiska, aby pracujący ludzie czy maszyny przypadkiem nie uszkodzili jego pędów.

 Widłak goździsty jest rośliną wieloletnią zachowującą swą zieleń zimą. Nazywany także babimorem, kołtunem, pasem św. Jana, wilczą stopą lub niedźwiedzią łapą, jest płożącą się po ziemi, wieloletnią rośliną przytwierdzoną słabo do gleby za pomocą delikatnych korzeni. Wypuszcza długie i wijące się nad ziemią pędy, z których wyrastają, oprócz delikatnych korzeni około 15-centymetrowe, wzniesione pionowo pędy, charakterystycznie rozgałęziające się dichotomicznie (widełkowato). Posiada na pędzie drobne, zagięte ku górze listki, ułożone spiralnie, zakończone białawym szczeciniastym włosem. U podstawy każdego listka wykształca się jedna nerkowata zarodnia z zarodnikami.

 Widłaki należą do roślin nie tworzących nasion, a rozmnażających się zarodnikowo lub wegetatywnie. Na niektórych łodygach wytwarzają się od lipca do września tzw. kłoski zarodnikowe, w których mieszczą się bardzo drobne, żółtawe zarodniki:

 

Widłaki wytwarzają wprawdzie olbrzymie ilości zarodników, ale rozwój rośliny z zarodnika trwa zwykle kilkanaście, a nawet do dwudziestu lat. W ciągu tak długiego czasu przeważająca część zarodników ginie. Dlatego widłaki są coraz rzadsze i znajdują się pod ochroną prawną.

Proszek zarodniowy to cenny surowiec zielarski, ale nie można go samodzielnie pozyskiwać z racji ochrony stanowisk widłaka. Należy też pamiętać, że widłak to w całości roślina trująca. Żółtawy proszek jednak nie jest trujący, ale za to łatwopalny. Ma wiele zastosowań w medycynie. Proszkiem zarodnikowym przesypywano także woreczki na leki, czopki, tabletki, aby nie sklejały się ze sobą. Używano go na dworach królewskich do pudrowania oblicza monarchy. Pewnie był to taki ówczesny make-up… Proszek z widłaka używany był w medycynie ludowej jako zasypka przy wypryskach i liszajach oraz głównie do zasypywania trudno gojących się ran. Surowiec działa bowiem przeciwzapalnie, ściągająco i osuszająco. Stosowano go także wewnętrznie na problemy menstruacyjne i w podrażnieniach przewodu pokarmowego. Pamiętam też z czytanych w chłopięcych latach opowieści, że Indianie używali owocujących zarodników widłaka jako środka tamującego krew.

 

 Działanie widłaka, zawierającego między innymi sporo radu, na nasz organizm jest stosunkowo mocne i ma wiele dobroczynnych dla zdrowia zastosowań. Medycyna ludowa zna przypadki pozytywnego działania widłaka w chorobach artretycznych i reumatycznych, nawet przy znacznych zniekształceniach stawów. Opowiadała mi pewna pani, że jej mama używała latami widłaka, owijając się jego pędami. Podobno pomaga też w leczeniu odleżyn, skurczach, chorobach dróg moczowych i hemoroidach. Herbatka z widłaka ma wspomagać leczenie nowotworów i leczyć marskość wątroby. Z racji jednak, że widłak jest trujący nie zalecam samodzielnych prób jej zażywania. Znalazłem jednak stary przepis na taką herbatkę:

Jedną łyżeczkę widłaka zalewa się 200 ml wrzątku i parzy ok. 5 minut, ale nie wolno gotować naparu. Należy pić małymi łykami 1 szklankę naparu 1-2 razy dziennie najlepiej rano, na czczo.

Pamiętajcie jednak: Bez eksperymentów medycznych i szkodnictwa! Ziele widłaka należy zakupić w aptece i poradzić się wcześniej lekarza.

Niestety, od dawna widłaki były niszczone przez ludzi, którzy wykorzystywali je nie tylko do celów kosmetyczno-medycznych. Widłaki były zbierane jako rośliny dekoracyjne do tworzenia ozdób świątecznych, stołów, do bukietów i wianków kładzionych na groby itp. Pamiętam z lat dzieciństwa jak kobiety robiły wianki ze słomy, okręcały je cienkim drutem, którym mocowały płaty chrobotka reniferowego, a potem dekorowały barwinkiem i pędami widłaka.

