O tym co w lesie piszczy...
O autorach
RSS
sobota, 07 czerwca 2014

Ostatnie trzy dni spędziłem w pięknym lubuskim Łagowie, na wyjeździe służbowym, ponieważ brałem udział w konferencji „Polityka mieszkaniowa w Lasach Państwowych wobec aktualnych wyzwań leśnictwa”. Pewnie wydaje się Wam, że to okropna nuda i nie warto czytać mojej relacji, bo co to kogo…? Może jednak warto! Bo las to nie tylko drzewa, drewno, zwierzątka ale też leśnicy, ludzie z nimi związani, leśniczówki, drogi i wiele innych problemów.  Od kilku lat trwa dyskusja nad mieszkaniami, którymi zarządzają Lasy Państwowe i od 2009 roku trwa ich reforma.

Polega ona  na tym, że po podpisaniu przez ministra środowiska w 2009 roku odpowiedniego rozporządzenia, teraz już tylko leśniczy i nadleśniczy mają prawo do bezpłatnego mieszkania, bo powinni zamieszkiwać na zarządzanym przez siebie terenie. Przedtem lista tych osób była o wiele dłuższa. Nadleśniczy i leśniczy dostają w użyczenie mieszkanie, za które wprawdzie nie płacą czynszu ale ponoszą inne koszty jego utrzymania, a wartość czynszu stanowi ich opodatkowany dochód.

 Niby wszystko jasne, ale co w sytuacji gdy kończy się służbę w LP, albo co gorsza, gdy coś przykrego zdarzy się leśnikowi w kwiecie wieku? Wg przepisów przysługuje mieszkanie zamienne, ale w praktyce wygląda to różnie, ponieważ wiele mieszkań „leśnych” zostało sprzedanych, a inne czekają w kolejce. Takie rozwiązanie podpowiada ekonomia i zdrowy rozsądek, co zresztą przećwiczyło już wiele branż, których przedstawiciele dzielili się z leśnikami mieszkaniowymi doświadczeniami na tej konferencji. Mieszkań zakładowych pozbyli się kolejarze, rozwiązali ten problem żołnierze, ANR świetnie rozwiązała problem po byłych PGR, wiele gmin sprzedało większość mieszkań komunalnych.  Czy ze sprzedażą leśniczówek sprawa będzie też taka prosta? Otóż nie, bo przecież leśniczówka to rzecz niesłychanie ważna z punktu widzenia tradycji, historii i istnienia lasów. To wysunięty przyczółek i niezbywalna ambasada LP w terenie. Tak uważają niektórzy…

Czy zastanawialiście się kiedyś nad definicją słowa „leśniczówka?” Dziś przecież mało kto zagląda do drukowanej encyklopedii czy słownika i zwykle pyta się „wujka Gugla” stukając w telefon, tablet czy laptopa. No i co tam znajdziemy?

Leśniczówka wg Wikipedii to budynek stanowiący biuro i zwykle także mieszkanie leśniczego. Szukamy dalej i znajdziemy takie definicje leśniczówki:

- Budynek, na który można się natknąć podczas grzybobrania

- Domek w puszczy

- Pranie, muzeum K. Gałczyńskiego

- Azyl gajowego wśród runa leśnego

A zatem wszystko jasne, wystarczy wybrać jedną z wersji... Leśniczówki tak jak i nadleśniczówki są bardzo różne, tak jak różne są lasy w Polsce. Usytuowane są głęboko w lesie, w blokach, na osiedlu miejskim, na skraju wsi lub nawet w budynkach nadleśnictw. Ich utrzymanie, remonty czy budowa nowych sporo kosztuje, nawet tak dużą firmę, która przypomnę, wspiera w najbliższych 2 latach budżet państwa kwotą 800 mln zł, oprócz innych kosztów, stąd poszukiwania innych rozwiązań. W leśniczówce oprócz mieszkania dla leśniczego ważną sprawą jest kancelaria, która jest miejscem pracy, przechowywania dokumentów i sprzętu leśnego, służy także do kontaktów z interesantami.

 Alternatywą są budowane już w różnych częściach kraju kancelarie oddzielone od mieszkań lub kontenery biurowe oraz wyprzedaż wszystkich mieszkań czyli prywatyzacja leśniczówek. Ale tu wiele osób zagrzmi: Jak to? Kolejne uwłaszczenie na majątku państwa? Wielu pozornie zainteresowanych absolutnie nie przejawia chęci zakupu leśnej chałupy, stąd od kilku lat istnieje też problem pustostanów i mieszkań tzw. „trudnozbywalnych”. Uczciwie przyznaję się, że także zaliczam się do tego grona i nie czaję się na wykup „swojej” leśniczówki.

 Problem leśnych mieszkań jest złożony i dotyczy wielu osób.  Dlatego nasza dyrekcja generalna przy wybitnym zaangażowaniu naczelnika Piotra Młynarczyka zorganizowała tę konferencję, która trwała trzy dni. Logistycznie przygotował ją Ośrodek Rozwojowo-Wdrożeniowy LP w Bedoniu, a nie było to łatwe, bo w konferencji uczestniczyło 120 osób z całego kraju. Szefowa szkoleń i turystyki  ORWLP Miłka Hyży:

oraz jej współpracownik Tomasz Biały, poradzili sobie jak zwykle znakomicie. Konferencja została rozpisana na minuty, które o dziwo, były skrupulatnie przestrzegane. Program był bardzo napięty i szczelnie wypełniony zajęciami. Zaledwie dwie godziny drugiego dnia przeznaczono na zwiedzenie uroczego Łagowa i uczestnicy konferencji wdrapali się z mozołem na wieżę zamku joannitów:

bo choć  dopiero stamtąd mogli zobaczyć piękno okolicy i poznać urok czystych jezior:

pozostała tylko chwila na spacer do rezerwatu przyrody i podziwianie słynnych łagowskich buczyn, a potem znowu kolejne referaty.
Na świetnie przygotowanej sali łagowskiego ośrodka Leśnik:

wygłoszono 34 referaty. Prezentowali je dyrektorzy, przewodniczący, naczelnicy, specjaliści i nadleśniczowie, no i jeden leśniczy, czyli ja.

W swoim wystąpieniu „Czy leśniczówka jest ambasadą Lasów Państwowych?” starałem się udowodnić, że to ludzie, a nie budynki leśniczówek czy nadleśnictw reprezentują leśników i są ambasadorami naszej firmy. Bo czy to istotne do kogo należy kancelaria w której spotykacie leśniczego? Ważne, żeby była dobrze i wygodnie dla interesanta urządzona, a leśniczy kompetentny i kontaktowy. Przecież znamy powiedzenie: „ładna miska jeść nie daje”.

Spojrzenie na problem mieszkań z różnych poziomów zarządzania Lasami Państwowymi z pewnością okaże się owocne i pozwoli na znalezienie „złotego środka”. Niebawem wielu nadleśniczych i leśniczych odejdzie na emeryturę. 22 procent z obecnie pracujących ponad 5 tysięcy leśniczych w przeciągu 10 lat stanie się emerytami:

 Gdzieś jednak muszą mieszkać, a co z nowymi leśniczymi?

Chwilami temperatura na sali konferencyjnej była wysoka, szczególnie gdy głos zabierali związkowcy:

Ciekawe rozwiązania proponował dyrektor z Katowic Kazimierz Szabla:

O swoim pomyśle na budowanie samodzielnych, odłączonych od mieszkania kancelarii leśniczego, często wspólnych dla 2-3 leśnictw, opowiadali koledzy z Wrocławia. Wiele mówiono o historii, tradycji i etosie. Według mnie ważna jest jednak teraźniejszość i przyszłość, bo leśniczowie mają coraz więcej obowiązków i zadań do wykonania. Dlatego konieczne są zmiany w prawie ale też mentalności.

To jednak sprawa i inicjatywa dyrekcji generalnej. Obecny na konferencji Zastępca Dyrektora Generalnego LP Wiesław Krzewina uważnie słuchał wszystkich wypowiedzi i wysoko ocenił poziom konferencji w swoim ostatecznym podsumowaniu.  Mieszkania w lasach to także inne, powiązane zagadnienia: podatki, ubezpieczenia oraz służebność dróg dojazdowych. O tym ostatnim problemie, ważnym także dla mieszkańców różnych kolonii i osad, nie tylko leśnych, bardzo ciekawie mówił nadleśniczy z pilskiego Tuczna Marcin Majchrzak:

Komisja wniosków celnie podsumowała i sprecyzowała wnioski płynące z tych trzech dni. Wynika z nich, że należy dopuścić różne, równolegle istniejące modele funkcjonowania kancelarii ( np. tradycyjne i oddzielone od mieszkań) dopasowane do warunków lokalnych. Należy odstąpić od obligatoryjnej liczby leśniczówek równej ilości leśnictw i zmienić podejście do lokali w budynkach wielorodzinnych, odstępując od kwalifikowania ich jako niezbędne. Uczestnicy konferencji uznali również za dobre rozwiązanie, ustalenie ekwiwalentu finansowego, zwolnionego z opodatkowania, w  zamian za opuszczenie mieszkania bezpłatnego, tak jak od lat stosuje się np. w wojsku. Konieczne są także zmiany w prawie eliminujące zbieg różnych uprawnień.

