O tym co w lesie piszczy...
O autorach
RSS
czwartek, 07 sierpnia 2014

 

Wczoraj w Pszczewie po raz 13 pojawili się rzeźbiarze, którzy zjechali z różnych zakątków Ziemi Lubuskiej na Plener Dużej Rzeźby w Drewnie. Warkot pił, uderzenia pobijaków, dźwięk dłut i zapach drewna, magia drewna… Drewno to doskonały surowiec o różnorodnych zastosowaniach.

To drewno, które zwieziono na Plac Magdaleński przy pszczewskim kościele z pewnością jest magiczne. Przecież pochodzi z okolicznych lasów, które widziały przez wieki tyle ciekawych wydarzeń...

 

Pierwsze sześć plenerów odbywało się przy pszczewskiej leśniczówce i wspierało je, także w postaci surowca na rzeźby, „moje” Nadleśnictwo Trzciel. Potem mecenasem pleneru stało się Nadleśnictwo Bolewice, a w tym roku dołączyło także Nadleśnictwo Międzychód. Leśnicy dostarczyli piękne, dębowe kłody pełne magii jako surowiec, a co dopiero będzie gdy drewno poznaczone dłonią i dłutem artystów stanie się rzeźbą?

Na razie jednak mały Szymon spaceruje sobie po dębowych pniach, z uwagą słucha babci Haliny i pewnie nie wie, że z tych kłód za kilka dni powstanie m.in. wiedźma, mnich oraz ławka z kotkiem i myszką, która stanie w przedszkolu:

Przed otwarciem pleneru wpadliśmy z Reginką przywitać się i pogadać z rzeźbiarzami:

Rozpoczęcie pleneru ściąga zwykle różnych gości:

Stefan Szymoniak zadumał się nad dębowymi pniami w oparach artystycznej magii drewna:

Każdy z rzeźbiarzy zainspirowany bardzo ciekawą i sięgającą VIII wieku historią Pszczewa szuka pomysłu na rzeźbę w przedziwnych kształtach, które przez lata tworzyła z drzew natura. W tych pniach zaklęta jest też magia towarzysząca pracy i służbie leśników, którzy odpowiednio długo dbali o te dęby.

Dziś od rana na placu koło kościoła warczały już piły, bo artyści po obejrzeniu zachodu słońca tonącego w falach pszczewskiego jeziora i długich dyskusjach podjęli decyzje dotyczące tematyki rzeźb.

Pomimo kłopotów technicznych Henia z upartą piłą:

z niekształtnych do tej pory pni zaczęły wyłaniać się  różne kształty…

To  początek pracy  Grzegorza Hadzickiego:

Jurek Kopeć wydobył już z dębowych słojów twarz mnicha:

Nad kłodą pochyla się też Janusz Orzepowski i Henryk Grudzień, a niebawem poznamy bliżej dzieło ich rąk…

Plener organizowany jest przez Gminny Ośrodek Kultury w Pszczewie kierowany od lat przez dyrektor Wandę Żaguń. To wyjątkowe wydarzenie oraz sympatycznych rzeźbiarzy odwiedza wielu ludzi, którzy rozmawiają z artystami, zgadują tematykę rzeźb i z podziwem spoglądają jak w krótkim czasie, w magiczny sposób z topornych i czasem niekształtnych pni powstaje artystyczny twór.

 To właśnie połączenie magii myśli ludzkiej i magii drewna, które ukształtowała przyroda. Leśnicy mają często do czynienia  z każdą z tych odmian magii, bo są przecież naturalnym łącznikiem pomiędzy przyrodą i ludźmi...

 W trakcie pleneru można zakupić mniejsze rzeźby, które wystawiają artyści lub zamówić coś specjalnego dla siebie lub kogoś bliskiego. Wokół unosi się atmosfera magii i to wspaniałe, specyficzne uczucie czegoś wyjątkowego, wymalowane na twarzy Henryka Grudnia:

Zachęcam do zainteresowania się rzeźbą w drewnie, może uda się poznać przy okazji magię drewna znaczonego dłutem, a kto może niech zajrzy na pszczewski plener, bo 13 wcale nie jest pechowa. Wiem co mówię, bo urodziłem się trzynastego…

Plener w Pszczewie trwa od 6 do 9 sierpnia.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

21:20, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
sobota, 02 sierpnia 2014

Wprawdzie leśniczy to nie entomolog co chodzi z lupą lub siatką na motyle, ale sporo czasu musi poświęcać na obserwacje różnych owadów. Mają one wielkie znaczenie dla lasu i jego trwałości, stąd znajomość ich biologii, umiejętność rozpoznawania gatunków owadów oraz ich żerów to ważna cześć pracy leśniczego. Od wiosny do jesieni trzeba zaglądać w korony drzew szukając larw i dorosłych owadów, odkrywać korę uschniętych drzew, obserwować usychające sadzonki i siewki na uprawach i zaglądać pod ziemię kontrolując populację pędraków chrabąszczy.

Polska z racji centralnego położenia w Europie, gdzie ścierają się wpływy dwóch klimatów: oceanicznego i kontynentalnego jest bardzo podatna na gradacje szkodliwych owadów. Nasze lasy są nieustannie zagrożone przez różne gatunki owadów, charakterystyczne dla obu tych klimatów. Są one znane leśnikom od lat, ale też przybywają nowe. Wystarczy tu przypomnieć niedawno poznanego szrotówka kasztanowcowiaczka, który przywędrował z Bałkanów i nęka nasze piękne kasztanowce. Ze smutkiem patrzę na ich coraz bardziej brązowe liście. Żaden z krajów Europy nie jest tak zagrożony i tak często nękany gradacjami około 50 gatunków owadów jak Polska.

Stąd latem leśnicy wiele swojego czasu poświęcają na obserwowanie owadów oraz na profilaktykę, która zabezpiecza las przed nadmiarem owadów. Ostatnie dni to czas mniszki. Wcale nie chodzi tu o mniszkę zatopioną w modlitwie w cichym klasztorze. Brudnica mniszka to motyl wielkości około 4 cm, który rozpoczyna lot około połowy lipca. Możemy je w lipcu, sierpniu i na początku września zobaczyć siedzące na drzewach:

Motyle brudnicy mniszki żyją krótko, zwykle do 14 dni. W tym krótkim czasie trzeba znanymi leśnikom sposobami śledzić ich lot i rozwój, aby nie dopuścić w przyszłości do gwałtownego wzrostu populacji. Bezpośrednim zagrożeniem dla lasu są gąsienice mniszki, które wylęgają się na przełomie kwietnia i maja. Są mocno owłosione, a przez ich grzbiet przebiega ciemna pręga. Przez pierwsze dni po wylęgu larwy przebywają na korze drzew, tworząc skupiska, które leśnicy nazywają lusterkami. Potem pełzną w korony drzew, by tam żerować na liściach lub igłach. Potrafią spowodować ogromne szkody, doprowadzając do znacznego osłabienia drzewa. Są bardzo żarłoczne i gdy występują licznie potrafią ogołocić korony drzew na dużym obszarze, nie pozostawiając na gałęziach liści czy igieł.  W ten sposób spore fragmenty lasu mogą zamierać, a nawet gdy jest ich mniej, narażają osłabione ich żerem drzewa na zasiedlanie przez szkodniki wtórne, np. korniki. Dlatego leśnicy bacznie obserwują mniszki. Służą do tego m.in. plastikowe pułapki w kształcie lejka, gdzie pomiędzy skrzyżowanymi skrzydełkami umieszcza się czerwoną gumkę –feromon.

Wydziela on zapach samicy zwabiający do pułapki samce. Gdy lata dużo motyli w pułapce możemy znaleźć i jedne, i drugie. Przez kilka dni w jednej pułapce, w foliowym worku pod spodem lejka może zgromadzić się kilkaset sztuk. Przy okazji warto podkreślić, że wszelkie pułapki feromonowe wykładane w lesie na różne owady są ważne i potrzebne, stąd nie można ich niszczyć co, niestety, często się zdarza. Utrudnia to porównywanie wyników i właściwą ocenę zagrożenia naszego lasu. No i jest oczywiście smutnym dowodem braku kultury i przewagą genów szkodnika w dumnym egzemplarzu stworzenia, które nazywa się istotą myślącą.

Szczególnie często giną foliowe worki, będące częścią pułapek, zabierane pewnie przez zbieraczy kurek. Jest to zdecydowanie głupi pomysł, bo nie dość, że niszczy się pułapkę, to jeszcze źle przechowuje smaczne, jadalne grzyby, co często jest przyczyną kłopotów zdrowotnych. Zostawmy pułapki w stanie nienaruszonym, niech dobrze służą leśnikom a na kurki wyruszajmy z koszykiem.

W moim leśnictwie w stałych, co roku tych samych punktach, obserwuję lot brudnicy mniszki w pułapkach wywieszonych w 4 oddziałach na 83 jakie są w moim leśnictwie. Co kilka dni dni zaglądam do każdej pułapki, wyjmuję złapane motyle i liczę je. Zdarza się, że w jednej pułapce jest nawet ponad 300 szarych motyli. Ich liczba w pułapce początkowo rośnie, osiąga kulminację a potem spada. Gdy ocenię, że liczba motyli w pułapce świadczy o kulminacji rójki przystępuję do przeglądu wszystkich drzewostanów i wypatruję siedzących na drzewach samic.