Dziś jednak nie ma takiej mody, a my uważnie spoglądajmy pod nogi i traktujmy z szacunkiem dawne drzewo i ciekawą roślinę.

Wszyscy jesteśmy dziećmi, większymi, albo mniejszymi, stąd przyjmijcie najlepsze życzenia z okazji Dnia Dziecka.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

21:36, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
niedziela, 25 maja 2014

Dziś dzień wyborów do europarlamentu, ale skoro już spełniłem patriotyczno-polityczno-społeczny obowiązek mogę znowu spokojnie wrócić do spraw znacznie ciekawszych, czyli przyrodniczych. Koniec maja to najbardziej fantastyczny czas w życiu lasu. Bo życie dosłownie tętni w każdym zakamarku lasu, zgoła przeciwnie do pustego lokalu wyborczego… Zieloność opanowała każdy wolny skrawek przestrzeni, ustępując tylko różnobarwnym kwiatom, które z kolei są tłumnie odwiedzane przez wszelkie owady. Las żyje, pachnie, śpiewa, piszczy. Jednym słowem żal siedzieć w domu.

Nie przejmujcie się komarami i kleszczami. Nawet w takich miejscach:

 

można tak samo spotkać kleszcze jak na trawniku wokół bloku czy w parku miejskim. Ruszajmy w las u korzystajmy z jego uroków, bo wszystko szybko przemija. Już wiele podlotów opuściło gniazda, przekwitło wiele kwiatów i niebawem zawita do nas lato z upałami oraz kurzem, który pokryje świeżość lasu. Korzystajmy z piękna przyrody, bo na te same widoki, zapachy i dźwięki będziemy musieli czekać rok. Wielu ludzi o tym wie, dlatego w lesie często spotykam teraz amatorów przyrodniczego czaru i spokoju.

Lasy mojego leśnictwa dotykają do 12 jezior i rzeki, a istnienie od blisko trzydziestu lat Pszczewskiego Parku Krajobrazowego w terenie pofałdowanym działalnością lodowca jest gwarancją pięknych widoków i upragnionej przez wielu ciszy. Śródleśne, bardzo urokliwe i zróżnicowane  jeziora zachęcają do spacerów, podobnie jak przygotowane dla turystów tablice informacyjne:

 

Wokół wielu jezior są istniejące od lat ścieżki, które pozwalają je obejść dookoła i sycić oczy ich pięknem, widzianym z różnych stron. Nawet zwalone przez wiatry, a czasem przez bobry drzewa nie są przeszkodą:

 

Zachowując się w miarę cicho, możemy spotkać wiele ptaków i zwierząt, które zaaferowane wychowywaniem potomstwa oraz dostarczaniem im pokarmu pozwalają się obserwować. Spotykam teraz często zakochane zające, które wychowały już jeden miot i rozglądają się za kolejną okazją do powiększenia populacji:

 

Nawet spotkania turystów z potężnymi, otoczonymi magią drzewami budzą zrozumiały zachwyt:

 

Pośród lasów i pól bardzo malowniczo wije się rzeka Obra. Stojąc chwilę na jej brzegu można spotkać np. kolorowe zimorodki, uwijające się na brzegu norki amerykańskie i bobry oraz usłyszeć nawoływanie przepływających kajakarzy:

 

Obywa się teraz wiele grupowych spływów organizowanych przez lokalne firmy turystyczne, choć czasem spotykam też indywidualnych kajakarzy, którzy samotnie cieszą się ciszą i zielenią. Spójrzcie sami jak pięknie jest na Obrze:

 

Przez Pszczew przebiega międzynarodowa trasa rowerowa R1, stąd często spotykam grupy rowerzystów obładowanych podróżnymi sakwami:

 

Wielu rowerzystów nocuje w okolicy i wtedy rusza w las, przełajem, korzystając z map leśnych udostępnionych im przez leśników w Banku Danych o Lasach (www.bdl.lasy.gov.pl) lub wytyczonymi po leśnych drogach trasami rowerowymi. Istnieją także szlaki konne, ale chyba najpełniej można czerpać z bogactwa lasu poruszając się po nim pieszo.

