O tym co w lesie piszczy...
O autorach
RSS
czwartek, 01 maja 2014

Było wszystko jak tradycja nakazuje: maj, kasztany, lekkie zdenerwowanie… Nie było jednak białych bluzek, czarnych spódnic i garniturów, bo to była matura zdawana w Technikum Leśnym w Rogozińcu. W przestronnej, szkolnej stołówce było zielono od leśnych mundurów, bo w mojej klasie podzielonej na „a” i „b”, czyli na „asy” i „barany” było ponad 40 osób.

Był to rok 1984, a potem po zdobyciu świadectwa maturalnego i dyplomu technika leśnika, zdecydowana większość z nas ruszyła w lasy. Niewielu z nas myślało wtedy o studiowaniu, każdy chciał w las, do pracy i  swobodnej dorosłości. Na studia zaraz po maturze z całej, naprawdę zdolnej klasy poszło chyba 6 osób. Większość z nas pochodziła z małych miejscowości, było wielu leśników „w którymś tam” pokoleniu i celem, marzeniem była praca na stanowisku leśniczego. Do tego potrzebny był tytuł technika-leśnika, świadectwo maturalne była wtedy prestiżem, ale w zasadzie nie etapem w drodze na studia.

 Studiować trzeba było w mieście, z dala od ukochanego lasu, a tu często nadleśniczy lub miejscowy leśniczy dopytywał się kiedy wreszcie koniec tej szkoły, bo potrzeba rąk do pracy… Kolejnym etapem była dwuletnia służba wojskowa, ale kto by się nią przejmował po 5 latach spędzonych w internacie, gdzie obowiązywały mundury, przystrzyżone regulaminowo włosy, poranna zaprawa fizyczna, codzienne apele, gdzie szef rady internatu odczytywał rozkaz dzienny i dzielił „rejony” do sprzątania? Wszyscy absolwenci bardzo dobrze wspominają leśną szkołę w Rogozińcu. Były praktyki zawodowe, gdy uzbrojeni w hełmy, piły i siekiery pobrane od „Kulesia”  z baraku pozowaliśmy do fotki:

 

Były lekcje terenowe z profesorem „Kokonem”, który mówił w trakcie odpytywania z biologii jakiegoś owada: „A ty go drabie widzisz? Ty nie ściemniaj, bo ty go wcale nie widzisz!”:

No i nasze ulubione zajęcia z WF z profesorem Wackiem Adamskim, który wciąż trzyma formę i mieszka z żoną Wandą w Rogozińcu:

 Mieliśmy "pakę", która w nogę (choć nie tylko)  gromiła wszystkich wokół...

Kiedy spotkaliśmy się w Rogozińcu 20 lat po maturze, a  było nas 37 osób, to zgodnie orzekliśmy, że to dzięki dobrej edukacji  w TL wyszliśmy” na ludzi”. Część z nas uzupełniła potem swoje wykształcenie, ale wszystko to, co niezbędne do pracy leśnika wynieśliśmy z technikum.

Na zjeździe naszego rocznika, w równe ćwierć wieku po ukończeniu tej zacnej szkoły, pokusiłem się o małe badanie socjologiczne pośród absolwentów. Dziś, w czasach gdy rzuci się „na mieście” kasztanem i trzeba mieć wiele szczęścia, żeby nie trafić w magistra (najczęściej bezrobotnego) mogą być one nawet szokujące…

   Przez rocznik absolwentów 1984 przewinęło się 49 nazwisk. TL ukończyło 39 osób i ich sympatyczne gęby często oglądam na  oprawionym w drewniane ramki „tablo” wiszącym na honorowym miejscu w mojej kancelarii leśniczego.  Z 39 absolwentów na dzień zjazdu 25-lecia aż 20 pracowało w LP, jeden był właścicielem dużego Zul-a, jeden z absolwentów został  następcą naszego drogiego wychowawcy „Kokona”- nieżyjącego już, niestety, Tadeusza Wasylewicza i uczy ochrony lasu w TL Rogoziniec. 12 osób to przedsiębiorcy, z których 4 prowadzi działalność związaną z leśnictwem i rolnictwem, a 1 z branżą drzewną. Jeden z dawnych absolwentów jest dyrektorem szkoły podstawowej i często wysyła młodzież na edukację przyrodniczą, jest też oficer- nawigator, oficer żandarmerii,  dwie osoby już nie żyją, a pracowały także w lasach.

Każdy „mądrawy chłopaczek”, jak mawiał nasz dawny nauczyciel matematyki, Wojciech Zieliński, szybko policzy, że na 39 absolwentów sprzed 25 lat aż 29 związało swoją karierę zawodową  z lasami. A z racji tego, że to było już ćwierć wieku po maturze, to  sporo ”naszych” oprócz brzuszka i łysiny, gromadki dzieci i zacnej małżonki, dorobiło się poważnych stanowisk. Bo z  rocznika 1984 wywodził się wtedy wicedyrektor regionalnej dyrekcji LP, inspektor LP, nadleśniczy, dwóch zastępców nadleśniczego, 10 leśniczych i 5 podleśniczych. Na emigracji za granicą były cztery osoby.

Teraz, gdy znowu kwitną kasztany, a w kalendarzu rok 2014, pora pomyśleć o kolejnym spotkaniu absolwentów TL Rogoziniec- przecież to już 30 lat od tej pamiętnej matury!

Drodzy Absolwenci Technikum Leśnego w Rogozińcu- rocznik 1979-1984! Zapraszam Was na zjazd naszego rocznika. Pamiętacie naszą klasową wycieczkę do Łagowa? Może znowu warto wdrapać się na basztę Zamku Joannitów, jak kiedyś?

Poznajecie? Od lewej Witek, ja, Rysio i tyłem Miras… Jakie pocieszne chudzielce!

Właśnie z Witkiem oraz z Leszkiem wpadliśmy na pomysł, aby spotkać się w lubuskim Łagowie w uroczo położonym, „klimatycznym” ośrodku LEŚNIK:

ZAPRASZAMY NA ZJAZD 30-LECIA

 

Termin spotkania: sobota - niedziela 27-28 września 2014, 

                              Rozpoczęcie:  sobota godzina 16.00

 

Miejsce spotkania:   O.W.  Lasów Państwowych “Leśnik” w Łagowie Lubuskim, ul. Chrobrego 10, 66- 220 Łagów

http://www.lesnik.ta.pl/index.php

Zachęcamy do przybycia na spotkanie z osobami towarzyszącymi!

 Uczestnictwo należy deklarować w miarę możliwości jak najwcześniej kontaktując się z Wieśkiem Nowakiem (tel 602154814) ewentualnie ze mną ( tel 602581643), ale opłaty za zjazd należy dokonać na konto ośrodka Leśnik w terminie od 01 do 10 września. Każdy zainteresowany zjazdem i szczegółami organizacyjnymi niech dzwoni lub pisze na emaile służbowe lub mój zamieszczony niżej.

   

Bardzo prosimy o rozpowszechnienie tej informacji pośród wszystkich, którzy w latach 1979 -1984 mieli kontakt z TL Rogoziniec no i :

 

DO ZOBACZENIA W ŁAGOWIE 27 WRZEŚNIA 2014 O GODZ. 16.00

 

Leśniczy Jarek – lesniczy@erys.pl

 

 

15:52, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 kwietnia 2014

Wszyscy w najrozmaitszych formach korzystamy z lasu, który ma wiele funkcji. A co ludzie robią dla lasu? Czy znają go, chronią i należycie rozumieją? Jak media przedstawiają las i złożone mechanizmy przyrody, które tam od wieków funkcjonują? Tak pisał Stefan Żeromski w „Dziejach grzechu”: „Drzewa żyją wraz z człowiekiem. Tylko drzewa żyją życiem powszechnym, w którym i nasze życie się mieści. Kiedy po latach witać się ze znajomymi drzewami, znajduje się w nich zmiany niemal takie jak w sobie”.

Z pewnością warto las wciąż poznawać, wykorzystując różne okazje, a pomagać  w tym powinny współczesne media. Podobnie warto poznawać pracę leśników o czym staram się od kilku lat przekonywać Was, skrobiąc wieczorami w Blogu Leśniczego. Liczne grono przyjaciół, listy, komentarze i statystyki odwiedzin jednoznacznie potwierdzają, że warto to robić, a sprawy lasu i przy okazji sprawy leśników są ciekawe i interesują ludzi w różnym wieku oraz reprezentujących wszelkie profesje. Jednak natknąć się na temat lasu w mediach, pomijając różne katastrofy, klęski czy tanie sensacje jest niesłychanie trudno. Podobnie jak na „media” w lesie. Dziennikarze zwykle boją się lasu i nie kwapią się, aby go bliżej poznać. Bo kleszcze, komary, błoto, kurz, rozjechane drogi…  Dlatego mamy niewiele okazji czytać, słuchać czy oglądać rzetelnych materiałów dziennikarskich o  leśnych sprawach. Z podkreśleniem słowa rzetelnych

 Ostatnio trwał medialny festiwal pisania o leśnikach, ich pracy, zarobkach i finansach Lasów Państwowych. Niewiele z tych materiałów miało związek z czymś, co się nazywa misją dziennikarską, a polega na rzetelnym i obiektywnym pisaniu prawdy. Wielu dziennikarzy pewnie dawno nie zaglądało do ustawy prawo prasowe z 1984 roku i stąd pewnie sporo zatarło się w pamięci, szczególnie zapisy artkułów 10-12. A przecież nasze lasy zajmują blisko 30% powierzchni kraju i ich areał wciąż wzrasta, ogromna większość z nich to lasy państwowe, toteż należy o nich pisać i informować o wszystkim niezależnie i obiektywnie ich właściciela, czyli społeczeństwo. Ale fajnie pisać za objęte głęboką tajemnicą honorarium, siedząc w drewnianym domku pośród lasów, za drewnianym biurkiem, przy drwach płonących w kominku o „niebotycznych zarobkach” leśników i ich przywilejach, zawłaszczaniu państwowych lasów itd., bo leśników nikt nie pyta i nikt nie słucha. Oni są przecież po to, aby nam służyć…

Może właśnie tak wykorzystywać tę służbę, otwartość leśników i towarzyszyć im czasem w ich codziennej pracy? Najlepiej gdyby dziennikarze częściej korzystali z pomocy leśników, którzy doskonale znają las i chętnie o nim opowiadają. Wtedy przekaz byłby inny. Ostatnio jednak pojawiają się pierwsze zwiastuny szerszego medialnego zainteresowania lasem i pracą leśników. Prym wiedzie tu telewizyjny cykl „Las bliżej nas”.