 To były bardzo pracowite trzy dni, ale jestem autentycznie bardzo zadowolony z uczestnictwa w tej konferencji. Wielu leśników z zapartym tchem czeka teraz na postęp dalszych prac, których harmonogram przedstawił z właściwą sobie skrupulatnością naczelnik Piotr Młynarczyk. Mam nadzieję, że idzie nowe i lepsze, a zreformowane wytyczne w sprawie udostępniania lokali leśnikom pójdą „w las” w przeciągu dwóch tygodni. Zmiany w prawie, szczególnie w ustawie o lasach pewnie potrwają dłużej.

 Wielka nadzieja w zmianie sposobu myślenia dyrekcji generalnej i zmianie mentalności samych leśników, bo to oddzielna kwestia… Oby to była „słodka chwila zmian” jak śpiewa świetna pieśniarka Basia Stępniak-Wilk. Ufam, że zgodnie z nimi „ambasador” nie będzie nieustannie myślał z trwogą, co to będzie gdy dożyje emerytury, a jego małżonka z przerażeniem, co to będzie jak leśniczy- ambasador nie dożyje emerytury… Była to bardzo ważna konferencja i ciekawe doświadczenie, szczególnie dla zwykłego leśniczego.

 

Leśniczy Jarek-lesniczy@erys.pl

 

 

 

20:54, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
wtorek, 03 czerwca 2014

Niedawno zadzwoniła do mnie koleżanka Basia i wołała do telefonu: Słuchaj, mój pies wywąchał w krzakach koło domu jakieś małe zwierzaki, chyba to szopy! Przyjedź i wywieź je do lasu, bo jeszcze pies im krzywdę zrobi. Są szare i mają pasiaste pyski. Poradź coś, bo przecież leśniczy zna się na zwierzakach. Po chwili rozmowy okazało się, że to małe borsuki, a nie szopy...

Nie mogłem pojechać i zająć się nimi, bo właśnie wyjeżdżałem w  ważną dla mnie podróż. Przez telefon jednak wytłumaczyłem Basi co trzeba zrobić z małymi zwierzakami, bo wywiezienie ich do lasu nie było dobrym pomysłem. Poprosiłem też Basię o sfotografowanie borsuczków, co zrobił jej brat Andrzej, który użyczył mi zdjęcia malców. Po powrocie odtworzyłem przygodę borsuków, która wyglądała tak:

Mama borsukowa odwiedzała okoliczne ogródki na skraju miejscowości z dwójką malców. Mieszkańcy ulicy Międzychodzkiej i Dworcowej widywali czasem zwierzęta, które dreptały pomiędzy polami i ogrodami. Niestety, któregoś dnia mama borsukowa, jak wiele innych borsuków zginęła pod kołami samochodu. Pisałem już kiedyś o tragicznym losie borsuków, przestrzegając wszystkich, aby uważali latem na zwierzęta na drodze. Według badań mojego kolegi Krzysztofa, który pisze pracę naukową na temat biologii i zwyczajów tych ciekawych zwierząt, około 30 procent okolicznych borsuków ginie na drogach. Często natrafiam na taki przykry widok:

 

Małe borsuczki zostały same, pozbawione opieki matki. Kręciły się kilka dni po okolicy i dobrzy ludzie podkarmiali je w przydomowych ogródkach. Pewnego dnia trafiły także do ogrodu Basi. Po południu „wykryła” je w gęstych krzewach psia pupilka Basi, Zuzia, ale nie wyrządziła im krzywdy. Basia, po konsultacji ze mną podrzuciła zwierzakom trochę owoców i warzyw.

Borsuczki chętnie, bez obaw oraz kompleksów spacerowały po trawniku przed domem:

 Ochoczo korzystały z dostarczonego im pożywienia:

 

Bardzo smakowała im marchewka:

 

Co ciekawe, większy borsuk opiekował się mniejszym: lizał go, odstępował mu jedzenie, nawet popychał go w stronę karmy. Basia nie miała pod ręką nic mięsnego, ale borsuki choć lubią np. dżdżownice czy pędraki i pewnie chętnie podjadłyby mięsa czy jakichś podrobów, zadowoliły się warzywami.

Jak na maluchy przystało z zadowoleniem przyjęły postawiony dla nich talerz z mlekiem:

 

Wychłeptały je z apetytem i zniknęły w krzakach. Następnego dnia, gdy  wróciłem z wyjazdu, nie pojawiły się już. Basia spacerując ze swoja Zuzią wypytywała o nie sąsiadów.

 Okazało się, że pojawiały się w kilku ogródkach i ludzie dokarmiali je przez kilka dni, tak jak Basia. Wszyscy potwierdzili, że większy borsuk wciąż opiekował się mniejszym. Jednak po kilku dniach zwierzęta przestały odwiedzać ogrody. Mam nadzieję, że nic im się nie stało i oddaliły się od ludzi, znajdując swój świat w lesie. Nikt nie znalazł ich przy drodze i oby nie stały się zdobyczą lisa czy psa, których kręci się tam wiele. Ufam, że miały więcej szczęścia niż ich mama.

 Uważajcie proszę, szczególnie teraz, na małe zwierzęta, które pojawiają się na drogach.

 

Dziś spotkałem już sarnę kozę z żwawo pomykającym za nią koźlakiem. Musiała się dość wcześnie „wykocić”, skoro koźlak już za nią potrafi zdążyć. Podczas szacowania szkód od zwierzyny w młodnikach wypłoszyłem z jednego z nich łanię, która była jeszcze w zaawansowanej ciąży. Jednak małe jelenie rodzą się później niż sarny. Spacerują lochy z pasiatymi warchlakami i małe zające. Niedoliski już coraz dalej oddalają się od bezpiecznych nor. Wczoraj, gdy jechałem do biura nadleśnictwa znalazłem jednego potrąconego przez samochód…

Mam nadzieję, że spotkam jeszcze dwa młode borsuki, co lubią marchewkę, a jeden z nich jest wyraźnie większy.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

21:18, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
niedziela, 01 czerwca 2014

Gdy wybierzecie się teraz na leśny spacer, patrzcie uważnie pod nogi, aby nie skrzywdzić żadnego z przedstawicieli zwierząt czy roślin. Wokół nas tętni życie i biegają owady, rosną i kwitną rośliny, drepczą ptasie nieloty. Czasem jednak nie sposób dać kroku, aby nie deptać roślin, które tworzą zwarty kobierzec.  Warto jednak zwrócić uwagę po czym stąpamy, gdy  spacerujemy ścieżkami i liniami oddziałowymi, nawet pośród pozornie ubogich borów. Czasem są to ciekawe, bardzo stare rośliny, które były kiedyś drzewami i osiągały ogromne rozmiary.

Mszaki i paprotniki  to grupy roślin, które nie wykształcają kwiatów,  należą obecnie do  najpierwotniejszych roślin lądowych. Wśród mszaków wyróżnia się dwie grupy: wątrobowce i mchy. Do paprotników zalicza się trzy grupy: skrzypy, widłaki i paprocie. Zwróćcie uwagę na widłaki, bo to bardzo ciekawe, choć niepozorne rośliny:

Powszechnie uważa się je za mszaki, bo przypominają ludziom mech. Botanicznie należą jednak do paprotników. Wszystkie dzisiejsze gatunki widłaków są roślinami bardzo starymi genetycznie. Ich bliscy przodkowie, drzewiaste lepidodendrony i sygilarie rosły już około 300-400 milionów lat temu. W okresie karbonu, dzięki gorącemu i wilgotnemu klimatowi oraz bogatej w dwutlenek węgla atmosferze nastąpił bujny rozwój roślinności drzewiastej. Dominowały  lasy bagienne złożone z ogromnych, blisko 40 metrowych widłaków, niewiele niższych skrzypów i paproci drzewiastych, osiągających 20 metrów wysokości. Lasy te dają początek dzisiejszym pokładom węgla kamiennego.  Czasem w odłamkach węgla można znaleźć zarysy ich kształtów.

 Od tego czasu w ich wyglądzie zaszły tylko niewielkie zmiany. Jednak pierwotne widłaki były wielkimi drzewami, a dziś są słabo przystosowane do obecnych warunków bytowania, stąd to małe, niepozorne roślinki rosnące w dnie sosnowych borów.

 

W Polsce występuje kilka gatunków, m.in. jałowcowaty, wroniec, spłaszczony i najpopularniejszy- widłak goździsty. Ten widłak spotykany jest w suchych borach sosnowych i mieszanych, zaroślach, na wrzosowiskach. Rośnie na skraju dróg i linii oddziałowych i trzeba uważać, aby go nie zniszczyć:

 

Ostatnio gdy objeżdżałem tarasujące przejazd, przewrócone przez drogę drzewo: znalazłem nowe, nieznane mi dotąd stanowisko widłaka,

 

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło... Od razu zwróciłem uwagę na charakterystyczną zieleń widłaka na nasłonecznionym skraju sosnowego młodnika i starszego boru. Stanowisko oczywiście zapamiętałem, ale też wpisałem do Programu Ochrony Przyrody, naniosłem na mapę ochrony przyrody, bo wszystkie gatunki widłaków są w Polsce chronione. Przed wszelkimi pracami w lesie otaczam  potem ostrzegawczą taśmą znane mi stanowiska, aby pracujący ludzie czy maszyny przypadkiem nie uszkodzili jego pędów.

 Widłak goździsty jest rośliną wieloletnią zachowującą swą zieleń zimą. Nazywany także babimorem, kołtunem, pasem św. Jana, wilczą stopą lub niedźwiedzią łapą, jest płożącą się po ziemi, wieloletnią rośliną przytwierdzoną słabo do gleby za pomocą delikatnych korzeni. Wypuszcza długie i wijące się nad ziemią pędy, z których wyrastają, oprócz delikatnych korzeni około 15-centymetrowe, wzniesione pionowo pędy, charakterystycznie rozgałęziające się dichotomicznie (widełkowato). Posiada na pędzie drobne, zagięte ku górze listki, ułożone spiralnie, zakończone białawym szczeciniastym włosem. U podstawy każdego listka wykształca się jedna nerkowata zarodnia z zarodnikami.

