O tym co w lesie piszczy...
O autorach
RSS
niedziela, 17 grudnia 2017

574min

 

Dziś sobota i jest to zwykle dzień, kiedy pojawia się szansa na spokojne podsumowanie minionego czasu. Szczególnie gdy na ścianie wisi już bardzo chudy kalendarz kartkowy, wskazujący na bliskość końca roku. Kalendarz przypomina również o zbliżającym się innym ważnym wydarzeniu. Przecież choć za oknem popaduje deszcz, nie ma skrzypiącego mrozem śniegu i nie dzwonią dzwonki sań, choć to nie parska Rudolf z mikołajowego zaprzęgu tylko kotka Blondynka wylegująca się na parapecie oka, to i tak coraz bliżej święta.

„Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta…

Cały świat się nagle zmienia,

Gdy maluje szyby mróz.

Pierwszej gwiazdy nad głowami jasny blask,

Jeden uśmiech znaczy więcej niż sto słów.”

 

To słowa popularnej piosenki śpiewanej w przedświątecznym czasie przez różnych wykonawców. Są jednak inne, absolutnie wyjątkowe pieśni. Bez tych melodii nie byłoby świąt i tej przedziwnej magii Bożego Narodzenia. To jedna z najmilszych świątecznych tradycji: po uroczystej, wigilijnej wieczerzy siadamy przy choince i razem śpiewamy.

Polska tradycja zna ponad 500 kolęd i pastorałek, bo to oczywiste, że o nich mowa. Najstarsza zachowana polska kolęda pochodzi z 1421 roku i nosi tytuł "Zdrów bądź, królu anjelski". Nazwa kolęda jest zarezerwowana dla utworów o narodzinach Jezusa zgodnie z zapisem Ewangelii i powstawały one głównie z myślą o śpiewaniu ich w kościołach. Z kolei pastorałki to lekkie, nie posiadających sakralnego charakteru utwory o słowach, które często można nazwać perełkami naszej literatury.

Kolęd i pastorałek słuchamy zarówno w wykonaniu klasycznym, np. zespołu Śląsk lub Mazowsze, jak i w wersjach popularnych różnych piosenkarek i piosenkarzy. Podobno najpiękniejsze kolędy śpiewają górale i w pełni to potwierdzam, a moi ulubieni wykonawcy to Hania Rybka i zespół sióstr Paluch z Bukowiny Tatrzańskiej- Gronicki. Jednak także leśnicy inspirowani świątecznym, zimowym lasem potrafili nagrać w 2012 roku piękną płytę z pastorałkami i kolędami.

 5741

Jej powstanie wsparł Związek Leśników Polskich, a redakcja czasopisma „Głos Lasu” swojego czasu dołączyła płytę do grudniowego numeru tego pisma dla leśników. Bardzo chętnie słucham męskich głosów pod przewodnictwem Jurka Stachurskiego licząc na to, że kiedyś pojawi się kolejna płyta z kolędowaniem leśników.

Jeśli nieco zastanowimy się, to będzie to dla nas oczywiste, że magia wielu świąt, nie tylko Bożego Narodzenia oraz siła licznych polskich tradycji płynie z lasu. Polscy leśnicy mają w tym również wielki udział, nie tylko z powodu nagrania płyty z leśnymi kolędami. Leśnicy są zwykle gorącymi patriotami dbającymi o zachowanie narodowych tradycji, troszczącymi się o zachowanie naszej kultury i historii, zatem także z takich powodów dbają o las oraz wszystkie jego elementy. Nie tylko cele gospodarcze czyli kubiki drewna i w efekcie deski są ważne, nie tylko wskaźniki ekonomiczne opisują pracę leśników, ale dobrze świadczy o nas przede wszystkim świetnie zarządzany las, który spełnia wiele ważnych funkcji.

Na co dzień tak naprawdę mało interesujemy się tym co dzieje się w lesie. Pomimo wieloletnich starań leśników i nakładów czynionych na edukację leśną pozostaje jeszcze wiele do zrobienia, aby wszyscy mogli zrozumieć istotę prawidłowego zarządzania lasem. Świadczą o tym choćby ostatnie wydarzenia związane z Puszczą Białowieską i medialne sądy całej Europy nad poczynaniami leśników. Zostawmy jednak na boku te problemy, bo coraz bliżej święta…

Skoro jednak myślimy o świętach, czyli o choince, opłatku, jemiole, świątecznych potrawach i łakociach to myśli same uciekają do lasu. Przecież rodzinne, tradycyjne, polskie Święta Bożego Narodzenia mają swoje korzenie właśnie w lesie. Bez lasu i jego darów nie da się zrealizować przepisu na udane, rodzinne święta. Nie wierzycie? To oczywiste!

Wielu leśników bardzo dba o zachowanie świątecznych tradycji i obyczajów. To właśnie w kredensach starych leśniczówek zachowały się przepisy na świąteczne specjały, oparte na darach lasu. Tam zawsze pachniało świątecznym bigosem, grzybami, aromatycznymi przyprawami, miodem i balsamiczna wonią żywicy.

Mam nadzieję, że skorzystaliście z przepisu i zapach staropolskiego piernika unosi się w już nie tylko w kuchni leśniczówki i sprawia, że pomimo tego, że nie ma śniegu i mrozu, to u każdego pachnie świętami. Zadbajcie o to, aby każde święta oprócz zapachu choinki, smażonej ryby, barszczu, kapusty i innych specjałów, kojarzyły się też z zapachem domowego piernika, upieczonego na miodzie.

 5742

Pomyślcie, co z dzisiejszych świąt zapamiętają dzieci i wnuki? Lepiej niech to będzie zapach, smak i wspomnienie umiejętności rodziców czy dziadków, wspólnie przygotowujących święta, a nie kolejny film o przygodach Kevina lub jakiś gadżet znaleziony pod sztuczną choinką… Czy nie lepiej razem lepić pierogi z grzybami, wspominając miły czas grzybobrania czy wypiekać pierniki i pierniczki? Do wypieków najlepszy jest miód gryczany, ale może być inny, choć najlepsze są oczywiście z leśnych pasiek doglądanych przez leśników. Wiele razy w blogowych zapiskach wzdychałem i nadal wzdycham do najwspanialszego miodu jaki znam, czyli miodu leśniczego Jerzego Miliszewskiego z jego górskiej, beskidzkiej pasieki.

Leśnicy mają wielkie zasługi w trosce o pasieki wielu pszczelarzy, ale także odnawiając dawne bartnictwo w lasach wielu regionów Polski. W moich okolicach bartnictwo z dużymi sukcesami odtwarzają leśnicy z Nadleśnictwa Barlinek. Bartnictwo zawsze związane było z lasem. Potężne sosny, zwane bartnymi, stanowiły doskonałe miejsca na mieszkanie dla pszczół. Dziś leśnicy starają się je inwentaryzować, zachować i chronić, a tam gdzie ich nie ma stawiają specjalne kłody bartne. Człowiek, najpierw podpatrując przyrodę, sam zaczął budować różne gniazda dla pszczół i czerpać z nich pożytki w postaci miodu oraz wosku. Ludzie, którzy tym się zajmowali - bartnicy - otoczeni byli dawniej dużym szacunkiem. Produkty: miód, wosk, propolis pozwalały zaspokajać głód, ale także wspomagać zdrowie i leczyć choroby.

Utworzenie barci dla pszczół urozmaica krajobraz leśny oraz stanowi element tradycji. Chcieliśmy, przez realizację tego zadania wzbudzić zainteresowanie społeczeństwa i uświadomić, jak ważną rolę w naszym ekosystemie oraz funkcjonowaniu życia w lesie i nas samych pełnią pszczoły - wyjaśnia dr inż. Sławomir Gibert, nadleśniczy Nadleśnictwa Barlinek, absolwent tego samego co ja, Technikum Leśnego w Rogozińcu. Świetnym pszczelarzem jest także leśniczy Piotr Zmarzlik, również mój kolega z Rogozińca.

Nawet na dachu Dyrekcji Generalnej Lasów Państwowych w Centrum Warszawy urządzono mini- pasiekę, która jest dowodem troski leśników o zachowanie zdrowia, tradycji i krzewienia wiedzy o tym, co dobre dla ludzi. Pszczołami opiekuje się Piotr Smiatacz, leśnik, dyrektor Zakładu Informatyki Lasów Państwowych, a przy okazji zapalony pszczelarz. Wbrew pozorom wielkomiejski miód okazał się w pełni wartościowy, jest zdrowy i nie zawiera metali ciężkich. W budynku dyrekcji LP otworzono też niedawno sklep, gdzie można kupić miody, grzyby, różne wyroby z dziczyzny i wszelkie zdrowe dary lasu. Warto tam zajrzeć przed świętami.

Leśnicy nieustannie zachęcają do stawiania w domach żywych ekologicznych choinek, prosto z lasu. Sztuczna choinka jest wygodna, może służyć przez kilka lat i nie wymaga sprzątania opadających igieł. Jednak sztuczne drzewka zdecydowanie nie są ekologiczne, bo zarówno ich produkcja jak i utylizacja są uciążliwe, a nawet szkodliwe dla naszego środowiska.

Żywy świerk, sosna czy jodła wypełniają nasze domy zapachem lasu, aromatem żywicy i widokiem najprawdziwszej zieleni. To najśliczniejsze drzewko, czasem z trudem zdobyte tworzy magię świąt i wokół niego gromadzą się ludzie związani ze sobą dobrymi uczuciami.

 5743

Aż trudno uwierzyć, że zwyczaj ubierania choinki rozpowszechnił się u nas dopiero około dwustu lat temu. W niektórych częściach Polski przyjął się dopiero w II połowie XX wieku. W XIX wieku, zwłaszcza wśród górali, ale też szlachty i mieszczan na południu Polski popularny był inny rodzaj wystroju świątecznego. Miał wiele nazw: podłaźnik, podlaźniczka, sad, jutka. Był to wierzchołek iglastego drzewka zawieszany u powały zwykle szczytem na dół, a przyozdabiany orzechami, jabłkami, ciasteczkami. Czasem też zapalano na nim świeczki. Strojeniem zajmowały się głównie dziewczęta, taki był obyczaj.

Znacznie starszy jest słowiański zwyczaj (znany jeszcze z obchodów Święta Godowego) dekorowania snopu zboża, zwanego Diduchem.

Najstarsze doniesienia o choince, czyli drzewku przyozdabianym na Boże Narodzenie podobno pochodzą z Alzacji. Ślady tego zwyczaju znajdziemy w kazaniach kościelnych. Dotyczyły one ustawiania w domach iglastego drzewka: jodły, sosny lub świerku przybranego jabłkami, orzechami i ozdobami z papieru i słomy. Dawno temu, bo w 1604 r. teolog Dannhauer strofował wiernych z ambony krzycząc, że: „wśród różnych głupstw świątecznych jest także choinka".

Istnieje wiele legend związanych z choinkami. Jedna z nich każe uważać za "wynalazcę" choinki św. Bonifacego, zwanego apostołem Niemiec, który zginął z ręki pogan w VIII wieku. Legenda głosi, że św. Bonifacy nawracając na chrześcijaństwo pogańskich Franków ściął potężny dąb, który był dla nich drzewem świętym. Upadający olbrzym zniszczył wszystkie rosnące wokół niego drzewa poza małą sosenką. „Widzicie, właśnie ta mała sosenka – podobno powiedział misjonarz – jest potężniejsza od waszego dębu. I jest zawsze zielona, tak jak wieczny jest Bóg dający nam wieczne życie. Niech ona przypomina wam Chrystusa”.

Czy tak było naprawdę – nie wiadomo, ale przecież w każdej legendzie tkwi źdźbło prawdy. Jedna z legend mówi, że Bonifacy, aby przybliżyć poganom tajemnicę św. Trójcy, wykorzystywał trójkątny kształt sosny.

5744 

Według jeszcze innych podań sosna została stworzona jak każde inne drzewo; miała kwiaty, liście i owoce. Ale gdy Ewa sięgnęła po zakazany owoc, liście sosny pomarszczyły się i skurczyły, przekształcając w igły, a kwiaty i owoce przemieniły się w szyszki. Od tej pory tylko raz w roku, w noc Bożego Narodzenia, sosna w cudowny sposób zakwita. Ludzie ozdabiają ją kolorowymi ozdobami i czasem nazywają „bożym drzewkiem”.

Jedno z ludowych podań głosi, że w noc, kiedy narodził się Chrystus, wszystkie zwierzęta i roślin wyruszyły do Betlejem, aby złożyć dar Nowonarodzonemu. Drzewo oliwne przyniosło oliwki, palma daktyle, tylko mała sosenka nie miała podarunku. Była tym bardzo zmartwiona, a do tego większe drzewa odpychały ją od malutkiego Jezusa. Wtedy stojący najbliżej anioł ulitował się nad nią i nakazał gwiazdom, aby zstąpiły z nieba i ozdobiły jej delikatne gałązki. Kiedy Dzieciątko spostrzegło piękne, iskrzące się drzewko, uśmiechnęło się i pobłogosławiło je. I powiedziało, że odtąd sosna w czasie świąt Bożego Narodzenia powinna zawsze być przybrana światełkami, aby przynosić radość dzieciom.

W naszym kraju najczęściej to świerki i jodły ustawiane są w domach i ozdabiane bombkami oraz lampkami. Ale jak je zdobyć?

Dawniej na wsiach przyniesienie choinki do domu miało cechy kradzieży obrzędowej: gospodarz rankiem w Wigilię udawał się do lasu, a wyniesiona z niego choinka czy gałęzie, "ukradzione" innemu światu, za jaki postrzegany był las, miały przynieść złodziejowi szczęście. To już jednak przeszłość, a wielu z nas ma inne wspomnienia z dzieciństwa jak legalnie choć samodzielnie „zdobywało się” choinkę...

Dziś oferta żywych choinek jest bardzo szeroka, a ja, jak każdy leśnik zapewniam, że świerk, jodła czy sosna zawierają w sobie życiodajne moce i mają cudowne właściwości, dlatego warto przynosić choinkę do domu. W jej "zdobyciu" od lat wszystkim chętnym pomagają leśnicy. W tym roku pomogli nawet papieżowi i polska choinka pojechała do Watykanu.

Podobnie wygląda moc innego symbolu świąt- jemioły. Jemioła od wieków jest uważana za roślinę magiczną i dar bogów, gdyż rośnie wysoko, poza zasięgiem ludzi i zwierząt. Była szczególnie ceniona przez Celtów, którzy zamieszkiwali nasze ziemie przed Słowianami. Druidzi pod jemiołą odprawiali swoje rytuały i szczególnie czcili jemiołę, która wyrosła na dębie. Uznawano ją za dar bogów, zawieszony pomiędzy ziemią a niebiosami. Taką dębową jemiołę ścinano nie zwykłym, metalowym lecz złotym sierpem na białą płachtę. Ścięta jemioła nie mogła dotknąć ziemi, ponieważ wtedy straciłaby całą swoją magiczną moc. Dawano ją niepłodnym zwierzętom. Przygotowywano z niej także leki dla ludzi, gdyż była uznawana za panaceum na wszelkie choroby. Pod drzewem z którego ścinano jemiołę, składano ku czci bogów ofiarę z wołu lub z osła. Za jemiołę o najpotężniejszym działaniu uznawano tę ściętą w przesilenie zimowe, czyli w nocy 21/22 grudnia. To już niebawem. Pędy jemioły powieszone pod sufitem lub nad drzwiami chroniły domostwo przed złymi mocami i pożarami oraz zapewniały pomyślność. Jemioła i dziś sprowadza do domu szczęście, powodzenie oraz bogactwo. W sklepach niewielki pęczek jemioły kosztuje kilkanaście lub więcej złotych. Wystarczy jednak wybrać się wcześniej na spacer do lasu i bez problemu znajdziemy ją sami.

5745

Jemioła to półpasożytniczy krzew, który znajdziemy na topolach, brzozach, drzewach owocowych i sosnach. Często zobaczymy przy niej różne ptaki, szczególnie jemiołuszki, które chętnie zjadają owoce jemioły. Przypominają one jagody w kolorze białawym, nieco szkliste o śluzowatym miąższu (nasiona są lepkie).