Mamy opracowane specjalne metody liczenia mniszek: transektu lub dwudziestu drzew, które pozwalają na dokładną ocenę rozmiaru rójki i kontroli potencjalnej gradacji. Wymagają one od leśniczego przejścia wielu kilometrów liniami oddziałowym:

Przy okazji obserwuję też inne zjawiska w lesie, występowanie grzybów (m.in. opieńki, korzeniowca) i innych groźnych owadów, m.in. motyli barczatki sosnówki, która także teraz ma rójkę. Przemierzyć liniami oddziałowymi ponad 2 tysiące hektarów to żmudna i ciężka praca, tym bardziej w trakcie tak piekielnych upałów jak obecnie oraz dodatkowo w towarzystwie much, bąków i całego gryzącego towarzystwa. Na poniższej fotografii widać tylko niewielką część leśnictwa:

Jak do tej pory nie ma powodów do niepokoju, bo spotykam w trakcie kontroli tylko pojedyncze samice. Trzeba być jednak czujnym i sumiennie przejść całe leśnictwo, aby nie powtórzyła się gradacja z lat 80 XX wieku, kiedy to na jednej sośnie można było naliczyć nawet tysiąc mniszek. Mam nadzieję, że od poniedziałku będzie już chłodniej…

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

 

 

20:16, lesniczy.lp
Link Komentarze (8) »
wtorek, 29 lipca 2014

Niepostrzeżenie wchodzimy w czas późnego już lata. Upał daje się niemiłosiernie we znaki, a las pokryty jest kurzem, który podobno niebawem ma spłukać deszcz. Czekam na niego z utęsknieniem, choć rolnicy są bardzo zainteresowani dobrą pogodą czyli ciepłą i suchą, bo żniwa w pełni. Każdy ma inne marzenia bo ja nie cierpię upałów.

 

W lesie nadal trwają prace przy usuwaniu złomów i wywrotów, a trzebieżowy harwester Vimek pracuje w trzebieżach na gruntach porolnych, gdzie w tej chwili pojawiło się mnóstwo suchych sosen. Trzeba je jak najszybciej usuwać z lasu, aby nie były siedliskiem rozwoju dalszych owadów i grzybów oraz rozsądnie zagospodarować drewno, zanim jeszcze zbytnio nie straciło na jakości. Wielką przyjemnością jest wybrać się teraz do lasu bardzo wczesnym porankiem. Jest rześko, chłodno i można swobodnie oddychać pełną piersią. Po okresie milczenia, gdy trzeba było zajmować się pomarańczowymi pisklakami, znowu rankiem odzywają się żurawie. Chętnie maszerują pomiędzy zbożami, które znikają już z pól za sprawą huczących do późna kombajnów:

Młode są już nieźle wyrośnięte i dorównują prawie rodzicom:

Na ścierniskach rankiem pożywiają się gęsi:

Czasem pomiędzy wysokimi zbożami i trawami przemkną jelenie lub dziki ale praktycznie za każdym wyjściem jest szansa  spotkać sarny. Rogacze mają teraz kasztanoworude suknie i dumnie noszą pięknie wytarte parostki:

Ptaki odzywają się już coraz rzadziej ale wśród pól o poranku donośnie pokrzykują przepiórki. Na podwórzu leśniczówki także można spotkać ciekawe ptaki zażywające cienia pod rozgałęzionym orzechem:

Z powodu upału pijemy mnóstwo chłodnych płynów i bardzo grymasimy podczas posiłków, bo na nic teraz nie ma apetytu. Dlatego warto jak najszybciej wybrać się do lasu w poszukiwaniu smaków lata.

Zwykle nie doceniamy należycie tych pyszności, które oferuje nam las. Raczymy się egzotycznymi potrawami, dodatkami, owocami, szukamy w  nich zachwycającego smaku i ratunku dla naszego zdrowia, a przecież  tuż obok nas, na wyciągnięcie ręki jest darmowa spiżarnia pełna zdrowia.

To świetna pora na korzystanie z pysznych i zdrowych owoców z lasu. Po co wydawać pieniądze, czytać z niepokojem metki i liczyć wszelkie „E” w składzie produktu, śledzić reklamy jak można samemu z lubością kosztować wykwintnych i zdrowych owoców?

Wcale nie trzeba kończyć studiów medycznych czy farmaceutycznych, nie trzeba być ekspertem w żywieniu, aby wiedzieć, ze leśna poziomka to samo zdrowie:

Dawniej każda wiejska gospodyni i każde dziecko wiedziało jakie właściwości mają poszczególne owoce, jak i kiedy je zbierać. Zbierane i zjadane na surowo, lub przezornie zgromadzone w spiżarni w postaci przetworów, były rezerwuarem zdrowia dla całej rodziny.

Czy wiecie, że 300 g świeżych owoców zapatruje w pełni nasz organizm w niezbędne nam witaminy i przeciwutleniacze? Czy znacie właściwości leśnych owoców? Przecież co może być zdrowszego od poziomek zbieranych na leśnej polanie? Ich smaku i aromatu nawet nie można porównać do tych pochodzących z ogródka. Konfitura z poziomki zawiera wiele pektyn, które usprawniają prace jelit i likwidują zaparcia. Ma dużo żelaza i pomaga osobom z anemią a także wspomaga leczenie reumatyzmu. Podczas przygotowania konfitury z poziomek pamiętajcie, aby je krótko smażyć, bo nabierają gorzkawego posmaku od malutkich pesteczek. Można go zneutralizować dodając nieco cytryny, ale to zmienia fantastyczny, niepowtarzalny poziomkowy smak. Ten boski smak ma nalewka poziomkowa, której najwyżej jeden maleńki kieliszek wypijany wieczorem, szczególnie w okresie grypy, pozwoli zachować zdrowie i działa rozgrzewająco. Poziomek już praktycznie nie ma w lesie ale spotkamy jeszcze leśne maliny:

Świetną propozycją na zimowe i jesienne przeziębienia jest sok poziomkowo-malinowy. Maliny zawierają kwas elagowy, który hamuje rozwój komórek rakowych. Sok działa napotnie, łagodzi stany zapalne w organizmie i jest wskazany osobom po przebytym zawale serca. Maliny są idealne dla dzieci, które mają skłonności do nawracających chorób infekcyjnych oraz dla osób starszych i schorowanych. Kilka razy obserwowałem w Tatrach niedźwiedzie w maliniaku lub w jagodniku. Zastanawiałem się, jak tak wielkie zwierzę może się najeść niewielkimi owocami. Widać może i jeszcze z jakim pożytkiem dla zdrowia. Ruszajmy zatem na leśne maliny i najlepiej jak wybiorą się tam dziadkowie z wnukami. Zobaczcie, że warto:

Sok malinowy to sprawdzony i skuteczny lek na grypę.  A do tego jaki pyszny. Nawet największy malkontent od mlecznych potraw oblizuje się po budyniu z sokiem malinowym…

Maliny warto łączyć jeżynami, które dojrzewają na raty i teraz to pełnia jeżynowego sezonu. Rosną na nasłonecznionych skrajach lasu i czasem warto pokłuć się ostrymi kolcami dla pysznych owoców, szczególnie skąpanych w porannej rosie:

Prawdziwym skarbem dla zdrowia są leśne czarne jagody. Tak potocznie mówi się na owoce borówki czarnej, które charakterystycznie barwią „dzioby” i dłonie tych, którzy mogą szczęśliwie degustować je prosto z krzaków. Surowe owoce są najsmaczniejsze i najzdrowsze, choć naturalnie można je także mrozić i robić rozmaite przetwory korzystając z tradycyjnych przepisów babć i mam. Owoce borówki to prawdziwy przysmak i praktycznie obowiązkowa pozycja w spiżarni naszych babć, choć i dziś nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że to prawdziwy skarb dla zdrowia.

Niepozorne czarne borówki to jedne z najzdrowszych owoców świata i działają dobroczynnie na nasz cały organizm. Opóźniają proces starzenia się organizmu, dobroczynnie działają na serce i układ krążenia, ale przede wszystkim chronią przed chorobami oczu oraz poprawiają ostrość widzenia. Polecane są dla kierowców, a w czasie II wojny światowej obowiązkowo karmieni nimi byli lotnicy przed nocnymi lotami. Bogactwo antycyjanów skutecznie chroni przed groźnymi chorobami cywilizacyjnymi: Alzheimera i Parkinsona oraz wspomaga zwalczanie nowotworów. Wszystko to można mieć za darmo, wystarczy tylko wybrać się do lasu i przy odrobinie wiedzy czerpać pełnymi garściami ze smaków lata. Dla wielu to nieosiągalne marzenie, bo nie wiedzą gdzie rosną poziomki, maliny czy borówki. Inni wolą wyszukane menu i nie doceniają tego co mają w zasięgu ręki. Zamiast zachwycać się „ekskluzywnymi” daniami w wytwornej restauracji sięgnijmy do przepisów przodków, a potem po słoiczek z półki samodzielnie zaopatrzonej spiżarni.