W piątek spotkałem w jednym z zakątków leśnictwa grupę sympatycznych piechurów. Okazało się, że to Zielona Klasa, na którą składali się uczniowie z SP nr 62 z Poznania. Wybrali się pod przewodnictwem opiekunów do lasu z ośrodka wypoczynkowego Karina, położonego nad uroczym i czystym jeziorem Szarcz. Wykorzystali przypadkowe spotkanie ze mną i zasypali mnie gradem pytań o pracę leśniczego. Poopowiadałem im chwilę i zrobiłem pamiątkową fotkę:

 

Ale nie mogłem im poświęcić zbyt wiele czasu, bo obowiązków moc...

 Niedawno jednak gościłem w leśniczówce inną grupę młodzieży, tym razem z pszczewskiego gimnazjum, która odwiedziła mnie pod opieką nauczyciela Roberta Judka oraz pracownika Pszczewskiego Parku Krajobrazowego Roberta Rektora:

 

Ich celem była leśna ścieżka przyrodniczo-historyczna, którą już kilka lat temu zaprojektowałem na terenie leśnictwa Pszczew wokół Góry Wysokiej. Nadleśnictwo Trzciel sfinansowało zakup 10 tablic edukacyjnych, a ja przygotowałem przewodnik po trasie ścieżki, aby ułatwić samodzielne kontakty z okoliczną przyrodą, historią i geografią terenu.  Grupa uczniów klas pierwszych gimnazjum w Pszczewie przystąpiła właśnie do polsko-niemieckiego projektu pt. „Przełamywanie granic za pomocą nowych mediów”.

 W projekcie bierze udział młodzież polska i niemiecka. Jego celem jest integracja młodzieży z obu stron Odry i zachęta do tworzenia i promowania atrakcyjnej z punktu widzenia młodzieży oferty turystyki przyrodniczej w obszarze przygranicznym, głównie przy użyciu tzw. "nowych mediów". Uczniowie wyposażeni w urządzenia GPS ruszyli w teren, w najciekawsze przyrodniczo okolice po to, by wyznaczyć, a następnie opisać i przedstawić na mapie swoje propozycje tras dla turystów. Dlatego najpierw trafili do mnie, aby uzyskać nieco informacji o tych wyznaczonych leśną ścieżką pięciu kilometrach przyrodniczej edukacji. Humory dopisywały, ale uczestnicy projektu przed leśniczówką z uwagą słuchali moich wskazówek:

 

Potem ruszyli w las zielonym szlakiem, którym niegdyś szedł Otton III, rozmaite wojska, kupcy i jeździł dyliżans na trasie Poznań- Berlin. Ścieżka rozpoczyna się i kończy przy pszczewskiej leśniczówce. Z góry Wysokiej, ciekawego,  polodowcowego ozu, z wysokości nieco ponad 100 m n.p.m można podziwiać np. panoramę jeziora Chłop i odpocząć na ustawionych tam przez nas, leśników, ławkach:

 

Efekty pracy uczniów możecie oglądać na bieżąco stronie pszczewskiej szkoły http://zspszczew.za.pl/in2.html

Na razie były to warsztaty prowadzone przez sympatycznego instruktora z Niemiec, potem pszczewska młodzież wyjedzie także do ośrodka edukacyjnego w Szwajcarii Marchijskiej. To najstarszy park przyrodniczy Brandenburgii, położony ok. 60 km od Berlina. Będzie zatem okazja do porównania stanu zachowania naszej i niemieckiej przyrody, a młodzież wykaże się zapewne bystrością i własnym spojrzeniem na atrakcje turystyczne.

Szkoda tylko, że nie włączono nas, leśników, do realizacji tego projektu, ale tak szeroki zakres obowiązków oraz to, że tak wiele osób i instytucji chce korzystać z naszej wiedzy o lesie i świecie przyrody sprawia, że nie ma czasu na chwilę oddechu.

Nasze lasy i wszechobecną zieloność można w pełni podziwiać bez uczestnictwa w jakimkolwiek projekcie i zrzeszania się w zielone szkoły. Można naturalnie skorzystać z oferty obiektów edukacyjnych i szlaków turystycznych przygotowanych przez leśników lub przy ich udziale, ale chyba najpełniej korzysta się z bogactwa przyrody podczas samodzielnych wypraw. Wciąż do tego zachęcam.  Wystarczy tylko nieco chęci, wolnego czasu i wiedzy, a mam nadzieję, że w zdobywaniu wiedzy o lesie pomocny jest Wam ten blog.

 

Leśniczy Jarek-lesniczy@erys.pl

 

17:30, lesniczy.lp
Link Komentarze (1) »