Przed świętami pamiętajmy także o ptakach i zwierzętach. Najważniejszym momentem i faktycznym rozpoczęciem Świąt Bożego Narodzenia jest moment dzielenia się opłatkiem. W Polsce to zwyczaj bardzo odrębny, jedyny w swoim rodzaju i mający znaczenie mistyczne. W dzieleniu się opłatkiem nie przeszkadzały nam wojny, rewolucje i inne zakręty dziejów. Łamano się nim na zsyłce w mrozach Syberii, w obozach koncentracyjnych, w okopach wojennych oraz na dalekiej emigracji. Opłatek wysyła się bliskim osobom, nieobecnym przy wigilijnym stole w listach, łącznie z świątecznymi życzeniami. Pięknie zdobione opłatki były główną ozdobą dawnych podłaźniczek. Wyrób opłatków to osobna dziedzina sztuki, gdzie przeplata się polska fantazja ze zręcznością artystów. W wigilijny wieczór dzielenie się opłatkiem rozpoczyna zawsze pan domu, który rozdaje białe kawałki każdemu z obecnych… Nie zapomnijcie podzielić się opłatkiem i karmą z ptakami oraz zwierzętami. Pewnie niebawem przyciśnie mróz, a zatem przed świętami należy szczególnie zadbać o napełnienie karmników słonecznikiem i wywieszenie słoniny lub tłuszczowych pyz. Warto również podrzucić ptakom kilka jabłek, a jeśli ktoś ma własne jabłonie, zostawić część owoców na drzewach. Równie chętnie jak jemiołę, odwiedzają takie jabłonie jemiołuszki

5749

Ludzie także przygotowują dla siebie pyszne potrawy na świąteczny stół i już niebawem podzielą się białym opłatkiem. Dzielenie się opłatkiem w wigilijny wieczór to zwyczaj wywodzący się z czasów pierwszych chrześcijan, którzy łamali się chlebem. Łamanie się opłatkiem ze zwierzętami hodowlanymi i leśnymi, to także stary zwyczaj, sięgający XVI wieku. Wierzymy od wieków, że kolorowy opłatek, który w odróżnieniu od białego nie jest święcony, strzeże zwierzęta przed wszelkimi chorobami, wilkami i … złym spojrzeniem. Dzięki temu, że zwierzęta w wigilijną noc kosztują kolorowego opłatka mogą mówić ludzkim głosem i oceniać swoich gospodarzy. Pamiętajmy jednak, że nie wolno ich jednak podsłuchiwać.

W różnych regionach Polski istnieją rozmaite zwyczaje dotyczące dzieleniem się z różnymi zwierzętami pokarmami połączonymi z kawałkami opłatka. W ten sposób dziękowano koniom za ciężką pracę, krowy proszono o mleko, a kurom dawano z opłatkiem groch, aby dobrze się niosły. Wierzono też, że poczęstowane nim krowy będą zdrowsze i dadzą więcej mleka. Znaczyło to też, że ludzie pragną pokoju z całym stworzeniem.

Pamiętam z czasów dzieciństwa jak chodziłem na plebanię po opłatek. Ksiądz Władysław wkładał w kopertę opłatek z kolorową opaską i tłumaczył: „Ten bielutki, poświęcony jest dla was, którzy zasiądziecie przy wigilijnym stole, a te kolorowe- zielone i różowe są dla zwierząt, które nam służą i dają pożywienie. Włóż je w wigilijny wieczór do ich karmy, żeby nie obgadały cię w tę radosną noc.”

Wracałem do domu i układałem na talerzyku udekorowanym świerkową łapką i listkiem jemioły zarówno biały, jak i kolorowy opłatek. W wigilijne południe zanosiłem kawałek zielonego opłatka do posypu dla kuropatw, który ustawiłem z moim tatą w polach, tuż za domem i w pobliskie krzaki bzu, gdzie podchodziły zające, a czasem sarny. Różowy opłatek drobiłem świnkom morskim i królikom. Różne bywały obyczaje dzielenia się opłatkiem ze zwierzakami ale zawsze musiały być określonego koloru, np. żółty przeznaczony był dla krów, a czerwony dla koni.

Dziś to dla niektórych zapomniany obyczaj, ale nie wyobrażam sobie spotkania przy wigilijnym stole bez białego opłatka

5746 

Skoro mowa o tradycji to przypomnę, że w naszej staropolskiej kulturze także sylwestrowy wieczór  był nie tylko czasem balów ale też spotkań połączonych z wróżbami, laniem wosku oraz cyny i ołowiu, czyli przepowiadaniem przyszłości Nowego Roku. Panny, które wykazały się odwagą i w samotności o północy zaglądały w zwierciadło (ale musiały występować w stroju ”Ewy”) miały szansą zobaczyć tam przyszłego męża lub…diabła, jak nie zasłużyły sobie dobrym sprawowaniem na poznanie przyszłości małżeńskiej. Na stołach zaścielonych białym obrusem kładziono bochen chleba i sól, aby nie zabrakło tego nikomu w nowym roku. Jest wiele obyczajów regionalnych na tę noc - wieszanie u powały zwierzątek z ciasta, drobnych podarunków zwanych dawniej kolędami, odwiedzin sąsiedzkich, sypania ziarna na szczęście, obrzędowych drobnych kradzieży, np. bram czy furtek, co dobrze pamiętam z dzieciństwa…

Starym obyczajem jest też hałasowanie i zabawy ogniem- czyli race, sztuczne ognie i fajerwerki.

5747

To właśnie w tę noc złe moce i wszelkie demony mogły szkodzić ludziom. Odstraszano je dawniej hukiem i ogniem. Stąd tradycja strzelania z batów, walenia kijami po płotach, dudnienia w blachy.

Las podpowiada nam wiele rozwiązań i kryje wiele ciekawych przepisów na udane święta. Wystarczy posiadać tylko nieco wiedzy na temat tego, co nam oferuje i dbać o dorobek naszych przodków, którzy stopniowo odkrywali jego tajemnice. Pomagają w tym także leśnicy, wystarczy nas tylko posłuchać, bo kto zna lepiej las i jego tajemnice jak my? Dlatego warto słuchać podpowiedzi ludzi lasu i zadbać, aby na świątecznym stole pojawiły się smaki znane nam z dzieciństwa i przekazać ich urok dzieciom oraz wnukom. Tradycja i stół łączą ludzi, to oczywiste.

5748

Nie odnajdziemy tej magii w ekskluzywnym kurorcie, ani w nawet najlepszej restauracji, gdzie niektórzy spędzają świąteczny czas. Magia świąt polega przecież przede wszystkim na wspólnym, rodzinnym przygotowaniu świąt w oparciu o tradycyjne przepisy, których tak wiele kryje się w babcinych kredensach. Szczególnie gdy babcia jest lub była leśniczyną… Z kolei składniki niezbędne do przygotowania świątecznych potraw oraz do dekoracji świątecznego stołu znajdziemy głównie w lesie, choć oczywiście nie wszystkie. Spotykajmy się w zatem w radosnej, rodzinnej atmosferze przy pachnącej lasem choince i polskich potrawach pełnych aromatu grzybów, miodów, owoców leśnych i ziół. Szanujmy las i leśników, którzy o niego dobrze dbają. Szanujmy siebie nawzajem. Najbardziej rodzinne Święta i Nowy Rok już niebawem, życzę miłych spotkań przy tradycyjnym stole.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

12:35, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
sobota, 09 grudnia 2017

573min

Dziś sobota i to jedna z nielicznych, którą można nazwać w pełni wolną sobotą, bo nie obarczona wiążącym terminem zmuszającym do wyjazdu z domu czy jakimś pilnym obowiązkiem. Jak dobrze… Wróciłem właśnie z sadu i ogrodu, gdzie przygotowałem najbardziej wrażliwe rośliny do nadejścia zimy. Przywiozłem wcześniej z lasu, gdzie zakończyła się niedawno jesienna trzebież późna, nieco sosnowych gałązek i razem z leśniczyną Renią okryliśmy nimi krzewiącą się lawendę, hortensje, budleje, w której kochają się motyle. Przed domem schowałem przed mroźnym wiatrem ciepłolubnego klona i zaprosiłem pingwina, aby otoczył opieką judaszowca

5731

Judaszowiec to krzew lub niewielkie drzewko, które według tradycji swoją nazwę zawdzięcza Judaszowi, który podobno powiesił się gałęzi właśnie tego drzewa. Nie spotkamy go, niestety, w polskim lesie bo jego ojczyzną jest Ameryka Północna. Młode egzemplarze cierpią od mrozu, a zatem już dziś zabezpieczyłem go w ubranko z fliseliny przypominające pingwina. Jednak w naszym lesie spotkamy podobnego do niego wawrzynka wilczełyko. Co łączy te rośliny? Ich wspólną cechą jest to, że wczesną wiosną, przed rozwojem liści przepięknie zakwitają. Judaszowiec pokrywa się pięknymi, różowymi kwiatami, które wyrastają z pędów, a nawet bezpośrednio z pnia.

Należy do rodziny bobowatych, a jego kwiaty są jadalne. Po przekwitnięciu judaszowiec pokrywa się pięknymi, przebarwiającymi się na cytrynowo żółty kolor liśćmi, przypominającymi liście lipy. Rosnący w naszych lasach, dość rzadko spotykany i podlegający ochronie wawrzynek wilczełyko jest z kolei rośliną trującą. Zjedzenie np. kilku apetycznie wyglądających, czerwonych owoców może okazać się śmiertelne. Ale to nie czas na kwiaty i owoce, bo przecież niepostrzeżenie zawitał do nas grudzień. Warto jednak bliżej poznać judaszowca i wawrzynka wilczełyko.

Trzeba także mieć świadomość, że choć w otaczającej nas przyrodzie, w lasach, na łąkach i polach widać jeszcze ostatnie akordy jesieni, to pojawienie się grudnia na kartach kalendarza zapowiada czającą się wokół Panią Zimę.

Często przestrzegam, że nie można przegapić wiosny, bo jest ulotna i szybko mija. Warto również śledzić przełom jesieni i zimy, zatrzymać się chwilę i rozejrzeć wokół siebie, bo nic nie zdarza się dwa razy. Wbrew pozorom szara, często zapłakana deszczem jesień i pierwsze dni zimy, gdy nieprzyzwyczajeni do chłodu i przenikliwych wiatrów niechętnie wychylamy nos z domu jest także ciekawa. Jesień, nawet już taka późna, grudniowa to czas wędrówek ptaków i okres przygotowania zwierząt do zimy. Jeszcze w piątek widziałem parę żurawi

 5732

Stały w zadumie na łące oddalonej o kilometr od Pszczewa. Pewnie są już w podróży, bo dziś już sypnęło solidnie śniegiem. Na razie szybko topi się ale z pewnością już niedługo na dłużej pokryje lasy i pola, a jesień 2017 odejdzie do wspomnień. Świadczą o tym coraz bardziej malownicze przymrozki:

5733

Zimy wypatruje już nastroszony z powodu chłodu myszołów, który obserwuje przemykające tu i tam polne myszy oraz krogulec, który coraz częściej zapuszcza się bliżej ludzkich domostw w ślad za drobnymi ptakami

5734

Drapieżne ptaki spotykam teraz często w pobliżu zabudowań. Pojawiają się tam odlatujące  błotniaki, raczej osiadłe myszołowy, krogulce, czasem szybkim lotem przemknie kobuz, a hodowców gołębi martwi widok jastrzębia. Także bliżej ludzi przeniosły się drobne ptaki, poszukujące nasion chwastów na miedzach i ugorach

5735

Już coraz rzadziej widać wędrujące żurawie oraz słychać nawoływania kluczy dzikich gęsi na grudniowym niebie. Czasem przysiadają na polach skubiąc oziminę lub nocują na środku pszczewskiego jeziora, szczególnie podczas mgły, a rano ruszają w drogę z wielkim hałasem. Widuję jeszcze kormorany i tracze, któregoś dnia przemknął mi rzadki rybołów, czasem pojawi się bielik, wzbudzając popłoch wśród łysek.

W pobliżu domów widać teraz także zwierzęta, które latem kryją się tylko w lesie. Kręcą się lisy, które chętnie wykorzystują ludzkie skłonności do marnowania żywności i zaglądają do śmietników, podobnie jak dziki zaglądające na przedmieścia, czasem nawet w środku wsi można spotkać sarny

5736

Na polach pusto i szaro i panuje tam zupełna cisza. Nie ma tam przecież karmy dla zwierząt i ptaków. Czasem tylko smutny krajobraz ubarwi tęczowa barwa bażanta:

5737

Wokół domu coraz więcej ptaków, mazurki i sikory dopominają się o słonecznik, „pyzy” i słoninkę, a dzwoniec sprawdza czy w karmniku pojawiło się coś smakowitego

5738

W lesie teraz wilgotno, mgliście i czasem dżdżyście. Panuje tam prawie absolutna cisza, którą tylko czasem przerwie nawoływanie dzięcioła dużego, popiskiwanie stada sikor, raniuszków lub chrobotanie sosnowej kory, której zakamarki przeszukuje pełzacz leśny. Czasem radośnie zakrzyknie dzięcioł zielony, gdy już posilony wychyli się z rozkopanego mrowiska

5739

Drwale kończą zaplanowane na ten rok trzebieże i usuwają skutki huraganowych wiatrów, choć wiele nadleśnictw pozostawiło główne prace na styczeń. Nie wolno przecież przekroczyć ustalonego rocznego limitu pozyskania drewna, który wciąż wydaje się za mały drzewiarzom i przedstawicielom przemysłu, a za duży tym, którzy nazywają się ekologami. Na terenach najbardziej dotkniętych huraganem, w tym w Borach Tucholskich, o których opowiadałem niedawno, praca wre nieprzerwanie, a leśnicy wyglądają mrozów, które są szansą na poprawienie utopionych w błocie dróg wywozowych.

Leśnicy rękami „zulowców” naprawiają także ogrodzenia upraw, wieszają budki lęgowe, zabezpieczają niektóre drzewa przed strugami bobrów, których pogłowie radykalnie wzrosło. Wszystkie zręby, które będą sadzone wiosną są już zaorane i chłoną wilgoć jesiennych deszczy oraz pierwszych przymrozków. Na odpoczynek i nudę nie ma miejsca, nawet w najbardziej deszczowe dni. Ludzie dopytują się już o choinki, gałązki na dekoracje świąteczne i o jemiołę. Zaczyna pachnieć świętami. Dotarło to do mnie wyraźnie przed kilkoma dniami.

Gdy wracałem do domu, zobaczyłem się kręcącą w jego pobliżu wiewiórkę

57310

Pewnie skusił ją płynący z domu zapach orzechów. Ale to nie dla Ciebie ruda baletnico! Zapach świąt to zapach świerkowych łapek, sosnowej żywicy, smażonych i wędzonych ryb ale także piernika. Oczywiście nie chodzi tu o pierniczki kupione w sklepie lecz tradycyjny, staropolski piernik, który właśnie upiekła leśniczyna Renia. Dla mnie to jest właśnie charakterystyczny i dominujący zapach świąt. Mam nadzieję, że będzie to  także pamiętny zapach dla naszych dzieci i wnuków. Piernik Reni pachnie, smakuje i wygląda znakomicie

57311

Spróbujcie sami, a z pewnością będzie to stały bywalec świątecznego stołu w waszych domach. Sekret receptury i sposobu przygotowania tradycyjnego piernika staropolskiego leśniczyna Renia uzyskała od Grzegorza Russaka- wielkiego znawcy polskich kulinariów i tradycji, przyjaciela naszego domu. Grzegorz zaleca go upiec co najmniej 4 tygodnie przed świętami, bo piernik dojrzewa i zmienia smak na lepszy, coraz lepszy oraz w stosownej ilości, bo nie można powstrzymać się przed jego przedświątecznym podjadaniem.

Oto przepis na smak i zapach świąt , czyli piernik staropolski:

W rondelku na kuchni podgrzewamy trzy szklanki miodu i szklankę cukru. Dodajemy mielone przyprawy piernikowe, to znaczy: 2 łyżki stołowe goździków, łyżeczkę od herbaty świeżo tarkowanej gałki muszkatołowej, łyżeczkę pieprzu mielonego, 2 łyżki stołowe dobrego kakao. Dodajemy tabliczkę czekolady, jak wszystko się połączy - studzimy. Zawartość rondelka wlewamy do makutry, ucierając dodajemy mąkę - zmieszane dwie szklanki mąki pszennej i dwie szklanki mąki żytniej, do tego dodajemy 6 jaj, 25 dag masła oraz 4 łyżki oliwy. Wybijamy to przez pół godziny, aby na końcu dodać bakalie, obtoczone w mące, aby nie opadły na dno w cieście: orzechy, rodzynki, pokrojone figi (po 20dkg) i łyżkę czubatą od herbaty sody rozpuszczonej w kieliszku mleka (ok. 150ml). Gdy ciasto jest rzadkie, dosypujemy mąki pszennej do uzyskania konsystencji gęstej śmietany. Wlewamy ciasto na dwie blachy i pieczemy w niezbyt gorącym piekarniku (170 stopni) 1-1,5 godziny. Pamiętajmy, że piernik im starszy, tym lepszy. W dniu Wigilii możemy przełożyć go kremem lub polać czekoladą.

 

Coraz bliżej święta, pamiętajcie o dokarmianiu ptaków, a w razie potrzeby także pomocy dla zwierząt i zabierajcie się do przygotowania świątecznego piernika, bo coraz bliżej święta. Do zimowego lasu wybierzcie się nie tylko wypatrując choinki, bo tę łatwiej nabyć w punkcie sprzedaży nadleśnictwa lub jednej z wielu plantacji czy sklepów lecz obserwować przyrodniczy przełom jesieni i zimy.