Świetną okazją nagłośnienia leśnych spraw jest Święto Lasu. Nie znajdziecie w kalendarzu konkretnego dnia, w którym jest Dzień Leśnika. Leśnicy są bowiem tą grupą zawodową, która nie świętuje Dnia Leśnika tylko Święto Lasu czy Dzień Lasu. Co więcej, realnie wygląda to tak, że w takie np. Dni Lasu, czy podczas imprez z okazji „Międzynarodowego Roku Lasów” lub innego, podobnego święta, leśnicy zawsze pracują i służą społeczności, a nie świętują. Taka to służba… Jest przecież jednak konkretne Święto Lasu. Może za mało i za rzadko o nim mówimy? Pewnie dlatego jest mało znane, a w różnych kalendarzach znajdziemy to leśne święto cichaczem poprzyklejane gdzie tylko się da: są bowiem Dni Lasu i Zadrzewień, Święto Leśników i Drzewiarzy, Dzień Ziemi, Święto Drzewa, Dzień Środowiska Naturalnego itd. W każdym kalendarzu inaczej. W marcu, kwietniu, maju, czerwcu, wrześniu…

Dodam też, że w naszej, polskiej rzeczywistości istnieje takie potoczne określenie, jak „święto lasu” – rozumiane nie jako święto w jakikolwiek sposób umieszczone w kalendarzu, a oznaczające po prostu dzień, w którym zdarza się coś wyjątkowego, zwykle pozytywnego. Dla ucznia to dzień bez klasówki, dla pracownika np. dodatkowa kasa. Podobnie mówimy „dzień dziecka” na dzień, kiedy nie chce się nam myć i rzucamy się do łóżka z pominięciem łazienki… Choć tego nie polecam w trosce o środowisko naturalne i trwałość gatunków.

 Oficjalne Święto Lasu powinno być ważną datą w kalendarzu każdego Polaka. Choćby dlatego, że leśnicy co roku sadzą około 500 mln drzew, które służą nam wszystkim.  Święto Lasu ma już długoletnią tradycję, bo obchodzono je w naszym kraju po raz pierwszy 29.04.1933 roku. Obecny Dyrektor Generalny Lasów Państwowych Adam Wasiak postanowił przywrócić dobrą tradycję i znaczenie obchodów Święta Lasu w całej Polsce. Jego termin przypadający w ostatniej dekadzie kwietnia jest dobrze wybrany, bo to wtedy zazwyczaj dobiega końca coroczna kampania odnowieniowo-zalesieniowa i wszyscy, nie tylko leśnicy, mamy prawo się cieszyć z nowo posadzonych lasów.

Jakie były początki tego święta?

Z formalną inicjatywą zorganizowania na terenie całego kraju stałego święta lasu wystąpiło w roku 1933 Prezydium Zarządu Głównego Związku Leśników Polskich, w którego szeregach skupili się przede wszystkim leśnicy polskich Lasów Państwowych. Ustalono, że święto, nazywane pierwotnie Świętem Lasu będzie organizowane co roku w ostatnią sobotę kwietnia.

 Pomysł urządzania dorocznego Święta Lasu narodził się w 1932 roku w głowie inż. Leonarda Chociłowskiego, redaktora popularnego, wydawanego do dziś ( więcej na www.lasy.gov.pl) czasopisma „Echa Leśne”. Doprowadził on do powstania komitetu organizacyjnego Święta Lasu, w którego skład weszło wielu wybitnych polskich leśników. Utworzyli oni potem Główny Komitet „Święta Lasu”, który przejął inicjatywę, ale nadal działał pod patronatem Związku Leśników Polskich.

Głównym założeniem Święta Lasu było uświadomienie społeczeństwu, jak wszechstronne znaczenie ma dla niego las i jakie potrzeby zaspokaja. Ten szczególny dzień miał posłużyć  obudzeniu i szerzeniu wśród narodu polskiego, a szczególnie wśród młodzieży szkolnej kultu lasu i drzew. Zachęcano w to święto do obsadzania dróg i osiedli drzewami, uświadamiano szerokie wartości lasu dla dobra ogółu, podkreślano znaczenie lasu dla kultury duchowej, fizycznej oraz materialnej. Centralne obchody miały miejsce w Warszawie. Jednak Święto Lasu bardzo uroczyście obchodzono w miastach i wsiach na terenie całego kraju, nawet na zagubionych w leśnych głuszach leśniczówkach.

Wybuch drugiej wojny i przemiany społeczno-polityczne po jej zakończeniu na wiele lat przerwały tradycję organizowania Święta Lasu. Po wojnie od czasu do czasu podejmowano próby organizowania Dni Lasu, często połączonych z modnymi wtedy czynami społecznymi i przeniesiono ich organizowanie na początek czerwca. Było wtedy za późno na sadzenie drzew, a święto miało niewiele wspólnego z dotychczasową tradycją promującą leśników, las i jego wielorakie funkcje. Powrócono do niej dopiero po ponad półwieczu, w roku 1993, kiedy to po raz pierwszy po wojnie świętowano ogólnopolskie Dni Lasu w Gołuchowie.

 W tym roku obchody Święta Lasu przeniesiono na 6 maja 2014, ponieważ ostatnia sobota i niedziela kwietnia to uroczystość ustanowienia świętym papieża-Polaka, Jana Pawła II. Centralne obchody Święta Lasu odbędą  się w Lublinie, gdzie miejscowa regionalna dyrekcja LP uczci w ten sposób jubileusz 70-lecia istnienia. Święto Lasu objął patronatem Prezydent RP Bronisław Komorowski, który zasadzi tam jeden z 25 dębów wolności. Inne dęby są i będą sadzone w ramach obchodów Święta Lasu w całym kraju.

Ze Świętem Lasu od lat łączono także inne ważne, lokalne wydarzenia. Jedno z nich miało miejsce w sąsiednim nadleśnictwie Międzychód. Co ciekawe, zdarzyło się  ono w trakcie pierwszego święta, które odbyło się w dniu 29 kwietnia 1933 roku. Ogłoszone w tym dniu święto zbiegło się z ukończeniem na terenie Nadleśnictwa Międzychód prac zalesieniowych po gradacji strzygoni choinówki. Można to wyczytać z tablic, umieszczonych dla turystów w puszczy przez międzychodzkich leśników:

 Z tej okazji podczas pierwszego Święta Lasu ustawiono kamień upamiętniający te wydarzenia. Usytuowano go w Puszczy Noteckiej, w pobliżu nieistniejącej dziś największej puszczańskiej wsi Radusz.

 W tym miejscu odbyła się wielka uroczystość, w której uczestniczyli pracownicy nadleśnictwa, przedstawiciele władz, miejscowej społeczności, dzieci i młodzież oraz wszyscy, którzy swoim trudem doprowadzili do uporządkowania terenu poklęskowego i powstania Puszczy Noteckiej. Na pamiątkę tej uroczystości, uczniowie ówczesnej szkoły podstawowej w Kaplinie posadzili wokół kamienia dęby, które teraz mają już ponad 80 lat. Dęby otaczają wianuszkiem do dziś ten wyjątkowo skromny kamień z wyrytym napisem, upamiętniającym dzień tego święta.

 Starannie dbają o niego leśnicy z Międzychodu i jest on niewątpliwą atrakcją turystyczną, podobnie jak pobliski Ośrodek Edukacji Przyrodniczej w dawnej leśniczówce Mokrzec i Muzeum Wsi Radusz. Kamień, być może z racji skromnego wyglądu, przetrwał  wojenną zawieruchę i jest wyjątkowo twardym dowodem trwałości pracy leśników i ich dbałości o tradycję oraz promocję walorów lasu.

 Choć w kalendarzu nie znajdziemy dotychczas konkretnej daty związanej z dniem leśnika i w zasadzie trudno jednoznacznie odpowiedzieć ludziom na pytanie: kiedy mamy leśne święto?, to z satysfakcją możemy spoglądać na ten i inne pamiątkowe kamienie, posadzone drzewa i nasze lasy. Bo to otaczające nas coraz piękniejsze lasy są najlepszą pamiątką i dowodem na dobrą, odpowiedzialną, codzienną pracę leśników, także w niedziele i święta. Nie tylko w Święto Lasu…

Ale o tym dziennikarze nie mówią i nie piszą, bo o zwyczajnej pracy zwyczajnych leśników nikomu nie chce się pisać. Może jednak właśnie dlatego, w jubileuszowym roku 90 lat istnienia Lasów Państwowych, powinno w każdym kalendarzu, pod konkretną datą,  pojawić się Święto Leśnika?