 Widłaki należą do roślin nie tworzących nasion, a rozmnażających się zarodnikowo lub wegetatywnie. Na niektórych łodygach wytwarzają się od lipca do września tzw. kłoski zarodnikowe, w których mieszczą się bardzo drobne, żółtawe zarodniki:

 

Widłaki wytwarzają wprawdzie olbrzymie ilości zarodników, ale rozwój rośliny z zarodnika trwa zwykle kilkanaście, a nawet do dwudziestu lat. W ciągu tak długiego czasu przeważająca część zarodników ginie. Dlatego widłaki są coraz rzadsze i znajdują się pod ochroną prawną.

Proszek zarodniowy to cenny surowiec zielarski, ale nie można go samodzielnie pozyskiwać z racji ochrony stanowisk widłaka. Należy też pamiętać, że widłak to w całości roślina trująca. Żółtawy proszek jednak nie jest trujący, ale za to łatwopalny. Ma wiele zastosowań w medycynie. Proszkiem zarodnikowym przesypywano także woreczki na leki, czopki, tabletki, aby nie sklejały się ze sobą. Używano go na dworach królewskich do pudrowania oblicza monarchy. Pewnie był to taki ówczesny make-up… Proszek z widłaka używany był w medycynie ludowej jako zasypka przy wypryskach i liszajach oraz głównie do zasypywania trudno gojących się ran. Surowiec działa bowiem przeciwzapalnie, ściągająco i osuszająco. Stosowano go także wewnętrznie na problemy menstruacyjne i w podrażnieniach przewodu pokarmowego. Pamiętam też z czytanych w chłopięcych latach opowieści, że Indianie używali owocujących zarodników widłaka jako środka tamującego krew.

 

 Działanie widłaka, zawierającego między innymi sporo radu, na nasz organizm jest stosunkowo mocne i ma wiele dobroczynnych dla zdrowia zastosowań. Medycyna ludowa zna przypadki pozytywnego działania widłaka w chorobach artretycznych i reumatycznych, nawet przy znacznych zniekształceniach stawów. Opowiadała mi pewna pani, że jej mama używała latami widłaka, owijając się jego pędami. Podobno pomaga też w leczeniu odleżyn, skurczach, chorobach dróg moczowych i hemoroidach. Herbatka z widłaka ma wspomagać leczenie nowotworów i leczyć marskość wątroby. Z racji jednak, że widłak jest trujący nie zalecam samodzielnych prób jej zażywania. Znalazłem jednak stary przepis na taką herbatkę:

Jedną łyżeczkę widłaka zalewa się 200 ml wrzątku i parzy ok. 5 minut, ale nie wolno gotować naparu. Należy pić małymi łykami 1 szklankę naparu 1-2 razy dziennie najlepiej rano, na czczo.

Pamiętajcie jednak: Bez eksperymentów medycznych i szkodnictwa! Ziele widłaka należy zakupić w aptece i poradzić się wcześniej lekarza.

Niestety, od dawna widłaki były niszczone przez ludzi, którzy wykorzystywali je nie tylko do celów kosmetyczno-medycznych. Widłaki były zbierane jako rośliny dekoracyjne do tworzenia ozdób świątecznych, stołów, do bukietów i wianków kładzionych na groby itp. Pamiętam z lat dzieciństwa jak kobiety robiły wianki ze słomy, okręcały je cienkim drutem, którym mocowały płaty chrobotka reniferowego, a potem dekorowały barwinkiem i pędami widłaka.

Dziś jednak nie ma takiej mody, a my uważnie spoglądajmy pod nogi i traktujmy z szacunkiem dawne drzewo i ciekawą roślinę.

Wszyscy jesteśmy dziećmi, większymi, albo mniejszymi, stąd przyjmijcie najlepsze życzenia z okazji Dnia Dziecka.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

21:36, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
niedziela, 25 maja 2014

Dziś dzień wyborów do europarlamentu, ale skoro już spełniłem patriotyczno-polityczno-społeczny obowiązek mogę znowu spokojnie wrócić do spraw znacznie ciekawszych, czyli przyrodniczych. Koniec maja to najbardziej fantastyczny czas w życiu lasu. Bo życie dosłownie tętni w każdym zakamarku lasu, zgoła przeciwnie do pustego lokalu wyborczego… Zieloność opanowała każdy wolny skrawek przestrzeni, ustępując tylko różnobarwnym kwiatom, które z kolei są tłumnie odwiedzane przez wszelkie owady. Las żyje, pachnie, śpiewa, piszczy. Jednym słowem żal siedzieć w domu.

Nie przejmujcie się komarami i kleszczami. Nawet w takich miejscach:

 

można tak samo spotkać kleszcze jak na trawniku wokół bloku czy w parku miejskim. Ruszajmy w las u korzystajmy z jego uroków, bo wszystko szybko przemija. Już wiele podlotów opuściło gniazda, przekwitło wiele kwiatów i niebawem zawita do nas lato z upałami oraz kurzem, który pokryje świeżość lasu. Korzystajmy z piękna przyrody, bo na te same widoki, zapachy i dźwięki będziemy musieli czekać rok. Wielu ludzi o tym wie, dlatego w lesie często spotykam teraz amatorów przyrodniczego czaru i spokoju.

Lasy mojego leśnictwa dotykają do 12 jezior i rzeki, a istnienie od blisko trzydziestu lat Pszczewskiego Parku Krajobrazowego w terenie pofałdowanym działalnością lodowca jest gwarancją pięknych widoków i upragnionej przez wielu ciszy. Śródleśne, bardzo urokliwe i zróżnicowane  jeziora zachęcają do spacerów, podobnie jak przygotowane dla turystów tablice informacyjne:

 

Wokół wielu jezior są istniejące od lat ścieżki, które pozwalają je obejść dookoła i sycić oczy ich pięknem, widzianym z różnych stron. Nawet zwalone przez wiatry, a czasem przez bobry drzewa nie są przeszkodą:

 

Zachowując się w miarę cicho, możemy spotkać wiele ptaków i zwierząt, które zaaferowane wychowywaniem potomstwa oraz dostarczaniem im pokarmu pozwalają się obserwować. Spotykam teraz często zakochane zające, które wychowały już jeden miot i rozglądają się za kolejną okazją do powiększenia populacji:

 

Nawet spotkania turystów z potężnymi, otoczonymi magią drzewami budzą zrozumiały zachwyt:

 

Pośród lasów i pól bardzo malowniczo wije się rzeka Obra. Stojąc chwilę na jej brzegu można spotkać np. kolorowe zimorodki, uwijające się na brzegu norki amerykańskie i bobry oraz usłyszeć nawoływanie przepływających kajakarzy:

 

Obywa się teraz wiele grupowych spływów organizowanych przez lokalne firmy turystyczne, choć czasem spotykam też indywidualnych kajakarzy, którzy samotnie cieszą się ciszą i zielenią. Spójrzcie sami jak pięknie jest na Obrze:

 

Przez Pszczew przebiega międzynarodowa trasa rowerowa R1, stąd często spotykam grupy rowerzystów obładowanych podróżnymi sakwami:

 

Wielu rowerzystów nocuje w okolicy i wtedy rusza w las, przełajem, korzystając z map leśnych udostępnionych im przez leśników w Banku Danych o Lasach (www.bdl.lasy.gov.pl) lub wytyczonymi po leśnych drogach trasami rowerowymi. Istnieją także szlaki konne, ale chyba najpełniej można czerpać z bogactwa lasu poruszając się po nim pieszo.

W piątek spotkałem w jednym z zakątków leśnictwa grupę sympatycznych piechurów. Okazało się, że to Zielona Klasa, na którą składali się uczniowie z SP nr 62 z Poznania. Wybrali się pod przewodnictwem opiekunów do lasu z ośrodka wypoczynkowego Karina, położonego nad uroczym i czystym jeziorem Szarcz. Wykorzystali przypadkowe spotkanie ze mną i zasypali mnie gradem pytań o pracę leśniczego. Poopowiadałem im chwilę i zrobiłem pamiątkową fotkę:

 

Ale nie mogłem im poświęcić zbyt wiele czasu, bo obowiązków moc...

 Niedawno jednak gościłem w leśniczówce inną grupę młodzieży, tym razem z pszczewskiego gimnazjum, która odwiedziła mnie pod opieką nauczyciela Roberta Judka oraz pracownika Pszczewskiego Parku Krajobrazowego Roberta Rektora:

 

Ich celem była leśna ścieżka przyrodniczo-historyczna, którą już kilka lat temu zaprojektowałem na terenie leśnictwa Pszczew wokół Góry Wysokiej. Nadleśnictwo Trzciel sfinansowało zakup 10 tablic edukacyjnych, a ja przygotowałem przewodnik po trasie ścieżki, aby ułatwić samodzielne kontakty z okoliczną przyrodą, historią i geografią terenu.  Grupa uczniów klas pierwszych gimnazjum w Pszczewie przystąpiła właśnie do polsko-niemieckiego projektu pt. „Przełamywanie granic za pomocą nowych mediów”.