 

Leśniczy Jarek – lesniczy@erys.pl

 

 

 

20:06, lesniczy.lp
Link Komentarze (6) »
czwartek, 30 listopada 2017

572min

Właśnie wróciłem z Borów Tucholskich. Wiele już widziałem chodząc od dziecka po lasach i sądziłem, że tam praktycznie nic nie może mnie zaskoczyć, ale widok tysięcy hektarów zniszczonego lasu poraził mnie. To niesamowity i jakże przygnębiający obraz.

5721

Połamane sosny, przygięte do ziemi olchy i brzozy, pogruchotane dęby i buki. Młodniki sosnowe położone, stare drzewa połamane, a wokół błoto i smutek. Szczególnie dla leśnika, bo wiatr zniweczył pracę dwóch pokoleń leśników. To co tu się stało w sierpniu i trwało zaledwie kilkanaście minut okazało się największą klęską w dziejach Lasów Państwowych. Nawałnica zniszczyła lasy na powierzchni aż 80 tysięcy hektarów, co w przeliczeniu na drewno daje masę około 10 milionów metrów sześciennych.

Lasy zostały uszkodzone w okolicach Gniezna, Poznania, Szczecinka ale największe szkody zanotowano na terenie Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Toruniu, gdzie zniszczenia objęły 14 nadleśnictw. Najbardziej zniszczone lasy w toruńskiej dyrekcji LP można zobaczyć w Nadleśnictwie Rytel. Nadleśniczy z Rytla Antoni Tojza rozwinął mapę nadleśnictwa i pokazywał wyniki inwentaryzacji lotniczej.

5722

Wynika z nich i widać to dokładnie na mapie, że uszkodzenia wystąpiły na ponad 62 procentach (czerwony kolor to najbardziej zniszczony las) powierzchni lasów nadleśnictwa. Zostało tam zniszczone 2 mln m3 drzew, a dla porównania dodam, że w intensywnie użytkowanym nadleśnictwie rocznie pozyskuje się około 100 tysięcy m3 drewna. 2 mln m3 drzew to ogromne straty, które wiele lat trzeba będzie odbudowywać. Żywioł nie ominął też Parku Narodowego „Bory Tucholskie” - uszkodzone jest ok. 20 proc. powierzchni parku (ok. 1000 ha), z czego połowa bardzo mocno. Żywioł spowodował też znaczne straty w zasobach przyrodniczych. Na dotkniętych klęską terenach leśnych w zarządzie LP znajdują się rezerwaty, obszary ptasie i siedliskowe Natura 2000, pomniki przyrody i liczne chronione gatunki roślin oraz zwierząt. Wiatr zdemolował piękne i cenne lasy, skarb Borów Tucholskich.

Dokładny rozmiar uszkodzeń w podziale na leśnictwa Nadleśnictwa Rytel obejrzałem oglądając taką tabelę

5723

Gdy tylko ucichł sierpniowy huragan, który gnał ponad 150 km/h, natychmiast do pracy ruszyli ludzie lasu. Borusy- czyli leśnicy, drwale, zrywkarze, właściciele i pracownicy zakładów usług leśnych, wszyscy, którzy pracują w lesie i jest to praca z pasją, rzucili się w wir pracy. Już w 10 dni po huraganie uporano się z odblokowaniem najważniejszych dróg oraz zapewnieniem ekipom remontowym dostępu do uszkodzonych linii energetycznych. W najciężej dotkniętych klęską nadleśnictwach z dyrekcji toruńskiej i gdańskiej pracowało łącznie 630 leśników i ponad 600 pracowników zakładów usług leśnych. Natychmiast wyjechało do pracy 40 harwesterów, około 120 ciągników z przyczepami samozaładowczymi i mnóstwo innego sprzętu LP oraz firm leśnych. Ludzie lasu pomagali w udrożnieniu ponad 1,5 tys. km dróg i kilkuset kilometrów terenów pod liniami energetycznymi. Czy ktoś wspomniał o tym w relacjach telewizyjnych, radiowych czy pisał o tym w prasie? Nie widziałem, nie słyszałem…

Zalegająca na terenach klęski plątanina połamanych i powalonych drzew bardzo utrudnia pracę. Trudno tam po prostu wejść do lasu, który zresztą obecnie bardzo zagraża bezpieczeństwu ludzi. Dlatego najmocniej dotknięte żywiołem nadleśnictwa od razu wprowadziły zakazy wstępu do lasu. Jednak leśnicy i drwale musza tam przebywać i pracują tam cały dzień, a czasem tak jak leśne maszyny, także w nocy. Obecnie na klęskowisku można zobaczyć wielu drwali i ponad 140 harwesterów. Maszyny jednak nie wszędzie wjadą i zulowcy pracują ręcznie w bardzo trudnych warunkach. Leśnicy nadzorują prace, odbierają kilometry stosów drewna i wydają, bywa, po kilkadziesiąt samochodów dziennie.

Wszystkie miejsca, gdzie prowadzone są prace oznakowano tablicami ostrzegawczymi. W trosce o własne zdrowie i życie należy bezwzględnie przestrzegać tych zakazów. Na drogach w okolicach tych terenów też należy być ostrożnym, bo w kolejce czekają tam samochody wywożące już uprzątnięte drewno.

5724

Pilotują je leśnicy, którzy nieustannie jeżdżą w tym jakże trudnym terenie prywatnymi samochodami, urywając mosty i tłumiki, łamiąc osie, drążki, przeguby, niszcząc zawieszenia i inne elementy. Do tego wciąż pada deszcz, który zamienia leśne drogi w bagniska.

Borusom, czyli wszystkim ludziom lasu, którzy tak sami siebie czasem nazywają nie jest łatwo. Dopada ich zmęczenie, stres, wyczerpanie z racji nieustannej gotowości i pośpiechu. Ich ogromne zaangażowanie okazało się nad wyraz efektywne, bo po trzech miesiącach od nawałnicy na terenie toruńskiej dyrekcji LP uprzątnięto już około 20 procent uszkodzonych lasów.

5725

Wielu z borusów to Borowiacy. Wiecie kto to taki?

Borowiacy Tucholscy, którzy sami siebie nazywają także Borusami to zwarta grupa etnograficzna pochodzenia kaszubskiego, mieszkająca w północno-środkowej części Borów Tucholskich. Czasem dzieli się Borowiaków na dwie pomniejsze grupy:

– kaszubiących Boraków, zamieszkujących tereny w okolicach Chojnic, Konarzyn i Swornegaci

– niekaszubiących, posługujących się gwarą borowiacką – Borowiaków Tucholskich, zamieszkujących powiat tucholski oraz okolice Czerska, Rytla, Osiecznej, Osia, Świekatowa, Lniana.

Są też Borowiacy Kujawscy związani z Wielkopolską i Borowiacy Sandomierscy.

Wszyscy Borowiacy to ludzie od zawsze związani z lasem. Słabe ziemie i rozproszone pośród Borów Tucholskich osady ludzkie niejako zmuszały ich od wieków do trudnienia się zbieractwem, łowiectwem i pracami leśnymi. To dumny i bogaty w tradycje lud, o którym pomorski regionalista Julian Rydzkowski pisał tak:

Życie wśród cichych Borów nie sprzyja rozwojowi życia towarzyskiego. Borowiak stał się małomówny, ostrożny i nieufny. Nie znaczy to, że nie znajdziemy w Borach gościnnych progów. Szukający pomocy nie opuszcza borowiackich gospodarstw zawiedziony”.

W dzisiejszej, czasem na siłę unifikującej się Europie, nie jest to, na szczęście, lud wymarły. Dziś kolejne pokolenia Borowiaków żyją tutaj, w swoich rodzinnych stronach i wielu z nich jest borusami, czyli leśnikami czy drwalami. I cale szczęście, bo dzięki ich cechom, które tak opisywał wspomniany Julian Rydzykowski:

Borowiak liczy na własne siły i zaradność, wyrobił on w sobie silne poczucie wolności, która pozwala mu na szczerość bez używania wielkich słów”

lasy są przywracane do życia. Jednak o ile pozyskanie drewna z wiatrołomów i wiatrowałów odbywa się na bieżąco i bez większych przeszkód, i choć wielkim problemem staje się przejezdność dróg wywozowych, to wielkim wyzwaniem będzie odnowienie zniszczonego lasu.

Tak to ujął Dyrektor RDLP Toruń Janusz Kaczmarek, leśnik z wielopokoleniowego rodu tradycyjnych borusów:

5726

Drzewostany zostaną odnowione z wykorzystaniem pełnego potencjału siedlisk i mikrosiedlisk, a skład gatunkowy będzie maksymalnie zróżnicowany. Do sadzenia lasu trzeba jednak będzie zaangażować ponad 4 tysiące osób każdego dnia, przez sześć wiosennych tygodni, i to przez trzy kolejne lata. Planujemy zakończyć usuwanie zniszczonych drzew do połowy 2019 roku , a od wiosny 2019 do jesieni 2021 musimy odnowić te obszary. Liczymy na wojsko, uczniów szkół leśnych, a także brać leśną z innych części kraju.

Na części Borów Tucholskich pozostały już tylko zwiezione na stosy karpy po wywróconych drzewach i rozdrobnione gałęzie

5727

Ciągniki z rozdrabniaczami porządkują na bieżąco powierzchnie, z których już wywieziono drewno

5728

Za chwilę wrócą tam młode drzewka, tak jak w pobliskim Nadleśnictwie Trzebciny, gdzie wiatr w 2012 roku powalił las na blisko 470 hektarach i połamał ponad 137 m3 drzew. Dziś to miejsce wygląda tak:

5729

Jestem pełen podziwu dla pracy borusów i Borowiaków, którzy pracują w bardzo trudnych warunkach. Dyrektorzy i nadleśniczowie maja przed sobą ogromne wyzwanie organizacyjne i decyzyjne

57210

Jednak najwięcej potu i twórczego zaangażowania wymaga w tym szczególnym miejscu praca pilarzy, zrywkarzy, operatorów maszyn, przewoźników drewna, podleśniczych i leśniczych.

Wielki szacun dla Was borusy z Borów Tucholskich i wszystkich innych miejsc dotkniętych tragicznym żywiołem.

Raczej nie pokazują nas, leśników i drwali, w ogólnopolskiej telewizji, zatem nie pokażą i Was, nie znajdziecie się pewnie na okładkach czasopism, nie będą Was chwalić ani dawać za wzór dla innych, ale ta praca dla dobra lasów i przyszłych pokoleń stanie się z pewnością konkretnym symbolem najwyższej marki polskich leśników.

 

Wszystkim Borusom z klęskowiska kłaniam się nisko i z szacunkiem – Darz Bór!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

 

23:51, lesniczy.lp
Link Komentarze (1) »
niedziela, 26 listopada 2017

571min

Coraz krótsze, deszczowe i czasem też pobielone śniegiem listopadowe dni niezbyt zachęcają do leśnych spacerów. Las jest przecież zasnuty wilgocią opadów i oblepiony mgłami, które tłumią odgłosy jego życia. Stał się milczący, pusty i czarnobiały. Dla niektórych z nas przytłumiony szarością późnej jesieni wydaje się mało trakcyjny, milczący, a nawet niegościnny i groźny. Piszę, że „wydaje się mało atrakcyjny”, ponieważ to tylko złudzenie, a dla każdego, kto zna i rozumie las jest on o każdej porze roku ciekawy i kusi obietnicą poznania czegoś nowego.

W mojej ocenie właśnie teraz, gdy już niewiele liści pozostało na drzewach, gdy rośliny zakończyły czas intensywnego życia i produkcji zielonej masy, las staje się bardziej otwarty i łatwiejszy do prowadzenia obserwacji. Łatwiej dostrzec w nim przemykające zwierzęta duże i małe, łatwiej dostrzec drobne elementy przyrody, jak choćby porosty i grzyby, o których opowiadałem niedawno, łatwiej znaleźć jesienne owoce np. głogu, dzikiej róży, kaliny czy rokitnika. Czasem zobaczymy w lesie także trójgraniaste, barwne owoce trzmieliny

5711

Leśnicy wprowadzają ten gatunek do lasu z pożytkiem dla przyrody i ludzi. Choć cała roślina jest dla ludzi silnie trująca i przestrzegam przed spożywaniem na surowo kanciastych owoców, z upodobaniem zjadają je wszystkie ptaki i niektóre zwierzęta. Podobno człowiek na surowo może zjeść maksymalnie 35 owoców. Lepiej nie eksperymentować z większa ilością. Jednak znawcy medycyny naturalnej polecają przygotowany z niej syrop oraz nalewkę. Syrop z owoców trzmieliny pobudza wydzielanie żółci, moczu i potu, czyli pomaga w usuwaniu z organizmu szkodliwych produktów przemiany materii. Jest znakomity do herbaty z miodem przy przeziębieniu, grypie i kaszlu.

Owoce trzmieliny szybko znikają z krzewów, choć oczywiście  to zwykle sprawka ptaków. Mijający już rok 2017 był (przynajmniej w moich stronach) bardzo mało „owocny” w sadach i ogrodach, ponieważ wiosenne przymrozki nie pozwoliły zawiązać owoców na krzewach i drzewach owocowych, a nadmiar wilgoci zaraził chorobami grzybowymi nieliczne owoce, które się jednak pojawiły na gałązkach. Z tego powodu cokolwiek w tym roku przybrało postać owoców natychmiast stawało się przedmiotem zainteresowania zwierząt i ptaków. Nawet owoce czarnego bzu momentalnie zniknęły z krzewów zdziobane przez ptaki. Jak widać nawet szyszeczki chmielu, choć mało owocowe, zaciekawiły sikorę ubogą, zwaną szarytką

5712

Sikory latem zażywają do woli pokarmu owadziego ale jesienią i zimą gustują w nasionach i owocach. Owoce runa leśnego oraz pochodzące z drzew i krzewów rosnących w lesie należą do najzdrowszych i najsmaczniejszych i zapewne wszyscy to wiemy. Ale z pewnością nie wszyscy z nich korzystaliśmy, szczególnie degustując je w postaci „prosto z krzaczka”. Nie każdy z nas także odważy się na takie zasilanie organizmu w witaminy, bo ilu z nas potrafi powiedzieć czy na fotce poniżej to owoc głogu, czy róży?

5713

Choć zarówno głóg jak i róża są smaczne i zdrowe. Jednak przecież ponad jedna trzecia Polaków deklaruje, że nigdy nie była w lesie, to skąd ma to wiedzieć i znać ich smak? Zarówno owoce dzikiej róży, jak i głogu (ale na fotografii są owoce głogu) są źródłem zdrowia. To już ostatni moment, kiedy możemy korzystać z darów lasu, szczególnie w tym roku, kiedy to według moich obserwacji wszelkie owoce natychmiast znikały w dziobach i paszczach mieszkańców lasu. Dla ludzi zostało naprawdę niewiele, dlatego „ratujmy co się da” i jest jeszcze szansa na nazbieranie owoców głogu. Zarówno młode liście, pączki, białe kwiaty, jak i owoce głogu świetnie wpływają na nasze zdrowie. Owoce szczególnie dobrze działają na serce i układ krążenia, choć głóg polecany jest też osobom borykającym się z nadciśnieniem, otyłością, cierpiącym na nerwice, bezsenność na tle nerwowym i nadmierną pobudliwość. W zasadzie owoce w formie „z krzaka” nie są zbyt smaczne, bo maja mączno-mdły smak, ale ich właściwości zdrowotne są nieocenione. Można z nich robić rozmaite przetwory: dżemy, nalewkę, ketchup, suszone dodawać do herbaty.

Dawniej wierzono, że zjedzenie świeżo zerwanego głogu zabezpiecza przed bólem zębów, gardła i jamy ustnej. Często w wierzeniach ludowych różnych regionów zalecano zjedzenie głogu w Noc Wigilijną. A skoro mowa o symbolice to właśnie głóg, oprócz zdrowotnego wpływu na serce, układ krążenia i nerwy, stał się symbolem trwałych i gorących uczuć. Przecież w znanej powszechnie legendzie o potężnym uczuciu łączącym Tristana i Izoldę pojawia się głóg, który wyrósł na grobie Tristana i symbolicznie połączył mogiły kochanków… Spoglądajmy zatem na owoce lasu nie tylko przez pryzmat ich przydatności, czyli przez żołądek, ale także z sercem, bo to miejsce, gdzie rodzi się miłość.

Właśnie teraz, na przełomie jesieni i zimy, gdy znikają ostatnie owoce z drzew i krzewów można i warto także przyjrzeć się innym owocom. To owoce pracy leśników nad zachowaniem trwałości i bioróżnorodności lasów. Często mówi się, szczególnie w ostatnim czasie, że leśnicy spoglądają na gospodarkę leśną tylko przez pryzmat drewna, jego ceny , wartości i sprowadzają las do rangi plantacji desek. Z całą pewnością tak o leśnikach i o lesie jako plantacji przyszłych desek dziś rosnących w równych rządkach drzew opowiadają ludzie, którzy nigdy w lesie nie byli.