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

22:45, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
czwartek, 24 kwietnia 2014

Tegoroczna wiosna wybuchła gwałtownie zielenią i barwami kwiatów. Wcześniej niż zwykle zrobiło się zielono od młodych liści. Większość ptaków „zameldowała się” już w swoich rewirach lęgowych i trwa gorączkowy czas budowy i poprawiania gniazd, godów oraz zachowania trwałości gatunku. W moich stronach w tym roku pojawiło się wyjątkowo dużo bocianów białych. Wszystkie gniazda zostały zasiedlone, nawet te, które od kilku lat były puste i służyły tylko wróblom. Myślę, że to dobra nowina dla wszystkich przyrodników ale też dla każdego z nas, bo wszyscy z sympatią spoglądamy na bociany:

To informacja ważna szczególnie dla wszystkich narzekających na niż demograficzny, bo bociany oprócz łowienia myszy, ślimaków, jaszczurek i innych stworzeń mają też określoną misję…

Kwitną już dęby:

To oznaka, że roją się też chrabąszcze majowe. W tym roku jest ich bardzo niewiele, ale w przyszłym będzie ich pewnie zatrzęsienie, bo masowy wylot brązowych chrząszczy jest co cztery lata. Wokół potężnego dęba kręci się mnóstwo pszczół, które wabią niepozorne, zielone kwiatki. Spójrzcie jakie są obładowane pyłkiem:

 

Mnóstwo owadów widać także przy kwitnących jabłoniach, czereśniach i śliwach:

Wczoraj wieczorem słyszałem już pierwszego słowika, pięknie koncertują rudziki, kosy, pokrzewki. Rankiem huczy bąk, słyszałem też przepiórkę i derkacza. Rozpoczyna się piękny czas, a tegoroczny kwiecień jest bardzo majowy. To zachęta do spacerów, kontaktu z przyrodą i wypraw do lasu w poszukiwaniu ciszy i …zdrowia.  Znajdziemy tam teraz, oprócz wrażeń estetycznych i wytchnienia, także wiele dobrego dla ciała i ducha. Kontakt z lasem i drzewami daje przyjemny i bezbolesny zastrzyk dobrej energii oraz podnosi naszą odporność na choroby. Ruch na świeżym powietrzu odświeża procesy myślowe, odpręża nas duchowo. Olejki eteryczne wydzielane przez drzewa iglaste działają przeciwzapalnie, antybakteryjnie i uspakajająco. Las to dla wszystkich darmowa apteka i terapeuta, który gratis, bez recepty leczy nasze ciało i duszę…

Gdy posiadamy odrobinę wiedzy, możemy mądrze czerpać z jego  darów niosących zdrowie. Każde drzewo w określony sposób działa pozytywnie na człowieka. Lipa pomaga wyciszyć się, buk likwiduje stres, dąb dodaje energii życiowej. Brzoza, lekka, zwiewna brzoza odziana w młodziutkie liście zmniejsza stany depresyjne, o które tak łatwo w XXI wieku. Delikatna i mocno energetyczna zieleń jej młodych listków przyciąga uwagę nie bez powodu. Całe drzewo wpływa mocno energetycznie, pozytywną energią świetnie działa na nasze samopoczucie: daje poczucie  spokoju, siły, optymizmu.

 Warto też szczególnie teraz zainteresować się świeżymi liśćmi z drzew naszych lasów. To cenny i … smaczny surowiec.  Młode liście lipy, szczególnie te z odrostów, są doskonałe jako składnik diety dla osób cierpiących na zaburzenia pracy jelit:

 Smaczne są także młode liście buków, które się właśnie rozwijają:

 Smakują podobnie jak szczaw, bo są kwaśne. Kiedyś ratowały ludzi na przednówku, gdy nie było co jeść, a dziś pomagają w oczyszczaniu naszego skażonego cywilizacją organizmu. W różnych kuracjach pomagają też liście innych gatunków spożywane jako sałatki, kiszone czy gotowane. Liście morwy, która wprawdzie zwykle nie rośnie w lasach, ale od lat rośnie na podwórzu mojej leśniczówki są np. najlepszym naturalnym lekiem na obniżenie cukru we krwi. Jej pyszne owoce to inna bajka, a opowieść o morwie znajdziecie w archiwum bloga…

A tytułowa brzoza? Wszyscy znamy brzozę, która z powodu białej kory bywa nazywana najstarszym drzewem w lesie:

 Tak naprawdę żyje krótko, w zasadzie dożywa w lasach do 60 lat. Uważana jest za typowo polskie drzewo, choć zajmuje tylko 6% powierzchni leśnej naszego kraju. Starszym rocznikom kojarzy się z filmami „made in ZSRR”. Pojawiła się na świecie wcześniej niż człowiek, zaraz po ustąpieniu lądolodu, stąd jest gatunkiem pionierskim i występuje w niemal całej Europie i Azji. Rośnie na ubogich siedliskach, jest pożyteczna i poczciwa, mało wymagająca od gleby, odporna na mrozy i upały.

 Teraz jest dobry czas na zbiór i wykorzystanie walorów zdrowotnych młodych liści brzozy:

 Warto korzystać na bieżąco ze świeżych liści, można również wykorzystać pączki, rozsądnie też zrobić sobie mały zapas i nasuszyć brzozowych liści.

Jak postępować z młodziutkimi liśćmi brzozy? Świeżo zerwane najlepiej w lekko słoneczny dzień, suche i zdrowe, listki rozłożyć na papierze (nie na gazetach, bo farba drukarska je nam zanieczyści ) można też na płótnie, w miejscu zacienionym i przewiewnym. Po wyschnięciu, czyli, gdy liście będą kruszyć się w palcach,  zamknąć w szczelnym, szklanym naczyniu lub zwykłej, koniecznie papierowej torbie.

Liście brzozy to surowiec do doskonałego odtrucia naszego organizmu, czyli taki "domorosły detoks", bo zawierają liczne związki czynne: m.in. flawonoidy, garbniki, saponiny, kwasy organiczne, olejki eteryczne i sole mineralne.

Jak działają na nasz organizm?

Mają właściwości odtruwające poprzez wiązanie niektórych składników czynnych brzozy ze szkodliwymi produktami przemiany materii, które zostają potem wydalone z moczem. Picie naparów z liści brzozy powoduje zwiększone wydalanie moczu, a wraz z nim jonów sodu, chloru i kwasu moczowego, szkodliwych produktów przemiany materii. Radzę jednak codzienne picie naparu lepiej zakończyć popołudniową porą, by nocą spać bez przerywania snu koniecznością odwiedzania łazienki. Kurację najlepiej prowadzić przez max 2 tygodnie. Liście brzozy chronią też wątrobę, powodują zwiększone wydalanie żółci, działają lekko napotnie. Jest wiele przepisów na wywary i napary z liści brzozy.

Można też zrobić specyficzną nalewkę, do której pewnie łatwiej będzie zachęcić panów:

W szklanym słoju 0,70 litra umieścić rozdrobnione, najlepiej ręcznie podarte świeże liście brzozy, lekko je ugnieść i wypełnić nimi nieco ponad połowę słoja. Podgrzać dość mocno ćwiartkę wódki i zalać nią liście. Macerować około 7 dni, przecedzić. Stosować 2-3 razy dziennie, w dawce ok. 10 ml rozpuszczonej w szklance wody lub dodając do herbaty.

Najbardziej chyba znanym pożytkiem z tego „najstarszego drzewa” w lesie jest sok brzozowy. Pisałem o niej swojego czasu na blogu. Oskoła – czyli właśnie sok brzozowy, była tradycyjnym napitkiem spożywanym o tej porze roku przez wszystkich Słowian. Przed II wojną światową nie było restauracji, w której nie podawano by oskoły.

Medyczne zalety brzozy znane były od tysiącleci. Wymieniana jest także w średniowiecznych zielnikach. O  jej leczniczych właściwościach pisała miedzy innymi święta Hildegarda. W dawnych czasach brzozę wręcz czcili Rzymianie, Celtowie, Słowianie i inne ludy. Zasadzona przy grobie brzoza miała chronić przed duchami. Według chrześcijan podobny cel miał spełniać znany nam krzyż brzozowy. Brzozie przypisywano również magiczne działanie - z jej pomocą można było pozbyć się wycieńczenia i dreszczy. Uderzenie gałązką brzózki miało pobudzać siły witalne- stąd obyczaj chłostania brzozowymi gałązkami w czasie wielkanocnym. Gałązek używano na wianki i do zdobienia domów w czasie Zielonych Świątek oraz na palmy w czasie Niedzieli Palmowej. Dekoruje się małymi brzózkami także trasę procesji na Boże Ciało i wtedy wiele osób trafia do leśniczego prosząc o wskazanie miejsca, gdzie można je wyciąć. W całej Polsce powszechny był zwyczaj - dotychczas jeszcze zachowywany na wsi – świątecznego majenia ścian domów, wrót i płotów zielonymi, najczęściej także brzozowymi gałęziami. Podwórka zaś, podłogi w izbach i nawet psie budy wyściełano grubo tatarakiem, dla świątecznej dekoracji, dla pięknego zapachu i także... przeciw pchłom, komarom, muchom i innym insektom. Jak widać brzoza o tej porze roku jest ważnym drzewem. Czy znamy ją jednak bliżej i co wiemy o jej symbolice ?     

Wiązki brzozowych rózg (rózgi liktorskie) otaczające topór stanowiły symbol władzy w starożytnym Rzymie. Brzezinowymi rózgami wymierzano kiedyś sprawiedliwość, gdy na kogoś nałożono karę chłosty. Jeszcze całkiem niedawno używano ich do wymierzania kar cielesnych w szkołach i pewnie nie tylko w szkołach... Nasi słowiańscy przodkowie wykorzystywali natomiast gałązki brzozowe do odpędzania złych duchów. Zwolennicy oczyszczającej sauny korzystają z upodobaniem z miotełek brzozowych podczas kąpieli parowej. Z gałązek brzozy wyrabiane są także popularne do dziś na wsi miotły na kiju. Brzozowe są podobno także miotły czarownic, służące im za środek lokomocji, warto się temu przyjrzeć zwiedzając Góry Świętokrzyskie.

Na brzozowej korze wypisywano kiedyś prośby do duchów i wieszano je na brzózkach, szczególnie na bagnach, bo tam ducha najłatwiej podobno spotkać:

Swoją drogą, brzozowa kora to świetna podpałka, znana wszelkim traperom. Nawet w czasie solidnej ulewy przy jej pomocy można rozpalić ognisko, oczywiście w dozwolonym miejscu.