Smacznego lata!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

22:20, lesniczy.lp
Link Komentarze (11) »
wtorek, 22 lipca 2014

Nagrałem nową płytę- napisał w 2006 roku Józef Skrzek na swojej stronie www.skrzek.com. „W mieścinie na północnym pojezierzu Polski znalazłem inspiracje u Marii z Magdali...Pszczew tak nazywa się to miejsce i organy w tamtejszym kościółku zagrały wspólnie z Moogiem i Rolandem”

 Dziś imieniny Marii Magdaleny, patronki miejscowej parafii, ciekawej i fascynującej wielu postaci, związanej z początkami chrześcijaństwa i życiem Jezusa Chrystusa. W moim salonie wisi stary obraz przedstawiający Marię Magdalenę czytającą księgę. To jedyna pamiątka po mojej babci, która nosiła to imię. Dlatego i z tego powodu 22 lipca zawsze wspominam Marię Magdalenę. Słucham właśnie płyty Józefa Skrzeka i wspominam też jego fascynację pszczewską przyrodą. Bo przecież przyroda inspiruje artystów, tylko trzeba nauczyć się jej słuchać i dotykać

 

Dziś kolejny dzień upałów i temperatura wciąż przekracza 30 kresek na termometrze. „Zulowcy” pracują wcześnie rano i czasem jadą drugi raz po południu, gdy upał nieco zelżeje, bo nie sposób wytrzymać w lesie w takim skwarze. Pracują jednak w akordzie i gdy nie zważając na upał, kurz i uporczywie gryzące wszelkiej maści muchy, bąki, „ślepaki” i inne insekty, nie postawią „ileś tam” stosów drewna lub nie wykoszą hektarów upraw, to nie zarobią. Trzeba przecież zarobić na siebie i rodzinę, zapłacić daninę „królowi zusowi”, płacić leasing za sprzęt i ponosić wiele innych kosztów. Pracujemy teraz przy usuwaniu złomów i wywrotów po ostatniej wichurze i jak zwykle okazało się , że w stosunku do pierwotnego szacunku strat jest ich dużo więcej. Staram się wcześnie rano załatwić sprawy w terenie, choć i w południe trzeba czasem ganiać po lesie.

 Dziś w samo południe najpierw pokazywałem szefowi „zula” zakres prac, a potem jeszcze poprawiałem wyznaczanie trzebieży, bo w lesie wciąż coś się zmienia, usycha, choruje. Jutro wkracza tu trzebieżowy harwester. Gdy poszerzałem drogę, wybierałem miejsca na stosy drewna i planowałem szlaki operacyjne podeszli do mnie turyści z Jeleniej Góry. Pytali gdzie mogą nazbierać grzybów i czarnych borówek. Wskazałem im miejsce, gdzie jest szansa na skosztowanie borówek ale grzyby? W lesie sucho aż trzeszczy, a ściółka leśna ma zaledwie kilka procent wilgotności. Nie ma szans na grzybobranie.

 „Wklepywałem” potem pół dnia do rejestratora drewno pochodzące ze złomów i wywrotów i dopiero wieczorem mogłem pomyśleć o Marii Magdalenie i wspomnieć niezwykłą postać Józefa. A było to tak:

 Gorący, lipcowy wieczór w kościele Św. Marii Magdaleny w Pszczewie, ludzie z całej Polski, Europy, Bóg wie skąd jeszcze, pszczewianie, ich goście, rodzina, znajomi, ludzie w różnym wieku jednakowo zasłuchani w Muzę Józefa Skrzeka...

Wspaniałe brzmienie XIX-wiecznych organów, moog, harmonijka ustna i doskonały, niesłychanie uduchowiony i specyficzny wokal Józefa.

Ten koncert każdemu uczestnikowi tego niezwykłego wydarzenia zapisał się głęboko w pamięci i  poruszył pewnie każde serce. Moje szczególnie…

 Pewnie można się zastanawiać dlaczego to właśnie tutaj, w malutkim Pszczewie, ten znany na całym świecie muzyk koncertował kilkakrotnie i nagrał płytę „Maria z Magdali”. Kompozycje Józefa do tekstów z Biblii, słów Aliny Skrzek, Wojciecha Bąka, Romana Brandstaettera w pszczewskim kościele zabrzmiały zupełnie inaczej. Płyta jest charytatywnym dziełem Józefa Skrzeka wspierającym wciąż trwający remont zabytkowego kościoła. Swój udział w tym, że ta płyta została wydana miał ówczesny pszczewski proboszcz ksiądz Zygmunt Mokrzycki. Dokonał on  wyboru przemówień Jana Pawła II, które znalazły się na płycie, jest też jej producentem.

 Słynny multiinstrumentalista i wokalista Józef, znany także ze współpracy z Czesławem Niemenem i światowej sławy muzykami z różnych krajów, założyciel legendarnego SBB bywał z rodziną wielokrotnie w Pszczewie. Gościł z żoną i córkami u proboszcza ks. Zygmunta Mokrzyckiego, „na dworze Zygmunta”, jak żartobliwie nazywał Józef zabytkową plebanię. W czasie tego pobytu i wypoczynku w Pszczewie, Józef Skrzek i jego małżonka Alina- autorka słów do wielu jego  utworów, poznali Pszczew i jego okolice oraz czerpali inspirację do dalszych twórczych uniesień z pszczewskiej przyrody, bogactwa pięknych jezior i lasów oraz spokoju, który drzemie w otaczających nas zakątkach.

Byłem ich przewodnikiem w poznawaniu pszczewskiej przyrody i z wielką satysfakcją obserwowałem ich fascynację zielonym bogactwem.

 Są przecież dziećmi śląskiej ziemi i może dlatego tak zauroczyła ich lubuska przyroda. Józef upodobał sobie szczególnie śródleśne jeziora i badał ich akustykę, marząc o koncercie kiedyś, w przyszłości, gdzieś tu pośród tych jezior i lasów. Wstawał bardzo wcześnie rano i chodził po rosie wokół pszczewskiego jeziora słuchając odgłosów przyrody. Wypytywał mnie o rozmaite leśne sprawy. Szkoda, że po zmianie proboszcza już od kilku lat nie pojawia się w Pszczewie bo wiele się nawzajem nauczyliśmy od siebie.

 Żadne słowa nie oddadzą tego nastroju i wrażeń jakich dostarczyły słuchaczom jego niezwykłe koncerty na pszczewskie organy, moog, Roland, harmonijkę ustną i jedyny w swoim rodzaju wokal Józefa.

 

 Chyba, że będą to słowa Wielkiego Polaka- Karola Wojtyłły, do którego słów Skrzek skomponował utwór „O Panie przebacz mej myśli”:

 Tylko przyjmij o Panie, ten podziw, który w sercu się zrywa...

 Józef Skrzek i Alina, ta wspaniała muzyka i te proste słowa Wielkiego Człowieka w murach i głębi pszczewskiego kościoła obudziły podziw i ogromne wzruszenie uczestników tego wydarzenia. To naprawdę pamiętne chwile, do których wracam wspomnieniami w lipcu każdego roku. Maria Magdalena spoglądająca z pszczewskiego ołtarza wydawała się wtedy żywą istotą, z błąkającym się na ustach uśmiechem zadowolenia.

 Fani Józefa na całym świecie zastanawiać się pewnie będą, skąd ta fascynacja Józefa Marią Magdaleną i wiejskim kościołem w małym Pszczewie, wschodem słońca nad pszczewskim jeziorem i co spowodowało, że tyle siebie zostawił nam wszystkim, którzy słuchaliśmy:

 Magdaleno... stań pogodna w tym jeziorze traw...Miłośnico kwiatów i potoków...Magdaleno patrz już minął deszcz...Piękno żywe dookoła dojrzewa...Magdaleno...

Wiele razy zachęcałem i zachęcam Was do poznawania przyrody, szczególnie pszczewskiej. Posłuchajcie może przy okazji płyty „Maria z Magdali” Józefa Skrzeka,  aby poznać jak przyroda potrafi zainspirować wrażliwych ludzi.

 Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

21:14, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 lipca 2014

Dawne królewskie miasto, a dziś urocza wieś Pszczew leży w najbardziej zalesionej części Polski. W najbliższą niedzielę, na pszczewskim ryneczku odbędzie się doroczny Jarmark Magdaleński. Wokół Pszczewa jest kilkadziesiąt czystych jezior, wkomponowanych w urozmaicony krajobraz polodowcowy. To miejsce stworzone do wypoczynku, o niepowtarzalnym klimacie i nic dziwnego, że to właśnie tutaj trafili biskupi poznańscy, zakładając to miasto. W Pszczewie otoczonym kluczem dóbr stworzyli swoją letnią siedzibę, która swojego czasu urosła do rangi arcybiskupstwa.  Wyjątkowe walory klimatyczne, uroki wciąż nieskażonej przyrody, bogactwo lasów i wód zachęca do poznania miejscowości i jej  otoczenia.