 W projekcie bierze udział młodzież polska i niemiecka. Jego celem jest integracja młodzieży z obu stron Odry i zachęta do tworzenia i promowania atrakcyjnej z punktu widzenia młodzieży oferty turystyki przyrodniczej w obszarze przygranicznym, głównie przy użyciu tzw. "nowych mediów". Uczniowie wyposażeni w urządzenia GPS ruszyli w teren, w najciekawsze przyrodniczo okolice po to, by wyznaczyć, a następnie opisać i przedstawić na mapie swoje propozycje tras dla turystów. Dlatego najpierw trafili do mnie, aby uzyskać nieco informacji o tych wyznaczonych leśną ścieżką pięciu kilometrach przyrodniczej edukacji. Humory dopisywały, ale uczestnicy projektu przed leśniczówką z uwagą słuchali moich wskazówek:

 

Potem ruszyli w las zielonym szlakiem, którym niegdyś szedł Otton III, rozmaite wojska, kupcy i jeździł dyliżans na trasie Poznań- Berlin. Ścieżka rozpoczyna się i kończy przy pszczewskiej leśniczówce. Z góry Wysokiej, ciekawego,  polodowcowego ozu, z wysokości nieco ponad 100 m n.p.m można podziwiać np. panoramę jeziora Chłop i odpocząć na ustawionych tam przez nas, leśników, ławkach:

 

Efekty pracy uczniów możecie oglądać na bieżąco stronie pszczewskiej szkoły http://zspszczew.za.pl/in2.html

Na razie były to warsztaty prowadzone przez sympatycznego instruktora z Niemiec, potem pszczewska młodzież wyjedzie także do ośrodka edukacyjnego w Szwajcarii Marchijskiej. To najstarszy park przyrodniczy Brandenburgii, położony ok. 60 km od Berlina. Będzie zatem okazja do porównania stanu zachowania naszej i niemieckiej przyrody, a młodzież wykaże się zapewne bystrością i własnym spojrzeniem na atrakcje turystyczne.

Szkoda tylko, że nie włączono nas, leśników, do realizacji tego projektu, ale tak szeroki zakres obowiązków oraz to, że tak wiele osób i instytucji chce korzystać z naszej wiedzy o lesie i świecie przyrody sprawia, że nie ma czasu na chwilę oddechu.

Nasze lasy i wszechobecną zieloność można w pełni podziwiać bez uczestnictwa w jakimkolwiek projekcie i zrzeszania się w zielone szkoły. Można naturalnie skorzystać z oferty obiektów edukacyjnych i szlaków turystycznych przygotowanych przez leśników lub przy ich udziale, ale chyba najpełniej korzysta się z bogactwa przyrody podczas samodzielnych wypraw. Wciąż do tego zachęcam.  Wystarczy tylko nieco chęci, wolnego czasu i wiedzy, a mam nadzieję, że w zdobywaniu wiedzy o lesie pomocny jest Wam ten blog.

 

Leśniczy Jarek-lesniczy@erys.pl

 

17:30, lesniczy.lp
Link Komentarze (1) »
środa, 21 maja 2014

Choć majówki kojarzą się zwykle z rekreacją na łonie natury, to my, leśniczowie, którzy obcujemy z przyrodą na co dzień, czasem ruszamy „w miasto”. Bo nie samym lasem żyje człowiek, nawet jak jest leśniczym. Zwykle namawiam do wypraw do lasu, ale czasem, dla równowagi warto też odetchnąć innym powietrzem i posłuchać tętna miejskiego życia. Zwykle wtedy doceniamy ciszę i bogactwo duchowe obcowania z przyrodą.

Opowiadałem Wam wcześniej o prezentacji multimedialnej „Magia pszczewskich lasów”, którą na zaproszenie Klubu Przyjaciół Pszczewa miałem przyjemność przedstawiać w pszczewskim kinie. To był sympatyczny wieczór, gdzie za pomocą moich opowieści, fotografii lasu i jego mieszkańców oraz dzięki znakomitej atmosferze, którą stworzyli uczestnicy spotkania godnie uczciliśmy Dzień Ziemi oraz jubileusz 90 lat Lasów Państwowych. Członkowie i sympatycy Klubu Przyjaciół Pszczewa co jakiś czas wybierają się na jakąś ucztę duchową: do teatru, opery kina lub aby odwiedzić ciekawy zakątek naszego pięknego kraju. Gdy ja instalowałem rzutnik i laptopa przed prezentacją, moja żona Reginka uczestniczyła w spotkaniu Klubu, którego jesteśmy także członkami i zapisała nas na wyjazd do Wrocławia. Zapisała, wpłaciła zaliczkę i już. To jak nie jechać?

 Kobietom się zwykle nie odmawia, a szczególnie tym najbliższym, a zatem urządziliśmy sobie majówkę w mieście i dwa majowe dni (17-18.05) spędziliśmy w miłym towarzystwie pośród zabytków piastowskiego ( choć są  tacy, co uważają to określenie za niezbyt prawdziwe?)  Wrocławia. Po raz kolejny sprawdziło się powiedzenie: „Cudze chwalicie, swego nie znacie”. Choć zwiedzaliśmy z żoną już wcześniej Wrocław, to i tym razem to wielokulturowe miasto zachwyciło nas mnogością zabytków, ciekawą architekturą i swoistą mistyką.  Choć początkowo deszcz postanowił nas wystraszyć i konkurował z grającymi oraz tańczącymi fontannami przy Hali Ludowej,  to my sprytnie schroniliśmy się w altankach przepięknego Ogrodu Japońskiego. Różnobarwnie kwitnące różaneczniki w oprawie świeżutkiej zieleni były zachwycające pomimo deszczowej aury.

 

Deszcz nie przeszkadzał również w zwiedzaniu Ostrowa Tumskiego i Muzeum Uniwersytetu Wrocławskiego. Przed UW przestąpiliśmy linię południkową oznaczoną mosiężną tablicą na pamiątkę jej wytyczenia w 1791 roku przez eksjezuitę  Longinusa Jungnitza, profesora wrocławskiej Leopoldiny.

 

 Zwiedzaliśmy muzeum i obiekty uniwersytetu, czując wokół atmosferę nauki i przepychu epoki cesarza Leopolda I, fundatora uniwersytetu w roku 1702. Podziwialiśmy Schody Cesarskie, które należą do najbardziej okazałych w całej Europie Środkowej. Idąc nimi do reprezentacyjnej Auli Leopoldyńskiej spoglądaliśmy na symboliczne wizerunki wszystkich księstw i państw śląskich, ukazane na tle krajobrazów z herbami. Aula Leopoldina to cenny i unikatowy zabytek świecki późnego baroku. Wnętrze Auli o wspaniałej akustyce odczuwa się jako niepodzielną całość, zachowującą idealną równowagę form architektonicznych, rzeźby i malarstwa. Ciepły koloryt fresków, białe rzeźby i barokowy przepych złota we wnętrzu nasyconym tak wielką rozmaitością form i treści sprawia, że  zatraca się tu po części poczucie rzeczywistości…

 

 Z kolei łatwo je odnaleźć w pięknie odresturowanego Dworca Głównego oraz wrocławskiego rynku. Dworzec Wrocławski to niesamowite dzieło sztuki i po niedawnej renowacji, najpiękniejszy dworzec w Europie. To właśnie przed nim zrobiłem fotkę całej wesołej kompanii pszczewskiego Klubu:

 

 Wrocław zachwycił nas, przybyszów z najbardziej zalesionej części kraju. Urzekły nas przemykające niebieskie tramwaje, barwność cudnych kamieniczek na słynnym rynku i krasnale, które przykucnęły w zaułkach. Czasem można przykucnąć przy krasnalu ale warto spoglądać w górę, bo oto:

Tak, oczywiście, że tak! To pustułka, która zagnieździła się na jednym z wrocławskich kościołów w sąsiedztwie znanych kamienic "Jasia i Małgosi". Latała wokół murów, nawołując charakterystycznie. Albo spójrzmy na wróbelka, który przysiadł mniej więcej 15 metrów nad ziemią, na  kamiennej, zastygłej w niemym krzyku głowę, która wystaje z muru:

 

Wróbelek uznał ją za świetny punkt widokowy, ale to szczególna głowa. Należała ona ponoć do młodego człowieka z ubogiej rodziny, który zakochał się w córce bogatego bankiera. Ojciec dziewczyny odrzucił jego awanse, ale obiecał rękę córki, jeśli młodzieniec dorobi się fortuny. Po kilku latach wciąż zakochany chłopak wrócił do Wrocławia bogaty. Bankier jednak dowiedział się, że majątek zawdzięcza rozbojowi i znów odmówił mu ręki ukochanej. Gniewny młodzian w ataku szału podłożył ogień pod dom bankiera, a następnie wdrapał się na wieżę, chcąc lepiej widzieć swe dzieło. Spotkała go jednak zasłużona kara: mury wieży zacisnęły się wokół jego szyi i pochłonęły go tak, że do dziś wystaje z nich tylko głowa z grymasem przerażenia na twarzy.

 Lubię takie legendy, a istniejący od wieków Wrocław, który był polski, czeski, austriacki, niemiecki i znowu na wieki polski posiada ich wiele. Podobnie urzeka mnogość i dostojeństwo odbudowanych po mrocznych czasach Festung Breslau kościołów, a  w nich liczne pamiątki z dawnej Polski, jak choćby Matka Boska z Mariampola, pomniki pamięci o Katyniu ale też most „kłódkowy”, dobrze znany zakochanym. Pozowali na nim Mariola i Jarek:

 Panorama Racławicka oszołomiła nas ogromem i duchem patriotyzmu, a szczególnie urzekła czarem dawnej świetności Piwnica Świdnicka, gdzie bije serce Wrocławia. Mówi się: „Kto tam nie był, to nie był we Wrocławiu”.