 Brzoza nie przez przypadek była świętym i pożytecznym drzewem już dla naszych przodków. Potwierdzają to współczesne badania, które jednoznacznie wykazały, że drzewo to silnie jonizuje ujemnie powietrze, a ujemne jony działają leczniczo na organizm człowieka. Wystarczy więc samo przebywanie w brzozowym zagajniku, by poczuć się lepiej. Dotykanie drzew oraz przebywanie w bliskim ich sąsiedztwie daje pozytywną energię i jest bardzo korzystne dla zdrowia. Warto zatem przytulić się do brzozy…

 

Zielone gałązki brzozy wykorzystywane były dawniej w różnych zwyczajach związanych z zalotami. Maj i czerwiec to przecież od lat czas zakochanych. Niegdyś bardzo popularnym, a obecnie już zapomnianym zwyczajem było stawianie przed domami „panien”, bram z młodych brzózek. Czynili to kawalerowie w noc poprzedzającą pierwszy dzień świąt. Często taka brama była równoznaczna z oświadczynami. Lepiej przecież stawiać pod oknem wybranki „pannę” brzozową niż samochód lub motocykl i w ten sposób imponować…

To piękne i zwiewne drzewo stanowiło zawsze natchnienie poetów i literatów. Każdy z nas zapewne pamięta poetycki opis brzozy z III księgi „Pana Tadeusza” oraz wiersze Słowackiego, Lenartowicza czy Staffa. Fantastyczny, a nawet erotyczny opis brzeziny znajdziemy w noweli Iwaszkiewicza „Brzezina”, którą napisał w zakopiańskiej willi Atma w 1932 roku, goszcząc u Karola Szymanowskiego:

„W tle późnego wieczora tkwiły te pnie białe, oświetlone resztkami światła, jak perły wprawione w aksamit. Pnie te białe, gładkie, toczone, przypominały mu tutaj ramiona kobiece, mnóstwo splątanych ramion, wznoszących się w górę gestami błagania, uniesienia, czasem odgiętych ku dołowi ruchem poddania i rezygnacji. Bukiety ramion w górze łączyły się dłońmi, plątały palcami, niektóre zaś stały pojedyncze i beznadziejne. Wilgotne, parne powietrze napełniało zgęszczeniem interwały pomiędzy brzozami i wszystko razem czyniło wrażenie jakiejś zmysłowej świątyni".

Opowiadanie sfilmował potem Andrzej Wajda, a jak zwykle po mistrzowsku zagrali tam Daniel Olbrychski i Olgierd Łukaszewicz. Brzoza ma chyba niezliczenie wiele innych zalet i zastosowań. Podczas majowych spacerów warto spojrzeć na nią z sympatią i przytulić się do siwego pnia. Choć nie jest on siwy od starości… Wśród brzozowych świeżych liści możemy zobaczyć złotopiórą, śliczną wilgę z czarnymi skrzydłami i usłyszeć jej fletowy głos. Brzoza to piękno i zdrowie, zachęcam abyście poznali ją bliżej.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

19:31, lesniczy.lp
Link Komentarze (9) »
środa, 16 kwietnia 2014

Święta Wielkanocne w swojej symbolice są bardzo „leśne” bo związane z jajem, których leśne ptactwo znosi w tej chwili w uwite gniazdka całe mnóstwo, no i z zajączkiem, który „odpowiada” za wielkanocne podarunki. Jajko-symbol radosnego święta Zmartwychwstania Pańskiego jest z tym świętem związane od tysięcy lat.  Różnie nazywa się wielkanocne jajka i ich nazwa zależy od sposobu zdobienia.

 Jednobarwne, kolorowe ale bez wzorów, ufarbowane przez gotowanie w naturalnym barwniku (np. w łupinach cebuli, korze dębu, owocach czarnego bzu, szyszeczkach olchy, wywarze z widłaka czy młodego żyta)  noszą nazwę malowanek, kraszanek, byczków, alunek. Pisanki to  jaja zdobione techniką batiku, złocone, drapane, owijane, wycinankowe. Zwykle wykonuje się je z wydmuszek kurzych, gęsich, czasem także strusich.

 Wielkanocne jajo zawsze jest symbolem życia, płodności, miłości i siły. Jest dekoracją domu i świątecznego stołu ale także składnikiem różnych potraw (np. żuru czy sałatek) jak i stałym elementem koszyczka ze święconką. Z tradycyjnym, pięknie przystrojonym koszyczkiem, gdzie każda szanująca się gospodyni na haftowanej serwetce układa wszystko to, co znajdzie się potem na świątecznym stole, w przedświąteczna sobotę wybierają się do kościoła dzieci. Dzieci w różnym wieku jak widać po córkach leśniczego:

Koszyczek nakryty drugą serwetką, dekoruje się zwykle gałązkami bukszpanu i forsycji. W książce „Święta polskie. Tradycja i obyczaj” Barbary Ogrodowskiej czytamy:

Jajka ptasie, zwłaszcza barwne lub pokryte wzorami, czczone były od wieków na całym świecie. Najstarsze znaleziska pisanek pochodzą z sumeryjskiej Mezopotamii. W starożytnym Egipcie jajko powiązane ze słońcem było symbolem bogini Ptah. W Grecji zaś były atrybutem Afrodyty bogini miłości, płodności i piękna. O malowaniu jaj w starożytnym Rzymie wspominają Owidiusz, Pliniusz i Juvedal. Jaja uważane były wszędzie za symbol początku życia i początku wszechrzeczy. Według mitów filipińskich i indyjskich świat powstać miał z ogromnego jaja, a legendy asyryjskie wyprowadzając świat z jaja Feniksa. Św. Jan Damasceński mówił o analogii pomiędzy budową kosmosu i jaja: skorupę kojarzył z niebem, wyściełającą ją błonę z obłokami, białko z wodą, żółtko z ziemią i minerałami.

 

W mitologii słowiańskiej i polskiej jajko – źródło wszelkiego życia uznawane było za potężny amulet przeciw czarom i złym mocom, występowało więc w kultowych obrzędach wiosennych, w praktykach ku czci zmarłych, w lecznictwie i magii.”

Podobno, tak przynajmniej głoszą podania greckie, gdy Maria Magdalena przyszła do Heroda z prośbą, by ulitował się nad Jezusem, podarowała mu malowane jajka. Może to właśnie dlatego zwykle to dziewczęta zajmują się malowaniem i zdobieniem jajek. Tradycyjnie zajmują się przygotowaniem pisanek i kraszanek w Wielki Piątek. W wodzie, w której gotowano jajka dawniej dziewczęta myły potem włosy, wierząc, że będą po tym zabiegu szczególnie piękne. Dziś raczej stosują inne środki, oglądane w czasem irytujących świątecznych reklamach telewizyjnych…

Jest wiele wierzeń i podań związanych z jajkiem. Istnieje też wiele obrzędów, związanych z bardzo ważnymi momentami w pracach rolnika i hodowcy, gdzie jajko odgrywa ważną rolę.

Kultywują te tradycje także leśnicy, a pokaźny zbiór ich różnorodnej twórczości „jajecznej” można zobaczyć np. w Ośrodku Kultury Leśnej w Gołuchowie koło Kalisza:

Jednak nie znajdziecie tam takiej pisanki:

 

A oto jak wygląda z drugiej strony:

 

Chyba znacie te motywy? To unikalna pisanka, którą dostałem w prezencie od Anny Kasprowicz, utalentowanej artystki, o której pracach pisałem na blogowych łamach w marcu 2013 tu: http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&id_blog=3&lang_id=5&id_post=3464

Jej prace są urzekające i fantastyczne:

 

Pełne artyzmu i dbałości o najmniejszy szczegół:

 

Z mojej „Erysiowej pisanki” jestem bardzo dumny i stanowi ona główną ozdobę wielkanocnego stołu.

A wielkanocny zajączek?

 

Spójrzcie na niego:

 

Skacze zajączek po lesie i życzenia Tobie niesie

 przez pisanki przeskakuje

 "Alleluja" wykrzykuje...

 po czym znika w długich susach

 cały mokry od dyngusa…

 

Prosto z pszczewskiej leśniczówki razem z wielkanocnym zajączkiem  Radosnych Świąt życzy czytelnikom Blogu Leśniczego

 leśniczy Jarek z rodziną

 

 

 

23:11, lesniczy.lp
Link Komentarze (15) »
sobota, 12 kwietnia 2014

Wiosna to czas, kiedy absolutnie nie myślimy o grzybach. Zachwycamy się powracającymi ptakami i ich śpiewem, który każdego dnia wzbogaca chór wiosennego lasu o kolejne trele, nutki i zwrotki. Cieszymy się z rozwijających listków, zakwitających kolejno kwiatów i coraz bardziej soczystej zieleni.Rozwijają się świeżutkie i delikatne liście brzóz:

 No to gdzie tu czas na grzyby? W kwietniu?

Okazuje się jednak, że w kwietniu, czasem nawet już w marcu można ruszyć na grzybobranie. Trudno liczyć na bogactwo gatunków i pełne kosze, ale naprawdę warto to zrobić. Warto, tym bardziej, że kwietniowy las jest taki świeży i wiosennie piękny. Od kilku dni sosnowy, pozornie monotonny sosnowy bór pobielał od kwitnących śliw, tarnin i wiśni. Pomiędzy sosnami aż razi biel kwitnących drzewek:

Dzięki rozumnemu planowaniu składu nowych upraw przez leśników możemy dziś w kilkunasto- lub kilkuletnich młodnikach oglądać kwitnące dzikie wiśnie:

Zaczynają się rozwijać „zakręty” z których wytrysną za chwile pióropusze paproci:

Dno lasu robi się coraz bardziej kolorowe i choć kończą kwitnienie błękitne cebulice, które najczęściej rosną na opuszczonych grobach, w sąsiedztwie cmentarzy lub opuszczonych domostw:

To nadal ślicznie kwitną urocze fiołki:

A niedawno jeszcze zakwitły na złoto łany mahoni północnej, których miodowy zapach wabi słodyczą pszczoły i trzmiele:

No a grzyby? Czy wiecie, że pierwsze nasze grzyby, pojawiały się kiedyś już pod koniec marca, choć prawdziwy ich wysyp miał miejsce najczęściej w maju. ”Na przednówku”, jak to zwyczajowo mówiono, wylegały tłumy amatorów wiosennych grzybów, przeczesujących lasy i łąki w poszukiwaniu pysznych grzybów. Te wiosenne grzyby to smardze. Są najszlachetniejsze z polskich grzybów, przy których borowiki to „pikuś”,  mają wspaniały aromat z nutą orzechów i kruchy, delikatny miąższ. Od wielu, wielu lat nie spotkałem, niestety, w lesie smardza. Dlatego zamieszczam tu fotografię pochodzącą z portalu www.nagrzyby.pl:

Nie wiem jaka jest przyczyna wielkiej unikalności smardzów w lasach. Wyczytałem gdzieś, że zniknęły prawie zupełnie z naszych lasów, gdy po drugiej wojnie światowej zmienił się ustrój naszego kraju… Nie sądzę, żeby były to powody polityczne, a raczej oznaka degradacji środowiska. Smardze to bardzo wymagające grzyby. Pojawiają się w starodrzewach, ale też na skraju łąk, przy drogach, w parkach. Lubią stanowiska podmokłe, więc wyrastają często w łęgach, w zaroślach nadrzecznych.