Bo gdy zajrzymy tam teraz, nawet w szare i zamglone listopadowe dni, to nie sposób nie dostrzec żółci i czerwieni innych pięter lasu, gdzie rosną buki, klony, jarzębiny, głogi, trzmieliny, berberysy, rokitniki.

5714

To właśnie owoc pracy pokoleń leśników, którzy uzbrojeni w wiedzę przyrodniczą i leśną, codziennie obserwując przyrodę mają świadomość, że las to nie tylko drzewa, które staną się drewnem. Tam gdzie kiedyś, najczęściej na gruntach, które dawniej były polami, posadzono po drugiej wonie światowej rzeczywiście same sosny w równych rządkach, przebudowują te lasy wprowadzając tam inne gatunki drzew i krzewów, nawet krzewinek i troszcząc się o roślinność zielną. Wcześniej przygotowują do tego las wykonując trzebieże: wycinają chore, krzywe i nieprzydatne drzewa, nieco przerzedzając górne piętro lasu, wpuszczając nieco światła w dół, a potem sadzą tam drzewa i krzewy, które owocują i wzbogacają siedlisko np. rozkładającymi się liśćmi. Wprowadzają tam podszyty, podsadzenia, dokonują przebudów, wprowadzają ogniska biocenotyczne, zakładają remizy, stosując metody kompleksowo – ogniskowe ochrony lasu.

Wybaczcie trudne, fachowe określenia, których teraz nie będę tłumaczył, ale wszystkie te zabiegi sprowadzają się do wielkich nakładów pracy i kosztów, które ponoszą nadleśnictwa, a ich celem jest uzyskanie maksymalnej bioróżnorodności tego fragmentu lasu. Właśnie teraz dobrze widać drugie piętro buków, podsadzonych pod okapem 40-50 letnich sosen. To pracochłonny i kosztowny zabieg, z ekonomicznego punktu widzenia w zasadzie zupełnie zbędny, ale jakże ważny dla następnych pokoleń lasu oraz dla obecnie żyjących tam organizmów. Cierpliwie uzupełniają las o kolejne egzemplarze krzewów, które z upodobaniem zjada leśna zwierzyna, obgryzają myszy, atakują grzyby i owady. Owocem tej skomplikowanej i żmudnej pracy jest np. berberys lub rokitnik rosnący i owocujący na skraju lasu

5715

Są też i inne owoce... Owocem pracy leśnika jest ścieżka przez sosnowy bór wydeptana przez zwierzynę, która ciągnie ochoczo do dzikiej gruszy, jabłoni płonki lub trześni, kępy tarniny, dzikiej róży czy berberysu. To zachowanie na torfowiskach kęp borówki bagiennej czyli łochyni lub bażyny, która rosnąc na nadmorskich klifach, pielęgnowana i chroniona przez leśników stała się symbolem leśnego ośrodka szkoleniowego z Nadleśnictwa Gryfice.

5716

To zachowane naturalne kępy leszczyny, tarniny, głogu lub dzikich, czarnych porzeczek w olsach. Właśnie jesienią, o ile chcecie to naturalnie widzieć i poznać, zobaczycie w lesie owoce pracy leśników także w postaci przygotowanej do odnowienia gleby. Przy okazji zwróćcie uwagę, że leśnik również  otoczył opieką istniejące już krzewy lub kępy krzewów ( w tym np. pełne zdrowia i miłości głogi) oraz troskliwie zachował nory borsuków lub mrowiska

5717

Leśnicy od lat tak gospodarzą w lesie, aby maksymalnie wykorzystywać możliwości siedliska i odnowienia naturalne, gdzie przyroda daje życie temu, co dla niej dobre.

5718

Wszędzie jednak tam, gdzie sztucznie nasadzają nowe pokolenie lasu dbają o różnorodność lasu, sadząc m.in. w każdym, tak nielubianym w lesie ogrodzeniu, ogniska biocenotyczne, składające się  z drzew owocowych, miododajnych i krzewów. Zobaczycie także tzw. remizy (skupiska roślin, także krzewów i drzewek owocowych służących jako baza żerowa oraz ostoja ptactwa i zwierzyny leśnej), a tam rozmaite gatunki krzewów i drzew posadzonych nie dla zysku i drewna lecz dla pożytku całej przyrody, a pomiędzy nimi karmniki i pojniki dla ptaków, budki lęgowe i schrony dla nietoperzy. W lesie jest wiele śladów takiej działalności leśników, choć czasem na efekty trzeba czekać dość długo. Dlatego za kilka lub kilkanaście lat wiosną zobaczycie najpierw białe plamy kwitnących grusz, jabłoni czy tarnin, potem wielobarwne krzewy i drzewa, a w listopadowy, mglisty dzień będziecie mogli ucieszyć oczy widokiem oraz uraczyć się smakiem owoców pracy leśniczego. Pomyślcie sobie wtedy, czy ci, którzy ostatnio mają tyle do powiedzenia o leśnikach i ich pracy, poznali kiedyś i posmakowali tych owoców troski leśników o bioróżnorodność, o przyrodę, o zdrowie ludzi?

 

Leśniczy Jarek – lesniczy@erys.p

 

 

20:16, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
niedziela, 19 listopada 2017

570_min

Pogoda wciąż łata figle. Ostatnie dwa dni z powodu silnych wiatrów mrugała do nas złośliwie wciąż gasnącymi żarówkami, a co gorsza przyczyniła się do dwudniowej przerwy w kontakcie z globalna siecią. Psotna, kapryśna jesień uczy ludzi pokory wobec przyrody. Dzisiejsza noc i poranek stały się zwiastunem nieuchronnie zbliżającej się zimy. Trawa posrebrzona przymrozkiem chrzęściła pod nogami, a lodowaty, przenikliwy wiatr przypomniał, że nie wypada już wychodzić z domu bez czapki. Spadło wiele kolorowych liści z drzew, ale przecież dawno tak nie było, aby w drugiej połowie listopada klony czy brzozy stały wystrojone w barwne liście. Naturalnie odnoszę się do drzew z zachodniej Polski, bo wiem od zaprzyjaźnionego gazdy Staszka, że w Tatrach od dawna „kurzy” i mrozi na biało…

U nas, jak dla mnie, wystarczy piękne, naturalne srebro zamiast bieli

5701

Ale to nie z powodu zbliżającej się zimy i coraz chłodniejszych dni zachęcam w tytule wpisu do szanowania rąk leśniczego. Nie chodzi tu też o rękawiczki i krem ochronny na dłonie leśniczego. Rękami leśniczego nazywamy bowiem pracowników leśnych, którzy wykonują wszelkie prace zlecone przez leśniczego. Dziwne?

Leśniczowie, szczególnie gdy od wielu lat gospodarzą w jednym leśnictwie, co jest na szczęście wciąż jeszcze dość powszechnym zjawiskiem, mawiają tak: „ mój las”, „moje młodniki”, „ moja leśniczówka” itd. Czasem niektórzy ludzie irytują się na takie dictum człowiek ubranego na zielono i ,bywa, z nutą złośliwości usiłują wyprowadzić leśnika z błędu, przypominając mu, że lasy są państwowe, czyli wspólne. Słyszymy czasem: „zawłaszczacie dla siebie państwowe lasy, tylko tam tniecie na potęgę i wydaje się wam, że wszystkie rozumy zjedliście i że to wszystko wasze”. Tniemy, oczywiście, że tniemy, ale polskie lasy, wbrew malkontentom i sceptykom są coraz piękniejsze oraz zasobniejsze w bogactwa przyrodnicze i drewno. To dzięki leśnikom, ale także pracownikom leśnym, którzy są wykonawcami wszelkich prac w lesie. „Zulowcy”, czyli właściciele i pracownicy zakładów usług leśnych, zewnętrznych firm współpracujących z nadleśnictwami, są skryci cieniu leśników, ale stanowią ważne ogniwo w zarządzaniu polskimi lasami.

5702

My, polscy leśnicy, zarządzamy lasami gospodarczymi, realizując politykę leśną państwa w ramach istniejących już od blisko 100 lat Lasów Państwowych. Dbamy o przyrodę, nie roniąc z niej żadnego gatunku, realizujemy całą gamę zadań wynikających z troski o trwałość lasu i realizację jego rozmaitych funkcji. Wycinamy też drzewa realizując potrzebne lasom zabiegi, wynikające z 10-letnich planów gospodarczych, zatwierdzanych podpisem ministra środowiska. Pozyskujemy z tych wyciętych drzew na zakładanych zrębach, ale także podczas wykonywanych cięć pielęgnacyjnych potrzebne wszystkim drewno, które sprzedawane pozwala nam samodzielnie finansować podstawowa działalność i wspierać rozmaite inicjatywy przyrodnicze, społeczne, turystyczne, kulturalne, historyczne. Leśnicy wykonują w lesie rozmaite zabiegi gospodarcze i mówią wtedy: „posadziłem, zrobiłem czyszczenie, przygotowałem glebę, ogrodziłem, pielęgnowałem itd.”

Czy to znaczy, że leśniczy własnymi rękami sadzi, kosi, wycina? Oczywiście nie, bo skoro na terenie przeciętnego leśnictwa rocznie wykonuje się po kilkadziesiąt hektarów czyszczeń, zakładania i pielęgnowania upraw, czasem 100 a nawet blisko 200 ha trzebieży to potrzeba leśniczemu innych sprawnych i wprawnych rąk do wykonania tak wielu zadań.

Dlatego rękami leśniczego nazywamy pracowników zakładów usług leśnych, którzy wykonują wszelkie prace w oparciu o podpisane umowy i zlecenia wystawione przez leśniczego. Są to drwale, zrywkarze, operatorzy maszyn i pilarek, ludzie pracujący siekierami, motykami, łopatami. Wykonują w lesie wszelkie prace z zakresu pozyskania i zrywki drewna, hodowli, ochrony, zagospodarowania turystycznego, ochrony przeciwpożarowej i innych działów gospodarki leśnej. Są świetnymi fachowcami od wszystkiego: ścinają drzewa, wyorują bruzdy pod nowe pokolenie lasu, wieszają budki lęgowe, budują ogrodzenia, sprzątają lasy i pobocza dróg ze śmieci. Czasem uczestniczą w skomplikowanych zabiegach ratujących lasy przed nadmiarem jakiegoś patogenicznego grzyba lub owada, dogaszają pożary, remontują i budują ogrodzenia lub obiekty turystyczne i pomagają leśnikom przy różnych akcjach, np. inwentaryzowania zwierzyny. To właśnie oni czasem mruczą coś pod nosem, jak słyszą, że leśniczy przechwala się i mówi: „zrobiłem, wykosiłem, zaorałem, posprzątałem…” Słuch mam dobry i czasem z tego „zulowskiego” mruczenia wyłowię: „Tak, zrobiłeś… Moimi rękami, piłą i łopatą!”

Ma w zasadzie rację. Ale każdy z nas ma swoje obowiązki. Jedziemy przecież, jak to się fajnie mówi, „na jednym wózku”. Do każdej pracy, także do kierowania wózkiem jest potrzebny komplet: głowa i ręce. Leśniczy jest głową, a pracownik leśny - rękami. Głowa, choćby o najtęższym umyśle nic nie zdziała przy realizacji konkretnych prac bez rąk. Dlatego należy uczciwie powiedzieć, że pracownicy leśni to są właśnie ręce leśniczego, które należy bardzo szanować.

5703

O pracownikach leśnych mówi się bardzo mało. Nie pokazuje się ich w telewizji, nie pisze o nich w gazetach. Trudno ich spotkać w lesie, bo pracują często bardzo wcześnie rano, czasem też popołudniami, a zwykle dostępu do nich broni żółta tablica zakazująca wstępu w ten zakątek lasu

570_4

W zasadzie nie ma nawet jednoznacznej i rozpoznawalnej nazwy tego zawodu. Pracownik leśny, zulowiec, czyli pracownik zakładu usług leśnych, pilarz, ale przecież pilarz za chwilę łapie inne narzędzie i okrzesuje, ustawia stosy, kopie łopatą, wierci świdrem glebowym, zakłada osłonki, wiesza budki dla ptaków i schrony dla nietoperzy. Drwal- raczej kojarzy się każdemu z siłaczem dźwigającym wielką siekierę. Ale drwal to także człowiek wykonujący precyzyjne cięcia pilarką, a także operator harwestera, który ścina drzewa operując manipulatorem w najeżonej skomplikowaną elektroniką kabinie. Kto z ludzi niezwiązanych zawodowo z lasem wie kto to jest zrywkarz? Co to znaczy wykonywanie pielęgnowania upraw czy czyszczeń wczesnych lub późnych?

Trzeba wymyślić nazwę dla tych „rąk leśniczego” ,stworzyć system edukacji pracowników leśnych i sieć szkół, dobre zasady programowe do nauczania tego potrzebnego zawodu. Jest to według mnie z całą pewnością zawód potrzebny i są to to ręce cenne i ważne nie tylko dla leśniczego. Przecież lasów mamy na szczęście coraz więcej. Pracownicy leśni są potrzebni także w lasach parków narodowych, komunalnych i prywatnych. Pracownicy z takimi umiejętnościami są potrzebni także w ogrodach, parkach, zadrzewieniach. Ale wykwalifikowanych pracowników leśnych dziś praktycznie nie ma. Coraz częściej pojawiają się też w lasach sezonowi pracownicy zza granicy naszego kraju, wiadomo, że nie zza zachodniej. Albo tacy, dla których praca w lesie to jedyna możliwość, bo nie mają żadnego zawodu, żadnych kwalifikacji. Czasem tak bywa, że gdy komuś coś w życiu się nie uda, lub nie znajdzie nigdzie innej pracy- idzie do lasu. Szybki kurs operatora pilarki, badania lekarskie i do ZUL-a. Ale ani przedsiębiorcy leśnemu, ani leśnikom nie chodzi tu o ludzi przypadkowych, na chwilę. Potrzebujemy wykwalifikowanych, odpowiedzialnych ludzi, którzy potrafią i chcą z pasją zajmować się leśnym rzemiosłem, które do łatwych nie należy.

5705 

Ręce do prac leśnych stają się bardzo potrzebne, wręcz niezbędne w przedsiębiorczości leśnej i sferze usług związanych z wykonawstwem prac leśnych. Od początku lat 90 XX wieku, kiedy to Lasy Państwowe zaczęły prywatyzować całą sferę robotników leśnych jakby zapomniano o szkolnictwie zawodowym. Pierwsze Zakłady Usług Leśnych zakładali, najczęściej jednoosobowo lub w malutkich grupach dawni pracownicy fizyczni LP. Byli wyszkoleni, z kwalifikacjami i wysokimi umiejętnościami. Często pomagali im w pracy synowie, kuzynowie i szwagrowie, działali wspólnie na zasadzie firm rodzinnych. Założyciele ZUL-i to dziś leśni weterani. Ciężka praca fizyczna zniszczyła im zdrowie i zabrała siły. Pracują przecież bardzo ciężko i w trudnych, niebezpiecznych warunkach. Ulegają wypadkom, doznają kontuzji i obrażeń, gryzą ich kleszcze, komary, meszki i szerszenie. Pracują „w otwartym zakładzie”, także otwartym na deszcze, śniegi, upały i mrozy. Pracowałem kilka lat jako podleśniczy, potem kierowałem „brygadą pozyskaniową”, złożoną z drwali oraz zrywkarzy i dobrze poznałem tych ludzi. Jako leśniczy poznałem właścicieli i pracowników kilkunastu zakładów usług leśnych. Wielu z nich, choć nie mieli matur i dyplomów to bardzo mądrzy i inteligentni ludzie lasu. Czas robi jednak swoje i zdecydowana większość z tych jeszcze wykształconych przez Lasy Państwowe zulowców jest „stypendystami ZUS”.