 

Byłem i zimniutkie wrocławskie piwo piłem, jak nakazuje tradycja.

Wyjeżdżając stamtąd podobno nie można zapomnieć wstąpić do karczmy przy ulicy Na Ostatnim Groszu.  To tam zostawiało się kiedyś ostatnie grosze po wyprawie do miasta, ale dziś są przecież plastikowe pieniądze i „gostek”  o imieniu debet…

Skoro nie byłaś/nie byłeś jeszcze we Wrocławiu, mieście o złożonej i ciekawej historii, wybierz się tam koniecznie. Dzięki organizacyjnemu talentowi Wandy Żaguń:

 

która otacza opieką Klub również jako dyrektor Ośrodka Kultury w Pszczewie, był to doskonale przemyślany wyjazd i bardzo udana majówka. Jednak w poniedziałek z radością poczułem zapach jeziora przy leśniczówce, obserwowałem harce, a potem poranną toaletę kaczek na jeziorze:

 

No i mam ważną informację! Bocian z Policka z zadowoleniem przyjął instalację platformy, nosił z zapałem gałęzie i inne materiały, a dziś cały dzień siedzi „kamieniem” na szybko urządzonym gnieździe

 Fantastyczna sprawa! Może jednak będą z tego bocianięta? Mieszkańcy Policka kibicują bocianom i obserwują je jak żubry, bieliki czy rybołowy, choć nie muszą w tym celu włączać komputera i być online. Artur Zaborski, dyrektor Rejonu Dystrybucji firmy Enea w Międzychodzie oraz kierownik posterunku energetycznego Dariusz Łodyga ze swoimi współpracownikami rzeczywiście zasługują na medal. Chyba, że bociany im wynagrodzą po swojemu, a wiadomo co przynoszą bociany…

Miłych majówek w mieście, choć wiadomo, że „las-ojciec nasz, my dzieci jego, więc chodźmy do niego”.

 

Leśniczy Jarek-lesniczy@erys.pl

 

17:17, lesniczy.lp
Link Komentarze (9) »
czwartek, 15 maja 2014

W naszym kraju mamy świetne prawo i moc ludzi zaangażowanych w ochronę przyrody. Pytanie jednak tak postawione: Kto zajmuje się konkretnie i czynnie ochroną przyrody? najczęściej pozostaje pytaniem retorycznym… Bo wokół nas powszechnie, w majestacie prawa wycina się drzewa w okresie lęgowym ptaków i zwierząt i nic nie można. Co chwilę nieśmiało ktoś, zwykle jakiś mniej pokorny dziennikarz o tym donosi i sami przecież to widzimy. Natworzono wiele ważnych urzędów z przyrodą i środowiskiem w nazwie do przekładania papierków i nic z tego nie wynika.

No bo kto, jaki urząd będzie walczył z urzędem? Zwykle drzewa wycina się dla dobra ludzi, w interesie społecznym i jest to decyzja prezydenta miasta, starosty czy burmistrza. Z pewnością dobra, ważna i mądra. Dla ludzi, bo przyroda taktownie milczy i regeneruje się sama. Są przecież decyzje, opinie, uzgodnienia- wszystko super… Nie chodzi tu o dokumenty, programy, mapy i opracowania. Chodzi o konkretną ochronę przyrody i jej elementów, o małe, drobne sprawy, którymi zwykle nie ma kto się zająć.   Bo gdy wokół nas jakiś zwierzak czy ptak ma problem, to trwa popis „spychalizmu” i rozmycia kompetencji. Nic, no może prawie nic nie można. Tak zwany zwykły człowiek nie wie kto ma zająć się rozjechanym zwierzęciem, chorym lub zranionym ptakiem czy złamanym pomnikowym drzewem. A chciałby pomóc, troszczy się o przyrodę, szuka pomocy ale gdzie? Po godzinie15? W wolną sobotę albo święto? Szczególnie w małych miejscowościach jest to problem, bo tu nie ma ogrodu zoologicznego, lecznicy, schroniska czy pogotowia dla zwierząt. Urząd gminy nieczynny. Wtedy dzwoni do leśniczego, no bo gdzie?

W sobotę rano zadzwoniła do mnie jedna z mieszkanek pobliskiego Policka z informacją, że para bocianów zaczęła budować gniazdo na słupie energetycznym, w plątaninie drutów. „Przecież one albo same zginą i byłaby to wielka strata, albo zrobią zwarcie i pozbawią wieś prądu. Trzeba pomóc i zrobić im platformę. Ale z kim to załatwić? Obdzwoniłam wczoraj kilka miejsc, dziś dzwoniłam na posterunek energetyczny, ale w sobotę tam nikogo nie ma. Nikt nie chce pomóc! Niech pan się tym zajmie!”

No cóż, to w zasadzie nie jest absolutnie sprawa leśniczego, ale jak nie pomóc bocianom? To nasze dobro narodowe i troska o bociany powinna być przecież patriotycznym obowiązkiem każdego Polaka. Kilka dni wcześniej przyglądałem się tej parze bocianów z Policka. Zachowywały się jak zakochana para. Tańce, umizgi, klekotanie, wzajemne poprawianie piór:

 

Ale pani bocianowa w pewnym momencie wyglądała na obrażoną:

 

 No bo bocian- facet nie pomyślał o lokum! No i są bez jaj i bez gniazda, a wszystkie porządne bociany siedzą już na jajach, a u niektórych par zaczynają się już pojawiać pisklęta. Zdesperowany amant zaczął zatem budować gniazdo na linii energetycznej…

Obiecałem pani z Policka, że zajmę się sprawą bocianów. Po porannym, sobotnim telefonie zacząłem gorączkowo myśleć jak pomóc ptakom. W tym roku wyjątkowo dużo bocianów pojawiło się w okolicy. Wszystkie gniazda, nawet te puste od kilku lat zostały zajęte. W Policku jednak brakuje miejsca odpowiedniego na gniazdo. W zeszłym roku bociany próbowały je zbudować na wysokim kominie dawnej gorzelni. Coś im jednak nie wyszło, konstrukcja rozwaliła się i jeden z bocianów ugrzązł wewnątrz komina. Mimo prób ratowania go przez strażaków, niestety, zginął.

Pomyślałem o pomocy strażaków i miejscowego urzędu gminy, ale przecież i tak będą potrzebni elektrycy. Zadzwoniłem do jednego z szefów rejonu energetycznego i poprosiłem go, aby pomógł bocianom. Odebrał telefon mimo dnia wolnego od pracy i życzliwie potraktował sprawę. „Ale wie pan, bociany i tak rzadko zasiedlają zakładane przez nas platformy, choć mamy takie”. Po krótkiej rozmowie przekonałem go jednak, że warto zamontować platformę, a nie tylko usunąć gałęzie z mało porządnej bocianiej „budowli” na linii energetycznej:

„Przecież to środek wsi, niech pan pokaże ludziom, że elektrycy to ludzie wrażliwi na otaczającą nas przyrodę. Proszę pomóc bocianom…” Zgodził się i obiecał, że w poniedziałek rano będzie ekipa z podnośnikiem i platformą dla bociana.

W poniedziałkowy poranek umówiłem się wcześniej z kierowcą po papierówkę i zaraz po załadowaniu samochodu i wystawienia kwitu wywozowego pędziłem do Policka. Elektrycy właśnie przyjechali i rozkładali podnośnik:

Pan Ryszard, znajomy elektryk i zapalony fotografik z Pszczewa wołał do mnie: „Panie Jarku, zapraszam do kosza, zrobi pan sobie fotkę  z góry”. No to wlazłem i za chwilę z góry miałem okazję przyjrzeć się z bliziutka bocianiej konstrukcji:

 

Policko z góry, z mocno wysuniętego podnośnika wyglądało zupełnie inaczej:

A to widok w stronę mojego leśnictwa, które zaczyna się za pięknym, nowym zielonym mostem na Obrze:

 

Wysokości się nie boję, ale chwiejący się tuż przy linii pod napięciem metalowy kosz trochę mnie peszył…  Pan Ryszard śmiał się z moich obaw, ale cóż... Warto było, bo widok jednak był super!

Zostawiłem elektryków przy pracy i pojechałem do swoich obowiązków. Gdy wracałem za dwie godziny z kontroli wykonywanych czyszczeń i po wydaniu kolejnego transportu drewna platforma już była gotowa:

 Elektrycy z Zakładu Energetycznego Międzychód spisali się na medal, a bociany im pewnie w dzieciach wynagrodzą! W centrum Policka mają teraz doskonałe miejsce na stałe lokum:

We wtorek i środę nie pojawiły się jednak przy platformie i zaczęły znosić gałęzie na inny słup w Janowie odległym o 2 kilometry. No nie, niech się nie wygłupiają, bo elektrycy chyba już tak uprzejmi nie będą, aby na każdym słupie montować platformę. Dziś późnym popołudniem zadzwoniła do mnie rozradowana mieszkanka Policka. „Panie Jarku są! Dziś zaczęły nosić gałęzie na przygotowaną platformę. Ale super! Dziękujemy za pomoc.”  Bardzo mnie ucieszył ten telefon. Wprawdzie nie bardzo wierzę, aby w tym roku bociany zdążyły wyprowadzić udany lęg, ale może w przyszłym roku?