Wszystkie gatunki smardzów występujących w Polsce objęte są ochroną ścisłą i wpisane do „Czerwonej listy roślin i grzybów Polski” jako rzadkie. Z tego powodu nie wolno ich zbierać ze stanowisk naturalnych. Może się natomiast zdarzyć, że wyrosną nie w liściastym lesie lecz na naszej działce lub w ogródku. To zadziwiające, ale czasem pojawiają się na korze, którą wysypuje się rabaty. Najczęściej wyrastają w drugim roku po wysypaniu kory i potem znikają bezpowrotnie. Dziś jednak można korzystać z dobrodziejstwa internetu i zakupić gotową mieszankę podłoża uprzednio zaszczepioną grzybnią smardzową, a potem cieszyć się obecnością tych ciekawych grzybów w ogródku.

Kilka dni temu, w sosnowym borze spotkałem innego grzyba. Spójrzcie, oto on:

 

To piestrzenica kasztanowata, która często jest mylona ze smardzem. Jej nazwa łacińska Gyromitra esculenta może mylić, bo przymiotnik gatunkowy esculenta w języku łacińskim oznacza jadalny. Piestrzenica kasztanowata jeszcze całkiem niedawno uznawana była za bardzo smaczny i jadalny gatunek grzyba. Jednak ze względu na coraz częstsze zatrucia, jej spożywanie i sprzedaż suszonych piestrzenic została zabroniona. Ten grzyb, nazywany regionalnie: babie uszy, babi uch, babieusz, grzyb majowy lub mylnie „smardz” jest dopuszczona do obrotu i spożywania, najczęściej jako susz w Szwecji i Francji. Kiedy jeszcze funkcjonowało przedsiębiorstwo "Las" funkcjonowały punkty skupujące i wysyłające za granicę dużo tych grzybów. Sam je kiedyś zbierałem na skrajach zrębów i piaszczystych górkach. To ulubione miejsca piestrzenic. Tegoroczną, tylko jedną znalazłem na piaszczystej skarpie leśnej drogi:

Dawniej, a może i dziś, szczególnie na wsi jadano piestrzenice. Na wsiach często przyrządza się grzyby w ten sposób, że najpierw się je odgotowuje, odlewa wodę i dopiero później smaży i podaje jako samodzielną potrawę lub dodatek do  kotletów, pierogów itp. Przypuszczam, że właśnie dzięki temu wcześniejszemu gotowaniu bezkarnie można jeść piestrzenice i inne uważane za niezdrowe lub nawet trujące grzyby, np. olszówki. Moja żona też zwykle odgotowuje każde grzyby, no może oprócz rydzów lub borowików dodawanych do zupy ze świeżych grzybów. Jest jeszcze jeden sekret wiejskiej kuchni dotyczący piestrzenic: nie można ich smażyć razem z cebulą i lepiej po nich nic nie pić! Nie sprawdzałem go jednak i Wam także nie polecam!

Warto dobrze sobie utrwalić, że jednak w każdym polskim grzybowym przewodniku przy zdjęciu tego gatunku widnieje znak wysokiej toksyczności. Nie bez powodu, bo znajdująca się w owocnikach toksyna zwana gyromitryną – w skład której wchodzą liczne związki, m.in. monometylohydrazyna i kwas helwellowy – powoduje poważne zatrucia. W przyrodzie zdarzają się rzeczy przedziwne i i ciekawe, bo gdzieś wyczytałem, że monometylohydrazyna zawarta w piestrzenicach jest także składnikiem  paliwa rakietowego!

Podczas kwietniowego spaceru rozglądajcie się zatem za piestrzenicami ale tylko po to, aby zrobić im odlotowe zdjęcie, wspominając zawartą w nich monometylohydrazynę.

Miłej wiosennej soboty, rozglądając się za piestrzenicami pamiętajcie o Palmowej Niedzieli i składnikach naturalnej, a nie plastikowej palmy!

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 P.S. We wtorek rano powitałem pierwsze jaskółki dymówki i choć mówią, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, to dziś, w sobotni poranek już wiele dymówek kręci ósemki nad jeziorem przy leśniczówce. Może powrócą do zamieszkania w moim kurniku, bo już kilka lat tam nie gniazdują!

 

 

00:21, lesniczy.lp
Link Komentarze (5) »
niedziela, 06 kwietnia 2014

Marzec i kwiecień to czas, kiedy w lesie można spotkać poszukiwaczy „rogów”. Właśnie w tym czasie jelenie zaczynają zrzucać swoje poroże. W rejonach, gdzie występuje ich dużo trwa właśnie sezon dla poszukiwaczy.  Pieszo, rowerem, czasem nawet zmotoryzowani, przemykają pomiędzy młodnikami tropiąc i goniąc jelenie-byki. Czasami nękają bardzo długo wytropioną chmarę zwierząt, strasząc je w nadziei, że uciekające w panice zwierzęta zgubią upragnione „rogi”. Przeszkadzają im w żerowaniu, odpoczynku i powodują, że zestresowane ciągłą ucieczką zwierzęta niszczą uprawy i młodniki leśne, bo nie maja czasu i spokoju na urozmaicone menu. Takie prześladowanie jeleni to  karygodne zjawisko i podkreślam, że niezgodne z prawem.

To fantastyczny wybryk natury. Jeleń-byk w pełni wykształcone, wytarte ze scypułu poroże nosi z dumą w sierpniu, a już w końcu lutego stare osobniki je zrzucają. Starsze byki wcześniej rozstają się z pięknymi tykami, bo potrzebują więcej czasu na nałożenie nowego wieńca (bo tak nazywa się ozdoba jeleniej głowy, złożona z dwóch tyk), a młodsze pozbywają się szpiców lub tyk z trzema odnogami (wtedy jest to szóstak) lub czterema ( taki byk to ósmak) czasem dopiero w maju lub nawet w czerwcu, w okolicy swoich urodzin. Ich szpice czy małe „tyczki” szóstaka  nie robią jednak wrażenia na poszukiwaczach i najczęściej trudno je zresztą znaleźć w gęstwinie lasu. Choć czasem leśniczy Jarek, który czasem ma szczęście, bo urodził się 13, znajdzie je nawet na drodze:

 

A oto ten zrzut znaleziony na drodze z bliska:

Dla poszukiwaczy najbardziej atrakcyjne jest poroże jeleni. Łopaty łosi czy danieli

 choć zwykle okazałe i także piękne, nie są poszukiwanym towarem na rynku, a parostki, bo tak nazywamy poroże rogacza (czyli samca sarny) jest niewielkie i trudne do odszukania w gąszczu leśnej ściółki lub polnych trawach. Najlepiej prezentują się świeżo zrzucone zrzuty, które mają piękną barwę, uzyskaną w wyniku wycierania poroża ze scypułu (miękkiej skórki) o krzewy i drzewa.

Pięknie wytarta tyka ze świecącymi grotami (ostro zakończonymi, wyszlifowanymi zakończeniami odnóg), dobrze uperlona (czyli pokryta drobnymi zgrubieniami) z grubą różą ( to taki pierścień kostny, otaczający początek tyki) osadzoną na możdżeniu- pniu wyrastającym z czaszki zwierzęcia, jest obiektem westchnień wielu poszukiwaczy.

Tyka składa się z odnóg o specjalnych nazwach. Nad różą jest oczniak, potem nadoczniak, choć nie zawsze występuje,  zwykle w połowie tyki jest opierak, a nad nim grot, jeśli poroże nie ma już więcej odnóg. Gdy zakończeniem tyki są dwie odnogi,  nazywamy to widlicą, a  jeśli trzy i więcej jest to korona. Byk, który ma trzy odnogi i więcej w zakończeniu tyki nazywany jest koronnym. Gdy korony kończą obie tyki wieńca jest to byk obustronnie lub regularnie koronny, a gdy tylko jedną- jednostronnie, lub nieregularnie koronny. Czasem pod koroną, nad opierakiem (stosunkowo rzadko) występuje jeszcze odnoga podkoronna, zwana wilczą odnogą.

 Zgubione poroże, czyli tzw. „zrzuty”, ludzie nazywają „rogami”. Najczęściej znajdujemy je na leśnych ścieżkach, a czasem nawet pośród pól pojedynczo.Choć bywa, że obie tyki jednocześnie odpadają od możdżenia:

To szczególnie cenna zdobycz dla poszukiwacza poroży. Wzrost, rozwój i zrzucanie poroża związane jest z poziomem testosteronu w organizmie zwierzęcia. Gdy poziom testosteronu we krwi spada poniżej wartości granicznej, wtedy właśnie następuje zrzucanie poroża.

 Jest ono poprzedzone pojawieniem się pod różą tzw. linii demarkacyjnej. Widać ją na spodniej stronie róży zrzuconej tyki, nazywanej pieczątką  Na wskutek rozpadu substancji kostnej w strefie linii demarkacyjnej tyki trzymają się coraz słabiej i wreszcie odpadają. Czasem po odpadnięciu jednej z kilkukilogramowych tyk byk, szczególnie bardzo mocny, stara się pozbyć drugiej, uderzając nią o krzewy lub drzewa, bo nierówne obciążenie łba przeszkadza mu w funkcjonowaniu.

Zapamiętajcie sobie raz na zawsze, że poroże to nie rogi!

Dlaczego zatem ktoś opowiada, że żona przyprawiła mu „taaaakie jelenie rogi”, skoro to nieprawda? Cóż, to tylko ludzkie powiedzenie, nie mające nic wspólnego ze światem przyrody i lasu, podobnie jak  nazywanie rogaczem pechowego faceta… Bo warto zapamiętać, że jeleń ma poroże i wbrew pozorom rogacz, czyli samiec sarny, też ma poroże. Rogi ma krowa!  