 Chroni je utworzony w 1986 roku Pszczewski Park Krajobrazowy i miejscowi leśnicy, którzy zarządzają bogactwem przyrody. Lodowiec pozostawił piękne ciekawe jeziora: szmaragdowe, brązowe oraz w kolorze morskiej wody. Znajdziemy tu także otoczone lasami i torfami oczka wodne. Wody są porozsiewane pomiędzy ozami czy wzgórzami kemowymi, a dodatkowo oprócz licznych jezior, malowniczo, serpentynami wije się tu rzeka Obra. Kusi ona ofertą ciekawych spływów kajakarzy

oraz wędkarzy, którzy szukają wielkiej ryby w jej czystym nurcie oraz w głębinach pszczewskich jezior:

Urozmaicone i bogate przyrodniczo lasy, z których wiele znalazło się razem z jeziorami w sieci Natura 2000, są w zarządzie Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych Szczecin. Leśnicy tej dyrekcji, a zatem także i ja noszą w klapie znaczek gryfa:

Jednak obszar tej dyrekcji to nie tylko Zachodnie Pomorze, ale także Ziemia Lubuska i fragment Wielkopolski. Te ziemie to wielonarodowy tygiel różnych kultur i to stanowi o wyjątkowości regionu. Miejscowi leśnicy od lat wspierają rozwój turystyki na tych terenach i wspólnie z samorządami oraz służbami parku krajobrazowego pomagają rozsądnie korzystać z uroków przyrody. Okolice Pszczewa są bardzo atrakcyjne dla turystów spragnionych ciszy i kontaktu z przyrodą. Są zapewne też mało znane turystom, bo zwykle najtrudniej odwiedzić to, co bliskie i poznać bliżej to, co pozornie zwyczajne oraz uznawane za pospolite.

To pozory, bo często nie doceniamy piękna otaczającej nas przyrody i wszelkich bogactw jakie mamy na wyciągnięcie ręki. Nie doceniamy też mieszkających wokół ludzi, którzy wiele potrafią, mają niespotykane pasje i zainteresowania, ale rzadko nadarza się okazja, aby je zaprezentować. Taka właśnie funkcję spełnia Jarmark Magdaleński, który prezentuje miejscowy folklor i różnorodne talenty mieszkańców na tle innych kultur. Jest on organizowany corocznie w weekend najbliższy 22 lipca, czyli w imieniny patronki miejscowej parafii Marii Magdaleny.

Dzisiejszy Jarmark sięga do pszczewskich tradycji średniowiecznych, kiedy okoliczna ludność zjeżdżała na odpust do Pszczewa, który był wtedy posiadłością biskupów poznańskich, a nawet siedzibą archidiakonatu obejmującego aż 60 parafii. Do tradycyjnej formuły jarmarku sięgnięto ponownie w 1994 roku i od tego czasu jest to święto wszystkich mieszkańców gminy połączone z szeroką ofertą kulturalną, skierowaną do licznych, wypoczywających tu gości. Jarmark spełnia wiele funkcji i łączy tradycję, kulturę, wiarę przodków ze współczesną promocją tej urokliwej miejscowości.

Każdy, kto zachwycony pięknem okolicznych jezior i lasów trafi do Pszczewa, ma w trakcie Jarmarku niepowtarzalną okazję poznać piękno i kunszt rozmaitych, często ginących profesji, kulturę ludową i piękno folkloru. Może zobaczyć jak powstaje drewniana rzeźba, żelazna podkowa, gliniany garnek oraz czynnie uczestniczyć w dobrej zabawie z ludźmi, którzy tu mieszkają. Można się przekonać jak wiele potrafią tutejsi mieszkańcy oraz jak dbają o historię i tradycję.

To często na Jarmarku jest  jedyna okazja aby zobaczyć przy pracy kowala- artystę takiego jak Janek Iwanowski z Brójec

garncarza, wikliniarza czy rzeźbiarza oraz spotkać sąsiadkę, która ku naszemu zdziwieniu robi własnymi rękami coś magicznego. Możemy nawet zobaczyć cuda wianki…

  Liczne stragany oferują do sprzedaży to wszystko co potrafią stworzyć ludzie z naturalnych materiałów. Lokalna wikliniarnia wystawia meble z wikliny i kosze niezbędne do zbierania tak tutaj licznych grzybów. Są miody, ceramika, hafty i rzeźby.

Zobaczymy wyroby ze słomy, lnu, naturalnego kamienia i żelaza.  Leśnicy dbają o to, aby lasy okolic Pszczewa obfitowały w naturalne surowce i aby tradycyjne metody ich wykorzystywania nie zginęły. Pielęgnują tradycje, zachowują dawne sprzęty i gromadzą wiedzę na temat mądrości przodków. Można się o tym przekonać odwiedzając ścieżki przyrodniczo- edukacyjne w Nadleśnictwie Trzciel czy wybierając się do Izby Edukacyjnej, pełnej ciekawych eksponatów w Nadleśnictwie Bolewice.

W najbliższą niedzielę warto jednak wybrać się na pszczewski rynek, bo o godzinie 10 rozpoczyna się XXI Jarmark Magdaleński. Jestem silnie związany z Jarmarkiem od wielu lat, a zatem serdecznie zapraszam wszystkich do gościnnego Pszczewa, bo warto rozsmakować się w urokach tej niepowtarzalnej imprezy. 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

19:13, lesniczy.lp
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 14 lipca 2014

„Warto by na rozstajach dróg, w rodzimych borach i lasach stawiano nie tylko kapliczki poświęcone patronowi myśliwych, ale także nieznanemu patronowi leśników. Będą to miejsca należnego kultu, a także podziękowania za pracę w lesie, który jest boskim dziełem stworzenia. A kiedy nadejdą ciemne chmury związane z pracą codzienną, reorganizacjami, bezrobociem, będzie można zawsze prosić o pomoc i wsparcie św. Jana Gwalberta, któremu losy leśników nie są obce”.

Tak od lat, m.in. ma łamach księgi „Kulturotwórcza rola lasu” apeluje do leśników i nie tylko  Jerzy Wiśniewski, profesor Uniwersytetu Przyrodniczego im. Augusta Cieszkowskiego w Poznaniu, leśnik i autor licznych  książek. Wczoraj w kalendarzu było Jana Gwalberta i warto zadbać o  godne uczczenie tego właściwego patrona ludzi lasu.

Na pytanie: kto jest oficjalnym patronem leśników? Odpowiadamy zwykle - yyyy, chyba Św.Hubert, bo on jest od myśliwych?, yyy, a może Św. Franciszek, bo on jest od przyrodników i wszelkich ekologów?


Jestem przekonany, że mało kto zna właściwa odpowiedź i zapewne nawet wielu leśników nie wie, że patronuje im Święty Jan Gwalbert. Bardzo rzadko zobaczymy też gdzieś w lesie jego figurkę czy obraz. A przecież już dawno, bo już od półwieku patronuje leśnikom. W 1951 roku został ogłoszony przez papieża Piusa XII oficjalnym patronem ludzi lasu.

Jan Paweł II- papież Polak, który był znany z umiłowania ojczystej przyrody często przypominał postać Jana Gwalberta. W 1987 r. w Dolomitach odprawił Mszę św. dla leśników przed kościółkiem Matki Bożej Śnieżnej. Mówił wówczas: „Jan Gwalbert (...) wraz ze swymi współbraćmi poświęcił się w leśnym zaciszu Apeninów Toskańskich modlitwie i sadzeniu lasów. Oddając się tej pracy, uczniowie św. Jana Gwalberta poznawali prawa rządzące życiem i wzrostem lasu. W czasach, kiedy nie istniała jeszcze żadna norma dotycząca leśnictwa, zakonnicy z Vallombrosa, pracując cierpliwie i wytrwale, odnajdywali właściwe metody pomnażania leśnych bogactw”. Papież Polak wspominał św. Jana także w 1999 r. przy okazji obchodów 1000-lecia urodzin świętego. Mimo to jego postać zdaje się nie być powszechnie znana.

Jan Gwalbert urodził się w roku 985 we Florencji. Jako szlachcic w młodości zajmował się przede wszystkim zabawą i hulankami, a przez ojca przeznaczony został do służby wojskowej. Ojciec jego, żołnierz duszą i ciałem, starał się weń wszczepić uczucie honoru i chęć sławy, ale mało dbał o jego religijne wychowanie i wszczepienie mu cnót chrześcijańskich. Zachęcał go usilnie do srogiej zemsty na zabójcy jego brata Hugona. Opatrzność inaczej pokierowała losami młodzieńca. Było to w Wielki Piątek, kiedy młody Gwalbert spotkał w wąwozie pod Florencją mordercę swego  brata Hugona. Szukał go od dawna i poprzysiągł mu był krwawą zemstę, dobył tedy miecza i zamierzył się na niego, aby mu zadać cios śmiertelny. Bezbronny morderca, nie mogąc się ocalić ucieczką, ukląkł przed nim, a złożywszy ręce na piersiach, błagał na miłość Chrystusa o miłosierdzie. "Jeśli już sam jestem zabójcą - mówił - nie bądź nim ty; jeśli ja uniesiony namiętnością przelałem krew niewinną, to ty pohamuj gniew i wybacz winowajcy przejętemu żalem!" Wobec takiej pokory i szczerej prośby pragnienie zemsty opuściło Gwalberta. Odrzucił miecz i podając klęczącemu rękę, zawołał: "Zakląłeś mnie na Imię Tego, u którego i ja żebrzę odpuszczenia grzechów, nie chcę przeto mścić się na tobie, owszem niech mi tak Bóg odpuści, jak ja ci wszystko odpuszczam". Rzekłszy to, uściskał go, ucałował i odszedł.