5706

Powstaje trudna do wypełnienia pustka i zaczyna brakować leśnikom rąk. Młodzi, którzy popróbowali tej leśnej pracy najczęściej uciekli w „inne profesje”, często wyjechali za granicę albo pokończyli szkoły wyższe. Choć czasem są jeszcze małe firmy leśne, złożone np. z ojca i syna. Znakomicie sobie radzą z wszystkimi leśnymi pracami np. Darek z synem Adrianem z Policka. Darek jest m.in. świetnym specjalistą od czyszczeń młodników

5707

Potrafi umiejętnie przekazać praktyczną wiedzę leśną synowi, który chętnie uczy się leśnego fachu. Choć często młodzi ludzie po jakimś czasie, zwykle też namawiani przez rodziców, rozumiejących trud tej pracy, wybierają się do szkoły, często wyższej. Z kolei na każdej wyższej uczelni przekonuje się studenta do tego, aby miał poczucie własnej wartości, wyjątkowości i znalazł sobie miejsce na rynku pracy adekwatne do dobrego wykształcenia. Kto zatem ma pracować fizycznie i wykonywać czyszczenia, sadzenia, grodzić uprawy, wykaszać chwasty i wykonywać mnóstwo leśnych, jakże poważnych prac? Dziś najczęściej usługi leśne wykonują ludzie bez zawodu lub o innym niż leśne wykształceniu, którzy sami nauczyli się leśnego rzemiosła. Przygotowanie zawodowe i kompetencje takiego pracownika mają wielkie znaczenie dla jakości prac i sposobu prowadzenia gospodarki leśnej. Zupełnie inaczej wygląda współpraca leśniczego z pracownikiem o podstawowej wiedzy leśnej, który potrafi odróżnić dęba od osiki, wie co to ekoton czy poradzi sobie ze znalezieniem właściwego oddziału leśnego. Posiada prawo jazdy i potrafi obsługiwać pilarkę ale też wszelkie maszyny leśne. Zupełnie inaczej, gdy jest to ktoś, kto las zna tylko ze spacerów lub grzybobrania…

To paląca, pilna potrzeba, aby wykształcić i szanować te ręce leśniczego. Wykwalifikowana kadra pracowników leśnych jest konieczna do tego, aby rynek usług leśnych sprostał coraz wyższym wymaganiom nowoczesnego leśnictwa, standardom certyfikacji i oczekiwaniom odbiorców drewna. Wielkie maszyny, które często budzą niechęć wśród odwiedzających lasy, choć są przyjazne dla przyrody i wyręczają ludzi przy ciężkich i niebezpiecznych pracach wszystkich prac nie wykonają. Leśniczy, niezależnie od postępu technicznego, chyba zawsze będzie potrzebował rąk do wykonywania przeróżnych prac leśnych, bo wszelkie maszyny i narzędzia ktoś musi obsługiwać tak dobrze, jak robią to Sławek i Stanisław

 5708

Dobrze wyszkoleni i wykształceni w tej dziedzinie wykonawcy usług są bardzo cenni i wydatnie odciążą terenową służbę leśną, przytłoczoną nadmiarem obowiązków. Będą partnerami leśników w realizacji wciąż rosnących zadań i w sytuacji coraz częstszych zdarzeń losowych, przy likwidacji skutków nawałnic czy powodzi. Należy budować właściwy status społeczny pracownika leśnego jako partnera leśników w trosce o ogólnodostępne lasy. Choć to trudna i żmudna droga, bo przecież ostatnio obserwujemy także zaciekły atak na godność i etos pracy leśników…

Szacunek dla pracowników leśnych to naturalnie także sprawa konstrukcji przetargów na usługi, a przede wszystkim poziomu wynagrodzeń. Dziś wielu robotników o wysokich kwalifikacjach bardzo dobrze zarabia i są mocno poszukiwani na rynku pracy. Pracownik leśny także nie może być najniżej w hierarchii pracowniczej i przede wszystkim musi być godziwie opłacany. To nie tylko sprawa wykształcenia i świadectw. W naszym szkolnictwie już jakiś czas temu dość bezkrytycznie przyjęto wzór wylansowany wiele lat temu w dawnym Kraju Rad: „wsie na uniwersytety”. Może z tego powodu ten twór się rozpadł, bo nie miał kto tam pracować? Opowiada się czasem dowcip o pracownikach budowlanych, którzy nie chcieli do pracy kolejnego faceta po studiach wyższych, bo potrzebowali takiego, który umie włączyć betoniarkę. Dlatego rynek pracy domaga się wykwalifikowanych stolarzy, murarzy, wszelkich budowlańców, hydraulików i także pracowników leśnych.

5709

Potrzeba nie tylko dyplomów, certyfikatów i zaświadczeń, lecz po prostu fachowców różnych branż, także w dziedzinie pracowników leśnych. Aby ich zdobyć, należy stworzyć jak najszybciej spójny system edukacji teoretycznej i praktycznej oraz potrzeba okazać szacunek dla ich twardych rąk, a nie jest to zjawisko powszechne. Zachęcam do zainteresowania się leśną szarą piechotą, o której rzadko rozmawiamy. Szanujcie ich i ich pracę podczas pobytów w lesie, bo te ręce sobie na to z pewnością zasłużyły.

                                                                                                      Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

22:17, lesniczy.lp
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 06 listopada 2017

569min

Już w zasadzie za nami czas grzybobrania, dla którego ten rok okazał się bardzo sprzyjający. Grzybobranie to według wielu narodowy sport Polaków, a zatem wszyscy, lub prawie wszyscy znamy grzyby. Czy zadaliście sobie kiedyś proste pytanie: co to są grzyby? Dla zdecydowanej większości ludzi to po prostu borowiki, kurki, rydze. Czasem myśląc o grzybach przypominamy sobie huby na drzewach lub grzyb zjadający drewno w naszym zawilgoconym domu. Ale zdecydowanie w naszej wyobraźni dominują grzyby leśne, a raczej pięknie wykształcone, barwne owocniki grzybów wyższych zaopatrzone w kapelusz, zalotnie wystający spod liści czy traw.

5691

Owocnik to jednak tylko organ wytwarzający zarodniki, służący do reprodukcji grzybów. Właściwy organizm to grzybnia, składająca się z nitkowatych strzępek o różnym kształcie. Grzyby znacznie różnią się od roślin, które mają zdolność fotosyntezy. Przy pomocy chlorofilu i światła słonecznego z prostej materii organicznej rośliny wytwarzają związki potrzebne im do życia. Grzyby nie mają ciałek zieleni, stąd muszą radzić sobie inaczej. Niezbędny dla istnienia pokarm pobierają z materii organicznej wytworzonej przez rośliny i zwierzęta. Z tego powodu są uważane przez wielu naukowców za trzeci, obok roślin i zwierząt, zupełnie odrębny świat organiczny.

Grzyby są obecne praktycznie wszędzie. Nie tylko w lesie, ale na polach, łąkach, w wodzie, składowiskach drewna. Także w naszych samochodach (przecież odgrzybiamy klimatyzację) i mieszkaniach oraz na zewnątrz, na domach, murach i kamieniach. Właśnie tam spotkamy porosty. To bardzo stare grzyby, bo pojawiały się na Ziemi około 400 milionów lat temu. Bo porosty to także grzyby. Choć przez wiele lat utożsamiano je raczej z mszakami i jeszcze w latach 80 XX wieku zaliczano do roślin zarodnikowych, to obecnie porosty należą do bogatego, różnorodnego Królestwa Grzybów. Porosty spotkamy praktycznie wszędzie: na podłożu naturalnym (gleba, kamień, drewno) ale też na powierzchniach, które stworzył człowiek (beton, styropian, plastik, metal). Możemy je obserwować cały rok, bo ich wegetacja trwa przez wszystkie pory roku. Nawet teraz, gdy nastały szare, chłodne i zamglone całodzienną mżawką dni możemy spoglądać na te ciekawe, choć mało okazałe grzyby.

5692

Choć rzadko zwracamy na nie uwagę to mają wiele piękna w sobie i są czasem bardzo pożyteczne dla ludzi. Dla przykładu chroniona dziś mąkla tarniowa, występująca na drzewach i drewnie używana była do produkcji perfum i jako dodatek do chleba. Poprawiała znacznie smak ciasta i zapewniała długą świeżość chleba. Znajdziemy ją także w składzie wielu męskich wód, którymi pachną panowie po wyjściu z łazienki. Jest również składnikiem olejku do lamp zapachowych. Niektóre porosty stosowano do garbowania skór, barwienia skór, papieru, świec, a nawet do produkcji piwa.

5693

Wiele gatunków porostów stosowano przez lata w medycynie, ich lecznicze działanie opisywał już Linneusz w XVIII w. Chyba najbardziej znane leki na choroby płuc pochodzą z płucnicy islandzkiej. Porosty świetnie działają bakteriobójczo i wiedzą o tym ptaki, wykorzystując plechy porostów do budowy gniazd. Właśnie teraz jest dogodny czas na czyszczenie budek lęgowych. Z wielu z nich wyciągnięcie np. brodaczki, które coraz częściej spotykamy w naszych lasach. Właśnie w lasach, bo porosty to szczególne grzyby, które są znakomitymi bioindykatorami i określają stan sanitarny powietrza. Wszyscy wiemy, ze w naszych lasach jest świeże i zdrowe powietrze, stąd spotykamy tam wiele porostów i innych grzybów.

5694

Najwięcej jest ich w lasach, bo tam oprócz świeżego powietrza znajdują mnóstwo pożywienia z racji bogactwa obumarłych szczątków. Grzyby dla nas ludzi mają wiele znaczeń i zastosowań, także w kuchni, gdy w towarzystwie klarowanego masła trafiają jak rydze na patelnię

5695

Przede wszystkim odgrywają jednak ogromną rolę w zachowaniu równowagi w przyrodzie. Gdyby nie to, że to właśnie grzyby przetwarzają ogromne ilości materii organicznej, rozkładają ligniny i celulozy, to las przysłoniłyby zwały liści, gałęzi, czy szczątków zwierząt. Pełnią rolę reducentów i są ostatnim ogniwem w łańcuchu pokarmowym obiegu materii w przyrodzie. Mnogość ich funkcji w przyrodzie powoduje bogactwo gatunków Szacuje się, że na świecie istnieje ponad milion gatunków grzybów. Do tej pory opisano ponad 100 tysięcy gatunków. Badania trwają jednak nadal i co roku przybywa ich około tysiąca. Półkula południowa naszego globu i ogromne obszary lasów tropikalnych są jeszcze niedostatecznie spenetrowane przez naukowców.

Nauka o grzybach nazywa się mykologią, a ogół grzybów występujących w danym środowisku nazywamy mykoflorą. Co roku korzystamy z niej z ochotą i zbieramy około 100 tysięcy ton jadalnych grzybów. Kto jednak wie, naturalnie oprócz mykologów, ile jest grzybków w naszych lasach, które nie trafiają do bigosu czy zupy?

Grzyby mają fundamentalne znaczenie dla hodowli lasu. Rozkładając masę organiczną, wzbogacają glebę w związki nieorganiczne i przyczyniają się do wytworzenia warstwy próchnicy. Gdy np. wygrabimy ściółkę spod drzew we fragmencie lasu od razu zauważymy znaczenie próchnicy i reakcję lasu na jej brak. Próchnicę wytwarzają głównie grzyby i zawiera ona dużo kwasów organicznych, szkodliwych dla bakterii. Grzyby pełnią rolę saprofitów, które zajmują się rozkładem i gniciem materii. Inne z kolei wchodzą w związki symbiotyczne.

Symbioza polega na współpracy kilku organizmów, dostarczającej im wzajemnych korzyści. To zjawisko niesłychanie ważne dla trwałości lasu. Łatwo to potwierdzić sadząc drzewa leśne na roli pozbawionej ściółki leśnej, próchnicy i także grzybów. Nie wyrośnie nam zdrowy, piękny las. Pierwsze pokolenie drzew jest w zasadzie przedplonem, którego rolą jest wykształcenie gleby leśnej, grzybów i ich wzajemnych powiązań. Związki grzybów z korzeniami roślin nazywamy mikoryzą. Grzyb-saprofit, rozkładający materię organiczną, udostępnia roślinie niezbędne dla niej składniki mineralne. Z kolei drzewo poprzez swoje korzenie dostarcza grzybowi produktów fotosyntezy- cukrów, aminokwasów i innych związków organicznych.

Strzępki grzyba tworzą na korzeniach drzew charakterystyczną opilśń, która wspomaga włośniki w zdobywaniu wody z rozpuszczonymi solami mineralnymi. Grzyby wytwarzają też enzymy, specjalne substancje umożliwiające rozkład substancji odżywczych ukrytych w glebie, a niedostępnych bezpośrednio dla korzeni drzew. Enzymy grzybowe wykorzystuje się także przy produkcji proszków do prania i ulubionej przez wielu Coca-coli. Odkrycia i opisania mikoryzy dokonał polski przyrodnik , botanik Franciszek Kamieński w 1880 roku. Wykorzystuję się ją teraz powszechnie w rolnictwie i sadownictwie.

Mikoryza to powszechne zjawisko u naszych drzew leśnych. Uważny zbieracz grzybów kapeluszowych pewnie dawno już rozszyfrował pewne zażyłości istniejące pomiędzy drzewami, a pysznymi, jadalnymi grzybami i umiejętnie to wykorzystuje. Kto szuka maślaków powinien wiedzieć, że współdziałają one z sosnami w młodym wieku, stąd wybiera się z koszem do młodnika. Amator koźlarzy, szczególnie czerwonych „szewców”, zwanych też „krawcami” zajrzy pod młode brzozy. Rozmaite formy borowików współdziałają z sosną, brzozą, dębem i grabem. W warunkach górskich borowiki i fantastycznie smaczne rydze żyją w symbiozie ze świerkiem.

Zjawisko mikoryzy muszą też poznać wielbiciele storczyków. Przepiękne storczyki naszych lasów, a jest ich około 40 gatunków lubią świetliste, wilgotne lasy i gleby zasobne wapń. Kiełkują jednak tylko w obecności grzybni. Nasiona storczyków należą do najmniejszych w świecie roślin i nie zawierają substancji odżywczych. Aby skiełkowały, strzępki grzyba muszą je przekłuć. Malutkie storczyki są nadal wspierane przez grzyby w pobieraniu wody i soli mineralnych. Jeżeli ktoś zechce hodować piękne storczyki w ogródku, naturalnie nie wyrywając ich z lasu, bo są pod ścisłą ochroną, to musi zacząć od wyhodowania grzybów w glebie ogródka. Znane są także symbiotyczne układy grzybów z owadami: mrówkami, termitami, które potrafią nawet hodować potrzebne im grzyby. Bardzo często zbierając grzyby odkrywamy pod ich kapeluszem „wstrętne robaki”. One tam zwyczajnie mieszkają i są to larwy owadów żywiących się grzybnią podobnie jak ślimaki.

Smak grzybów zna wiele leśnych zwierząt: sarny, jelenie, dziki, wiewiórki. Symbioza polega na tym, że zwierzęta odwdzięczają się grzybom za ich wyborny smak wydalając ich zarodniki i przenosząc je czasem na spore odległości. Grzyby oprócz tego, że są saprofitami i żyją w symbiozie, mogą być także pasożytami. Żyją wtedy kosztem żywych roślin, zwierząt, a nawet człowieka, bo słyszeliście zapewne o grzybicy stóp?

Najlepszym przykładem pasożyta jest opieńka miodowa, grzybek znany jako znakomity przysmak serwowany w marynacie z octem.

5696

Obrasta pniaki po ściętych drzewach, a czasem owocniki opieńki wyrastają ze ściółki, bywa, że jeszcze późną jesienią. Warto je zbierać bo są smaczne, a jednocześnie ogranicza się populację tego groźnego dla lasu, niszczącego całe połacie młodników, grzyba. Grzybnia opieńki jest największym organizmem żyjącym na Ziemi. Jak wyczytałem w ciekawej publikacji „Las-człowiek…, człowiek-las” T. Podgórskiej i Z. Sieroty, żyjący w Oregonie pojedynczy osobnik opieńki zajmuje powierzchnię około 9 km2 i ma masę ponad 600 ton. Niezły grzybek! Pasożytnicza działalność grzybów powoduje wielkie straty w rolnictwie i leśnictwie. Dlatego poświęca się im ważną część ochrony lasu i zajmuje się tym specjalna nauka zwana fitopatologią.

Czasem spotykamy w lesie coś dziwnego: niby to kwiat- niby grzyb? Bezpośrednio z podłoża wyrasta niezwykle blada, mięsista, wyprostowana i krucha, bladożółta łodyga o wysokości kilkunastu centymetrów. Pokryta jest zredukowanymi, łuskowatymi liśćmi, ciasno przylegającymi do pędu. Na wysokości kwiatostanu łodyga zagina się łukowato do dołu. Ale chyba to nie kwiat- bez kolorów i zielonych liści?

Życie roślin to przecież ciałka zieleni: chloroplasty, bez których nie może na ogół samodzielnie żyć, ani przetrwać żadna roślina. Na ogół, bo są też rośliny całkowicie pozbawione chlorofilu. Zapytacie zatem jak one są zdolne utrzymać się przy życiu, rosnąć, kwitnąć i owocować? Istnieje w przyrodzie mało znana, mało liczna grupa roślin bezzieleniowych, pozbawionych chlorofilu i będących najczęściej półpasożytami. Żyją one w symbiozie z odpowiednim dla siebie grzybem, czerpiąc pokarm z gleby lub rzadziej są pasożytami całkowitymi, czerpiącymi substancje pokarmowe z korzeni drzew. Spotkana przez nas czasem roślina to korzeniówka pospolita

5697

Występuje na rozproszonych stanowiskach w lasach iglastych całej Polski, preferuje miejsca o grubej warstwie próchnicy, cieniste i wilgotne. Kwitnie właśnie teraz, czyli w czerwcu i lipcu, a właściwie nie tyle kwitnie, co raczej pojawia się na powierzchni ziemi. To wieloletnia roślina o mięsistych podziemnych kłączach pachnących wanilią. Kwiaty skupione są po kilka na krótkich szypułkach i zebrane w szczycie rośliny w gęste, jednostronnie zwisające grona. Późnym popołudniem i wieczorem intensywnie pachną wanilią. Korzeniówka nie ma chlorofilu i pomimo dostatku słońca i wilgoci nie jest zdolna do samodzielnej produkcji żadnej substancji.