Rogi i poroże różnią się zasadniczo:

 Po pierwsze:  poroże co roku rośnie, a potem po kilku miesiącach jest zrzucane. To fantastyczny wybryk natury. Jeleń-byk w pełni wykształcone poroże nosi z dumą w sierpniu, a już w końcu lutego stare osobniki je zrzucają. Młode jelenie zrzucają swoje pierwsze poroże później niż dojrzałe byki, w maju lub czerwcu trzeciego kalendarzowego roku życia, w okolicy swoich drugich urodzin. Ich szpice czy małe „tyczki” szóstaka ( czyli jelenia mającego trzy odnogi) nie robią jednak wrażenia na poszukiwaczach i trudno je zresztą znaleźć w gęstwinie runa leśnego. Podobnie jak „parostki” rogacza lub guziki czy szpice młodego jelenia. Tyka, czyli połowa jeleniego wieńca, często ważąca 3-5 kg potrafi tak szybko rosnąć. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale jednak tak jest. W ciągu zaledwie kilku miesięcy na głowie jelenia, daniela, łosia czy sarny pojawia się obiekt zainteresowania poszukiwaczy. Zwierzęta z rogami mają lepiej, bo nikt nie czyha na ich ozdobę.

Szczególnie na kozice, które są u nas prawnie chronione, a ich rogi nazywane są hakami:

Po drugie: poroże jest rozgałęzione, a rogi - nie. Tyki jelenia, które składają się na wieniec, mają zwykle po kilka- kilkanaście odnóg. Błędnym stereotypem jest to, że można po ilości tych odnóg stwierdzić, ile jeleń ma lat. Rogi rosną z kolei całe życie i są coraz większe, stąd można na ich podstawie ocenić wiek zwierzęcia.

Po trzecie: poroże jest zupełnie pozbawione substancji rogowej i zbudowane w z tkanki łącznej, która potem kostnieje.  Rogi  są charakterystyczne  dla np. zwierząt pustorogich ( bydło domowe, owce, kozy, antylopy) i są zbudowane z keratyny.

Po czwarte: poroże jest jednolitą tkanką, a rogi są puste w środku.  Poroże to żywy twór, który w przeciwieństwie do rogów np. muflona, których porost zaczyna się u nasady, ma wzrost wierzchołkowy. Można zatem mówić, że poroże jeleniowatych „rośnie od końca”. Poroże to domena samców, z wyjątkiem reniferów, bo w ich przypadku także samice nakładają poroże, choć mniejsze od samców. Rogi z kolei posiadają  zarówno samce, jak i samice.

W czasie gdy jelenie zrzucają poroże i wtedy taki „łysy” byk nazywany jest gomułą, robi się nawet tłoczno w lesie. Przesmyki jelenie pełne są śladów butów, a czasem ( o zgrozo!)  także psich łap, bo psy pomagające ludziom płoszą zwierzęta i zmuszają je  do panicznej ucieczki. Ludzie zbierają zgubione przez jelenie poroża – czyli tzw. „zrzuty”, wieszają je na ścianie, kładą na kominku czy chwalą się nimi przed znajomymi. Zrzucone  poroża, jako element runa leśnego można zbierać i są one własnością znalazcy. To ciekawa pamiątka z leśnego spaceru lub grzybobrania. Zobaczcie jak cieszyli się ze znalezionego zrzuta adepci leśnictwa, uczniowie Technikum Leśnego w Rogozińcu:

 Czasem jednak to nie tylko fajna przygoda, ale swoista profesja prawie etatowych „poszukiwaczy rogów”, którzy całą wiosnę spędzają w lesie, zbierajac nawet kilkadziesiąt tyk w sezonie.

Nie można jednak w tym celu  płoszyć i prześladować swoją ciągłą obecnością zwierząt. Gdy jednak znajdziemy np. padniętego jelenia byka, daniela czy rogacza nie możemy go sobie zabrać, bo kompletny wieniec jest własnością zarządcy obwodu łowieckiego, a więc najczęściej właściwego miejscowo nadleśnictwa.

 Zrzuty są  zbierane jednak głównie po to, by je w konsekwencji sprzedać. Z poroży wykonywane są ozdoby, np. żyrandole, uchwyty do sztućców, zegary, rękojeści noży. Dla wielu ludzi na wsi to źródło dodatkowych dochodów i swoiste hobby. Bywa, że skłania ich to do łamania prawa i braku szacunku do przyrody. Często poszukiwacze zrzutów wiosną nieustannie niepokoją zwierzynę płową, łamią zakaz wchodzenia do ostoi i na teren upraw oraz młodników leśnych. „Rogacizna” ma lepiej, bo nikt nie czyha na „haki” kozicy czy ślimy muflona. Nie ma szans znaleźć ich w lesie, bo w naszym rejonie nie występują, no i te zwierzęta nie mają zwyczaju rozstawać się z nimi za życia...

Dlatego nie bądźcie pazernymi „rogaczami” i dajcie żyć tym, którzy cyklicznie rozstają się ze swoimi tykami, łopatami czy parostkami. Jeżeli podczas wiosennego spaceru znajdziecie to swoiste trofeum,  będzie to miła pamiątka. Nie płoszcie jednak zwierząt, nie właźcie do ostoi i nie szukajcie poroży za wszelką cenę, bo to nie jest nadzwyczajne trofeum, ani nadzwyczaj intratne zajęcie. Zwierzynie leśnej należy się spokój, nie wyrządza wtedy takich szkód w uprawach i młodnikach, a także na polach. Kwota, jaką można uzyskać za kawałek poroża nie jest warta prześladowania zwierząt, a można „zarobić” mandat za łamanie przepisów ustawy o ochronie przyrody i ustawy o lasach.  Pamiętajcie też, że rogacz ma poroże, a nie rogi i nie nabijcie sobie guza w kolizji z prawem oraz zdrowym rozsądkiem.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

                                        

22:36, lesniczy.lp
Link Komentarze (6) »
sobota, 05 kwietnia 2014

Tydzień minął mi jakby z bicza trzasł, stąd dopiero dziś mogę chwilę przeanalizować ostanie wydarzenia. W ubiegłą sobotę o tej porze razem z ponad setką leśników z całej Polski uczestniczyłem w zjeździe krajowym Związku Leśników Polskich w Rzeczypospolitej Polskiej. Niedawno w tym samym miejscu, w Sękocinie Starym pod Warszawą odbyła uroczystość 95-lecia istnienia związku, który zrzesza ponad 10 tysięcy leśników, pracowników zakładów, parków narodowych, Instytutu Badawczego Leśnictwa oraz Biura Urządzania Lasu i Geodezji Leśnej.

Koniec  marca to czas odnowień i bardzo pracowity okres w leśnictwie, ale przecież ostatnie wydarzenia społeczno-polityczne wokół lasów, o których Wam pisałem, to także „gorący temat”, wymagający wiedzy o sytuacji oraz zaangażowania podobnego jak kampania odnowieniowa. W pierwszej kolejności te właśnie wydarzenia i ich medialne echa były przedmiotem obrad Rady Krajowej. Dawniej za sprawą króla Stanisława Augusta Poniatowskiego odbywały się obiady czwartkowe, zwane „mądrymi obiadami” lub „czwartkami”, które były spotkaniami intelektualistów. Spotkaliśmy się wprawdzie także w czwartek, jednak już po obiedzie, bo delegaci zjechali przecież z wszystkich zakątków kraju. Razem z innymi członkami ponad 30-osobowej Rady Krajowej w czwartkowy wieczór  musiałem mocno wytężać swój intelekt, ponieważ dyskutowaliśmy i rozstrzygaliśmy sprawy ważne, trudne i skomplikowane. Nic dziwnego, że obrady, które rozpoczęły się o 19.30 przeciągnęły się do godzin nocnych. Tematem wiodącym było zaskarżenie uchwalonej w ekspresowym tempie zmiany ustawy o lasach z dnia 24 stycznia 2014 do Trybunału Konstytucyjnego. Szeroko rozważano plusy i minusy takiej decyzji i atmosfera była gorąca. Jednak ostatecznie tylko przy dwóch głosach wstrzymujących podjęto uchwałę o treści:

UCHWAŁA

RADY KRAJOWEJ

ZWIĄZKU LEŚNIKÓW POLSKICH W RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ

z dnia 27 marca 2014r.

w sprawie wystąpienia do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem o stwierdzenie niezgodności z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej ustawy z dnia 24 stycznia 2014r.  o zmianie ustawy o lasach (Dz. U. z 2014r. Nr 0, poz. 222), a w szczególności art. 2 i 3 tej ustawy oraz art. 58a ustawy o lasach z dnia 28 września 1991r. (Dz.U. z 1991r. Nr 101, poz. 444), w brzmieniu nadanym ustawą z dnia 24 stycznia 2014r. o zmianie ustawy o lasach (Dz.U. z 2014r. Nr 0, poz. 222).

Uchwała ma na celu wyeliminowanie zaskarżonych przepisów z porządku prawnego. Przygotowanie wniosku do TK i reprezentowanie tam Związku Leśników Polskich powierzono kancelarii prawnej.

Nazajutrz, w piątek 28 marca o godzinie 10 rozpoczęły się obrady Zjazdu Krajowego, które  otworzył Przewodniczący ZLP Bronisław Sasin.

Wprowadzono sztandar ZLP, a warto zauważyć, że poczet sztandarowy wierny był modnej idei gender:

Przedstawiciele dyrektora generalnego zapowiadali szybką (choć zapewne nie tak szybką jak ta ostatnia) kolejną zmianę ustawy o lasach, bardzo oczekiwaną przez leśników. Potwierdzał to także obecny na zjeździe tylko jeden z posłów, Cezary Olejniczak:

 

Leśnicy życzliwie przyjęli i wysoko ocenili jego wystąpienie, znajomość leśnych tematów oraz rozsądek, jaki wynikał z jego  wypowiedzi. Pan poseł, choć jednoosobowo (zaproszeni zostali posłowie z wszelkich opcji politycznych) reprezentował bardzo dobrze i godnie świat polityki, tak odległy i różny od naszego, leśnego świata. Jednak to nie świat przyrody, ale polityki i gospodarki istotnie kreuje przyszłość polskich lasów…

  Zapowiadana zmiana ustawy o lasach dotyczy sposobu zatrudniania zastępcy nadleśniczego, głównego księgowego nadleśnictwa, inżyniera nadzoru i leśniczego z powołania na umowę o pracę. 5 marca grupa posłów PO i PSL złożyła do Marszałka Sejmu projekt ustawy w tej sprawie. To od lat oczekiwana przez leśników zmiana sposobu zatrudnienia, którzy nie bardzo wierzą w jej realizację, bo tyle już było tych obietnic!