 Wzruszony tym wypadkiem wstąpił do kościoła i ukląkł przed wizerunkiem Ukrzyżowanego, a gdy podniósł oczy wydało mu się, jakoby Pan Jezus skłonił ku niemu głowę i szepnął: "Ponieważ przebaczyłeś i tobie będzie przebaczone". To wydarzenie całkowicie zmieniło jego życie. Porzucił zabawy i podjął pokutę, a także wstąpił do zgromadzenia benedyktynów. Był tak gorliwym i dobrym mnichem, że zaproponowano mu bycie opatem, czyli przełożonym zakonu. Jan Gwalbert chciał jednak pracować nad sobą i, odmówiwszy, zamieszkał w odosobnieniu.

Osiadł głęboko w lasach w Vallombrosa (Vallis Umbrosae - Cienista Dolina) zbudował tam klasztor i założył zakon, którego członkowie są nazywani wallombrozjanami. Mnisi ci, wierni przesłaniu „ora et labora”, żyli bardzo skromnie, modląc się i sadząc las. Poznawali prawa rządzące życiem lasu, troszczyli się o drzewa, ptaki i zwierzęta leśne. Las dla św. Jana Gwalberta był przebogatą księgą, rozczytywał się w niej, w każdym drzewie, zwierzęciu, ptaku, roślinie widział ukrytą mądrość Boga Stwórcy i Jego dobroć. Został zapamiętany jako osoba troszcząca się o ubogich i zawsze walcząca z nieuczciwością.

Jan Gwalbert zmarł 12 lipca 1073 r. w Passigniano pod Florencją. Kanonizowany został w 1193 r. przez papieża Celestyna III, a w 1951 r. ogłoszony przez papieża Piusa XII patronem ludzi lasu.

Historia nadała mu także tytuł „bohater przebaczenia” ze względu na wielkie miłosierdzie, jakim się wykazał. Założony przez niego zakon istnieje do dzisiaj. Według jego zasad żyje około 100 zakonników w ośmiu klasztorach we Włoszech, Brazylii oraz Indiach.

Przedstawiany jako mnich, w habicie walombrozjańskim, a jego atrybutem jest: krzyż, laska, księga, klasztor czy szatan u stóp (czasami dwugłowy).

 

Modlitwa do Jana Gwalberta:

Boże i Panie mój! Spraw miłościwie, abyśmy za wstawieniem się za nami świętego Jana Gwalberta, opata, poleceni zostali miłosierdziu Twemu, i wszystko, czego własnymi zasługami otrzymać nie jesteśmy godni, za jego pośrednictwem dostąpili. Przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa. Amen.

Ostatnio leśnicy coraz częściej zwracają się ku swemu patronowi i zaczęły powstawać kapliczki, poświęcone Janowi Gwalbertowi. Istnieje taka m.in.  w Puszczy Sandomierskiej i Nadleśnictwie Kozienice przy Królewskim Gościńcu, pamiętającym czasy Jagiellonów. W 2012 roku z okazji 110-lecia istnienia Nadleśnictwa Lipusz nadano tej jednostce LP sztandar z podobizną świętego. Rok temu nadano sztandar Jana Gwalberta także Nadleśnictwu Bytów o czym donosił portal podpisany na fotografii:

 

 W gminie Bojanów co roku w parafii Stany odbywa się Doroczny Dzień Patrona Leśników. Na stronie parafii, która jest pod wezwaniem naszego patrona znajdziecie „modlitwę leśników przez przyczynę Św. Jana Gwalberta”:

 

Najbardziej chyba jednak znana kapliczką tego świętego jest ta z Gołuchowa:

Kapliczkę zaprojektował Rafał Walendowski, a wyrzeźbił w dębowym drewnie Piotr Chwaliński. Obaj są pracownikami gołuchowskiego Ośrodka Kultury Leśnej. Kapliczka została zawieszona w 2005 roku na dębie rosnącym przy ścieżce prowadzącej z zamku do oficyny.

W planie jest wybudowanie kapliczki w pięknie rozwijającym się ciekawym arboretum przy Zespole Szkół Leśnych w Rogozińcu. Swojego czasu wiele czasu spędzałem w tym arboretum, prowadząc badania nad jego awifauną i głównie tam powstała moja praca dyplomowa „Ptaki okolic Technikum Leśnego w Rogozińcu”. Ma zatem nasz patron swoje miejsca na ziemi…

Należy jednak nadal nieustannie pamiętać o tym oficjalnym patronie leśników i rozwijać zainteresowanie tę zacną postacią.

Warto też wspomnieć inną, znaną i zasłużoną dla polskiej przyrody  osobę o tym imieniu.

Jan Gwalbert Pawlikowski

– wszechstronnie wykształcony, ekonomista, historyk literatury i krytyk literacki, publicysta i wydawca, polityk, pedagog, rolnik - teoretyk i praktyk, działacz społeczno – polityczny, taternik i speolog, zasłużony pionier ochrony przyrody i turystyki w Polsce.  Cechowała go miłość do gór, przyrody i jej ochrony. Jan Gwalbert to znawca gór, który jako pierwszy zdobył wiele szczytów i jaskiń, rzecznik ochrony przyrody, obrońca podhalańskich tradycji i folkloru. To właśnie jemu zawdzięczają Pawlikowscy wybudowanie według projektu Stanisława Witkiewicza na Kozińcu w Zakopanem „Willi pod Jedlami”, która stała się wspaniałym, tętniącym życiem twórczym ośrodkiem kultury polskiej i podhalańskiej.  Zaglądam tam często, gdy bywam w Tatrach, no i czytam wiersze Marii Pawlikowskiej- Jasnorzewskiej, która była żoną Jana Gwalberta. Podhalańską przyrodę i kulturę warto poznać samemu, hybając jak ja, ku tatrzańskim wierchom i dolinom, może śladami Pawlikowskiego?

W razie gdy od Gubałówki zaciągnie się chmurami, to warto wpaść na kawę do Samanty lub "zwiedzać" Krupówki ale  dobrze także zajrzeć do Muzeum Tatrzańskiego i poznać m.in. wielkich ludzi związanych z Tatrami, no i różnych świętych:

Na starym zakopiańskim cmentarzu na Pęksowym Brzyzku, który za każdym razem, od wielu lat, z upodobaniem odwiedzam, znajduje się grób J. G. Pawlikowskiego:

Jan Gwalbert Pawlikowski całe życie bardzo mocno angażował się w ochronę przyrody, stając się jej pionierem nie tylko w Polsce. W 1913 r. wydał rozprawę „Kultura a natura”, która stworzyła podstawy dla działalności ruchu ochrony przyrody. Napisał tekst pierwszej ustawy o ochronie przyrody w Polsce. Pawlikowski pracował również nad pokrewnymi ustawami, np. leśną, łowiecką, walczył o utworzenie Tatrzańskiego Parku Narodowego i ochronę Bieszczadów. Z jego inicjatywy powstało Międzynarodowe Biuro Ochrony Przyrody w Brukseli, którego działalność dziś kontynuuje Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody i Jej Zasobów. Był autorem wielu prac z zakresu problematyki ochrony przyrody.

Możemy do woli czerpać z szerokiej wiedzy i uczyć się  od Pawlikowskiego zasad ochrony piękna przyrody, jej skarbów i zabytków przez harmonijne łączenie  elementów natury i kultury. Według niego obcowanie z wolną przyrodą, jej poznawanie, budzenie miłości ku niej to w rezultacie przejaw patriotyzmu. Bo w polskiej przyrodzie i  polskiej duszy drzemie przecież to samo. Choć wydaje się, że dziś patriotyzm nie jest w cenie… Jeśli jednak dodatkowo ktoś nie rozumie co to harmonia przyrody i co znaczy kultura, nie zajrzy w głębię własnej duszy.

 

Wspomnijmy przynajmniej w lipcu Jana Gwalberta i poznajmy nie tylko świętego ale też ludzi, którzy czerpią z jego zasad.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

13:40, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
sobota, 12 lipca 2014

Kilka dni temu zachmurzyło się potężnie i lunął deszcz, który przeszedł potem w grad. Wiatr
rozdmuchał się okropny i giął drzewa do ziemi. Wokół leśniczówki jest wiele starych drzew i podmuchy wichury targały nimi strasznie. Dookoła słychać było ryk wiatru, szum wzburzonego jeziora, trzask łamiących się gałęzi, a za chwilę dźwięk strażackiej syreny. Zapanowały ciemności, bo jak to się mówi na wsi: „zabrało prąd”. Na szczęście wszystkie drzewa wokół leśniczówki wytrwały i zostały całe. Straciły tylko nieco gałęzi. Jednak kawałek za leśniczówką wicher rozdarł na pół starą sosnę i odłamana część zatarasowała powiatową drogę. Strażacy ją szybko uprzątnęli z drogi i ruszyli dalej. Co chwilę było słychać przemieszczające się strażackie samochody.

Za jakiś czas awaria sieci energetycznej została usunięta i „oddali prąd” ale wciąż do wieczora padał deszcz i dmuchał wiatr, jednak już nie taki gwałtowny.