Korzeniówka pospolita pobiera składniki pokarmowe bezpośrednio z gleby leśnej. Odbywa się to za pomocą nitek grzybni, która ciasno oplata silnie rozgałęzione korzenie i szeroko przerasta glebę leśną. Nitki grzybni pobierają z podłoża wodę i zawarte w niej sole mineralne oraz mają szczególną zdolność przetwarzania martwej materii organicznej ze ściółki leśnej na próchnicę. W ten sposób korzeniówka otrzymuje znaczne ilości składników pokarmowych z przemiany materii grzybni, choć grzyb nie ma z tego w sumie żadnej korzyści. Podobną rośliną jest łuskiewnik różowy:

5698

To oryginalna roślina o fioletowo-różowych, gęstych, jednostronnych kwiatostanach, wyrastająca wczesną wiosną u podnóża grabów i leszczyn w grądach. Wyrastające kwiatostany wybrzuszają ziemię na podobieństwo kreciego kopczyka, by przebić się potem na jej powierzchnię. Co ciekawe, łuskiewnik różowy osiąga stadium kwitnienia dopiero po 10 latach. Łuskiewnik jest gatunkiem przywiązanym do lepiej zachowanych płatów grądów i może być uważany za ich roślinę wskaźnikową.

Grąd – to wielogatunkowy i wielowarstwowy las liściasty zazwyczaj z przewagą grabu i dębu oraz z udziałem różnych innych gatunków, także wcześniej wspomnianej leszczyny. Wykształcają się na siedliskach żyznych, dlatego najczęściej dawne grądy zostały kiedyś w ogromnej większości zniszczone przez człowieka i zajęte przez grunty rolne lub łąki. Grądy stanowią dziś siedlisko przyrodnicze chronione w sieci Natura 2000 i leśnicy starają się zwiększyć ich powierzchnię i zachować te, które przetrwały. Ich ochrona polega także na wycinaniu innych, niepożądanych w tym miejscu gatunków krzewów i drzew, co starają się robić leśnicy np. w lasach gospodarczych Puszczy Białowieskiej. Ale skutecznie przeszkadza nam w tym tak wielu ludzi i z takim zapałem, że pewnie coraz rzadziej zobaczymy łuskiewniki w puszczańskim grądzie. Dlatego wszystkie informacje o występowaniu łuskiewnika wskazującego na istnienie tego siedliska są cenne. Warto je zatem podziwiać i zapamiętać wygląd:

Leśne grzyby to ciekawy, skomplikowany świat, który warto poznać nie tylko przez pryzmat kuchennej patelni. Widzę w ich poznawaniu wielkie podobieństwo do społecznego zainteresowania zawodem leśnika. Las i gospodarzenie w nim leśników w towarzystwie różnorodnych przyrodniczych gatunków oraz łączących ich wzajemnych zależności to obszar wiedzy jeszcze bardziej rozległy niż grzybnia opieńki. No i tak jak u grzybów widzimy tylko niewielką część i to zwykle najbardziej efektowną, jak dorodny owocnik grzybów kapeluszowych, tak w naszej pracy leśników widzimy i oceniamy tylko spektakularną i podobno bardzo dochodową wycinkę drzew.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

22:45, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 30 października 2017

568_min

Już niebawem, już coraz bliżej Wszystkich Świętych. To czas refleksji, zadumy i pamięci o tych, którzy „już się minęli”, jak to określają górale. Właśnie dni, które nadchodzą, czyli przełom października i listopada sprzyjają zadumie, nostalgii oraz przemyśleniom ze względu na dwa ważne dni. To Dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny, które to oba dni zgodnie z polskim, utrwalonym naszą tradycją obyczajem, mają charakter bardzo refleksyjny. Od dawna pierwszy dzień listopada jest radosnym i pogodnym wspomnieniem wszystkich ludzi, bardziej lub mniej świętych, którzy żyli cicho, skromnie ale z pożytkiem dla nas wszystkich. Każdy z nich w jakiś sposób przeżył swoje życie. Zwykle dobrze, choć nie tylko dobrzy ludzie chodzili i chodzą po ziemi. Ale jednakowo wspominamy ich w dzień nazywany Dniem Wszystkich Świętych. Czasem piętnujemy bardzo haniebne i złe dla świata czyny, ale czasem też doceniamy zasługi, które wyniosły ich na ołtarze. Pewnie to właśnie dlatego w IX wieku papież Grzegorz IV ustanowił dzień 1 listopada uroczystością Wszystkich Świętych.

Święto to nam wszystkim kojarzy się z zadumą, wspomnieniami, odwiedzaniem cmentarzy i paleniem zniczy. Palenie ognia to zwyczaj, który wywodzi się z czasów pogańskich, chrześcijanie kojarzą go ze światłością wiekuistą. Pamięć o zmarłych, szczególnie żywa w ten właśnie jesienny dzień, refleksja nad ich dokonaniami powinna być jednak także okazją do zadumy nad własnym życiem. Nad tym co nas teraz otacza, nad tym co dzieje się wokół nas. Nie zawsze jest to światłość…

Dzisiejszy dzień, melancholijny, mglisty i jesienny, dobrze nastroił mnie do takich rozmyślań. Pamięć o ludziach i życiu należy przecież pielęgnować nie tylko na cmentarzach i w otoczeniu marmurowych nagrobków, pięknych wazonów czy okazałych zniczy.

5681

Szczególnie refleksja nad życiem może przyjść do każdego z nas w każdym, dowolnym miejscu, należy jej to tylko umożliwić i zatrzymać się na chwilę. Dlatego po powrocie z pracy usiadłem na chwilę w ciszy, a potem włączyłem najnowszą płytę Michała Bajora, mojego ulubionego pieśniarza.

5682

To pamiątka z sobotniego, wspaniałego i kolejnego już koncertu w gorzowskim teatrze, na który wybrałem się z żoną. Już od wielu lat nie przepuszczamy żadnego koncertu Michała. Każdy, kto zna twórczość Michała Bajora wie, że to znakomity Artysta, który potrafi każdego  nastroić do refleksji i stworzyć doskonały nastrój.

Sporo ostatnio podróżowałem i uczestniczyłem w ważnych wydarzeniach związanych z ludźmi i przyrodą. Brałem udział w wielu dyskusjach o zarządzaniu przyrodą, o jej nieokiełznanych i nieprzewidywalnych zjawiskach, pracy leśników i oczekiwaniach ludzi wobec przyrody. Mam też po wielu latach życia blisko lasu, ale też ludzi, ogromną świadomość, jak wielkie niezrozumienie towarzyszy temu, co robimy w lesie my, leśnicy. Spędzamy przecież praktycznie całe życie zawodowe i prywatne w lesie, oddając mu i poświęcając swoje myśli, siły, energię i duszę… Troszczymy się o ten las jak o swoje prywatne podwórko, choć on przecież nigdy tak naprawdę nie jest nasz. Mówimy jednak i myślimy codziennie „nasz las”.

Ostatnie wydarzenia związane z szeroką dyskusją o Puszczy Białowieskiej są bolesnym dowodem na to, jak ludzie mało wiedzą o zarządzaniu przyrodą. Choć czy to właściwe słowo „zarządzanie”? Czy raczej trafniej jest mówić, że troszczymy się o przyrodę, a nie zarządzamy nią? Jednak okazuje się, że inaczej troszczą się o przyrodę „ekolodzy”, inaczej dziennikarze, jeszcze inaczej politycy, a zupełnie inaczej leśnicy. Oglądam, słucham i czytam wszelkie doniesienia o tym co dzieje się w Puszczy. Chłonę wszelkie informacje od wszystkich troszczących się o nią na różne sposoby i im więcej tej wiedzy posiadam, mniej rozumiem.

Bo skoro troska o przyrodę przejawia się jako troska o ochronę bogactwa wszelkiego życia, w każdej postaci: drzewa, żubra, owada, umiłowania najmniejszej rośliny i najmniejszego zwierzęcia, to skąd ta nienawiść? Przecież miłości do przyrody nie można oddzielić od miłości do człowieka. Dlatego zatem ludzie tak bezkompromisowo i bez żadnych hamulców tak źle mówią o leśnikach, z taką jadowitą nienawiścią posądzają nas o rzeczy i sprawy, które nigdy nie miały miejsca? Wystarczy tylko spojrzeć na obrazki z blokowania sprzętu leśnego, puszczańskich dróg i manifestacji „ w obronie Puszczy przed leśnikami”

Tyle się mówi, że dobro człowieka jest najważniejsze. Przecież miłość do przyrody to także miłość do człowieka, do kraju, do Ojczyzny. W przyszłym roku mamy jubileusz 100 lat odzyskania niepodległości. Możemy wreszcie sami, nie pytając nikogo, decydować o sobie i sami wybierać ścieżki swojego życia. Mamy demokrację, która pozwala nam samodzielnie myśleć, wyrażać swoje zdanie i swobodnie zrzeszać się i dokonywać wyborów. Dlaczego z niej nie korzystamy? Pozwalamy manipulować sobą i swoim życiem? Dlaczego zatem krocząc własną, samodzielnie wybraną drogą spychamy z niej innych, nie zważamy na nich, krzywdzimy, odsądzamy od czci i wiary, bo myślą inaczej niż my? Mamy swoje racje, jesteśmy do nich wprawdzie przekonani, ale czy nie widzimy, że nasza racja nie zawsze jest prawdą? Co gorsza, bardzo często ta racja zbudowana jest na kłamstwie, plotce, pomówieniu.

Tę, czasem tylko pozornie naszą, rację budują za nas zwykle inni ludzie, jej obraz malują nam nie zawsze rzetelni i obiektywni przedstawiciele mediów, którzy już dawno temu przestali dążyć do prawdy. Bo dla wielu liczy się nie prawda, a szeroko pojęty interes, jakaś sensacja wyrażana przez pełne emocji racje. Prawda jest przecież dobrem wspólnym, wiemy o tym doskonale, choć prowadzą do niej różne drogi. Trzeba ich samodzielnie szukać, kierując się racjami, ale najważniejsze jest poznanie prawdy, a nie tylko próby jej szukania.

Widać te czasem niedoskonałe i ułomne poszukiwania prawdy najlepiej na przykładzie nas, leśników. Od wielu lat robimy dla ludzi i przyrody wiele pożytecznych rzeczy, angażujemy się w mnóstwo pożytecznych przedsięwzięć, mamy szerokie grono przyjaciół, ale otacza nas także matnia nieprawdziwych racji. Od blisko 100 lat troszczymy się o polskie lasy samodzielnie finansując tę działalność. Działamy wspólnie z ludźmi w wielu sferach życia społecznego, bardzo często wykraczając poza ramy naszej podstawowej działalności. Wiedzą o tym zainteresowani choć Dobro jest ciche. Dbamy od wieku o przyrodę, nie roniąc z niej żadnego gatunku, a przywracając europejskiej wspólnocie odbudowane populacje bielika, żubra, wilka, rysia, głuszca itd.. Ostatnio, podczas konferencji z okazji jubileuszu 25 lat istnienia Barlinecko- Gorzowskiego Parku Krajobrazowego snuliśmy też z jednym z profesorów biologii plany powrotu dropia na polskie ziemie. To najcięższy ptak Europy, a jego ostatni lęg odnotowano w Polsce w 1986 roku. Więcej informacji o dropiu i wielu innych ptakach znajdziecie na świetnym blogu www.plamkamazurka.blox.pl, z którego pochodzi też ta fotografia Cezarego Pióro:

 5685

Chyba autor fotki i autor bloga kolega Krogulec 14 nie obrażą się na mnie... Naukowiec w przerwie konferencji opowiadał mi o swoich dotychczasowych ustaleniach w sprawie dropia z Dyrektorem Generalnym Lasów Państwowych. Czy nikt nie widzi tego pozytywnego zaangażowania leśników i czy te fakty nie skłaniają ludzi do refleksji?

Podczas snucia moich prywatnych refleksji skończyła się płyta Michała. Poszedłem do pokoju po inną i spojrzałem po drodze na ekran komputera, gdzie otwarte były bieżące wiadomości. Dostrzegłem tam leśny mundur. Obok widniała „informacja”, która poziomem żenady załamała mnie, w mojej ocenie opanowanego i przygotowanego na wiele człowieka lasu.

Dotyczyła ona Dyrektora Generalnego Lasów Państwowych Konrada Tomaszewskiego i opatrzona została tytułem: „Kuzyn Kaczyńskiego dał sobie 70 tysięcy nagród” i podtytułem: „Konrad Tomaszewski (68 l.) pomylił las z Las Vegas?”. Cała ta „informacja” to stek kłamstw i bzdur. Zajrzałem na stronę www.lasy.gov.pl i zauważyłem, że dyrektor zdążył już zgodnie z Prawem Prasowym wystąpić do redaktora naczelnego o sprostowanie tego ordynarnego tekstu. Można zapoznać się ze sprostowaniem na http://www.lasy.gov.pl/pl/pro/informacje/aktualnosci/sprostowanie-do-artykulu-w-201esuper-expressie201d

No i to w zasadzie koniec moich dzisiejszych refleksji nad życiem… Bo skoro szacunek do człowieka, dążenie do prawdy i miłość do świata można opisać w taki sposób, jak powstał ten tekst o szlachetnym człowieku, który zarządza prawie 26 tysiącami ludzi to o jakie refleksje można się jeszcze pokusić?

„Ideał sięgnął bruku” jak pisał mój ulubiony Norwid. Ale to nie dyrektor Tomaszewski sięgnął bruku lecz prawda i my wszyscy, którzy przywalamy na pomiatanie i dyskredytowanie człowieka. Szczególnie tak ważnego i szlachetnego jak szef polskich leśników. Znam go osobiście i bardzo szanuję za ogromne zaangażowanie w dobro polskich lasów i leśników, poparte głęboką wiedzą leśną. Choć to mój szef, nie piszę o nim w ten sposób jako podwładny nasączony wazeliną. Każdy, kto choć trochę mnie zna nie posądzi mnie o to. Podkreślam jednak stanowczo, że nie ma z mojej strony przyzwolenia na takie pomiatanie człowiekiem. Leśnicy nie są jak łagodne sarenki

5684

Musimy walczyć o swoje dobre imię. Zostały przecież przekroczone wszelkie granice. To nie jest krytyka, to nie jest szukanie racji, to jest obrzydliwa, łamiąca wszelkie zasady gra. Godność człowieka, a w mojej i pewnie nie tylko mojej ocenie, godność leśnika została doszczętnie zbrukana. Zniszczono nasz dobry, budowany latami wizerunek leśnika, zniszczono autorytet, szacunek i społeczne zaufanie.

5683

Nie ma tu znaczenia, czy to dyrektor generalny, czy leśniczy, podleśniczy lub referent. Nie pozwolimy na takie traktowanie nas, leśników. Powinna się tym zająć niezwłocznie Rada Etyki Mediów i Rzecznik Praw Obywatelskich. Ten sam, który niedawno tak gorliwie ale nieskutecznie skarżył się do NSA na decyzje ministra środowiska, dotyczące aneksu do planu urządzenia lasu dla Nadleśnictwa Białowieża. W czasie gdy płoną znicze i snuje się wstążka refleksji, dymi się także stos kłamstwa i chamstwa. Wiem jednak, że Dobro choć ciche i delikatne zawsze zwycięży zło, choćby najbardziej rozkrzyczane i wyzywające. Niech to będzie puentą mojej dzisiejszej refleksji o życiu…

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl  

 

 

21:13, lesniczy.lp
Link Komentarze (1) »
środa, 25 października 2017

567min

Obserwuję teraz obok obfitego wysypu grzybów, który jednak już się kończy, bo noce coraz chłodniejsze, także wysyp poszukiwaczy w lasach. Poszukiwacze, którzy szukają we własnym mniemaniu szczęścia i emocji jakich być może dostarcza wykopanie pamiątki historycznej, biżuterii czy może innej cennej rzeczy? W jednej ręce piszczałka, czyli wykrywacz metalu, w drugiej szpadelek, a w głowie gorączka złota… Choć dla niektórych podobno celem jest znalezienie militariów czy jakiegoś historycznego drobiazgu. Spotkałem też kiedyś poszukiwaczy, którzy z piszczałką w ręce przetrząsali nasyp kolejowy, bo jak twierdzili: „ czasem komuś spadła obrączka lub zegarek jak wychylał się z pociągu”, a z braku złotych znalezisk zbierali po prostu złom. Innym razem szukali tylko złomu i jeden chodził z wykrywaczem, a drugi próbował odkręcać wielkie nakrętki z szyn. Szkodnik do potęgi…

W lesie przemykają pośród leśnego podszytu i nie zważając na nic, kopią wszędzie tam, gdzie piszczałka zapiszczy. Zostają po nich dziury, zniszczona roślinność i często puszki, kawałki blach, kłębki drutu czy inne metalowe śmieci. Poszukiwacze także zapamiętale przeszukują pola, plaże, okolice opuszczonych domostw, pobocza dróg gruntowych. Bo skoro ktoś znalazł cały pociąg, to może choć jakaś obrączka, pierścionek ze złotego kruszcu się trafi? Czasem działają w grupie, idąc tyralierą przez pola. Częściej jednak niż szczęście, znajdują nieszczęście, szczególnie dla innych... Wiele razy znajdowałem sam lub otrzymywałem sygnały od okolicznych mieszkańców, o „skarbach” znalezionych i porzuconych przez poszukiwaczy. Czasem był to pancerfaust, granat moździerzowy

5671

lub granaty ręczne z czasów drugiej wojny światowej. Bo skoro poszukując szczęścia z dozą adrenaliny związanej z nielegalnym procederem ktoś czuje się zadowolony ze swojej pomysłowości, dlaczego nie czuje się źle, że podrzuca komuś nieszczęście? Przecież oprócz tego, że to zwykłe zaśmiecanie lasu czy pola żelastwem, to także stwarzanie ogromnego zagrożenia dla innych i sprowadzanie nieszczęścia. Już kilka razy o tym m.in. tutaj pisałem, ale zjawisko nie umiera, a wręcz przeciwnie przybiera na sile, choć może się wydawać, że ponad 70 lat po wojnie już wszystko zostało wykopane.