 Ostatnio tak wiele mówiło się w mediach o leśnikach, ich zarobkach, jednak tej kwestii nikt nie poruszał. Podobnie jak sprawy leśniczówek, których tak wiele osób nam zazdrości. Mało kto jednak wie, że leśniczego można w każdej chwili odwołać z funkcji, co jest równoważne z rozwiązaniem stosunku pracy i wtedy w ciągu trzech miesięcy należy opuścić leśniczówkę. Gdy leśniczy po ponad 40 latach służby w lasach odejdzie na emeryturę ma sześć miesięcy na opuszczenie leśniczówki, o którą dbał przez tyle lat, gdzie wychował dzieci, najczęściej z dala od zdobyczy cywilizacji. Nadleśniczy może zaproponować mu inny, zamienny lokal, ale wiele mieszkań już sprzedano i wciąż trwa ich sprzedaż. Ale nie dla leśniczych, bo oni nie zostali zaliczeni do grona uprawnionych do kupna mieszkań, które mają tylko w użyczeniu na czas pełnienia swojej funkcji. A po służbie „mają iść gdzie pieprz rośnie”, jak to gorzko, ale konkretnie  napisali w  swoim liście do uczestników zjazdu leśniczowie, którzy niebawem przejdą na emeryturę. Zostają sami z problemem mieszkaniowym, bo przez lata nie udało się tej sprawy rozwiązać podobnie jak to zrobiono w różnych służbach mundurowych. A leśnicy wiedzą najlepiej, że nie przesadza się starych drzew… Jednak w piśmie wysłanym do przewodniczącego ZLP 27 marca 2014  minister środowiska pisze:

"Odnośnie do propozycji, aby pracownikom Lasów Państwowych opuszczającym mieszkania służbowe przysługiwała odprawa w określonej wysokości, jeżeli nie będą korzystali z zasobów mieszkaniowych Lasów Państwowych informuję, że Ministerstwo Środowiska nie planuje wprowadzenia takich regulacji. Nie ma również intencji, aby zmienić przepisy uprawniające pracowników Służby Leśnej do bezpłatnego mieszkania."

 

Bo leśniczowie i pewnie nadleśniczowie chcieliby być przynajmniej lokatorami mieszkań na podstawie umowy najmu...

Leśnicy w dyskusji i czasem nawet bardzo emocjonalnych wystąpieniach poruszali wiele ważnych dla nich kwestii: zadaniowego czasu pracy, który niektórzy nazywają ukrytym wyzyskiem, kwestii zaufania do ich uczciwości i ogromu różnorodnych obowiązków, których nie da się wypełnić w „normalnym” czasie pracy kosztem rodziny, zdrowia psychicznego i rezygnacji z wszelkich poza zawodowych pasji. Nie było to wcale roszczeniowe narzekanie, bo przecież kochamy swoją pracę i chcemy ją wykonywać jak najlepiej, w zamian za partnerskie i uczciwe traktowanie przez przełożonych i licznych kontrolujących.

Głos zabierał między innymi Andrzej Piesyk, leśniczy-poeta ( na fotce siedzący w środku, z filiżanką):

Andrzej, zakochany w swoich krotoszyńskich dębach, tak o nich  pisze:

Moje dęby umiłowane jeszcze

są bez liści.

Dzięcioł w pień pusty dudni

dając znaki wiośnie

Ptaki gardła zdzierają, ciepło słońca głoszą

Bąk w kokorycz się wtula, wargi jej całując

Biel z żółcią w zawilcach dywany rozściela.

Pszczoła zawilca kosztuje nie musi się wtulać,

cały jest otwarty, bo czas jego krótki!

Dęby stoją i patrzą same zadziwione

bo błękity przylaszczek niebo z ziemią mylą.

Soki swe w pąki tłoczą z lekkim niepokojem

by konarów oczami sycić kolor wiosny

Barwy buty im szyją, kroków zabraniają

jeszcze chwila dni kilka gdy wzrok swój nasycą,

zieleń liści dna wesołość wchłonie.

Moje dęby umiłowane …!

            Mądrość Twoja Płonie…!

Tak,tak, skoro zjechało się 117 leśników-delegatów z nadleśnictw i zakładów całej Polski, to na sali obrad są ludzie o przeróżnych zainteresowaniach i umiejętnościach…

Drugi dzień zjazdu, czyli sobota, to praca nad uchwałami wnioskami zjazdu.

 Trwały gorące dyskusje, polemiki i walka na argumenty, bo każdy region kraju, a także każda grupa zawodowa leśników ma swoje problemy i pomysły na ich rozwiązanie. Można zapoznać się z podjętymi uchwałami i wnioskami odwiedzając stronę związku leśników: www.zlpwr.pl.

Rada Krajowa i Przewodniczący ZLP Bronisław Sasin będą mieli wiele pracy, aby wprowadzić je w życie i sprawić, że z „papierowych zapisów” staną się kierunkami działania oraz satysfakcjonującej wszystkie strony pracy z pasją, którą od 90 lat poświęcają się członkowie Braci Leśnej.

Leśniczy Jarek-lesniczy@erys.pl

14:48, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 kwietnia 2014

Wiosna to czas wielkiego pośpiechu i błyskawicznych zmian. Dni pędzą gwałtownie, a przyroda zmienia się z praktycznie z godziny na godzinę. Nie dziwcie się zatem, że trudno było znaleźć chwilę na blogową „twórczość”. Jednak z drugiej strony dzieje się tyle ciekawych rzeczy i bardzo korci mnie, aby pokazać i opisać je tym, którzy nie mają szansy, aby słyszeć co rano klangor żurawi, „cilcalpowanie” pierwiosnka, który zaraz po przylocie wyśpiewuje namiętnie swoją zwrotkę oraz wieczornych koncertów kosów.

W sobotę 29 marca przyleciały już bociany i zasiedliły wszystkie okoliczne gniazda, perkozy i łyski siadają na jajach, choć miały pewien kłopot z wyborem miejsca na gniazdo, bo na jeziorze koło leśniczówki wykoszono i tak mizerne łany trzcin. Jeszcze większy kłopot będzie miał „ptasi drobiazg”, szczególnie trzciniaki. W poniedziałek, w ostatni dzień marca posadziłem ostatnią sadzonkę i podziękowałem ekipie pani Magdy, która bardzo sprawnie i co najważniejsze porządnie zajmowała się odnowieniami. Posadzili blisko 20 ha podsadzeń bukowych, prawie 4 ha zrębów zupełnych, prawie 5 ha zrębów złożonych, odnowili jedną lukę i poprawili kilka zeszłorocznych zrębów (ten nękany przez króliki także), sadząc tam także blisko 2 ha. Łącznie posadzono blisko 150 tysięcy sadzonek. W całych Lasach Państwowych co roku sadzi się 500 mln drzew! Wiecie, że przeciętny leśniczy w trakcie swojej całej służby lasom zostawia kolejnym pokoleniom 500-600 ha młodego lasu, który wyhodował i wypielęgnował?

Na „moich” uprawach stoją już równo posadzone młode sosenki, które cieszą oko żywą zielenią:

 Pomyśleć, że 18 marca stały tu jeszcze stosy gałęziówki, a ciągnik z rozdrabniaczem dopiero kruszył gałęzie i pozostałości zrębowe. Całkiem niedawno wyjechały wozy z ostatnimi dłużycami tartacznymi, które były jeszcze w lutym gonnymi sosnami… W końcu stycznia ekipa filmowa TVN 24 kręciła właśnie tu materiał do programu „Czarno na białym” i była przerażona strasznymi koleinami i ”księżycowym” krajobrazem zrębu. Dziś po koleinach nie ma śladu, a zrąb jest już piękną uprawą. Gdy szef ZUL-a pan Jan po mistrzowsku kroił pługiem zgrabne bruzdy na pofałdowanym zrębie z jednej strony, to już z drugiej strony ekipa pani Magdy sadziła sosny.

Paliki, które według przygotowanego przeze mnie szkicu powbijał podleśniczy Irek, oddzielają sosnę od kęp buka, sadzonego w bardziej zacienionych miejscach:

Sadzonki buka strzelą za chwilę zielenią w niebo i sójki w lesie będą wrzeszczeć, że buk się rodzi:

To zrąb zagospodarowany rębnią złożoną, gniazdową i było to ostatnie, uprzątające cięcie. Wcześniej trafiły już tu dęby, które stanowią 30% przyszłego lasu i młode drzewka mają już teraz 3-4 metry. Na obrzeżach dębowych gniazd posadziliśmy młode lipy:

Staramy się przywrócić ten gatunek okolicznym borom, nie tylko jako pojedyncze okazy czy aleje. Ostatnia sadzona w tym roku uprawa pięknie wygląda w porannym słońcu:

To, że została tam posadzona ostatnia sadzonka wcale nie znaczy, że leśniczy może zapomnieć o istnieniu uprawy, a las będzie rósł sam. Na uprawie jest wiele drobnych, zielonych gałęzi, a pług poprzerywał sosnowe korzenie. Wokół unosi się balsamiczny zapach świeżej żywicy, która zapewne zwabi obudzone coraz mocniej przygrzewającym słońcem szeliniaki. Szeliniak sosnowiec to barczysty, brązowy chrząszcz, który chętnie ogryza korę z pędów młodych sosenek:

Taka sadzonka zwykle usycha. Uprawa założona zaraz po zakończeniu zrębu jest bardzo narażona na liczne pojawienie się żarłocznych owadów, które „na pieszo” idą od sadzonki, do sadzonki. Z drugiej strony nie mogłem czekać rok na odnowienie zrębu, bo to mocne siedlisko, które służy także znakomitemu rozwojowi chwastów: trzcinnika, paproci, malin i jeżyn. Tak źle i tak niedobrze! Las także radzi sobie sam z uzupełnianiem młodego pokolenia, bo wszędzie widać latające sosnowe nasionka:

Tam gdzie znajdzie się kawałek wolnej przestrzeni i odkrytej gleby pojawi się siewka sosny. Trzeba jednak o nią także zadbać, dlatego wszędzie jest potrzebny leśniczy…  Jeżdżą wciąż samochody z drewnem, trzeba pilnie kończyć szacunki brakarskie, sprawdzić zmineralizowanie pasów przeciwpożarowych wzdłuż dróg i torów kolejowych, stan dróg pożarowych i punktów czerpania wody itd. A co najważniejsze, posadzenie ostatniej sadzonki to jeszcze nie koniec odnowień. Trzeba wykonać przecież jeszcze całą „papierową robotę”: zestawienia, WZ, RW, protokoły itd.