Nazajutrz  rano ruszyłem do lasu sprawdzić efekty wichury. Tuż za Pszczewem zobaczyłem wyłamany i wywrócony fragment sosnowego boru. Wiatr połamał i wywrócił tam kilkadziesiąt sosen

W wielu miejscach widać było szkody w lesie, zarówno w młodszych drzewostanach:

jak i w starych lasach

Najbardziej ucierpiały od wichury  stare lasy przy ścianach niedawnych zrębów, bo ich systemy korzeniowe „nie przyzwyczaiły się „ do otwartej przestrzeni. Wichura z ogromną siłą
ukręcała przy samej ziemi pnie grubych, starych sosen:

Potężna, blisko „dwu kubiczna” sosna o średnicy około 60 centymetrów została potrzaskana w drzazgi:

Cały dzień kontrolowałem 83 oddziały mojego leśnictwa i szacowałem szkody od wiatru. Podleśniczy Krzysztof z grupa „zulowców” odblokowywał zatarasowane złomami i wywrotami
drogi, które w wielu miejscach rano były nieprzejezdne, a przecież ich stan ma ogromne znaczenie dla bezpieczeństwa lasu:

Drogi są też niezbędne do wywozu drewna, a dziś rano wyjeżdżała ode mnie „tartaczna akacja”. Jest też pełnia sezonu turystycznego i drogi  muszą być w pełni bezpieczne, bo korzystają z nich dzieci z kolonii i obozów, rowerzyści czy różni wędrowcy. Miejscowi także licznie wędrują w las,
bo mamy sezon jagodowy, a i kurek można także nazbierać. Wichura połamała też wiele
brzóz i dębów:

Około godziny 14 sytuacja była w miarę opanowana i główne drogi wyglądały już tak:

Wyszacowałem około 250 m3 połamanych i wywróconych drzew, choć to tylko orientacyjny szacunek, bo nie sposób w jeden dzień dokładnie sprawdzić 2200 ha lasu. Jest pełnia wegetacji i
w mieszanych lasach z drugim piętrem dęba czy buka trudno wypatrzyć połamane, a
szczególnie wywrócone z korzeniami drzewa. To nie aż tak dużo, bo obawiałem się, że wichura narozrabia bardziej. W 2007 toku styczniowy wiatr połamał i wywrócił tylko w moim leśnictwie drzew na ponad 5000 m3 wyrobionego drewna…

Sprawdziłem też ogrodzenia upraw, bo niektóre już dziś udało się naprawić, ale inne wyglądają tak:

Przejechałem i przeszedłem wiele kilometrów. Kolejne dni to dalszy ciąg… Najważniejsze, że nikt nie ucierpiał, bo całkiem niedawno, w sąsiednim leśnictwie, w trakcie wichury złamane drzewo spadło na namiot i zabrało życie małej dziewczynce. Przyroda pewnie szybko poradzi sobie z takimi efektami działalności wiatru. Las szybko „zagoi” niewielkie luki i zastąpi 
połamane wichurą złomy czy wyrwane z korzeniami wywroty młodszymi osobnikami.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

18:32, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
środa, 09 lipca 2014

 

Dziś zrobiło się bardzo upalnie, a zatem pora zauważyć, że to już wakacje i czas urlopów. W Pszczewie coraz więcej samochodów z tablicami rejestracyjnymi z całej Polski, a bywa, że
i z Europy. Na terenie ośrodków wypoczynkowych spory ruch i choć do tej pory aura nie sprzyjała plażowaniu to pewnie niebawem nad pięknym i czystym jeziorem Szarcz plaża zapełni się letnikami spragnionymi wypoczynku. Wielu wypoczywających wybiera się także do lasu, dlatego należało się dobrze przygotować na przyjęcie turystów. Pewnie mało kto się zastanawia skąd biorą się oznakowania szlaków, urządzenia turystyczne, kto buduje i sprząta parkingi leśne.

Zagospodarowanie turystyczne lasów i udostępnienie ich dla jak najlepszego wykorzystania ludziom to także ważne zadanie leśników. To także zadanie kosztowne, bo wciąż spotykamy
zniszczone, pogięte lub pomazane farbą tablice i zdemolowane urządzenia w obiektach turystycznych.

 Leśnicy cierpliwie o nie dbają, konserwują, naprawiają, wymieniają i pokrywają koszty tej działalności. Łatwo zauważyć, że obiekty i urządzenia przygotowane dla turystów i podróżujących drogami przez lasy są coraz ładniejsze, funkcjonalne i wykonane z naturalnych, solidnych
materiałów. Funkcja rekreacyjna i krajobrazowa lasów jest jednak ważna i wciąż zachęcam Was do właśnie takiej formy wypoczynku. Zleciłem wcześniej „zulowcom” wykoszenie chwastów przy obiektach turystycznych i miejscach parkowania pojazdów, które są na bieżąco sprzątane  z tego co pozostawiają tam ludzie. Przejrzałem także stan tablic informacyjnych w całym leśnictwie oraz sprawdziłem trasę ścieżki, którą nazywam „Pięć kilometrów przyrodniczej edukacji”.

Dokładnie tyle długości liczy trasa spaceru ścieżką edukacyjną, którą proponuję turystom i miłośnikom lasu wybrać się na spacer po terenie Leśnictwa Pszczew. To ścieżka
przyrodniczo- historyczna wokół góry Wysokiej- Ozu Pszczewskiego.

Nadleśnictwo Trzciel sfinansowało już kilka lat temu zakup 10 tablic edukacyjnych, których tematykę i rozmieszczenie zaplanowałem, wykorzystując wspaniałe walory przyrodnicze i
krajobrazowe Ozu Pszczewskiego. Trasa marszu lub przejażdżki rowerowej liczy równe 5 kilometrów i rozpoczyna się oraz kończy przy mojej zabytkowej leśniczówce w Pszczewie, przy ulicy Kasztanowej.

 Przygotowałem mini-przewodnik po trasie, aby ułatwić samodzielne kontakty z okoliczną przyrodą, udostępniam go chętnym, którzy trafią do leśniczówki. Wycieczka pozwala na poznanie gatunków drzew, grzybów i zwierząt żyjących w lesie, tablice informują m.in. o tym jak leśnicy
pielęgnują las, jak chronić środowisko naturalne oraz uświadamiają spacerowiczom jaką tragedią dla lasu jest ogień. Obfituje w ciekawe widoki, a po drodze można poznać ciekawe fragmenty lasu i spotkać jego mieszkańców. Czy nie warto spojrzeć na jezioro Chłop z takiego miejsca?:

Przy okazji można zwiedzić ciekawy  Skansen Pszczelarski, odwiedzić Półwysep Katarzyna nad jez. Miejskim i spojrzeć na panoramę okolic Pszczewa z Góry Wysokiej, z punktu widokowego przygotowanego przeze mnie na wysokości ponad 100 m n.p.m.:

Po drodze można poznać wiele gatunków ptaków i zwierząt. Gdy sprawdzałem stan ścieżki i wykoszenie chwastów wokół tablic, spotkałem rudą baletnicę:

 

 

Trasa biegnie od jez. Miejskiego, obok Cegielnianego, Proboszczowskiego nad jez. Chłop i malowniczą aleją jesionową wraca do Pszczewa. Warto też  zajrzeć w drodze powrotnej do Folwarku Pszczew, dawnego pałacu biskupów poznańskich.  Dwór zamyka rozległy dziedziniec znajdujący się w centrum założenia folwarcznego. Za dworem w kierunku zachodnim rozciąga się park krajobrazowy, w którego granicach znajduje się wczesnośredniowieczne grodzisko. W parku jest wiele ciekawych drzew, a obiekt folwarku jest w trakcie odnawiania i przebudowy prowadzonej przez obecnych właścicieli. Na terenie folwarku znajduje się budynek dawnej gorzelni, zaadaptowany na agroturystyczną bazę noclegową, która z pewnością zadowoli  najbardziej wybrednych turystów. „Zulowcy” wykosili otoczenie tablic na ścieżce, aby łatwiej było poznać ich treść, a ja zachęcam do bliższego poznania malowniczych okolic Pszczewa.

Gdy wyruszycie na spacer ulicą Kasztanową sprzed leśniczówki, tuż za Pszczewem, w kierunku na Silną, przydrugiej tablicy ścieżki, u podnóża Ozu Pszczewskiego dotrzecie nad ciekawe
jezioro. W otoczeniu starego ponad 140-letniego boru sosnowego znajduje się
jezioro Cegielniane  ( inna nazwa Glinno). Urokliwie położone, o brunatnym kolorze wody, swoją nazwę zawdzięcza cegielniom, które istniały w pobliżu do czasów I wojny światowej. Jezioro ma
powierzchnię 7,9 ha, głębokość do 10 m, latem jego sporą część pokrywają piękne grzybienie białe, które są symbolem Pszczewskiego Parku Krajobrazowego. Otacza je stary bór sosnowy, gdzie od lat obozują harcerze z ZHP Zbąszynek.