Okazuje się jednak, że nie. Niedawno „Gazeta Lubuska”, najbardziej popularny dziennik w mojej okolicy przekazała informację, że grzybiarz natrafił na 116 granatów moździerzowych z okresu drugiej wojny światowej. Leżały na skraju sporego okopu, który powstał w czasie działań wojennych. Niewypały zabezpieczyli i wywieźli jak zwykle saperzy z Krosna Odrzańskiego. Od wielu lat przyjeżdżają w te strony, już tak długo, że niektórzy żołnierze dowodzący patrolami saperskimi, których dobrze pamiętam z częstych wizyt w lesie są już emerytami.

„Gazeta Lubuska” informuje: Granaty miały ponad 70 lat, ale wciąż były groźne. Prawdopodobnie odkopali je poszukiwacze skarbów i militariów, którzy przeczesują Puszczę Notecka z wykrywaczami metalu. Zostawili pociski na miejscu. Potem natrafił na nie grzybiarz, który zaalarmował leśników. Pracownicy Nadleśnictwa Międzychód wezwali patrol rozminowywania z 5. Kresowego Batalionu Saperów, który jest jednym z bojowych ogniw 17. Wielkopolskiej Brygady Zmechanizowanej.

 

No właśnie, poszukiwacze szukali szczęścia, a potencjalne nieszczęście zostawili innym, a szczególnie leśnikom. Jak można być tak lekkomyślnym? Grzybiarz zachował się bardzo rozsądnie wobec znalezionych „owoców” poszukiwań z piszczałką, ale czy zawsze tak będzie? A wymierne straty, gdy czasem wiele kilometrów przemierzają saperzy, sprzątając po poszukiwaczach szczęścia? Saperzy czasem mają też inne zadania i wtedy policjanci, bywa, że przez wiele godzin pilnują wykopanych moździerzy, zamiast pilnować porządku. No i też kwestia bezpieczeństwa leśników i pracowników leśnych.

Kiedyś omal nie wszedłem na minę przeciwpiechotną, którą porzucono koło wykopu. Innym razem natknąłem się na rakietowy niszczyciel czołgów i granaty moździerzowe. Podczas wyznaczania trzebieży, czyli podczas klasyfikacji drzew do pozostawienia lub usunięcia leśnik wciąż zagląda w korony. Gdy oderwałem wzrok od koron i spojrzałem pod nogi spostrzegłem ze zgrozą, że czubek mojego buta dotyka zapalnika moździerza.

5672

Wprawdzie zaprzyjaźniony chorąży – saper pouczał mnie jak wygląda bojowy zapalnik, a jak ebonitowy „czubek”, wkręcany w granat na czas transportu, nigdy nie można być pewnym.

 W sieci z kolei pełno „mądrych porad” jak podczas wypadów z piszczałką uniknąć spotkania z leśnikiem… Choć leśnicy najczęściej pochłonięci ogromem innych obowiązków nie mają możliwości upilnować lasu przed inwazją poszukiwaczy. Może należy w końcu piętnować takie zachowania i nie dawać na nie społecznego przyzwolenia? Duża w tym rola wszelkich mediów. Ale nasze media mają zwykle ciekawsze informacje „do sprzedania” niż relacje o krzywdzie wyrządzonej przyrodzie, o zwiększonych przez czyjąś niefrasobliwość obowiązkach leśników, policjantów czy żołnierzy.

Rozmawiałem niedawno z jednym z poszukiwaczy, który opowiadał pełen emocji, że ktoś z jego kręgu „piszczałkowców” znalazł na polu pierścionek. „Bo przecież jak ludzie grzebią w ziemi to zawsze coś zgubią…” Często widzimy takich poszukiwaczy na plażach nadmorskich czy na kąpieliskach nad jeziorami. Tacy ludzie budzą we mnie niesmak, bo szukają szczęścia w czyimś nieszczęściu.

Czy wzbogacenie się kosztem czyjegoś nieszczęścia, smutku, przygnębienia może cieszyć? Nie chciałbym, aby po moim polu, gdzie pracowała moja babcia i mama, gdzie może zsunął się im z palca pierścionek lub zerwał łańcuszek, łaził jakiś facet z wykrywaczem i szukał tam szczęścia.

Po lesie także chodzą ludzie, którzy zostawiają po sobie różne znaleziska, takie jak składowisko ręcznych granatów

56731

 

Czasem, o zgrozo, spotykam w lesie pozostawione przez poszukiwaczy ludzkie kości.

5674

Wzbudza to mój ogromny niesmak. Czy to przypadek, czy świadome poszukiwania? Może poszukiwacze znaleźli tam obrączkę, sygnet, złoty ząb? Kości zostały porzucone, bo jak widać nie każdego obchodzi spokój zmarłych. Niebawem listopad, który rozpoczyna się dniem Wszystkich Świętych. Stojąc przy grobach nawet nie dopuszczamy do siebie myśli, że kiedyś kości naszych bliskich odkopie ktoś, komu w tym miejscu zapiszczy wykrywacz. To bardzo przykre, że ludzie z bliżej nieokreślonego powodu tracą wszelkie uczucia. Czy nie lepiej szukać szczęścia w leśnych widokach jesiennej przyrody?

5675

Oczywiście zdarzają się pośród poszukiwaczy pasjonaci historii i porządni ludzie, którzy tropią wydarzenia, zapomniane bitwy, odtwarzają losy ludzi. Kierują się etyką, kulturą i zasadami. Znam takich wielu, ale są chyba w mniejszości. Jak ich jednak rozpoznać i odróżnić od ludzi, którzy chodzą z „piszczałką” ogarnięci wizją wzbogacenia się? W lasach wciąż pełno jest wykopanych dołków, dołów, wygrzebanych blach, konserw czy drutów. Może ktoś znalazł tam swoje szczęście. Ale ile to niesie nieszczęść? Dla ludzi, dla przyrody, dla lasu.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

21:59, lesniczy.lp
Link Komentarze (6) »
niedziela, 15 października 2017

566min

 

Czy wiecie, że są róże, po które nie trzeba wybierać się do kwiaciarni, całkiem ładne brewki, które nie są dziełem kosmetyczki i guzy, których nikt nie nabijał? Aby je poznać wystarczy przyjrzeć się korze naszych polskich drzew. Niedawno, bo 10 października obchodziły one swoje święto. Od 2002 r. właśnie 10 października obchodzony jest na świecie, również w Polsce jako Dzień Drzewa. Święto Drzewa czy Dzień Drzewa wymyślił Amerykanin Julius Sterling Morton w 1872 r. Już w XIX wieku twierdził: Inne święta służą jedynie przypomnieniu, Dzień Drzewa wskazuje zaś na przyszłość. Pomysł Mortona spotkał się szerokim odzewem. Obchody tego dnia polegały głównie na sadzeniu nowych drzew. To oczywiste, że drzewa są naszą przyszłością i żywymi pomnikami świadczącymi o ludziach, którzy je posadzili. Ich skóra, czyli kora, podobnie jak skóra ludzi poryta bruzdami i zmarszczkami, świadczy o kolejach losu, które przechodziło drzewo w różnych fazach swojego życia. Róże, brewki, zabitki, pęknięcia- wszystko to ma swoją ukrytą wewnątrz pnia historię i jest sekretem, który można odkryć przy pewnej dozie wiedzy o drzewach i przyrodzie. Trzeba też dbać o istniejące drzewa, a będziemy to robić umiejętnie, jeśli wciąż będziemy rozwijać swoją wiedzę przyrodniczą. Znakomitą ku temu okazją mógł być czwarty Europejski Tydzień Leśny, który trwał w dniach 9-13 października.

5661

W jego ramach w naszym kraju zaplanowano szereg wydarzeń pokazujących bogactwo polskiej przyrody. Wszystkie osoby zainteresowane tematyką leśną mogły, między innymi, wziąć udział w zajęciach edukacyjnych w wielu polskich nadleśnictwach, a także uczestniczyć w dniach otwartych w parkach narodowych. Otwarcie IV Europejskiego Tygodnia Leśnego odbyło się w Warszawie podczas Konferencji „Las 2017”

5662

Konferencja „Las2017” to Wspólna Sesja Komitetu do spraw Lasów i Przemysłu Drzewnego EKG ONZ oraz Europejskiej Komisji do Spraw Leśnictwa FAO. Dla naszego kraju to bardzo ważne wydarzenie, gdyż po raz pierwszy Wspólna Sesja odbywała się w Polsce. Była to sesja jubileuszowa, ponieważ w 2017 roku obchodzono 70 rocznicę współpracy EKG/FAO. Gospodarzem tego wydarzenia było Ministerstwo Środowiska Rzeczypospolitej Polskiej. Miałem ogromną przyjemność uczestniczyć na zaproszenie Ministra Środowiska w tym ważnym dla przyrody i lasów całego świata wydarzeniu. Przyjechałem do Warszawy razem z uczestnikami konferencji z ponad 50 krajów świata, w tym z ministrami odpowiedzialnymi za kwestie środowiska i leśnictwa oraz przedstawicielami nauki, krajowego i zagranicznego przemysłu drzewnego oraz organizacji pozarządowych. Podczas konferencji wiele dobrego mówiono o polskim modelu gospodarowania lasami, o tym, że lasy jako wspólne dobro są stymulatorem wszelkiego rozwoju i wciąż podkreślano, że troska o ich zrównoważony rozwój i maksymalną bioróżnorodność jest obowiązkiem nas wszystkich.

Polska szkoła leśna ma ponad 100 lat i choć przecież tak jak na całym świecie wycinamy drzewa, to jesteśmy wzorem dla innych w trosce o drzewa. Uczestnicy konferencji podkreślali, że kwestie zrównoważonego rozwoju obszarów leśnych są obecne w ONZ od 1992 roku. Ze względu na wielkie zaangażowanie Polski w promocję zrównoważonego rozwoju i troski o lasy, właśnie naszemu krajowi powierzono rolę gospodarza tak ważnych wydarzeń jak Konferencja Las 2017 i IV Europejki Tydzień Leśny. Andrij Vasiliew z Europejskiej Komisji Gospodarczej Organizacji Narodów Zjednoczonych oraz Ewa
Müller, dyrektor Wydziału Gospodarki Leśnej, Polityki i Produktów Leśnych
Departamentu Leśnictwa FAO
zgodnie podkreślali wielkie zaangażowanie polskiego ministerstwa w przygotowanie tego wydarzenia, szczególnie dziękując ministrowi Andrzejowi Koniecznemu za wielki wkład w Europejski Tydzień Leśny.

Dla mnie, leśnika, to nic dziwnego, bo przecież Podsekretarz Stanu Andrzej Konieczny w imieniu Ministra Środowiska nadzoruje działalność leśników i związanych z nimi wszelkich branż. To leśnik z krwi i kości, który swoją karierę zawodową związał z Lasami Państwowymi, gdzie od 1996 roku pracował na różnych stanowiskach i w różnych nadleśnictwach m.in. w Nadleśnictwie Białowieża.

 

Każdy leśnik, czy pracuje w ministerstwie, dyrekcji generalnej czy regionalnej, czy jest na szczycie, czy na samym dole leśnej hierarchii, zna i rozumie las, wszystkie jego składniki oraz szczególnie drzewa. Drzewa, nie tylko w dniu ich święta czy z okazji Tygodnia Leśnego są fascynujące i tajemnicze. Leśnicy potrafią wiele wyczytać m.in. z kory drzew, poznać ich sekrety, które są nie mniej intrygujące jak dość poczytna książka niemieckiego leśnika „ Sekretne życie drzew”.

Pomijając metafizykę i opowieści o porozumiewaniu się drzew, ich ogromne znaczenie przyrodnicze dla lasu i otaczającej nas rzeszy wszelkich gatunków zdajemy sobie sprawę z tego, że wielką rolą drzew jest dostarczanie nam drewna. Wszyscy go potrzebujemy, bowiem drewno ma ponad 30 tysięcy zastosowań i jest doskonałym, odnawialnym, cennym surowcem. Łatwo krytykować leśników za to, że wycinają drzewa, łatwo im zarzucać, że traktują las jako „plantację desek” i sadzą drzewa w rządkach itd. Trudniej rozumieć las i prawa przyrody, które są pozbawione emocji. Trudniej znać i szanować drzewa, które tak jak ludzie kiedyś umierają.

5663

Mądrością leśników, którzy zarządzają tym przyrodniczym skarbem w imieniu nas wszystkich jest zachowanie trwałego, bioróżnorodnego, wielofunkcyjnego lasu ale też dostarczanie wszystkim tak potrzebnego drewna. Drewno pochodzi naturalnie z wyciętych drzew, które są w pewnym momencie u krańca swojej naturalnej drogi lub zostały w trakcie tej drogi zostały zakwalifikowane jako zbędne lub nawet szkodliwe dla ekosystemu leśnego. Rolą leśnika jest znać drzewa, ich wymagania, biologię, rolę w przyrodzie ale też znać je pod kątem drewna. Zajmuje się tym dziedzina sztuki leśnej zwana brakarstwem.

Wszyscy leśnicy, oprócz wykształcenia leśnego przechodzą dodatkowe szkolenia z brakarstwa, osiągając kolejno różne poziomy wtajemniczenia. Brakarz potrafi bezbłędnie rozpoznawać gatunki drzew i drewna oraz zauważać i odpowiednio klasyfikować jego cechy, to znaczy wady i zalety.

Bo jak każdy z nas ma wady i zalety, tak jak ma je drzewo i drewno, które powstaje po jego ścięciu. Leśnik- brakarz klasyfikuje zatem pod kątem oceny jakości i ilości drewna jeszcze rosnące drzewa. To wielka sztuka w pozornie krzywej, mało urodziwej sośnie, olszy czy jesionie dostrzec kawałek drewna, który posłuży do wytworzenia pięknej okleiny lub instrumentu muzycznego.

Pień drzewa bywa pokryty sękami otwartymi, które łatwo dostrzec. Sęki są istotną wadą drewna. Wypadają z deski i wtedy nie zrobimy z takiej dziurawej deski np. łodzi. Powodują osłabienie wytrzymałości belki lub łaty wykorzystywanej na cele budowlane. Czasem potrzebujemy szczególnego drewna bez wad.   Co to są zatem wady drewna? To po prostu takie cechy drewna, w większości widoczne jeszcze na rosnącym drzewie, które uniemożliwiają jego zastosowanie w danym celu. Wady drewna mają różną genezę powstawania. Podzielono je na pierwotne oraz wtórne. Wady pierwotne tworzą się już za życia drzewa. Są to np. właśnie sęki lub zgnilizny wywołane przez grzyby. Wady wtórne powstają zaś od momentu ścięcia drzewa, podczas jego wstępnej wyróbki w lesie i przerobu na drewno obróbki w tartaku czy zakładzie drzewnym ( będą to np. pęknięcia).

Podstawowy podział obejmuje 7 wad drewna. Wyróżnić tu można: sęki, pęknięcia, wady kształtu, wady budowy, zgnilizny, zabarwienia oraz uszkodzenia mechaniczne.

Sęki są pozostałością po gałęziach, które stopniowo, w miarę wzrostu drzewa pojawiają się , a potem odpadają, wrastając w pień drzewa. Mogą one być widoczne na odsłoniętym drewnie pnia po okrzesaniu go (obcięciu z gałęzi jako sęki otwarte.

5664

Ważna jest ich zdrowotność, bo sęki zdrowe w mniejszym stopniu stanowią istotną wadę drewna, natomiast nadpsute i zepsute są większym problemem dla drzewiarzy. Są też sęki niewidoczne na tzw. pobocznicy pnia (czyli bocznej płaszczyźnie pnia) czy na jego czołach, czyli początku (czoło grubszego końca) i końcu pnia (czoło cieńszego końca). Te niewidoczne sęki nazywamy sękami zarośniętymi.

5665

Maja one postać guzów, róż i brewek. Ciekawe nazwy, prawda?

Niewidoczne sęki, podobnie jak inne wady są jednak widoczne dla doświadczonego leśnika, który zna drzewa, uważnie obserwuje je latami i czasem potrafi z nimi rozmawiać. To rozmowa naturalnie niewerbalna, duchowa, wewnętrzna, a że jest to możliwe stwierdził dość dawno temu nieżyjący już flamandzki pisarz i duchowny Phil Bosmans mówiąc:

“Człowiek, który potrafi rozmawiać z drzewem, nie potrzebuje psychiatry. Niestety, sporo ludzi uważa inaczej.”

Leśnik na podstawie różnych symptomów potrafi przewidzieć obecność zgnilizny wewnątrz pnia drzewa, a jego wprawne oko bez problemu wyszuka guzy. Występują one u wszystkich gatunków drzew. Guzy zapamiętane z nabijanych na własnej głowie podczas zbierania doświadczeń w dzieciństwie to nic innego jak wypukłość na drzewie zakrywająca zarośnięty sęk. Wielkość guza jest dla leśnika podstawą do oceny wymiarów i głębokości zalegania zarośniętego sęka. Im większa jest długość podstawy guza i im niższa jego wysokość, tym sęk zalega głębiej.

Czasem w lesie wypatrzymy różę. Nie chodzi tu jednak o kwiat lecz o kolisto-promieniowe zmarszczenia kory na boku pnia niektórych gatunków drzew (np. dąb, sosna) zakrywające leżący pod zmarszczeniem sęk. Na podstawie wyglądu róży można ocenić wielkość i głębokość zalegania sęka. Im większa średnica róży, tym większy zalegający pod nią sęk. Im zmarszczenia korowiny wyraźniejsze, tym sęk zalegania płycej. Niewyraźna róża skrywa dawno zarośnięty sęk.

5666

Róże, nazywane też rozetami lub rozetkami występują głównie na pniach gatunków drzew o grubej korze, choć czasem występują także na dolnej części pnia drzew o raczej cienkiej korze (brzoza, klon, świerk, nawet buk)

Dla drzew o cienkiej korze (np. brzoza, buk) charakterystycznym objawem sęka zarośniętego są brewki. Są one na tyle widoczne, ze spacerując pomiędzy drzewami czasem mamy wrażenie jakbyśmy byli obserwowani. Brewki to zakrywające zarośnięty sęk symetryczne pasma ukośnych zmarszczeń kory, biegnące stycznie do okrągłej, owalnej lub trójkątnej blizny. Najczęściej różnią się od kory pnia ciemniejszym zabarwieniem.

5667

Na podstawie długości brewek można w miarę dokładnie określić długość i średnicę sęka. Szczególnie dla brzozy długość jednego ramienia brewki w centymetrach odpowiada w przybliżeniu średnicy sęka w milimetrach. Ogólnie przyjmuje się, że im brewki są dłuższe, tym dłuższy sęk i jego średnica. Na podstawie kąta rozwarcia brewek można wnioskować o głębokości zalegania sęka, bo im kąt jest większy, tym głębokość zalegania jest większa.

Ludzi i drzewa łączy wiele. Zarówno ludzie, jak i drzewa oprócz zmarszczek i bruzd mają na sobie blizny po przebytych wypadkach, chorobach i urazach. Ostatnio panuje powszechna moda na tatuaże. Kto lubi, to ma...  Ale w lesie widać, że jeszcze w czasach, gdy tatuaże wiązano tylko z środowiskami przestępców ludzie tatuowali drzewa. Nawet jeśli tatuaż wykonał ktoś zakochany to zrobił drzewu krzywdę

5668

Niektóre drzewa noszą zatem też blizny po ludzkiej głupocie. Ale na korze drzew znajdziemy także takie blizny, które świadczą o różnych przebytych urazach. Pęknięcie, biegnące w postaci szczeliny czasami niemalże na całej długości pnia drzewa może być pęknięciem mrozowym.

5669

Powstaje ono w wyniku działanie bardzo niskich temperatur na drzewa. Gdy pęka drzewo roznosi się głośny huk, podobny do armatniego wystrzału. Czasem w lutową noc lub o wczesnym poranku słychać np. w buczynach głośną kanonadę. Powstałe pęknięcie zostanie na drzewach, w postaci zagojonej blizny, już na zawsze, choć z czasem stają się coraz mniej widoczne. Takie głębokie rany tworzą się czasem również na skutek uderzenia pioruna (listwa po piorunowa) lub obtarcia pnia.

56610

Silne obdarcie pnia na sporej powierzchni to zabitka. Powstaje ona w wyniku pożaru, silnego nasłonecznienia, urazów mechanicznych ( także w wyniku ocierania się zwierząt np. dzików po kąpieli w błocie).

566111

Czasem towarzyszy zabitce inna wada budowy drewna- zakorek. Bywa, że w lesie napotkamy sosnę kołnierzykowatą

56612

Przyczyna takiej specyficznej deformacji jest w zasadzie nieznana, choć niektórzy naukowcy sądzą, że może mieć to związek z rożnym nasłonecznieniem poszczególnych płatów kory na pniu. Niektórzy też przypuszczają, że jest to spowodowane przez wzmożony przyrost na grubość na żyznych siedliskach, co jest przyczyną tworzenia się walcowatych guzów dookoła pnia i odginanie się w tych miejscach kory na zewnątrz. Ale to już temat na inna opowieść.

Aby bliżej poznać brewki i róże warto szczególnie teraz, jesienią zajrzeć tam, gdzie rosną dęby czerwone.

56613

To obcy u nas gatunek, ale na grubszej korowinie odziomkowej części zobaczymy tam róże, natomiast na tym samym drzewie, tam, gdzie cienka, gładka korowina dostrzeżemy brewki. A jesienią czerwone dęby uraczą nas najpiękniejszymi barwami jesiennych liści. Czasem dojrzymy na nich kolorowe galasy, ale to też temat na inną opowieść.

56614

Las wszystkich nas uczy spostrzegawczości oraz tego, że ludzkiego życia mało, aby poznać jego wszystkie sekrety. Staram się już od wielu lat przekazać wszystkim, którzy tu zaglądają, choć część wiedzy polskich leśników o lesie i przyrodzie oraz nauczyć wszystkich chętnych rozumienia lasu. A skoro mowa o nauczaniu, to przecież wczoraj był Dzień Edukacji Narodowej! Wielu nauczycieli tu zagląda, a zatem wszystkim, którzy nauczają i edukują życzę wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Nauczyciela. Naturalnie zachęcam także do ciągłej edukacji w jesiennym, coraz barwniejszym lesie. Mrugam brewką, kładę różę i nie szukam guza…

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

22:42, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 09 października 2017

565min

W czwartek 5 października nad niektórymi rejonami kraju przeszedł orkan nazywany swojsko Ksawerym. Miałem okazję poznać go bliżej, bo mało łaskawym okiem, a raczej złym tchnieniem uraczył Ziemię Lubuską. Dopiero kilka godzin temu wróciło zasilanie elektryczne i życie do domów, choć chyba nie wszyscy mają jeszcze komfort normalnego życia…

Wracałem akurat do domu, gdy zaczynało dmuchać. Drzewa kłaniały się wiatrowi prawie do ziemi i próbowały go ugłaskać, tracąc pojedyncze gałęzie. Drogą zasłaną igliwiem i drobnymi gałęziami szczęśliwie dojechałem do domu i schowałem samochód w garażu. Potem z niepokojem słuchałem ryku orkanu i zaraz po tym wycia strażackich syren. Światło zgasło około godziny 18 i zostaliśmy w egipskich ciemnościach bez prądu, wody, telefonu, internetu i wielu innych wydaje się zwykłych rzeczy. Siedząc razem z żoną przy świeczce miałem czas na refleksje i wieczorne przemyślenia. Szczęśliwym trafem leśniczyna Renia została wcześniej obdarowana przez nasze córki radioodbiornikiem na baterie. Zakupiłem je jednak w piątek rano, razem ze sporym zapasem świec i wody mineralnej.

Wieczorem słuchaliśmy zatem radia, graliśmy przy świecach w „scrabble” i „memory”, no i dużo rozmawialiśmy. Bo przecież ludzie jakoś jakże mało rozmawiają ze sobą, uciekając  w świat telewizji, portali społecznościowych, sms czy mms. Dobrze zatem wykorzystaliśmy ten w zasadzie bardzo trudny czas, który zafundowała nam Natura.

Ale  okazuje się, że wielogodzinny brak prądu staje się dla wszystkich ogromnym problemem. Wody nie ma, stąd nie ma jak myć się i korzystać z toalety. Gotować nie ma na czym, bo kuchenka najczęściej jest elektryczna. Palić w piecu nie można, bo wymuszony obieg centralnego ogrzewania wymaga pompy zasilanej prądem elektrycznym, stąd w wielu domach zimno, ciemno, głodno, chłodno i brudno…  Nie jesteśmy przygotowani na trudne i kryzysowe sytuacje ani indywidualnie, ani jako społeczność.

Dlatego takie chwile dowodzą, że gdy Natura grozi nam palcem i pokazuje swoją moc, a naszą słabość, niejako przy okazji zmusza nas do refleksji nad tym, jak czasem głupio rozstajemy się z pewnym dorobkiem przodków. „Z przeżytkami”, jak mawiali i o których zawzięcie dyskutowali Kargul i Pawlak w niezapomnianej komedii.

Nasz kontakt z orkanem Ksawery był bolesnym doświadczeniem, bo zginęli i zostali ranni ludzie. Ogromne połacie lasów i wiele drzew z zadrzewień po raz kolejny zostały połamane i wywrócone. Przecież w wielu miejscach jeszcze leżą i stoją tysiące hektarów zniszczonych podczas sierpniowego kataklizmu. To z pewnością kolejna tragedia dla ludzi i dla przyrody oraz lekcja pokory.

W piątek wcześnie rano miałem wyjechać w podróż służbową, ale jak ruszać w Polskę, gdy wiele dróg nieprzejezdnych, zasłanych konarami i pniami powalonych drzew?  Ruszyłem zatem do lasu rozejrzeć się w sytuacji.

Las nad jeziorem Cegielnianym koło Pszczewa, gdzie od lat harcerze ze Zbąszynka rozbijają obóz został bardzo mocno przerzedzony.

1

Wiatr połamał stare, ponad 150- letnie sosny. Poukręcał pnie brzóz i robinii akacjowych tarasując drogi. Padające drzewa zniszczyły linię energetyczną i telefoniczną, złamały słupy.

2

 W leśnictwie Pszczew tylko według pierwszych szacunków straty przekraczają tysiąc m3  zniszczonych drzew, podobnie w sąsiednich leśnictwach Silna i Borowy Młyn. Zniszczeniu uległy młodniki, drągowiny, ogrodzenia upraw, tablice i znaki. Najbliższe dni w pełni potwierdzą rozmiar szkód.

3

Przyroda i orkan Ksawery pokazali swoją potęgę… A refleksja płynąca z tych wydarzeń i przesłanie Natury? W mojej ocenie to dowód na to, że nie powinniśmy zbytnio oddalać się od Natury i bezgranicznie wierzyć, w jak się okazuje, czasem tylko pozorne dobrodziejstwa cywilizacji.

My, leśnicy, od lat żyjący blisko Natury, na szczęście mamy nieco inną filozofię życiową. Przecież żyjemy i pracujemy najczęściej w odosobnionych leśniczówkach, położonych pośród lasów lub w małych miejscowościach. Niesie to wiele niedogodności i ma swoją cenę, co można łatwo zauważyć właśnie w takich sytuacjach jak obecna. Wiadomo przecież, że linia energetyczna zostanie najpierw naprawiona dla mieszkańców miasta, potem miasteczka, wsi, a na końcu dla pojedynczej leśniczówki. Podobnie będzie z wodą i innymi dobrami.

Dlatego w naszej kuchni „od zawsze” obok kuchenki elektrycznej stoi kaflowa kuchnia opalana drewnem. Pomimo braku prądu udało się ugotować obiad, zagrzać wodę na kawę i herbatę oraz do mycia. Woda była, bo mamy zawsze spory zapas czystej deszczówki, łapanej z rynien do dużego pojemnika.

Mamy też własne ujęcie wody, ale cóż, silnik hydroforu jest też na prąd… Dlatego pomyślmy wszyscy, dlaczego polikwidowano ręczne pompy do wody praktycznie we wszystkich miejscowościach? Kiedyś w kilku miejscach każdej wsi, a także na ulicach miast stały sympatyczne pompy. Woda była osiągalna i ludzie mieli okazję się spotkać… No tak, ale teraz kto ma pompy utrzymać i kto za nie zapłaci? Każdy ma własny kran i licznik, ale okazuje się, że to rozwiązanie bywa zawodne.

Sieć ręcznych pomp to chyba było jednak dobre rozwiązanie. Wszyscy wiemy, że bez wody nie ma życia. Ale gdy nie ma prądu to w kranach robi się sucho. No chyba, że zaopatrzymy się w agregaty prądotwórcze lub wzorem amerykańskich „ranczerów” będziemy wykorzystywać siłę wiatru do napędu pomp. Ale jak być „ranczerem” w miejskim bloku?

 Wyciągnijmy wnioski z lekcji, której udzielił nam orkan Ksawery i przyroda. To  także pamiętna lekcja dla samorządów lokalnych, które realizując wciąż  „ważne inwestycje”, czasem zapominają o niesieniu pomocy w podstawowych potrzebach mieszkańcom sołectwa czy gminy. Jesteśmy jako społeczeństwo raczej kiepsko przygotowani na wypadek kryzysu. Najczęściej trzeba liczyć tylko na siebie.  Warto mieć zatem w domu zapas baterii i świec, alternatywne ujęcie wody lub jej zapas, choćby zagospodarowując deszczówkę. Dobrze też pamiętać o różnych „przeżytkach” typu kaflowa kuchnia opalana drewnem lub zapas żywności w słoikach. Nie zapominajmy o dawnych sposobach życia. Także o pomaganiu sobie nawzajem i dobrze zorganizowanym życiu społecznym.

 Bo okazuje się, że trudna sytuacja weryfikuje nasze dotychczasowe życie. Doceniamy dobrobyt, który nas otacza ale też ze zdumieniem stwierdzamy, że można żyć inaczej. Bez telewizji i internetu, ale bliżej ludzi.  Stare, sprawdzone rozwiązania, pomimo powszechnego korzystania z nowoczesnych technik i technologii, wcale nie muszą być zbędne czy śmieszne.

 Przekonali się o tym nasi znajomi, mieszkający w pobliskim domu „w pełni uzależnionym elektrycznie” gdy zaprosiliśmy ich do naszej kuchni. W trudnych chwilach należy sobie pomagać, a w grupie zawsze raźniej i łatwiej. Drewno płonące pod kuchenną płytą i ciepło z ceramicznych kafli przecież w niczym nie ustępuje elegancji „indukcji” z nowoczesnej kuchni czy urokowi kominka z płaszczem wodnym. Długo o tym rozmawialiśmy przy kubku herbaty z pigwą.

Kryzys minął, choć jego skutki pewnie jeszcze długo będą widoczne. Łatwiej naprawić linię telefoniczną czy elektryczną niż zniszczony las, choć jestem pełen podziwu dla energetyków, że tak szybko przywrócili prąd i pozostałe media.  

Dziś jednak już nie tylko przy świecach i cieple kuchennego pieca z uwagą obejrzałem regionalne i krajowe wiadomości. Kolejny raz w informacjach o ludziach pracujących przy usuwaniu skutków orkanu nikt nie wspomniał leśników i pracowników leśnych. Przecież to właśnie oni czasem wspólnie ze strażakami i drogowcami, a czasem samodzielnie odblokowują drogi pomiędzy wsiami lub domami porozrzucanymi pośród lasów. Dbają też o bezpieczeństwo ludzi, szybko usuwając drzewa wiszące nad drogami lub budynkami. Już w sobotę nad jeziorem Cegielnianym warczały piły i maszyny. Leśnicy wspierają też energetyków, wskazując uszkodzone linie i zwyczajnie pomagają ludziom. Czasem wystarczy choćby wytłumaczyć  jak unikać grozy naturalnych zjawisk i doradzić stosowanie naturalnych sposobów rozwiązywania problemów. Taka natura ludzi lasu, na szczęście nie tylko w obliczu groźnej Natury.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

00:55, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 64