A w przyrodzie czas godów i budowania gniazd. Po jeziorach pływają grupki i pary gęsi gęgaw:

Niebawem już będą z nimi pływać pisklęta, bo zwykle pojawiają się na początku kwietnia. Nad trzcinowiskiem charakterystycznym, „motylim” lotem krążył błotniak stawowy ze skrzydłami ułożonymi w literę V. Tak wygląda z góry:

A tak z dołu:

W pewnym momencie spikował w trzciny:

Pewnie już przygotował tam sobie gniazdo. Niedaleko pływała para perkozów dwuczubych i para gągołów. Bo wiosna w przyrodzie i nie tylko, to czar par…

 

Leśniczy Jarek - lesniczy@erys.pl

 

20:23, lesniczy.lp
Link Komentarze (1) »
środa, 26 marca 2014

Jutro Międzynarodowy Dzień Ziemi. Nasza Zielona Planeta potrzebuje jednak nas, ludzi i naszej pomocy codziennie, a nie tylko od święta. Dlatego jutro szczególnie, ale też każdego dnia pamiętajmy, że to od nas zależy przyszłość otaczającej nas przyrody. Pamiętajmy też, że człowiek jest także cząstką przyrody i to jak ważną…

Dlaczego zatem nieustannie śmiecimy, niszczymy i psujemy harmonię przyrody? Czy nie lepiej zachwycać się całością przyrody, fenomenem jej trwałości i różnorodności oraz każdą jej najmniejszą cząstką z osobna?

Człowiek, skoro jest myślącą i decydującą cząstką przyrody powinien być odpowiedzialny i rozumnie z przyrody korzystać. Najczęściej jest inaczej, gdyż tylko wydaje się nam, że znamy i rozumiemy otaczający nas świat przyrody. Warto wciąż na nowo poznawać magię roślin, zwierząt, krajobrazów, kamieni i wód. Warto nauczyć się cieszyć obcowaniem z przyrodą. Ruszać do lasu, kiedy tylko można, aby ją jak najpełniej poznać:

Bo jest to magia i swojego rodzaju mistyka. Dlatego uczmy się rozumienia przyrody i zachwytu nad każdym jej najmniejszym kawalątkiem. Czy jest to piękny krajobraz, drzewo, urocza  roślina czy pozornie brzydka ropucha…

Tegoroczna wczesna wiosna bardzo temu sprzyja. Przyszła wcześnie i rozpieszcza nas ciepłem, choć wczoraj dostałem fotkę ze Szklarskiej Poręby, gdzie mój zacny przyjaciel Janusz ukazuje mi zasypaną śniegiem krainę… Wiosna zwykle najzgrabniej zachęca nas do spacerów i poznawania na nowo świata przyrody. Dlatego Dzień Ziemi został ustanowiony w wiosenny czas.

Ciekaw jestem jak minął Wam ten szczególny dzień- Święto Ziemi. Czy był to dzień jak co dzień, czy udało się Wam choć na chwilę pochylić nad jakąś cząstką świata przyrody. Może ktoś w Was w jakiś szczególny sposób uczcił to święto? Podzielcie się proszę wrażeniami…

Wczoraj w wiejskim kinie w Pszczewie kilkadziesiąt osób obejrzało moje przyrodnicze fotografie i wysłuchało opowieści o „Magii pszczewskich lasów”. Na zaproszenie Klubu Przyjaciół Pszczewa przygotowałem taką prelekcję, która zostało bardzo ciepło i z wielkim zainteresowaniem przyjęta:

 To właśnie z okazji Dnia Ziemi i na chwałę magicznej przyrodzie... Bo przyroda jest mądra i nie nudzi się nigdy. Nigdy jej też do końca nie poznamy i na tym polega jej fenomen. Nie trzeba wiele, aby godnie uczcić naszą Ziemię. Trzeba ją tylko szanować i rozumieć. Nie tylko od święta. Pomyślcie o tym w Dzień Ziemi!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

23:07, lesniczy.lp
Link Komentarze (1) »
piątek, 21 marca 2014

Dziś jak przystało na pierwszy dzień wiosny i Międzynarodowy Dzień Lasu była prześliczna pogoda. O dniu wagarowicza słychać było za pośrednictwem mediów sporo, natomiast Święto Lasu nie było tak nagłośnione. A przecież jak wynika z wyliczeń ONZ, od lasów uzależniony jest byt 1,6 mld ludzi na świecie oraz spora część światowej gospodarki.

Niezawodna w sprawie lasów po raz kolejny okazała się radiowa Jedynka. Sporo czasu antenowego poświęciła lasom i rozmowom  dziennikarzy z leśnikami. „Chciałbym złamać ten stereotyp, który lansuje telewizja, że leśniczy ma psa, dubeltówkę i nic innego nie robi, tylko chodzi sobie po lesie i obserwuje ptaki oraz zwierzęta. Prawda jest całkiem inna" - mówił w radiowej Jedynce Waldemar Paszkiewicz z leśniczówki Nowa Wieś.

 Z zainteresowaniem słuchałem chwilę rozmowy z leśniczym i po raz kolejny doszedłem do wniosku, że w naszym kraju jest wielu leśniczych, którzy potrafią ciekawie i z pasją opowiadać o lesie bez zbędnego zadęcia. Kolega leśniczy bardzo fajnie opowiadał o lesie i pracy leśników, a szczególnie spodobał się mi jego trafny podział roku nie na cztery, ale na trzy pory: „Są to: pora śniegu, błota i kurzu. Najpierw jest zima i jest problem z dojazdem, potem taplamy się w błocie, a na koniec jest kurz i komary”. Dołożyłbym  do pory kurzu jeszcze meszki i zwiększony ruch turystyczny, ale co tam…

Nie miałem jednak dziś (jak zwykle zresztą) zbytnio chwili wolnego czasu na śledzenie medialnych doniesień o świętowaniu bo w lesie wszędzie była niezbędna moja obecność. Przecież sadzą w wielu miejscach naraz, zrywają, wywożą drewno, a na biurku rośnie sterta pilnych dokumentów. Odbierałem dziś prace przy zakończonych czyszczeniach wczesnych i późnych, pokazywałem jak należy zaorać ostatni zrąb, który został do posadzenia i kontrolowałem posadzone już powierzchnie.

Gdy zajechałem na zeszłoroczną uprawę, gdzie były wykonywane poprawki dwuletnią sosną i brzozą zobaczyłem taki widok:

Cały rząd  sadzonek sosnowych wzdłuż lasu miał połamane wierzchołki! Co za czort?- pomyślałem sobie. Wczoraj sadzonki pięknie stały, bo byłem tam w trakcie sadzenia, a co dziś się tam stało? Pomyślałem sobie, że może ktoś złośliwie zniszczył sadzonki. Naraz olśniło mnie- „No tak, dziś Dzień Wagarowicza, może jakieś dzieciaki chciały napsocić? Ale skąd tutaj, w takim odległym od miejscowości zakątku lasu wagarowicze?

Gdy obejrzałem jednak dokładnie  kilka sadzonek wszystko już było jasne. Wstyd się mi zrobiło, że posądziłem nawet w myślach dzieciaki o tak niecny występek. Sosnowe sadzonki nosiły ślady zębów i były zwyczajnie zżarte! Podobnie sadzonki brzozy były poobgryzane bardzo mocno:

Stałem chwilę na skraju uprawy i naraz zobaczyłem szkodnika:

Poznajecie? Oto on w całej okazałości:

To właśnie dzikie króliki- w tym przypadu szkodniki, choć wyglądają bardzo milutko... Co chwilę któryś przemykał w trawach, pomimo pełni dnia. Kilka lat temu w pobliżu myśliwi wpuścili do lasu sporą ilość dzikich królików, aby odbudować populację wyniszczoną chorobami. Jak widać króliki zadomowiły się tu i mają się dobrze. Nie bały się mnie zbytnio, gdy nie wykonywałem gwałtownych ruchów:

 Wokół są w większości ubogie, sosnowe bory, na polach nic ciekawego do przekąszenia nie widać, to świeże, zielone sadzonki okazały się dla nich bardzo apetyczne. Gdy obejrzałem sąsiedztwo ich nor:

to zauważyłem, że wszelkie zielone gałązki, jakie leżały w okolicy były skrupulatnie „obżarte do zera” z kory.

 Króliki żyją społecznie w norach, które kopią sobie jedna obok drugiej i ciągle jedzą. To sympatyczne zwierzątka i fajnie, że są w mojej okolicy, ale żeby tak zeżreć świeżo posadzone sadzonki i to jeszcze w Międzynarodowy Dzień Lasu? Nie mogły pójść sobie na wagary i poszukać innego żeru? Wprawdzie w polskich lasach sadzimy rocznie 500 mln drzewek, ale raczej nie dla zaspokojenia apetytu królików!

 Chyba muszę pomyśleć nad dostarczeniem im innej karmy niż sadzonki, aby ratować uprawę. Dlatego leśniczy nie ma czasu, aby  świętować, nawet w tak ważny dzień jak dziś,  albo wybierać się na wagary, bo las go wciąż potrzebuje. Wygląda na to, że trzeba będzie się nieźle natrudzić, zanim tu wyrośnie młody las… Jak przystało na pierwszy dzień wiosny zakwitły moje ulubione fiołki:

Skoro to zauważyłem, to nie jestem jednak tak strasznie zagoniony. Martwi mnie, że nie widać jeszcze w gniazdach bocianów. Mam nadzieję, że te pszczewskie nie trafiły pod lufy idiotów, którzy chwalą się fotografiami z niechlubnych dla ludzkości "bocianich pokotów"...

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

22:33, lesniczy.lp
Link Komentarze (11) »