Cała ta przygoda pokazuje jednak jak nieco ludzkiej życzliwości i zaangażowania może czynnie pomóc przyrodzie. Postawa energetyków jest naprawdę godna pochwały i wlewa otuchę w serca.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

21:51, lesniczy.lp
Link Komentarze (9) »
niedziela, 11 maja 2014

Niedzielny, majowy poranek to świetna okazja do podglądania ptaków, oczywiście jeśli mamy ochotę opuścić łóżko, a czasem dom. Oczywiście istotne jest też miejsce zamieszkania. Bo czasem wymaga to specjalnej wyprawy i wtedy włączamy telewizor lub komputer i tam szukamy wrażeń przyrodniczych. Mieszkanie w leśniczówce, pośród starych drzew i blisko jeziora daje możliwość obserwowania wielu gatunków ptaków przez okno lub stojąc obok domu.

Rankiem koncertują słowiki, odzywają się pokrzewki i trzciniaki znad jeziora. Słychać fletowe tony złotopiórych wilg, odzywającego się dzięciołka czy kowalika. Uwijają się sikory karmiące pisklaki oraz pleszka ogrodowa, która także wypatrzyła szparę pod dachówką i od niedawna została dopisana do listy ptasich lokatorów najbliższej okolicy pszczewskiej leśniczówki.

Jednak o majowych ptakach opowiem Wam innym razem, bo dziś jest czas niedolisków...

Ostatnie dni to bardzo intensywne wywozy drewna i codziennie, razem z podleśniczym Irkiem, ganialiśmy od samochodu do samochodu, przekazując sobie rejestrator i drukarkę, niezbędne do wystawienia kwitów wywozowych. Jechały samochody z dłużycami i papierówkami do różnych odbiorców:

 

W kwietniu wyjechało z lasu ponad 1500 m3, a w maju będzie pewnie podobnie. Prace pozyskaniowe na razie stoją, toteż drewna nie przybywa, ale służbowych zajęć wciąż nam nie brakuje. Pracujemy przy pielęgnowaniu upraw i młodników, szacunkach brakarskich na 2015 rok no i wiele czasu absorbuje sprzedaż drewna. Mam już dobre zaawansowanie w wykonaniu trzebieży i wczesnych, i późnych, a przerwa w ścinaniu drzew pozwoli ptakom oraz zwierzętom spokojnie zająć się wychowaniem młodzieży.

W czwartek sprawdzałem już wykoszone uprawy i wybierałem kolejne do pielęgnacji, bo trawa i chwasty rosną ostro. Gdy oglądałem uprawy położone wśród rozległych, prywatnych terenów rolnych nad jeziorem Białym i wracałem do mojego Rockiego:

 

przypomniał się mi  fragment wiersza  „Stepy Akermańskie” Adama Mickiewicza:

…Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,

Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi…

A to dopiero początek maja, w pełni sezonu bywa, że trawy sięgają dobrze ponad maskę!

Gdy przejeżdżałem do innego kompleksu leśnego, po drugiej stronie pól zauważyłem widoczną z daleka łachę żółtego piasku. Na zboczu leśnej uprawy powstała jakaś nowa nora. Postanowiłem sprawdzić, kto ją zamieszkuje, bo przecież leśniczy powinien wiedzieć, „co w lesie piszczy”.

Zostawiłem samochód na skraju drogi, aby nie jeździć rolnikowi po łące, zabrałem ze sobą aparat wiszący na oparciu fotela i ruszyłem brzegiem uprawy. Dęby i sosny dobrze rosną, choć wcześniej nękały je nieco pędraki. Młode listki dębów poczernił przymrozek, ale nie zagraża to bytowi drzewek. Doszedłem do niewielkiej nory, która miała kilka okien, czyli wyjść. Przed największym z nich była spora łacha świeżego piasku:

 

Liszka, bo na pierwszy rzut oka oceniłem, że to nora mykity, gdy spodziewa się potomstwa porządkuje norę i wysypuje "przed próg" świeży piasek z jej wnętrza. Przygotowuje w ten sposób "piaskownicę", gdzie bawią się potem niedoliski. Wspiąłem się wyżej po siatce ogrodzenia uprawy, wykorzystując narożny słupek. Przysiadłem na słupku, opierając się o sąsiednią młodą sosenkę i rozglądałem się po okolicy lisiej nory. Upewniłem się, że to nora  "mykity, rudego przechery", jak nazywają go myśliwi, symbolu przebiegłości i chytrości w wierzeniach wielu narodów. Świadczyły o tym lisie tropy, dobrze widoczne na piasku, resztki pożywienia i nieczystości. Borsuk jest pedantem i bardzo dba o czystość, zresztą jego nory są zwykle większe. Obserwowałem chwilę parę żurawi spacerujących wzdłuż trzcin oraz czajki i kwiczoły, które przegoniły myszołowa gdy pewnie nieopatrznie pojawił się zbyt blisko ich gniazd. Naraz coś mignęło mi w oknie lisiej nory:

 

 To „maślane” oczy niedoliska, które są niebieskie z przejściem w granat, obserwowały okolicę. Nie odważył się jednak wyjść. Po chwili, w innym oknie, nieco powyżej łachy piasku pojawił się rudy łepek:

 

Po czujnym rozejrzeniu się, maluch wyskrobał się z nory:

 

Powęszył trochę i pokręcił się między patykami ale trzymał się bliziutko nory:

 

W oknie nory migały inne, szare futerka. Lisy mają różną ilość młodych, czasem nawet 10, ale najczęściej 4-6. Podobno lisy potrafią przewidzieć stan populacji gryzoni, które przecież stanowią podstawę ich pożywienia i rodzą tyle młodych, ile są w stanie wykarmić. Samice gryzoni w okresie rozrodczym  produkują pewien hormon, który z kolei ma wpływ na owulację lisów. W ten sposób przyroda informuje lisy: „rozmnażajcie się spokojnie, myszek wystarczy dla waszych niedolisków”. Z moich obserwacji wynika też związek pomiędzy liczebnością dudków, a rójką chrabąszczy. W roku rójki chrabąszczy widuję dużo więcej kolorowych, ślicznych dudków niż zwykle. Mają po prostu mnóstwo łatwo dostępnego pokarmu.

Po chwili do odważnego liska dołączył drugi:

 

Małe liski są pokryte krótkim, ciemnoszarym futerkiem, które najpierw staje się nieco czekoladowe. Dorosłe lisy mają bardzo dużą zmienność ubarwienia. Są czerwonorude, płowe, szare, o barwie podobnej do zająca, prawie białe i bardzo ciemne i taki lis nazywany jest węglarzem. Są „krzyżaki” z ciemnymi, krzyżującymi się na łopatkach pręgami i lisy srebrnoszare. Ich stawki (kończyny) są zwykle bardzo ciemne, prawie czarne, a kita także o zmiennej barwie zakończona jest najczęściej białym kwiatkiem (to kępa dłuższych włosów, wieńczących ogon). U nasady kity jest fiołek- gruczoł zapachowy, produkujący ciecz, którą lisy znaczą swoje terytorium, po którym dyndają (charakterystyczny krok lisa) w poszukiwaniu pokarmu.

Niedoliski mają już pewnie ponad miesiąc, bo ich uszy są już czarne i sterczące, a wietrzniki, czyli pyszczki białe o rudawym zabarwieniu. Widać, że mają już mleczne zęby (pierwsze pojawiają się w 3 tygodniu życia), bo jeden z nich zaczął „piłować” sterczący w wylocie nory patyk:

 

Miesięczne liski zaczynają wychodzić z nory i stopniowo zapuszczają się coraz dalej. Gdy mają 2 miesiące wychodzą już na kilkanaście metrów od swojego gniazda. Te obserwowane przeze mnie trzymały się bardzo blisko nory, a gdy pobliskie żurawie zakrzyknęły coś swoim klangorem, błyskawicznie skryły się w oknie. Dobrze robią, bo instynkt jest w tej chwili ich jedyną bronią...

 Muszę zajrzeć do nich w wolnej chwili i sprawdzić, czy też mają zainteresowania owadami jak ich kuzyni z innego końca leśnictwa, o czym opowiadałem Wam wcześniej.

Miłej niedzieli i ciekawych obserwacji przyrodniczych!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

13:34, lesniczy.lp
Link Komentarze (11) »
czwartek, 08 maja 2014

W lesie trwa inwazja zieleni. Po typowych dla początku maja przymrozkach, które przerobiły na czarno młode liście dębów i na żółto świeże przyrosty modrzewi oraz świerków, zrobiło się ciepło. Gwałtownie przyrosły trawy i wszelka roślinność zielna. Zabieliły się łany konwalii, pachnie bzami i słychać wokół fletowe tony wilg oraz łkanie słowików. Słychać też buczące wykaszarki, bo inwazja zieleni zmusiła nas, leśników, do szybszego niż zwykle rozpoczęcia prac przy pielęgnowaniu upraw.

 To ważne zadanie, bo nie można dopuścić, aby chwasty zagłuszyły malutkie sadzonki, które pięknie przyrastają, ale muszą mieć dobre warunki do intensywnego rozwoju. Zbyt późne rozpoczęcie pielęgnacji niesie też ryzyko zniszczenia podczas wykaszania części sadzonek, a tego nie chcemy… Trwają też intensywne prace przy czyszczeniach prowadzonych w młodnikach, no i naturalnie wciąż jadą wozy z drewnem. W lesie wciąż coś się dzieje.

Także obok lasu. Kilka dni temu zadzwonił do mnie pan Leszek, naczelnik miejscowej Ochotniczej Straży Pożarnej. „Panie Jarku, mam kłopot i tylko pan może mi pomóc. Mam kilka bażantów, które wcześniej hodowałem w wolierze i chcę je wypuścić do lasu. Niech sobie żyją na wolności. Ale nie wiem gdzie…” Był jakiś taki przejęty i smutny.