 Schodząc ścieżką od przystanku nr 3 przy tablicy „Życie jezior” nad jezioro Cegielniane, należy zwrócić uwagę na niewielki, skromny  pagórek, wysokości 4-5 m, położony wśród starych sosen o tafelkowato spękanej korze i pokręconych akacji. Zapewniam was, że to niesłychanie ciekawe i tajemnicze miejsce!
Dzisiejsza gruntowa, gminna droga z Pszczewa w kierunku na  Silną – Wrony, to stary trakt tranzytowy, którego metryka sięga czasów co najmniej Mieszka I. Szczegółowo opisuje go
Edward Dąbrowski w świetle badań archeologicznych, które prowadził w Pszczewie w latach 1956-1960. Określa on ten trakt tranzytowy jako poznańsko-zaodrzański i jednoznacznie łączy jego rolę z intensywną produkcją żelaza i znaleziskami sięgającymi czasów rzymskich. Stożkowaty nasyp, niepozorny dziś pagórek, znajdujący się tuż przy trakcie, był z całą pewnością strażnicą strzegącą przejścia pomiędzy jeziorami. Strażnica schowana była za okazałym Ozem Pszczewskim o wysokości ponad 100 m i długości ok. 2,5 km. Teorię o obronnym charakterze tego pagórka zdaje się potwierdzać równie tajemniczy, leżący tuż obok wał ziemny, przecinający trakt od jez. Cegielnianego w stronę Pszczewa, o długości ok. 200 m, który dziś wygląda jak rów przeciwczołgowy…Ten skromny pagórek zapewne był niemym świadkiem przemarszu wielu wojsk, karawan kupieckich i ludzi, którzy zapisali się na rozmaitych kartach historii: Św. Wojciecha,
Henryka II czy Fryderyka Rudobrodego. Maszerowały tu wojska napoleońskie, a potem kursowały dyliżanse wożąc podróżnych z Wielkopolski do Berlina. Zapewne spoglądał na niego z okna dyliżansu Fryderyk Chopin, który odpoczywał w Silnej, podczas wymiany koni. Warto dziś wybrać się tam na spacer i chwilę podumać, w otoczeniu pięknej przyrody i w tajemnych oparach Dziejów…

Przed rozpoczęciem sezonu turystycznego zadbałem także o odnowienie sąsiedztwa kapliczki Świętego Huberta i wykoszenie terenu.

 Drewniana kapliczka z rzeźbą symbolizująca patrona myśliwych i leśników usytuowana jest w „drzwiach do lasu", przy skrzyżowaniu kilku leśnych dróg, w pobliżu kilku ośrodków wypoczynkowych. Została ona wykonana i ustawiona według mojego pomysłu w 2002 roku. Powstała w czasie I Pleneru Rzeźbiarskiego w Pszczewie, a jej autorem jest Mirosław Góra z Lubska, który z kłody topolowej stworzył postać Św. Huberta. Z czasem przy pomocy leśników, pracowników leśnych i myśliwych powstało tu miejsce spotkań ludzi lasu, turystów oraz młodzieży szkolnej. Są ławy, świeżo odrestaurowane przez leśną ekipę pana Krzysztofa, miejsce na ognisko i parking, gdzie można bezpiecznie zostawić samochody.

Sporo osób wybiera się teraz na jagody i poziomki do lasu, a zatem taki parking jest bardzo
pożyteczny. Borówki kuszą smakiem, choć niektórzy boją się bąblownicy

 

 Dbam o otoczenie kapliczki przez cały rok i wiem, że odwiedza ją wiele osób. Zimą urządza się tu kuligi i ogniska, latem odpoczywają tu rowerzyści i miłośnicy spacerów z kijkami. Przez lasy mojego leśnictwa biegnie kilka szlaków turystycznych: pieszych i rowerowych.

 Dlatego tak jak i inni leśnicy dbam o wszelkie obiekty turystyczne i przygotowuję las na powitanie letników. Lasy są przecież dla ludzi, a to, że leśnicy do nich zapraszają, to nie tylko slogan reklamowy.

Leśniczy
Jarek-lesniczy@erys.pl

22:11, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
piątek, 27 czerwca 2014

Ostatnie dni godzinami ślęczę przy komputerze. Tak jak zdecydowana większość leśniczych o tej porze roku zajmuję się planowaniem zadań gospodarczych na kolejny rok. Brzmi to może dość enigmatycznie i dziwnie, bo często ludzie mnie pytają: Co może planować leśniczy? Ilość liści na drzewie czy szyszek na sośnie? Pewnie wielu z Was byłoby bardzo zdziwionych, zaglądając do notatek leśniczego stojącego na pagórku w starym borze. Bo tam gdzie w tej chwili rośnie jeszcze stary las i stoją grube sosny wiosną będzie już sadzona nowa uprawa, którą trzeba zaplanować: koszty, materiały, czynności, pracochłonności…

Wymaga to sporej wyobraźni i doświadczenia, bo skoro czegoś nie zaplanuję, to nie znajdzie się to w planie kosztów, czyli nie będzie za co wykonać tam ważnego zadania. Gdy zaplanuję za dużo- nie wykonam w pełni zadań i to także nie jest dobrze.

 Stojąc np. na pagórku w starym lesie muszę teraz zaplanować ile kilometrów pasów, na których będą niebawem rosły młode sosny i dęby wyorze ciągnik. Muszę także precyzyjnie zaplanować skład uprawy, uwzględniając wymagania siedliskowe drzew oraz z drugiej strony potencjalne możliwości siedliska, dbając przy tym o maksymalną bioróżnorodność. Trzeba sporej wyobraźni, bo po wycięciu starodrzewia i zaoraniu, las wygląda zupełnie inaczej. Wymaga to także precyzyjnego wyliczenia ile i jakich sadzonek będę potrzebował wiosną, oraz zaplanowania wszelkich czynności: dowozu sadzonek, dołowania, sadzenia, moczenia ich w preparacie żelowym, a czasem także zabezpieczającym przed pędrakami i szeliniakami.

 Trzeba także zaplanować ogrodzenie uprawy: ilość metrów siatki, słupków, kilogramy gwoździ, skobli itd. Do tego należy nanieść to wszystko na szkic w specjalnym programie graficznym. Planowanie obejmuje także wykonanie czyszczeń w uprawach i młodnikach, pielęgnacji, poprawek, dolesień luk i mnóstwa innych prac z hodowli lasu. Do tego jeszcze cała sfera ochrony lasu: naprawa istniejących grodzeń, wieszanie budek lęgowych i pułapek feromonowych, ochrona przyrody, ochrona przeciwpożarowa, zagospodarowanie turystyczne i gospodarka łowiecka. Wystarczy tych wyliczanek, bo stanę się nudny…

Oczywiście całe plany należy wklepać do systemu komputerowego, który czasem złośliwie się „wiesza” i wszystkie czynności, grupy czynności mają określone kody oraz symbole, których nie wolno pomylić. Jednym słowem czacha dymi, a terminy są wciąż gorące. Swoją drogą w lesie trwają normalne prace, których należy doglądać i jadą samochody po drewno. Zbliża się także roczna inwentaryzacja stanów pozyskanego drewna, które jest w magazynie leśnictwa. Siedzę i stukam w klawiaturę, zaglądając do notatek zrobionych w lesie, a tu co chwilę dzwoni telefon i wciąż inna sprawa rozprasza „planistyczne” myśli. Czasem dla poprawy zmęczonego gapieniem się w monitor wzroku wyglądam chwilę za okno, gdzie grasują podloty kwiczołów:

Gdy wyszedłem na chwilkę przed leśniczówkę zobaczyłem w trawie zielonego gościa:

Dzięcioł zielony, który szperał w trawie w poszukiwaniu owadów jest bardzo pięknym ptakiem. Grzbiet, barki i skrzydła ma ciemnozielone, na kuprze duża żółtozielona plama, pierś i brzuch szarozielone. Na głowie długa czerwona czapeczka. Ma ją zarówno samica jak i samiec. Charakterystyczna dla tego dzięcioła jest czarna maska wokół oka wraz z czarnym wąsem, biegnącym pod okiem od nasady dzioba. Jeśli wąs jest cały czarny mamy do czynienia z samicą:

 

 Jeśli zaś wypełniony jest w środku czerwienią to mamy pewność, że obserwujemy samca. To jedyna cecha odróżniająca płeć u dzięciołów zielonych. Przez chwilę obok samicy obserwowałem także samca. Zwykle jest tatą 5-7 piskląt, czasem nawet 10, to ma się przy czym uwijać. Opiekuje się młodymi razem z samicą ponad miesiąc, zanim młodzież stanie się lotna. Pary dzięciołów zielonych najczęściej trzymają się razem  przez całe życie i wyprowadzają jeden lęg w roku.

Tego dzięcioła spotkamy częściej na ziemi niż na drzewie, bo żywi się chrząszczami, świerszczami, gąsienicami i innymi owadami oraz ich larwami. Główny pokarm dzięciołów zielonych to jednak mrówki. Wyspecjalizowały się w rozgrzebywaniu mrowisk i wyjadaniu mrówek oraz ich larw. Język dzięcioła zielonego jest doskonałym przykładem przystosowania do takiego sposobu żerowania: wysuwa się poza dziób aż do 10 cm, zakończony jest rogowym grotem, a pokrywa go rząd haczyków skierowanych do tyłu i lepka wydzielina. Dzięcioły kopią w mrowiskach długie nory, sięgające nawet ponad metr w głąb królestw mrówek.

Zajmują się tym głównie zimą, choć wtedy zdarza się im także włamywać się do uli i wyjadać pszczoły. Na przedwiośniu z kolei, tak jak i inne dzięcioły, obrączkują drzewa. Polega to na wykonaniu nakłuć wokół pnia, najczęściej brzozy lub osiki, w celu utoczenia z nich słodkiego soku. Tym sposobem dzięcioły uzupełniają dietę o cenne cukry i minerały. Co rano odwiedzają zaobrączkowane przez siebie drzewa, a na dodatek zjadają owady zwabione słodkim syropem. Spryciarze!

Samica siedząca na moim trawniku waliła dziobem w ziemię:

 Wiecie, że dzięcioł zielony uderza swoją głową z prędkością 25km/h? Robi to zwykle w kilku błyskawicznych seriach (10 – 20) oddzielonych od siebie momentem  przerwy. I jak tu zrobić dobre zdjęcie?

Naukowców na całym świecie od lat interesuje konstrukcja czaszki dzięciołów, która zabezpiecza je przed wstrząsem mózgu. Uczeni odkryli, że fala uderzenia rozprzestrzenia się głównie wzdłuż niższej części dzioba, a szok jest ostatecznie absorbowany u jego podstawy. Różnica długości między górną i dolną częścią dzioba jest więc determinującym czynnikiem, do którego dołącza inna właściwość czaszki ptaka: gąbczaste kości, które absorbują wibracje.

Takie kości są w czole i z tyłu puszki mózgowej, a zatem świetnie zabezpieczają mózg ptaka. Naukowcy chcą wykorzystać ten „dzięciołowy patent przyrody” w opracowaniu inteligentnych kasków, które chroniłyby przed urazami czaszki motocyklistów, pracowników leśnych i budowlanych, piłkarzy i  rowerzystów. Chętnie taki wypróbuję w lesie.

Para dzięciołów zaczęła w pewnej chwili głośno chichotać. Ponieważ to najczęściej dość skryty i płochliwy ptak, którego w dodatku trudno wypatrzyć w dnie lasu na tle zielonych liści, jego obecność zdradza najczęściej ten wyjątkowo charakterystyczny głos. Nie jest on taki złośliwy jak w wykonaniu kaczek:

Jednak warto poznać ten głos, bo wtedy mamy szansę łatwiej wypatrzyć także te piękne dzięcioły. Para chichotała nie bez powodu. Za chwilę na pniu czereśni przysiadł młody samiec:

Rodzice z pewnością wołali go na drugie śniadanie. Zabawili się w zielone z owadami i zaprosili młodzież na śniadanie na trawie, bo zaraz pojawił się drugi i trzeci młody ptak, z charakterystycznie uperlonym, młodzieńczym upierzeniem.

Mnie jednak wezwał chichot planowania i musiałem zabrać się do dalszej pracy, której jeszcze sporo do wykonania. Życzę Wam miłego weekendu, niekoniecznie tak doskonale zaplanowanego, może w towarzystwie chichoczących dzięciołów zielonych?

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

23:31, lesniczy.lp
Link Komentarze (10) »
sobota, 21 czerwca 2014

Dziś rano usłyszałem w radiowej Jedynce pamiętną melodyjkę Lata z Radiem i uświadomiłem sobie, że dziś zaczyna się lato! Melodyjka Jedynki pewnie każdemu inaczej się kojarzy, a mi nieodparcie z czasami z „podstawówki”, gdy silną grupą z mojej ulicy jeździliśmy rowerami do puszczańskiej części otuliny przy rezerwacie „Czarna Droga” . Sierpami kosiliśmy trawę w uprawach leśnych. Radyjko na baterie spięte gumką od słoika leżało na mygle starego drewna, a my walczyliśmy, zaopatrzeni w sierpy przez leśniczego Zygmunta Rezmera, z trawą, a także z muchami, upałem i osami, które żądliły nas z upodobaniem.

 Z radia z gumką śpiewał debiutujący wtedy zespół Bajm i Beata Kozidrak obiecywała, że  "piechotą do lata będę szła..."  Towarzystwo z ulicy rozpierzchło się po świecie, a Renata z sąsiedztwa, która wtedy śmiała się zaraźliwym śmiechem i nuciła melodię Bajmu z Lata z Radiem, umarła jako piękna, młoda dziewczyna…

Potem były inne lata, zwykle także z radiem, a jedno z bardziej pamiętnych to lato po ukończeniu czwartej klasy technikum. Moja Renia skończyła już swoje liceum, a ja przez pierwszy wakacyjny miesiąc słuchałem Lata z Radiem w lesie, podczas „zaliczania” obowiązkowego  „Ochotniczego Hufca Pracy”. Ale potem pojechaliśmy na narzeczeński wypad do Krakowa i to dopiero było pamiętne lato…

Dość jednak sentymentalnych wspominek bo ma być o lecie w lesie. Lato przybiegło zdyszane przecież nie tylko ze względu na pamiętną melodyjkę ale i widać je w przyrodzie. Także słychać, bo wieczorami koncertują żaby i kumaki. Niektóre się nieźle przy tym nadymają, jak widzicie na tytułowej fotce.

 Ledwo spiąłem szacunki brakarskie na 2015 rok (czyli zaplanowałem wszystkie cięcia na zrębach i w trzebieżach) już pora zmagać się z planowaniem wszystkich zabiegów, które należy wykonać w 2015 roku. Muszę precyzyjnie zaplanować składy zakładanych upraw, przygotowanie gleby do wszelkich nasadzeń, czyszczenia, grodzenia, materiały, sadzonki itd. Mam ogrom pracy w terenie i za biurkiem, bo wszystko muszę „wklepać” do systemu informatycznego do końca czerwca.

Kiedy zatem cieszyć się latem?  Choć pogoda, póki co niezbyt letnia, bo dziś niebo szare i kropi deszczyk- złośliwiec. Bo po co pada, jak właśnie przed południem zabezpieczałem przed chorobami grzybowymi moje ziemniaki, pomidory i ogórki w ogródku? Mamy go spory kawałek, gdzie Królowa Regina urabia sobie ręce, a ja jej czasem pomagam:

 

Dzisiejszy deszczyk jednak z pewnością ucieszy amatorów letnich grzybów. Pojawiły się już dużo wcześniej żółciutkie kurki:

 

Widziałem też kozaki i nawet borowiki, ale czerwcowe borowiki nadają się zwykle tylko do fotografowania, bo są bardzo dziurawe.

Lato w przyrodzie to gorączkowa krzątanina zwierząt-rodziców, szczególnie ptasich. Gdy oglądałem czyszczenia do zaplanowania przy rzece Obrze spotkałem zaaferowaną norkę europejską:

 

Pewnie wyskoczyła zorganizować coś na ząb dla żarłocznej młodzieży. Usłyszałem też charakterystyczny gwizd i zobaczyłem zimorodka jak mknął z rybką w dziobie. Niestety musicie uwierzyć na słowo, że to fotka zimorodka bo tak pędził, że migawka ledwo zdążyła:

 

Moi zulowcy działają ostro w pielęgnacjach, bo trawa i głuszący sadzonki trzcinnik  w uprawach rośnie rewelacyjnie, dlatego wokół buczą wykaszarki.

Nad jednym z jezior w okolicy którego planowałem skład przyszłej uprawy podglądałem perkozy z młodymi:

 

Chwilę blisko siebie pływały dwie pary rodziców z pasiastymi pisklakami i nawet rodzice kłócili się, niepedagogicznie wydzierając się na siebie przy dzieciach:

 

Z kolei rodzina traczy nurogęsi zachowywał się cicho i pływała z godnością:

 

W naszej leśniczówce pojawił się nowy lokator. Ale ma pełne prawo mieszkać w leśnej chałupie, bo przecież hrabia Tyzenhauz nazywał pleszkę ogrodową  gajówką pleszką:

Po raz pierwszy pleszka założyła gniazdo przy leśniczówce i wyprowadziła młode. To pięknie ubarwiony, ciekawy ptak, który zwykle gnieździ się w dziuplach. Ta para wybrała jednak szczelinę w dachu, przy której przycupnęła skromnie ubarwiona, bardzo podobna do kopciuszka samica:

 

Oba ptaki uwijały się z noszeniem pokarmu, bo jedna, ważąca około 15 gram pleszka potrafi dziennie złowić około 25 gram owadów i nawet 400 razy odwiedzić gniazdo:

 

To ciekawe ptaki i istnieje niezwykle wiele  starych, ludowych nazw dla tego gatunku: słowik murowy, pokrzewka czarnousta, piegża czarnoszyja, owadożer czarnogardły. Hrabia Rzączyński nazywał ją czerwonym ogonkiem, ksiądz Kluk pliszką czarnogardłem, a Wodziński rudogonem ogrodowym. Sporo nazw jak na jednego ptaszka. Niedawno młode opuściły gniazdo, co robią zwykle po dwóch tygodniach i „zadekowały się” w moim drewnie porąbanym już na przyszłą zimę:

 

Rodzice opiekują się nimi jeszcze kolejne dwa tygodnie i noszą im wciąż pokarm, a ja mam aparat w gotowości na parapecie, choć brzoskwinie przysłaniają nieco widok:

 

W drewnie przed oknem widuję także często kowalika:

 

Lato to także czas złotopiórych wilg, które koncertują w brzozach i dudków, które uwijają się gorączkowo,  a także jaskółek dymówek, które tylko czasem mają chwilkę aby przysiąść i zapozować:

 

Cieszcie się latem, słuchając radiowej Jedynki, no i czasem zaglądajcie też do blogu leśniczego, aby wiedzieć co w lesie piszczy, gdy sami się wybierzecie na spacer.

Miłej, letniej niedzieli!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

18:03, lesniczy.lp
Link Komentarze (10) »