Zażartowałem, może trochę głupio, aby rozładować atmosferę: - „Podobno z bażanta jest najlepszy rosół na świecie” Pan Leszek aż się zapowietrzył… „No wie pan, mowy nie ma! Są  jak członkowie rodziny, ale nie mogę ich dalej hodować. Niech sobie żyją i biegają na wolności. Pomoże pan?”.

No i jak nie pomóc? Leśnicy i strażacy współpracują jak widać w różnych sytuacjach. Wprawdzie bażant to przybysz z Azji, ale już od tylu lat żyje w Europie, że jest jak najbardziej „nasz”. W Polsce w XVI wieku wpisano go na listę rodzimej awifauny. Bażanty to piękne ptaki, żyjące na otwartych ale zakrzaczonych przestrzeniach, w pobliżu wód, szuwarów czy trzcin. Nie boją się zbytnio ludzi i podchodzą blisko zabudowań.

Znajdzie się miejsce dla kolejnych, bo przecież od lat myśliwi z okolicznych kół łowieckich zasilają okolice bażantami. Koguty teraz pieją w trzcinach i klapią skrzydłami, informując o zajętym rewirze. Czasem żyją w parach, ale zwykle jeden kogut dumnie prowadzi kilka kur. Wiadomo, że trzeba zająć się bażantami, skoro pan Leszek chce je darować przyrodzie.

 Odbierałem właśnie samochód od mechanika, bo byłem zmuszony mocno zainwestować w mojego Rockiego. Zimowe intensywne pozyskanie drewna i wiosenna kampania odnowieniowa, a co za tym idzie liczne kilometry przejechane w trudnych warunkach zrobiły swoje. Popękana rama, wybite zawieszenie, dziury w podłodze, a silnik kwalifikował się także do poważnych inwestycji… Mocno nadgryzłem swoje konto, ale cóż począć.

Prosto od mechanika pojechałem do pana Leszka i zapakowałem do auta skrzynki z bażantami. Po drodze obmyśliłem gdzie najrozsądniej je ulokować. Bażanty przyzwyczaiły się do ludzi i psów, a zatem należało je wypuścić raczej dalej od miejscowości. Wybrałem miejsce pośród pól, ale w pobliżu sporej zakrzaczonej remizy, blisko wody i pola z kukurydzą, gdzie bażanty chętnie się także chowają. W tej introdukcji bażantów pomagała mi żona:

 

Kury wystartowały ostro i „koszącym lotem” zapadły dość daleko w zbożu. Kogut wyskoczył ze skrzynki:

 Jednak usiadł na pole zaledwie kilka metrów od nas. Poszedł sobie spokojnie w kierunku  łanu trzcin.

Po otwarciu kolejnej skrzynki z kurami okazało się, że jedna z nich zniosła w niej jajko:

 

Oliwkowoszare jaja bażancie kury znoszą od kwietnia do lipca. W naturalnych warunkach bażanty mają zwykle jeden lęg w roku i w gnieździe, które jest  niewielkim zagłębieniem ziemi, skąpo wyścielonym puchem i trawą znajdziemy najczęściej 10-12 jaj. W warunkach wolierowych kury niosą nawet po 60 jaj, dlatego kura pozbawiona gniazda zostawiła je w skrzynce…

 

Jajko oddałem panu Leszkowi razem ze skrzynkami. Mam nadzieję, że bażanty zadomowią się szybko na polach za jeziorem i nie spotka je żadna przykra przygoda. Będą ozdobą pól i dodatkowo oczyszczą je ze ślimaków, różnych owadów, w tym nielubianej przez rolników stonki ziemniaczanej.  Po raz kolejny okazało się, że leśniczy przydaje się w przyrodniczych zdarzeniach, bywa, że bardzo nietypowych.

 Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

22:48, lesniczy.lp
Link Komentarze (6) »
sobota, 03 maja 2014

Trwa wielka majówka, która jednak nie rozpieszcza nas majową pogodą i ciepełkiem, bo dziś rano było 3-4 stopnie i wieje bardzo zimny wiatr od jeziora. Ale nie ma co narzekać, bo słońce pięknie świeci, a przecież są regiony kraju, w których dziś pada śnieg. Zanim rozpoczął się majowy weekend wybrałem się na przegląd upraw, bo wcześniejsza wiosna wymusza też wcześniejsze rozpoczęcie pielęgnowania młodych drzewek.

Na wielu uprawach leśnych wybujał już trzcinnik, świetnie rosną wszelkie chwasty, choć sadzonki sosen, dębów, buków czy brzóz także zazieleniły się pięknie i pędzą w górę do światła, które daje życie! Trzeba im jednak pomóc i objeżdżając oraz dokładnie obchodząc tegoroczne i starsze uprawy sporządziłem listę upraw do pielęgnacji. W poniedziałek zagrają już wykaszarki i umówiłem się z pracownikami „zula”, że pokażę im uprawy pilnie wymagające koszenia.

Trzeba dobrze przemyśleć taktykę prac, bo wykaszanie upraw nie jest sztampową pracą, polegającą na bezmyślnym machaniu spalinową kosą i wcale nie przypomina metodycznego koszenia trawnika. Inaczej kosi się uprawę sosnową, a inaczej dębową. Czasem trzeba zostawić nieco chwastów, aby osłaniały sadzonki przed pyskiem zwierzyny, kiedy indziej pozostawiona roślinność jest alternatywną karmą dla pędraków chrabąszczy. W tym roku są one najbardziej żarłoczne, bo w przyszłym roku będzie masowa rójka chrabąszczy. Gdy będą miały do dyspozycji korzenie chwastów nie dobiorą się tak szybko do korzeni sadzonek sosen, choć są miejsca, gdzie już widać żółte place…

Dojechałem na kolejną uprawę i zostawiłem na jej skraju samochód. To uprawa na skraju lasu i pola, wiedzie do niej malownicza droga okolona starymi wierzbami. Bardzo lubię to miejsce. Niedaleko odzywał się dzięcioł czarny, nawoływała się para żurawi, gwizdały szpaki na przydrożnych wierzbach. Słychać też było „hupkanie” kolorowego dudka. Sąsiedztwo starych wierzb wabi te piękne i pożyteczne ptaki, zatem muszę któregoś wczesnego ranka wybrać się tam z aparatem, aby „zapolować” na dudki.

Obszedłem część uprawy i wyszedłem na drogę. Miałem wrażenie, że ktoś na mnie patrzy. Rozejrzałem się i zobaczyłem wpatrzone we mnie skośne ślepia lisa:

 

Wygląda na liszkę, czyli samicę – pomyślałem sobie. Pewnie ma niedaleko norę. Kilka razy widziałem ją ostatnio w najbliższej okolicy. Jest smukła, ma potarganą sierść i „wymęczoną” kitę czyli pewnie opiekuje się gromadką małych niedolisków. W pobliżu jest fragment trzcinowiska i bór sosnowy położony na skarpie, czyli idealny biotop lisa. Nie ruszałem sią ani troszkę i lis po chwili obserwacji, dał sobie ze mną spokój i zaczął patrolować uprawę około 40-50 metrów ode mnie. Obserwowałem go długą chwilę i nabrałem pełnego przekonania, że to liszka. Trzymała się tego niedużego fragmentu uprawy i co chwilę zerkała w tę samą stronę lasu. Ruda matka z początku nie opuszcza zupełnie młodych, a potem trzyma się blisko nory.

Młode rodzą się zwykle na przełomie marca i kwietnia, a dopiero po 6-8 tygodniach wystawiają wietrzniki z nor… Widać było, że liszka jest głodna, bo gorączkowo obwąchiwała okolicę. Przestała zwracać na mnie uwagę, a ja przytuliłem się do słupka ogrodzenia uprawy, wewnątrz której kręciła się liszka. Patrolowała niewielki teren o promieniu najwyżej 20 metrów, niknąc co chwilę w trawach:

 

Raz po raz drapała coś w ziemi i podjadała. Może były to dżdżownice, larwy owadów, a może trawy lub jakieś bulwy, bo lisy także mają je w swoim menu. Wbrew pozorom lis nie poluje tylko na kury domowe, zające i młode sarny, ale odżywia się głównie drobnymi gryzoniami, ptakami i owadami. Lubi też ryby, gady i płazy. Ważnym składnikiem jego diety są owoce, nasiona i części roślin. Naliczono ponad 300 gatunków roślin i zwierząt, które są obiektem zainteresowania lisa. Choć nie tylko to, bo lisy zjadają też pozostawione przez ludzi w lesie opakowania po pożywieniu- folie, papier, tekstylia oraz sznurki i nici. Trafiły one na jego kęs, bo tak nazywa się zęby lisa po wywąchaniu przez wietrznik, czyli nos. Lis ma świetny węch i potrafi z daleka poczuć potencjalną zdobycz oraz doskonały słuch.

Zauważyłem, że liszka co chwilę kłapie pyskiem w powietrzu, a potem żuje coś dokładnie. Gdy zbliżyła się bliżej okazało się, że poluje na motyle!

Stała chwilę przy kwitnącej kępie roślin:

 

Czekała, aż zbliży się kilka motyli i kłapała paszczęką. Ale spryciara! Było około 11, słońce już nieźle przygrzewało to i motyli pojawiło się sporo. Liszka czekała cierpliwie na kolejne owady i wyskakiwała ponad trawy. Nie gardziła nawet innymi, drobnymi owadami, bo gdy kłąb muszek nad jej głową zrobił się gęściejszy to „strzelała” w górę otwartym pyskiem. Niestety nie mam takich umiejętności jak np. słynni fotografowie przyrody Tomasze Ogrodowczyk czy  Kłosowski i nie zdołałem złapać lisa w kadr w takim skoku…

Co chwilę polujący lis zastygał w bezruchu:

 

 czekał na owady i… kłap paszczęką. Żuł potem dokładnie owady i zagryzał roślinami. Obserwowałem go dłuższą chwilę ale naraz usłyszałem charakterystyczny głos zaniepokojonej wiewiórki. Śledziła z drzewa poczynania lisa i była bardzo rozemocjonowana. Pewnie to także matka małych wiewiórcząt i obawiała się, że lis może zmienić zainteresowanie i z entomologii przejść na drobne gryzonie. Na drzewie była jednak bezpieczna. Przesuwała się skacząc z drzewa na drzewo i wciąż śledziła lisa. W pewnym momencie odległość pomiędzy drzewami była zbyt duża i musiała zejść na ziemię. Pędziła szybko do upatrzonego dęba i wtedy zobaczyła mnie:

Zrobiła „ostre hamowanie” i zwiała z powrotem. Ciekawość i wścibstwo nie popłaca... Lis nadal kontynuował swoje entomologiczne czynności i starannie konsumował owady, a wiewiórka teraz bacznie obserwowała mnie z bezpiecznej wysokości:

 

Nie mogłem jednak dłużej obserwować rudych zwierzątek bo zostało mi jeszcze wiele upraw do obejścia. Zostały także do skontrolowania pułapki na szeliniaka- chrząszcza groźnego dla sosnowych upraw i wiele innych spraw. Za chwilę dzwonił podleśniczy, który zakończył wydawanie drewna, a na mnie czekał kolejny przewoźnik. Przed rozpoczęciem majowego weekendu transferowałem do systemu informatycznego nadleśnictwa kilkanaście kwitów wywozowych z 2 ostatnich dni kwietnia.

W wolnej chwili muszę sprawdzić, czy małe niedoliski odziedziczyły po rudej mamie zainteresowania entomologiczne i także lubią polowania na owady.

 

Leśniczy Jarek – lesniczy@erys.pl

 

11:44, lesniczy.lp
Link Komentarze (7) »
czwartek, 01 maja 2014

Było wszystko jak tradycja nakazuje: maj, kasztany, lekkie zdenerwowanie… Nie było jednak białych bluzek, czarnych spódnic i garniturów, bo to była matura zdawana w Technikum Leśnym w Rogozińcu. W przestronnej, szkolnej stołówce było zielono od leśnych mundurów, bo w mojej klasie podzielonej na „a” i „b”, czyli na „asy” i „barany” było ponad 40 osób.

Był to rok 1984, a potem po zdobyciu świadectwa maturalnego i dyplomu technika leśnika, zdecydowana większość z nas ruszyła w lasy. Niewielu z nas myślało wtedy o studiowaniu, każdy chciał w las, do pracy i  swobodnej dorosłości. Na studia zaraz po maturze z całej, naprawdę zdolnej klasy poszło chyba 6 osób. Większość z nas pochodziła z małych miejscowości, było wielu leśników „w którymś tam” pokoleniu i celem, marzeniem była praca na stanowisku leśniczego. Do tego potrzebny był tytuł technika-leśnika, świadectwo maturalne była wtedy prestiżem, ale w zasadzie nie etapem w drodze na studia.

 Studiować trzeba było w mieście, z dala od ukochanego lasu, a tu często nadleśniczy lub miejscowy leśniczy dopytywał się kiedy wreszcie koniec tej szkoły, bo potrzeba rąk do pracy… Kolejnym etapem była dwuletnia służba wojskowa, ale kto by się nią przejmował po 5 latach spędzonych w internacie, gdzie obowiązywały mundury, przystrzyżone regulaminowo włosy, poranna zaprawa fizyczna, codzienne apele, gdzie szef rady internatu odczytywał rozkaz dzienny i dzielił „rejony” do sprzątania? Wszyscy absolwenci bardzo dobrze wspominają leśną szkołę w Rogozińcu. Były praktyki zawodowe, gdy uzbrojeni w hełmy, piły i siekiery pobrane od „Kulesia”  z baraku pozowaliśmy do fotki:

 

Były lekcje terenowe z profesorem „Kokonem”, który mówił w trakcie odpytywania z biologii jakiegoś owada: „A ty go drabie widzisz? Ty nie ściemniaj, bo ty go wcale nie widzisz!”:

No i nasze ulubione zajęcia z WF z profesorem Wackiem Adamskim, który wciąż trzyma formę i mieszka z żoną Wandą w Rogozińcu:

 Mieliśmy "pakę", która w nogę (choć nie tylko)  gromiła wszystkich wokół...

Kiedy spotkaliśmy się w Rogozińcu 20 lat po maturze, a  było nas 37 osób, to zgodnie orzekliśmy, że to dzięki dobrej edukacji  w TL wyszliśmy” na ludzi”. Część z nas uzupełniła potem swoje wykształcenie, ale wszystko to, co niezbędne do pracy leśnika wynieśliśmy z technikum.

Na zjeździe naszego rocznika, w równe ćwierć wieku po ukończeniu tej zacnej szkoły, pokusiłem się o małe badanie socjologiczne pośród absolwentów. Dziś, w czasach gdy rzuci się „na mieście” kasztanem i trzeba mieć wiele szczęścia, żeby nie trafić w magistra (najczęściej bezrobotnego) mogą być one nawet szokujące…

   Przez rocznik absolwentów 1984 przewinęło się 49 nazwisk. TL ukończyło 39 osób i ich sympatyczne gęby często oglądam na  oprawionym w drewniane ramki „tablo” wiszącym na honorowym miejscu w mojej kancelarii leśniczego.  Z 39 absolwentów na dzień zjazdu 25-lecia aż 20 pracowało w LP, jeden był właścicielem dużego Zul-a, jeden z absolwentów został  następcą naszego drogiego wychowawcy „Kokona”- nieżyjącego już, niestety, Tadeusza Wasylewicza i uczy ochrony lasu w TL Rogoziniec. 12 osób to przedsiębiorcy, z których 4 prowadzi działalność związaną z leśnictwem i rolnictwem, a 1 z branżą drzewną. Jeden z dawnych absolwentów jest dyrektorem szkoły podstawowej i często wysyła młodzież na edukację przyrodniczą, jest też oficer- nawigator, oficer żandarmerii,  dwie osoby już nie żyją, a pracowały także w lasach.

Każdy „mądrawy chłopaczek”, jak mawiał nasz dawny nauczyciel matematyki, Wojciech Zieliński, szybko policzy, że na 39 absolwentów sprzed 25 lat aż 29 związało swoją karierę zawodową  z lasami. A z racji tego, że to było już ćwierć wieku po maturze, to  sporo ”naszych” oprócz brzuszka i łysiny, gromadki dzieci i zacnej małżonki, dorobiło się poważnych stanowisk. Bo z  rocznika 1984 wywodził się wtedy wicedyrektor regionalnej dyrekcji LP, inspektor LP, nadleśniczy, dwóch zastępców nadleśniczego, 10 leśniczych i 5 podleśniczych. Na emigracji za granicą były cztery osoby.

Teraz, gdy znowu kwitną kasztany, a w kalendarzu rok 2014, pora pomyśleć o kolejnym spotkaniu absolwentów TL Rogoziniec- przecież to już 30 lat od tej pamiętnej matury!

Drodzy Absolwenci Technikum Leśnego w Rogozińcu- rocznik 1979-1984! Zapraszam Was na zjazd naszego rocznika. Pamiętacie naszą klasową wycieczkę do Łagowa? Może znowu warto wdrapać się na basztę Zamku Joannitów, jak kiedyś?

Poznajecie? Od lewej Witek, ja, Rysio i tyłem Miras… Jakie pocieszne chudzielce!

Właśnie z Witkiem oraz z Leszkiem wpadliśmy na pomysł, aby spotkać się w lubuskim Łagowie w uroczo położonym, „klimatycznym” ośrodku LEŚNIK:

ZAPRASZAMY NA ZJAZD 30-LECIA

 

Termin spotkania: sobota - niedziela 27-28 września 2014, 

                              Rozpoczęcie:  sobota godzina 16.00

 

Miejsce spotkania:   O.W.  Lasów Państwowych “Leśnik” w Łagowie Lubuskim, ul. Chrobrego 10, 66- 220 Łagów

http://www.lesnik.ta.pl/index.php

Zachęcamy do przybycia na spotkanie z osobami towarzyszącymi!

 Uczestnictwo należy deklarować w miarę możliwości jak najwcześniej kontaktując się z Wieśkiem Nowakiem (tel 602154814) ewentualnie ze mną ( tel 602581643), ale opłaty za zjazd należy dokonać na konto ośrodka Leśnik w terminie od 01 do 10 września. Każdy zainteresowany zjazdem i szczegółami organizacyjnymi niech dzwoni lub pisze na emaile służbowe lub mój zamieszczony niżej.

   

Bardzo prosimy o rozpowszechnienie tej informacji pośród wszystkich, którzy w latach 1979 -1984 mieli kontakt z TL Rogoziniec no i :

 

DO ZOBACZENIA W ŁAGOWIE 27 WRZEŚNIA 2014 O GODZ. 16.00

 

Leśniczy Jarek – lesniczy@erys.pl

 

 

15:52, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »