O tym co w lesie piszczy...
O autorach
RSS
środa, 16 kwietnia 2014

Święta Wielkanocne w swojej symbolice są bardzo „leśne” bo związane z jajem, których leśne ptactwo znosi w tej chwili w uwite gniazdka całe mnóstwo, no i z zajączkiem, który „odpowiada” za wielkanocne podarunki. Jajko-symbol radosnego święta Zmartwychwstania Pańskiego jest z tym świętem związane od tysięcy lat.  Różnie nazywa się wielkanocne jajka i ich nazwa zależy od sposobu zdobienia.

 Jednobarwne, kolorowe ale bez wzorów, ufarbowane przez gotowanie w naturalnym barwniku (np. w łupinach cebuli, korze dębu, owocach czarnego bzu, szyszeczkach olchy, wywarze z widłaka czy młodego żyta)  noszą nazwę malowanek, kraszanek, byczków, alunek. Pisanki to  jaja zdobione techniką batiku, złocone, drapane, owijane, wycinankowe. Zwykle wykonuje się je z wydmuszek kurzych, gęsich, czasem także strusich.

 Wielkanocne jajo zawsze jest symbolem życia, płodności, miłości i siły. Jest dekoracją domu i świątecznego stołu ale także składnikiem różnych potraw (np. żuru czy sałatek) jak i stałym elementem koszyczka ze święconką. Z tradycyjnym, pięknie przystrojonym koszyczkiem, gdzie każda szanująca się gospodyni na haftowanej serwetce układa wszystko to, co znajdzie się potem na świątecznym stole, w przedświąteczna sobotę wybierają się do kościoła dzieci. Dzieci w różnym wieku jak widać po córkach leśniczego:

Koszyczek nakryty drugą serwetką, dekoruje się zwykle gałązkami bukszpanu i forsycji. W książce „Święta polskie. Tradycja i obyczaj” Barbary Ogrodowskiej czytamy:

Jajka ptasie, zwłaszcza barwne lub pokryte wzorami, czczone były od wieków na całym świecie. Najstarsze znaleziska pisanek pochodzą z sumeryjskiej Mezopotamii. W starożytnym Egipcie jajko powiązane ze słońcem było symbolem bogini Ptah. W Grecji zaś były atrybutem Afrodyty bogini miłości, płodności i piękna. O malowaniu jaj w starożytnym Rzymie wspominają Owidiusz, Pliniusz i Juvedal. Jaja uważane były wszędzie za symbol początku życia i początku wszechrzeczy. Według mitów filipińskich i indyjskich świat powstać miał z ogromnego jaja, a legendy asyryjskie wyprowadzając świat z jaja Feniksa. Św. Jan Damasceński mówił o analogii pomiędzy budową kosmosu i jaja: skorupę kojarzył z niebem, wyściełającą ją błonę z obłokami, białko z wodą, żółtko z ziemią i minerałami.

 

W mitologii słowiańskiej i polskiej jajko – źródło wszelkiego życia uznawane było za potężny amulet przeciw czarom i złym mocom, występowało więc w kultowych obrzędach wiosennych, w praktykach ku czci zmarłych, w lecznictwie i magii.”

Podobno, tak przynajmniej głoszą podania greckie, gdy Maria Magdalena przyszła do Heroda z prośbą, by ulitował się nad Jezusem, podarowała mu malowane jajka. Może to właśnie dlatego zwykle to dziewczęta zajmują się malowaniem i zdobieniem jajek. Tradycyjnie zajmują się przygotowaniem pisanek i kraszanek w Wielki Piątek. W wodzie, w której gotowano jajka dawniej dziewczęta myły potem włosy, wierząc, że będą po tym zabiegu szczególnie piękne. Dziś raczej stosują inne środki, oglądane w czasem irytujących świątecznych reklamach telewizyjnych…

Jest wiele wierzeń i podań związanych z jajkiem. Istnieje też wiele obrzędów, związanych z bardzo ważnymi momentami w pracach rolnika i hodowcy, gdzie jajko odgrywa ważną rolę.

Kultywują te tradycje także leśnicy, a pokaźny zbiór ich różnorodnej twórczości „jajecznej” można zobaczyć np. w Ośrodku Kultury Leśnej w Gołuchowie koło Kalisza:

Jednak nie znajdziecie tam takiej pisanki:

 

A oto jak wygląda z drugiej strony:

 

Chyba znacie te motywy? To unikalna pisanka, którą dostałem w prezencie od Anny Kasprowicz, utalentowanej artystki, o której pracach pisałem na blogowych łamach w marcu 2013 tu: http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&id_blog=3&lang_id=5&id_post=3464

Jej prace są urzekające i fantastyczne:

 

Pełne artyzmu i dbałości o najmniejszy szczegół:

 

Z mojej „Erysiowej pisanki” jestem bardzo dumny i stanowi ona główną ozdobę wielkanocnego stołu.

A wielkanocny zajączek?

 

Spójrzcie na niego:

 

Skacze zajączek po lesie i życzenia Tobie niesie

 przez pisanki przeskakuje

 "Alleluja" wykrzykuje...

 po czym znika w długich susach

 cały mokry od dyngusa…

 

Prosto z pszczewskiej leśniczówki razem z wielkanocnym zajączkiem  Radosnych Świąt życzy czytelnikom Blogu Leśniczego

 leśniczy Jarek z rodziną

 

 

 

23:11, lesniczy.lp
Link Komentarze (12) »
sobota, 12 kwietnia 2014

Wiosna to czas, kiedy absolutnie nie myślimy o grzybach. Zachwycamy się powracającymi ptakami i ich śpiewem, który każdego dnia wzbogaca chór wiosennego lasu o kolejne trele, nutki i zwrotki. Cieszymy się z rozwijających listków, zakwitających kolejno kwiatów i coraz bardziej soczystej zieleni.Rozwijają się świeżutkie i delikatne liście brzóz:

 No to gdzie tu czas na grzyby? W kwietniu?

Okazuje się jednak, że w kwietniu, czasem nawet już w marcu można ruszyć na grzybobranie. Trudno liczyć na bogactwo gatunków i pełne kosze, ale naprawdę warto to zrobić. Warto, tym bardziej, że kwietniowy las jest taki świeży i wiosennie piękny. Od kilku dni sosnowy, pozornie monotonny sosnowy bór pobielał od kwitnących śliw, tarnin i wiśni. Pomiędzy sosnami aż razi biel kwitnących drzewek:

Dzięki rozumnemu planowaniu składu nowych upraw przez leśników możemy dziś w kilkunasto- lub kilkuletnich młodnikach oglądać kwitnące dzikie wiśnie:

Zaczynają się rozwijać „zakręty” z których wytrysną za chwile pióropusze paproci:

Dno lasu robi się coraz bardziej kolorowe i choć kończą kwitnienie błękitne cebulice, które najczęściej rosną na opuszczonych grobach, w sąsiedztwie cmentarzy lub opuszczonych domostw:

To nadal ślicznie kwitną urocze fiołki:

A niedawno jeszcze zakwitły na złoto łany mahoni północnej, których miodowy zapach wabi słodyczą pszczoły i trzmiele:

No a grzyby? Czy wiecie, że pierwsze nasze grzyby, pojawiały się kiedyś już pod koniec marca, choć prawdziwy ich wysyp miał miejsce najczęściej w maju. ”Na przednówku”, jak to zwyczajowo mówiono, wylegały tłumy amatorów wiosennych grzybów, przeczesujących lasy i łąki w poszukiwaniu pysznych grzybów. Te wiosenne grzyby to smardze. Są najszlachetniejsze z polskich grzybów, przy których borowiki to „pikuś”,  mają wspaniały aromat z nutą orzechów i kruchy, delikatny miąższ. Od wielu, wielu lat nie spotkałem, niestety, w lesie smardza. Dlatego zamieszczam tu fotografię pochodzącą z portalu www.nagrzyby.pl:

Nie wiem jaka jest przyczyna wielkiej unikalności smardzów w lasach. Wyczytałem gdzieś, że zniknęły prawie zupełnie z naszych lasów, gdy po drugiej wojnie światowej zmienił się ustrój naszego kraju… Nie sądzę, żeby były to powody polityczne, a raczej oznaka degradacji środowiska. Smardze to bardzo wymagające grzyby. Pojawiają się w starodrzewach, ale też na skraju łąk, przy drogach, w parkach. Lubią stanowiska podmokłe, więc wyrastają często w łęgach, w zaroślach nadrzecznych.

Wszystkie gatunki smardzów występujących w Polsce objęte są ochroną ścisłą i wpisane do „Czerwonej listy roślin i grzybów Polski” jako rzadkie. Z tego powodu nie wolno ich zbierać ze stanowisk naturalnych. Może się natomiast zdarzyć, że wyrosną nie w liściastym lesie lecz na naszej działce lub w ogródku. To zadziwiające, ale czasem pojawiają się na korze, którą wysypuje się rabaty. Najczęściej wyrastają w drugim roku po wysypaniu kory i potem znikają bezpowrotnie. Dziś jednak można korzystać z dobrodziejstwa internetu i zakupić gotową mieszankę podłoża uprzednio zaszczepioną grzybnią smardzową, a potem cieszyć się obecnością tych ciekawych grzybów w ogródku.

Kilka dni temu, w sosnowym borze spotkałem innego grzyba. Spójrzcie, oto on:

 

To piestrzenica kasztanowata, która często jest mylona ze smardzem. Jej nazwa łacińska Gyromitra esculenta może mylić, bo przymiotnik gatunkowy esculenta w języku łacińskim oznacza jadalny. Piestrzenica kasztanowata jeszcze całkiem niedawno uznawana była za bardzo smaczny i jadalny gatunek grzyba. Jednak ze względu na coraz częstsze zatrucia, jej spożywanie i sprzedaż suszonych piestrzenic została zabroniona. Ten grzyb, nazywany regionalnie: babie uszy, babi uch, babieusz, grzyb majowy lub mylnie „smardz” jest dopuszczona do obrotu i spożywania, najczęściej jako susz w Szwecji i Francji. Kiedy jeszcze funkcjonowało przedsiębiorstwo "Las" funkcjonowały punkty skupujące i wysyłające za granicę dużo tych grzybów. Sam je kiedyś zbierałem na skrajach zrębów i piaszczystych górkach. To ulubione miejsca piestrzenic. Tegoroczną, tylko jedną znalazłem na piaszczystej skarpie leśnej drogi:

Dawniej, a może i dziś, szczególnie na wsi jadano piestrzenice. Na wsiach często przyrządza się grzyby w ten sposób, że najpierw się je odgotowuje, odlewa wodę i dopiero później smaży i podaje jako samodzielną potrawę lub dodatek do  kotletów, pierogów itp. Przypuszczam, że właśnie dzięki temu wcześniejszemu gotowaniu bezkarnie można jeść piestrzenice i inne uważane za niezdrowe lub nawet trujące grzyby, np. olszówki. Moja żona też zwykle odgotowuje każde grzyby, no może oprócz rydzów lub borowików dodawanych do zupy ze świeżych grzybów. Jest jeszcze jeden sekret wiejskiej kuchni dotyczący piestrzenic: nie można ich smażyć razem z cebulą i lepiej po nich nic nie pić! Nie sprawdzałem go jednak i Wam także nie polecam!

Warto dobrze sobie utrwalić, że jednak w każdym polskim grzybowym przewodniku przy zdjęciu tego gatunku widnieje znak wysokiej toksyczności. Nie bez powodu, bo znajdująca się w owocnikach toksyna zwana gyromitryną – w skład której wchodzą liczne związki, m.in. monometylohydrazyna i kwas helwellowy – powoduje poważne zatrucia. W przyrodzie zdarzają się rzeczy przedziwne i i ciekawe, bo gdzieś wyczytałem, że monometylohydrazyna zawarta w piestrzenicach jest także składnikiem  paliwa rakietowego!

Podczas kwietniowego spaceru rozglądajcie się zatem za piestrzenicami ale tylko po to, aby zrobić im odlotowe zdjęcie, wspominając zawartą w nich monometylohydrazynę.

Miłej wiosennej soboty, rozglądając się za piestrzenicami pamiętajcie o Palmowej Niedzieli i składnikach naturalnej, a nie plastikowej palmy!

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 P.S. We wtorek rano powitałem pierwsze jaskółki dymówki i choć mówią, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, to dziś, w sobotni poranek już wiele dymówek kręci ósemki nad jeziorem przy leśniczówce. Może powrócą do zamieszkania w moim kurniku, bo już kilka lat tam nie gniazdują!

 

 

00:21, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
niedziela, 06 kwietnia 2014

Marzec i kwiecień to czas, kiedy w lesie można spotkać poszukiwaczy „rogów”. Właśnie w tym czasie jelenie zaczynają zrzucać swoje poroże. W rejonach, gdzie występuje ich dużo trwa właśnie sezon dla poszukiwaczy.  Pieszo, rowerem, czasem nawet zmotoryzowani, przemykają pomiędzy młodnikami tropiąc i goniąc jelenie-byki. Czasami nękają bardzo długo wytropioną chmarę zwierząt, strasząc je w nadziei, że uciekające w panice zwierzęta zgubią upragnione „rogi”. Przeszkadzają im w żerowaniu, odpoczynku i powodują, że zestresowane ciągłą ucieczką zwierzęta niszczą uprawy i młodniki leśne, bo nie maja czasu i spokoju na urozmaicone menu. Takie prześladowanie jeleni to  karygodne zjawisko i podkreślam, że niezgodne z prawem.

To fantastyczny wybryk natury. Jeleń-byk w pełni wykształcone, wytarte ze scypułu poroże nosi z dumą w sierpniu, a już w końcu lutego stare osobniki je zrzucają. Starsze byki wcześniej rozstają się z pięknymi tykami, bo potrzebują więcej czasu na nałożenie nowego wieńca (bo tak nazywa się ozdoba jeleniej głowy, złożona z dwóch tyk), a młodsze pozbywają się szpiców lub tyk z trzema odnogami (wtedy jest to szóstak) lub czterema ( taki byk to ósmak) czasem dopiero w maju lub nawet w czerwcu, w okolicy swoich urodzin. Ich szpice czy małe „tyczki” szóstaka  nie robią jednak wrażenia na poszukiwaczach i najczęściej trudno je zresztą znaleźć w gęstwinie lasu. Choć czasem leśniczy Jarek, który czasem ma szczęście, bo urodził się 13, znajdzie je nawet na drodze:

 

A oto ten zrzut znaleziony na drodze z bliska:

Dla poszukiwaczy najbardziej atrakcyjne jest poroże jeleni. Łopaty łosi czy danieli

 choć zwykle okazałe i także piękne, nie są poszukiwanym towarem na rynku, a parostki, bo tak nazywamy poroże rogacza (czyli samca sarny) jest niewielkie i trudne do odszukania w gąszczu leśnej ściółki lub polnych trawach. Najlepiej prezentują się świeżo zrzucone zrzuty, które mają piękną barwę, uzyskaną w wyniku wycierania poroża ze scypułu (miękkiej skórki) o krzewy i drzewa.

Pięknie wytarta tyka ze świecącymi grotami (ostro zakończonymi, wyszlifowanymi zakończeniami odnóg), dobrze uperlona (czyli pokryta drobnymi zgrubieniami) z grubą różą ( to taki pierścień kostny, otaczający początek tyki) osadzoną na możdżeniu- pniu wyrastającym z czaszki zwierzęcia, jest obiektem westchnień wielu poszukiwaczy.

Tyka składa się z odnóg o specjalnych nazwach. Nad różą jest oczniak, potem nadoczniak, choć nie zawsze występuje,  zwykle w połowie tyki jest opierak, a nad nim grot, jeśli poroże nie ma już więcej odnóg. Gdy zakończeniem tyki są dwie odnogi,  nazywamy to widlicą, a  jeśli trzy i więcej jest to korona. Byk, który ma trzy odnogi i więcej w zakończeniu tyki nazywany jest koronnym. Gdy korony kończą obie tyki wieńca jest to byk obustronnie lub regularnie koronny, a gdy tylko jedną- jednostronnie, lub nieregularnie koronny. Czasem pod koroną, nad opierakiem (stosunkowo rzadko) występuje jeszcze odnoga podkoronna, zwana wilczą odnogą.

 Zgubione poroże, czyli tzw. „zrzuty”, ludzie nazywają „rogami”. Najczęściej znajdujemy je na leśnych ścieżkach, a czasem nawet pośród pól pojedynczo.Choć bywa, że obie tyki jednocześnie odpadają od możdżenia:

To szczególnie cenna zdobycz dla poszukiwacza poroży. Wzrost, rozwój i zrzucanie poroża związane jest z poziomem testosteronu w organizmie zwierzęcia. Gdy poziom testosteronu we krwi spada poniżej wartości granicznej, wtedy właśnie następuje zrzucanie poroża.

 Jest ono poprzedzone pojawieniem się pod różą tzw. linii demarkacyjnej. Widać ją na spodniej stronie róży zrzuconej tyki, nazywanej pieczątką  Na wskutek rozpadu substancji kostnej w strefie linii demarkacyjnej tyki trzymają się coraz słabiej i wreszcie odpadają. Czasem po odpadnięciu jednej z kilkukilogramowych tyk byk, szczególnie bardzo mocny, stara się pozbyć drugiej, uderzając nią o krzewy lub drzewa, bo nierówne obciążenie łba przeszkadza mu w funkcjonowaniu.

Zapamiętajcie sobie raz na zawsze, że poroże to nie rogi!

Dlaczego zatem ktoś opowiada, że żona przyprawiła mu „taaaakie jelenie rogi”, skoro to nieprawda? Cóż, to tylko ludzkie powiedzenie, nie mające nic wspólnego ze światem przyrody i lasu, podobnie jak  nazywanie rogaczem pechowego faceta… Bo warto zapamiętać, że jeleń ma poroże i wbrew pozorom rogacz, czyli samiec sarny, też ma poroże. Rogi ma krowa!  

Rogi i poroże różnią się zasadniczo:

 Po pierwsze:  poroże co roku rośnie, a potem po kilku miesiącach jest zrzucane. To fantastyczny wybryk natury. Jeleń-byk w pełni wykształcone poroże nosi z dumą w sierpniu, a już w końcu lutego stare osobniki je zrzucają. Młode jelenie zrzucają swoje pierwsze poroże później niż dojrzałe byki, w maju lub czerwcu trzeciego kalendarzowego roku życia, w okolicy swoich drugich urodzin. Ich szpice czy małe „tyczki” szóstaka ( czyli jelenia mającego trzy odnogi) nie robią jednak wrażenia na poszukiwaczach i trudno je zresztą znaleźć w gęstwinie runa leśnego. Podobnie jak „parostki” rogacza lub guziki czy szpice młodego jelenia. Tyka, czyli połowa jeleniego wieńca, często ważąca 3-5 kg potrafi tak szybko rosnąć. Wydaje się to nieprawdopodobne, ale jednak tak jest. W ciągu zaledwie kilku miesięcy na głowie jelenia, daniela, łosia czy sarny pojawia się obiekt zainteresowania poszukiwaczy. Zwierzęta z rogami mają lepiej, bo nikt nie czyha na ich ozdobę.

Szczególnie na kozice, które są u nas prawnie chronione, a ich rogi nazywane są hakami:

Po drugie: poroże jest rozgałęzione, a rogi - nie. Tyki jelenia, które składają się na wieniec, mają zwykle po kilka- kilkanaście odnóg. Błędnym stereotypem jest to, że można po ilości tych odnóg stwierdzić, ile jeleń ma lat. Rogi rosną z kolei całe życie i są coraz większe, stąd można na ich podstawie ocenić wiek zwierzęcia.

Po trzecie: poroże jest zupełnie pozbawione substancji rogowej i zbudowane w z tkanki łącznej, która potem kostnieje.  Rogi  są charakterystyczne  dla np. zwierząt pustorogich ( bydło domowe, owce, kozy, antylopy) i są zbudowane z keratyny.

Po czwarte: poroże jest jednolitą tkanką, a rogi są puste w środku.  Poroże to żywy twór, który w przeciwieństwie do rogów np. muflona, których porost zaczyna się u nasady, ma wzrost wierzchołkowy. Można zatem mówić, że poroże jeleniowatych „rośnie od końca”. Poroże to domena samców, z wyjątkiem reniferów, bo w ich przypadku także samice nakładają poroże, choć mniejsze od samców. Rogi z kolei posiadają  zarówno samce, jak i samice.

W czasie gdy jelenie zrzucają poroże i wtedy taki „łysy” byk nazywany jest gomułą, robi się nawet tłoczno w lesie. Przesmyki jelenie pełne są śladów butów, a czasem ( o zgrozo!)  także psich łap, bo psy pomagające ludziom płoszą zwierzęta i zmuszają je  do panicznej ucieczki. Ludzie zbierają zgubione przez jelenie poroża – czyli tzw. „zrzuty”, wieszają je na ścianie, kładą na kominku czy chwalą się nimi przed znajomymi. Zrzucone  poroża, jako element runa leśnego można zbierać i są one własnością znalazcy. To ciekawa pamiątka z leśnego spaceru lub grzybobrania. Zobaczcie jak cieszyli się ze znalezionego zrzuta adepci leśnictwa, uczniowie Technikum Leśnego w Rogozińcu:

 Czasem jednak to nie tylko fajna przygoda, ale swoista profesja prawie etatowych „poszukiwaczy rogów”, którzy całą wiosnę spędzają w lesie, zbierajac nawet kilkadziesiąt tyk w sezonie.

Nie można jednak w tym celu  płoszyć i prześladować swoją ciągłą obecnością zwierząt. Gdy jednak znajdziemy np. padniętego jelenia byka, daniela czy rogacza nie możemy go sobie zabrać, bo kompletny wieniec jest własnością zarządcy obwodu łowieckiego, a więc najczęściej właściwego miejscowo nadleśnictwa.

 Zrzuty są  zbierane jednak głównie po to, by je w konsekwencji sprzedać. Z poroży wykonywane są ozdoby, np. żyrandole, uchwyty do sztućców, zegary, rękojeści noży. Dla wielu ludzi na wsi to źródło dodatkowych dochodów i swoiste hobby. Bywa, że skłania ich to do łamania prawa i braku szacunku do przyrody. Często poszukiwacze zrzutów wiosną nieustannie niepokoją zwierzynę płową, łamią zakaz wchodzenia do ostoi i na teren upraw oraz młodników leśnych. „Rogacizna” ma lepiej, bo nikt nie czyha na „haki” kozicy czy ślimy muflona. Nie ma szans znaleźć ich w lesie, bo w naszym rejonie nie występują, no i te zwierzęta nie mają zwyczaju rozstawać się z nimi za życia...

Dlatego nie bądźcie pazernymi „rogaczami” i dajcie żyć tym, którzy cyklicznie rozstają się ze swoimi tykami, łopatami czy parostkami. Jeżeli podczas wiosennego spaceru znajdziecie to swoiste trofeum,  będzie to miła pamiątka. Nie płoszcie jednak zwierząt, nie właźcie do ostoi i nie szukajcie poroży za wszelką cenę, bo to nie jest nadzwyczajne trofeum, ani nadzwyczaj intratne zajęcie. Zwierzynie leśnej należy się spokój, nie wyrządza wtedy takich szkód w uprawach i młodnikach, a także na polach. Kwota, jaką można uzyskać za kawałek poroża nie jest warta prześladowania zwierząt, a można „zarobić” mandat za łamanie przepisów ustawy o ochronie przyrody i ustawy o lasach.  Pamiętajcie też, że rogacz ma poroże, a nie rogi i nie nabijcie sobie guza w kolizji z prawem oraz zdrowym rozsądkiem.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

                                        

22:36, lesniczy.lp
Link Komentarze (6) »
sobota, 05 kwietnia 2014

Tydzień minął mi jakby z bicza trzasł, stąd dopiero dziś mogę chwilę przeanalizować ostanie wydarzenia. W ubiegłą sobotę o tej porze razem z ponad setką leśników z całej Polski uczestniczyłem w zjeździe krajowym Związku Leśników Polskich w Rzeczypospolitej Polskiej. Niedawno w tym samym miejscu, w Sękocinie Starym pod Warszawą odbyła uroczystość 95-lecia istnienia związku, który zrzesza ponad 10 tysięcy leśników, pracowników zakładów, parków narodowych, Instytutu Badawczego Leśnictwa oraz Biura Urządzania Lasu i Geodezji Leśnej.

Koniec  marca to czas odnowień i bardzo pracowity okres w leśnictwie, ale przecież ostatnie wydarzenia społeczno-polityczne wokół lasów, o których Wam pisałem, to także „gorący temat”, wymagający wiedzy o sytuacji oraz zaangażowania podobnego jak kampania odnowieniowa. W pierwszej kolejności te właśnie wydarzenia i ich medialne echa były przedmiotem obrad Rady Krajowej. Dawniej za sprawą króla Stanisława Augusta Poniatowskiego odbywały się obiady czwartkowe, zwane „mądrymi obiadami” lub „czwartkami”, które były spotkaniami intelektualistów. Spotkaliśmy się wprawdzie także w czwartek, jednak już po obiedzie, bo delegaci zjechali przecież z wszystkich zakątków kraju. Razem z innymi członkami ponad 30-osobowej Rady Krajowej w czwartkowy wieczór  musiałem mocno wytężać swój intelekt, ponieważ dyskutowaliśmy i rozstrzygaliśmy sprawy ważne, trudne i skomplikowane. Nic dziwnego, że obrady, które rozpoczęły się o 19.30 przeciągnęły się do godzin nocnych. Tematem wiodącym było zaskarżenie uchwalonej w ekspresowym tempie zmiany ustawy o lasach z dnia 24 stycznia 2014 do Trybunału Konstytucyjnego. Szeroko rozważano plusy i minusy takiej decyzji i atmosfera była gorąca. Jednak ostatecznie tylko przy dwóch głosach wstrzymujących podjęto uchwałę o treści:

UCHWAŁA

RADY KRAJOWEJ

ZWIĄZKU LEŚNIKÓW POLSKICH W RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ

z dnia 27 marca 2014r.

w sprawie wystąpienia do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem o stwierdzenie niezgodności z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej ustawy z dnia 24 stycznia 2014r.  o zmianie ustawy o lasach (Dz. U. z 2014r. Nr 0, poz. 222), a w szczególności art. 2 i 3 tej ustawy oraz art. 58a ustawy o lasach z dnia 28 września 1991r. (Dz.U. z 1991r. Nr 101, poz. 444), w brzmieniu nadanym ustawą z dnia 24 stycznia 2014r. o zmianie ustawy o lasach (Dz.U. z 2014r. Nr 0, poz. 222).

Uchwała ma na celu wyeliminowanie zaskarżonych przepisów z porządku prawnego. Przygotowanie wniosku do TK i reprezentowanie tam Związku Leśników Polskich powierzono kancelarii prawnej.

Nazajutrz, w piątek 28 marca o godzinie 10 rozpoczęły się obrady Zjazdu Krajowego, które  otworzył Przewodniczący ZLP Bronisław Sasin.

Wprowadzono sztandar ZLP, a warto zauważyć, że poczet sztandarowy wierny był modnej idei gender:

Przedstawiciele dyrektora generalnego zapowiadali szybką (choć zapewne nie tak szybką jak ta ostatnia) kolejną zmianę ustawy o lasach, bardzo oczekiwaną przez leśników. Potwierdzał to także obecny na zjeździe tylko jeden z posłów, Cezary Olejniczak:

 

Leśnicy życzliwie przyjęli i wysoko ocenili jego wystąpienie, znajomość leśnych tematów oraz rozsądek, jaki wynikał z jego  wypowiedzi. Pan poseł, choć jednoosobowo (zaproszeni zostali posłowie z wszelkich opcji politycznych) reprezentował bardzo dobrze i godnie świat polityki, tak odległy i różny od naszego, leśnego świata. Jednak to nie świat przyrody, ale polityki i gospodarki istotnie kreuje przyszłość polskich lasów…

  Zapowiadana zmiana ustawy o lasach dotyczy sposobu zatrudniania zastępcy nadleśniczego, głównego księgowego nadleśnictwa, inżyniera nadzoru i leśniczego z powołania na umowę o pracę. 5 marca grupa posłów PO i PSL złożyła do Marszałka Sejmu projekt ustawy w tej sprawie. To od lat oczekiwana przez leśników zmiana sposobu zatrudnienia, którzy nie bardzo wierzą w jej realizację, bo tyle już było tych obietnic!

 Ostatnio tak wiele mówiło się w mediach o leśnikach, ich zarobkach, jednak tej kwestii nikt nie poruszał. Podobnie jak sprawy leśniczówek, których tak wiele osób nam zazdrości. Mało kto jednak wie, że leśniczego można w każdej chwili odwołać z funkcji, co jest równoważne z rozwiązaniem stosunku pracy i wtedy w ciągu trzech miesięcy należy opuścić leśniczówkę. Gdy leśniczy po ponad 40 latach służby w lasach odejdzie na emeryturę ma sześć miesięcy na opuszczenie leśniczówki, o którą dbał przez tyle lat, gdzie wychował dzieci, najczęściej z dala od zdobyczy cywilizacji. Nadleśniczy może zaproponować mu inny, zamienny lokal, ale wiele mieszkań już sprzedano i wciąż trwa ich sprzedaż. Ale nie dla leśniczych, bo oni nie zostali zaliczeni do grona uprawnionych do kupna mieszkań, które mają tylko w użyczeniu na czas pełnienia swojej funkcji. A po służbie „mają iść gdzie pieprz rośnie”, jak to gorzko, ale konkretnie  napisali w  swoim liście do uczestników zjazdu leśniczowie, którzy niebawem przejdą na emeryturę. Zostają sami z problemem mieszkaniowym, bo przez lata nie udało się tej sprawy rozwiązać podobnie jak to zrobiono w różnych służbach mundurowych. A leśnicy wiedzą najlepiej, że nie przesadza się starych drzew… Jednak w piśmie wysłanym do przewodniczącego ZLP 27 marca 2014  minister środowiska pisze:

"Odnośnie do propozycji, aby pracownikom Lasów Państwowych opuszczającym mieszkania służbowe przysługiwała odprawa w określonej wysokości, jeżeli nie będą korzystali z zasobów mieszkaniowych Lasów Państwowych informuję, że Ministerstwo Środowiska nie planuje wprowadzenia takich regulacji. Nie ma również intencji, aby zmienić przepisy uprawniające pracowników Służby Leśnej do bezpłatnego mieszkania."

 

Bo leśniczowie i pewnie nadleśniczowie chcieliby być przynajmniej lokatorami mieszkań na podstawie umowy najmu...

Leśnicy w dyskusji i czasem nawet bardzo emocjonalnych wystąpieniach poruszali wiele ważnych dla nich kwestii: zadaniowego czasu pracy, który niektórzy nazywają ukrytym wyzyskiem, kwestii zaufania do ich uczciwości i ogromu różnorodnych obowiązków, których nie da się wypełnić w „normalnym” czasie pracy kosztem rodziny, zdrowia psychicznego i rezygnacji z wszelkich poza zawodowych pasji. Nie było to wcale roszczeniowe narzekanie, bo przecież kochamy swoją pracę i chcemy ją wykonywać jak najlepiej, w zamian za partnerskie i uczciwe traktowanie przez przełożonych i licznych kontrolujących.

Głos zabierał między innymi Andrzej Piesyk, leśniczy-poeta ( na fotce siedzący w środku, z filiżanką):

Andrzej, zakochany w swoich krotoszyńskich dębach, tak o nich  pisze:

Moje dęby umiłowane jeszcze

są bez liści.

Dzięcioł w pień pusty dudni

dając znaki wiośnie

Ptaki gardła zdzierają, ciepło słońca głoszą

Bąk w kokorycz się wtula, wargi jej całując

Biel z żółcią w zawilcach dywany rozściela.

Pszczoła zawilca kosztuje nie musi się wtulać,

cały jest otwarty, bo czas jego krótki!

Dęby stoją i patrzą same zadziwione

bo błękity przylaszczek niebo z ziemią mylą.

Soki swe w pąki tłoczą z lekkim niepokojem

by konarów oczami sycić kolor wiosny

Barwy buty im szyją, kroków zabraniają

jeszcze chwila dni kilka gdy wzrok swój nasycą,

zieleń liści dna wesołość wchłonie.

Moje dęby umiłowane …!

            Mądrość Twoja Płonie…!

Tak,tak, skoro zjechało się 117 leśników-delegatów z nadleśnictw i zakładów całej Polski, to na sali obrad są ludzie o przeróżnych zainteresowaniach i umiejętnościach…

Drugi dzień zjazdu, czyli sobota, to praca nad uchwałami wnioskami zjazdu.

 Trwały gorące dyskusje, polemiki i walka na argumenty, bo każdy region kraju, a także każda grupa zawodowa leśników ma swoje problemy i pomysły na ich rozwiązanie. Można zapoznać się z podjętymi uchwałami i wnioskami odwiedzając stronę związku leśników: www.zlpwr.pl.

Rada Krajowa i Przewodniczący ZLP Bronisław Sasin będą mieli wiele pracy, aby wprowadzić je w życie i sprawić, że z „papierowych zapisów” staną się kierunkami działania oraz satysfakcjonującej wszystkie strony pracy z pasją, którą od 90 lat poświęcają się członkowie Braci Leśnej.

Leśniczy Jarek-lesniczy@erys.pl

14:48, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 kwietnia 2014

Wiosna to czas wielkiego pośpiechu i błyskawicznych zmian. Dni pędzą gwałtownie, a przyroda zmienia się z praktycznie z godziny na godzinę. Nie dziwcie się zatem, że trudno było znaleźć chwilę na blogową „twórczość”. Jednak z drugiej strony dzieje się tyle ciekawych rzeczy i bardzo korci mnie, aby pokazać i opisać je tym, którzy nie mają szansy, aby słyszeć co rano klangor żurawi, „cilcalpowanie” pierwiosnka, który zaraz po przylocie wyśpiewuje namiętnie swoją zwrotkę oraz wieczornych koncertów kosów.

W sobotę 29 marca przyleciały już bociany i zasiedliły wszystkie okoliczne gniazda, perkozy i łyski siadają na jajach, choć miały pewien kłopot z wyborem miejsca na gniazdo, bo na jeziorze koło leśniczówki wykoszono i tak mizerne łany trzcin. Jeszcze większy kłopot będzie miał „ptasi drobiazg”, szczególnie trzciniaki. W poniedziałek, w ostatni dzień marca posadziłem ostatnią sadzonkę i podziękowałem ekipie pani Magdy, która bardzo sprawnie i co najważniejsze porządnie zajmowała się odnowieniami. Posadzili blisko 20 ha podsadzeń bukowych, prawie 4 ha zrębów zupełnych, prawie 5 ha zrębów złożonych, odnowili jedną lukę i poprawili kilka zeszłorocznych zrębów (ten nękany przez króliki także), sadząc tam także blisko 2 ha. Łącznie posadzono blisko 150 tysięcy sadzonek. W całych Lasach Państwowych co roku sadzi się 500 mln drzew! Wiecie, że przeciętny leśniczy w trakcie swojej całej służby lasom zostawia kolejnym pokoleniom 500-600 ha młodego lasu, który wyhodował i wypielęgnował?

Na „moich” uprawach stoją już równo posadzone młode sosenki, które cieszą oko żywą zielenią:

 Pomyśleć, że 18 marca stały tu jeszcze stosy gałęziówki, a ciągnik z rozdrabniaczem dopiero kruszył gałęzie i pozostałości zrębowe. Całkiem niedawno wyjechały wozy z ostatnimi dłużycami tartacznymi, które były jeszcze w lutym gonnymi sosnami… W końcu stycznia ekipa filmowa TVN 24 kręciła właśnie tu materiał do programu „Czarno na białym” i była przerażona strasznymi koleinami i ”księżycowym” krajobrazem zrębu. Dziś po koleinach nie ma śladu, a zrąb jest już piękną uprawą. Gdy szef ZUL-a pan Jan po mistrzowsku kroił pługiem zgrabne bruzdy na pofałdowanym zrębie z jednej strony, to już z drugiej strony ekipa pani Magdy sadziła sosny.

Paliki, które według przygotowanego przeze mnie szkicu powbijał podleśniczy Irek, oddzielają sosnę od kęp buka, sadzonego w bardziej zacienionych miejscach:

Sadzonki buka strzelą za chwilę zielenią w niebo i sójki w lesie będą wrzeszczeć, że buk się rodzi:

To zrąb zagospodarowany rębnią złożoną, gniazdową i było to ostatnie, uprzątające cięcie. Wcześniej trafiły już tu dęby, które stanowią 30% przyszłego lasu i młode drzewka mają już teraz 3-4 metry. Na obrzeżach dębowych gniazd posadziliśmy młode lipy:

Staramy się przywrócić ten gatunek okolicznym borom, nie tylko jako pojedyncze okazy czy aleje. Ostatnia sadzona w tym roku uprawa pięknie wygląda w porannym słońcu:

To, że została tam posadzona ostatnia sadzonka wcale nie znaczy, że leśniczy może zapomnieć o istnieniu uprawy, a las będzie rósł sam. Na uprawie jest wiele drobnych, zielonych gałęzi, a pług poprzerywał sosnowe korzenie. Wokół unosi się balsamiczny zapach świeżej żywicy, która zapewne zwabi obudzone coraz mocniej przygrzewającym słońcem szeliniaki. Szeliniak sosnowiec to barczysty, brązowy chrząszcz, który chętnie ogryza korę z pędów młodych sosenek:

Taka sadzonka zwykle usycha. Uprawa założona zaraz po zakończeniu zrębu jest bardzo narażona na liczne pojawienie się żarłocznych owadów, które „na pieszo” idą od sadzonki, do sadzonki. Z drugiej strony nie mogłem czekać rok na odnowienie zrębu, bo to mocne siedlisko, które służy także znakomitemu rozwojowi chwastów: trzcinnika, paproci, malin i jeżyn. Tak źle i tak niedobrze! Las także radzi sobie sam z uzupełnianiem młodego pokolenia, bo wszędzie widać latające sosnowe nasionka:

Tam gdzie znajdzie się kawałek wolnej przestrzeni i odkrytej gleby pojawi się siewka sosny. Trzeba jednak o nią także zadbać, dlatego wszędzie jest potrzebny leśniczy…  Jeżdżą wciąż samochody z drewnem, trzeba pilnie kończyć szacunki brakarskie, sprawdzić zmineralizowanie pasów przeciwpożarowych wzdłuż dróg i torów kolejowych, stan dróg pożarowych i punktów czerpania wody itd. A co najważniejsze, posadzenie ostatniej sadzonki to jeszcze nie koniec odnowień. Trzeba wykonać przecież jeszcze całą „papierową robotę”: zestawienia, WZ, RW, protokoły itd.

A w przyrodzie czas godów i budowania gniazd. Po jeziorach pływają grupki i pary gęsi gęgaw:

Niebawem już będą z nimi pływać pisklęta, bo zwykle pojawiają się na początku kwietnia. Nad trzcinowiskiem charakterystycznym, „motylim” lotem krążył błotniak stawowy ze skrzydłami ułożonymi w literę V. Tak wygląda z góry:

A tak z dołu:

W pewnym momencie spikował w trzciny:

Pewnie już przygotował tam sobie gniazdo. Niedaleko pływała para perkozów dwuczubych i para gągołów. Bo wiosna w przyrodzie i nie tylko, to czar par…

 

Leśniczy Jarek - lesniczy@erys.pl

 

20:23, lesniczy.lp
Link Komentarze (1) »
środa, 26 marca 2014

Jutro Międzynarodowy Dzień Ziemi. Nasza Zielona Planeta potrzebuje jednak nas, ludzi i naszej pomocy codziennie, a nie tylko od święta. Dlatego jutro szczególnie, ale też każdego dnia pamiętajmy, że to od nas zależy przyszłość otaczającej nas przyrody. Pamiętajmy też, że człowiek jest także cząstką przyrody i to jak ważną…

Dlaczego zatem nieustannie śmiecimy, niszczymy i psujemy harmonię przyrody? Czy nie lepiej zachwycać się całością przyrody, fenomenem jej trwałości i różnorodności oraz każdą jej najmniejszą cząstką z osobna?

Człowiek, skoro jest myślącą i decydującą cząstką przyrody powinien być odpowiedzialny i rozumnie z przyrody korzystać. Najczęściej jest inaczej, gdyż tylko wydaje się nam, że znamy i rozumiemy otaczający nas świat przyrody. Warto wciąż na nowo poznawać magię roślin, zwierząt, krajobrazów, kamieni i wód. Warto nauczyć się cieszyć obcowaniem z przyrodą. Ruszać do lasu, kiedy tylko można, aby ją jak najpełniej poznać:

Bo jest to magia i swojego rodzaju mistyka. Dlatego uczmy się rozumienia przyrody i zachwytu nad każdym jej najmniejszym kawalątkiem. Czy jest to piękny krajobraz, drzewo, urocza  roślina czy pozornie brzydka ropucha…

Tegoroczna wczesna wiosna bardzo temu sprzyja. Przyszła wcześnie i rozpieszcza nas ciepłem, choć wczoraj dostałem fotkę ze Szklarskiej Poręby, gdzie mój zacny przyjaciel Janusz ukazuje mi zasypaną śniegiem krainę… Wiosna zwykle najzgrabniej zachęca nas do spacerów i poznawania na nowo świata przyrody. Dlatego Dzień Ziemi został ustanowiony w wiosenny czas.

Ciekaw jestem jak minął Wam ten szczególny dzień- Święto Ziemi. Czy był to dzień jak co dzień, czy udało się Wam choć na chwilę pochylić nad jakąś cząstką świata przyrody. Może ktoś w Was w jakiś szczególny sposób uczcił to święto? Podzielcie się proszę wrażeniami…

Wczoraj w wiejskim kinie w Pszczewie kilkadziesiąt osób obejrzało moje przyrodnicze fotografie i wysłuchało opowieści o „Magii pszczewskich lasów”. Na zaproszenie Klubu Przyjaciół Pszczewa przygotowałem taką prelekcję, która zostało bardzo ciepło i z wielkim zainteresowaniem przyjęta:

 To właśnie z okazji Dnia Ziemi i na chwałę magicznej przyrodzie... Bo przyroda jest mądra i nie nudzi się nigdy. Nigdy jej też do końca nie poznamy i na tym polega jej fenomen. Nie trzeba wiele, aby godnie uczcić naszą Ziemię. Trzeba ją tylko szanować i rozumieć. Nie tylko od święta. Pomyślcie o tym w Dzień Ziemi!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

23:07, lesniczy.lp
Link Komentarze (1) »
piątek, 21 marca 2014

Dziś jak przystało na pierwszy dzień wiosny i Międzynarodowy Dzień Lasu była prześliczna pogoda. O dniu wagarowicza słychać było za pośrednictwem mediów sporo, natomiast Święto Lasu nie było tak nagłośnione. A przecież jak wynika z wyliczeń ONZ, od lasów uzależniony jest byt 1,6 mld ludzi na świecie oraz spora część światowej gospodarki.

Niezawodna w sprawie lasów po raz kolejny okazała się radiowa Jedynka. Sporo czasu antenowego poświęciła lasom i rozmowom  dziennikarzy z leśnikami. „Chciałbym złamać ten stereotyp, który lansuje telewizja, że leśniczy ma psa, dubeltówkę i nic innego nie robi, tylko chodzi sobie po lesie i obserwuje ptaki oraz zwierzęta. Prawda jest całkiem inna" - mówił w radiowej Jedynce Waldemar Paszkiewicz z leśniczówki Nowa Wieś.

 Z zainteresowaniem słuchałem chwilę rozmowy z leśniczym i po raz kolejny doszedłem do wniosku, że w naszym kraju jest wielu leśniczych, którzy potrafią ciekawie i z pasją opowiadać o lesie bez zbędnego zadęcia. Kolega leśniczy bardzo fajnie opowiadał o lesie i pracy leśników, a szczególnie spodobał się mi jego trafny podział roku nie na cztery, ale na trzy pory: „Są to: pora śniegu, błota i kurzu. Najpierw jest zima i jest problem z dojazdem, potem taplamy się w błocie, a na koniec jest kurz i komary”. Dołożyłbym  do pory kurzu jeszcze meszki i zwiększony ruch turystyczny, ale co tam…

Nie miałem jednak dziś (jak zwykle zresztą) zbytnio chwili wolnego czasu na śledzenie medialnych doniesień o świętowaniu bo w lesie wszędzie była niezbędna moja obecność. Przecież sadzą w wielu miejscach naraz, zrywają, wywożą drewno, a na biurku rośnie sterta pilnych dokumentów. Odbierałem dziś prace przy zakończonych czyszczeniach wczesnych i późnych, pokazywałem jak należy zaorać ostatni zrąb, który został do posadzenia i kontrolowałem posadzone już powierzchnie.

Gdy zajechałem na zeszłoroczną uprawę, gdzie były wykonywane poprawki dwuletnią sosną i brzozą zobaczyłem taki widok:

Cały rząd  sadzonek sosnowych wzdłuż lasu miał połamane wierzchołki! Co za czort?- pomyślałem sobie. Wczoraj sadzonki pięknie stały, bo byłem tam w trakcie sadzenia, a co dziś się tam stało? Pomyślałem sobie, że może ktoś złośliwie zniszczył sadzonki. Naraz olśniło mnie- „No tak, dziś Dzień Wagarowicza, może jakieś dzieciaki chciały napsocić? Ale skąd tutaj, w takim odległym od miejscowości zakątku lasu wagarowicze?

Gdy obejrzałem jednak dokładnie  kilka sadzonek wszystko już było jasne. Wstyd się mi zrobiło, że posądziłem nawet w myślach dzieciaki o tak niecny występek. Sosnowe sadzonki nosiły ślady zębów i były zwyczajnie zżarte! Podobnie sadzonki brzozy były poobgryzane bardzo mocno:

Stałem chwilę na skraju uprawy i naraz zobaczyłem szkodnika:

Poznajecie? Oto on w całej okazałości:

To właśnie dzikie króliki- w tym przypadu szkodniki, choć wyglądają bardzo milutko... Co chwilę któryś przemykał w trawach, pomimo pełni dnia. Kilka lat temu w pobliżu myśliwi wpuścili do lasu sporą ilość dzikich królików, aby odbudować populację wyniszczoną chorobami. Jak widać króliki zadomowiły się tu i mają się dobrze. Nie bały się mnie zbytnio, gdy nie wykonywałem gwałtownych ruchów:

 Wokół są w większości ubogie, sosnowe bory, na polach nic ciekawego do przekąszenia nie widać, to świeże, zielone sadzonki okazały się dla nich bardzo apetyczne. Gdy obejrzałem sąsiedztwo ich nor:

to zauważyłem, że wszelkie zielone gałązki, jakie leżały w okolicy były skrupulatnie „obżarte do zera” z kory.

 Króliki żyją społecznie w norach, które kopią sobie jedna obok drugiej i ciągle jedzą. To sympatyczne zwierzątka i fajnie, że są w mojej okolicy, ale żeby tak zeżreć świeżo posadzone sadzonki i to jeszcze w Międzynarodowy Dzień Lasu? Nie mogły pójść sobie na wagary i poszukać innego żeru? Wprawdzie w polskich lasach sadzimy rocznie 500 mln drzewek, ale raczej nie dla zaspokojenia apetytu królików!

 Chyba muszę pomyśleć nad dostarczeniem im innej karmy niż sadzonki, aby ratować uprawę. Dlatego leśniczy nie ma czasu, aby  świętować, nawet w tak ważny dzień jak dziś,  albo wybierać się na wagary, bo las go wciąż potrzebuje. Wygląda na to, że trzeba będzie się nieźle natrudzić, zanim tu wyrośnie młody las… Jak przystało na pierwszy dzień wiosny zakwitły moje ulubione fiołki:

Skoro to zauważyłem, to nie jestem jednak tak strasznie zagoniony. Martwi mnie, że nie widać jeszcze w gniazdach bocianów. Mam nadzieję, że te pszczewskie nie trafiły pod lufy idiotów, którzy chwalą się fotografiami z niechlubnych dla ludzkości "bocianich pokotów"...

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

22:33, lesniczy.lp
Link Komentarze (11) »
niedziela, 16 marca 2014

W poniedziałek po raz kolejny w Irlandii, a także w naszym kraju i wielu zakątkach Europy będziemy świętować Dzień Świętego Patryka. Nie jestem zwolennikiem globalizacji, unifikacji, nowej mody, a raczej tradycjonalistą i pamiętam dobrze słowa Juliusza Słowackiego z „Grobu Agamemnona”, który surowo ocenił współczesną sobie Polskę:

 

„Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą;

Pawiem narodów byłaś i papugą,

A teraz jesteś służebnicą cudzą.”

 

Jednak to święto, związane z afirmacją zieleni jest według mnie miłe i sympatyczne, tym bardziej, że przypomina o kulturze Celtów, którzy wywarli wielki wpływ na nas, Polaków.

 Celtowie to lud indoeuropejski, za którego kolebkę uważa się obszar alpejski. Pierwotny język celtycki przetrwał w takich językach jak szkocki, walijski, irlandzki i bretoński. Niezwykłością tego narodu było to, że mimo dominacji na dużym obszarze Europy nigdy  nie stanowił jednego organizmu państwowego. Celtowie zamieszkiwali żyzne, zasobne ziemie i tworzyli szereg plemion, zachowując jednak daleko posuniętą jedność tradycji oraz kultury. Na ziemie polskie Celtowie przybyli już w IV tysiącleciu przed narodzinami Chrystusa.  Dotarli do nas z południa, z szeroko rozumianego obszaru Kotliny Karpackiej, a konkretnie z dzisiejszych Czech i Moraw. Byli pokojowo nastawieni i nic nie słyszałem o konfliktach z naszymi słowiańskimi przodkami.

 Zawdzięczamy im podobno wiele wynalazków, choćby beczki z klepek, mydło oraz wiele narzędzi. Przede wszystkim wprowadzili na teren polski ulepszoną metodę wytopu żelaza, czyli piece dymarskie, a także umiejętność wyrobu naczyń na kole garncarskim. Okolice Pszczewa i Borowego Młyna znane są archeologom właśnie z odkryć dawnych pieców, gdzie wykorzystywano w produkcji rudę darniową to może i tutaj Celtowie bobrowali po lasach dzisiejszego leśnictwa Pszczew?

 Czytając różne ciekawostki przyrodnicze wiele razy natykałem się na ślady mądrych celtyckich druidów, którzy m.in. doskonale znali i wykorzystywali właściwości roślin. Kultura celtycka urzeka mnie barwnością legend, żywością folkloru i zamiłowaniem do tradycji. Celtowie mają wielki wkład w chrystianizacji Europy, a św. Patryk wykorzystał symbol zielonej, trójlistnej koniczynki do tłumaczenia istnienia Trójcy Świętej…

W "leśnym wydaniu" zawsze przypomina się mi koniczyna Św. Patryka, gdy spoglądam na łany szczawika zajęczego:

 

Niebawem już znowu w pełni zakwitnie. Podobno świetnie nadaje się na sałatkę ale jakoś nie zebrałem się nigdy, aby to sprawdzić w praktyce. Dawniej stosowano go jako odtrutkę przy zatruciach rtęcią… Napój ze świeżych liści łagodzi gorączkę, można  też świeże liście przykładać na rany, ale nie można go nadużywać, bo w dużych ilościach jest toksyczny.

A jak nasza przyroda przygotowała się na zielone święto Patryka?

Zaczyna kwitnąć forsycja, a dereń jadalny jest w pełni kwitnienia. Na moim trawniku przed leśniczówką kwitną jeszcze krokusy i przebiśniegi ale już pojawiły się cudne cebulice:

W środę oglądałem już wiele kolorowych motyli, m.in. rusałkę żałobnik.

Żurawie już pozajmowały tereny lęgowe, a jest ich co roku więcej i tańczą swoje flamenco:

Przyleciały już perkozy dwuczube, gągoły tokują namiętnie i kręci się wiele par gęgaw:

W poniedziałek obserwowałem niedaleko Szarcza krążącą na niebie kanię rudą:

Przyleciała dość wcześnie, podobnie jak długodzioba słonka, która wystartowała w środę z szumem spod niewielkiego świerka na skraju zrębu, gdy odbierałem „gałęziówkę”.

Na niebie ruch niesamowity i wciąż ciągną pary, stada i klucze ptaków. Widać tam także wielkie ożywienie pośród "stalowych ptaków":

Sikory opuściło sąsiedztwo ludzi i szukając w lesie swojego „M1” zaglądają i wybierają. Spodobały się im dziuple w brzozach. Może tu?:

 

A może jednak tam?:

Bocianów jeszcze u mnie nie ma, choć strażacy z OSP Pszczew przygotowali już lipę na ich przybycie, wycinając gałęzie przeszkadzające ptakom w lądowaniu na gnieździe. Mieli sporo pracy, bo ostatnio pomagali tym bocianom trzy lata temu. Na strażakach jednak zawsze można polegać! Ich patronem jest wprawdzie św. Florian ale może za dobry uczynek i św.Patryk będzie im sprzyjał?

Dla mnie zielone święto Patryka to oprócz koniczynki i spotkań z przyjaciółmi przede wszystkim zielone sadzonki, które ledwo zadołowane w dole-lodowni już dziś rosną na nowej uprawie.

 Wyrośnie z nich nowy las tam, gdzie kiedyś był być może gaj celtyckiego druida.

 

Miłego zielonego święta!

 

  Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

16:13, lesniczy.lp
Link Komentarze (12) »
sobota, 15 marca 2014

Takie pytanie szczególnie teraz, wiosną słyszy pewnie większość leśniczych. Bo „drzewo” na wsi to podstawa bytu i zanim jeszcze skończy się jeden sezon grzewczy, już trzeba myśleć o następnym. Po zimowych cięciach, szczególnie zrębowych, w lesie zostaje sporo gałęzi, które są atrakcyjnym paliwem do wszelkich pieców i kominków. Leśnicy pozyskując drewno w ramach planowanych cięć prowadzą swojego rodzaju proces produkcyjny, którego finałem są różne sortymenty drzewne. Wszyscy przecież wiemy, że drewno ma około 30 tysięcy zastosowań!

Ogół czynności związanych ze ścięciem drzew, wyrobieniem i przygotowaniem drewna do sprzedaży nazywają PKS- jest to pozyskanie kosztem skarbu. Część tego drewna, głownie wałki opałowe, jest przeznaczona do sprzedaży detalicznej, na potrzeby lokalnego rynku, prowadzonej w leśniczówkach, a czasem także w nadleśnictwach.

 

Wałki jednak nie dla każdego są atrakcyjnym towarem, choć i na nie popyt jest bardzo duży. Szczególnie, gdy są to sosnowe wałki ze spałami żywiczarskimi, już coraz rzadziej spotykane w naszych lasach:

 

 Po zakończeniu tych podstawowych prac i wywiezieniu drewna do tartaków i firm drzewnych, przychodzi pora na niezbędne uporządkowanie powierzchni, gdzie pozyskiwano drewno i wtedy jest czas na PKN.

 Ten tajemniczy skrót PKN może niektórym kojarzyć się  z pewnym koncernem lub znanym manifestem lipcowym. Jednak w tym przypadku chodzi o  Pozyskanie Kosztem Nabywcy, czyli trochę niezgrabnie nazywany „samowyrób”, głównie drewna opałowego, przeznaczanego  na potrzeby gospodarstwa domowego. Każde nadleśnictwo w Polsce ma precyzyjnie określone zasady takiej formy nabywania drewna przez zainteresowane osoby. Aby je poznać, trzeba zgłosić się do najbliższej leśniczówki i tam od leśnika uzyskamy informacje oraz wiedzę niezbędną do legalnego zaopatrzenia się w drewno na nasze potrzeby.

 Kiedyś, przynajmniej na wsi, wszyscy wiedzieli doskonale jak przygotowuje się drewno na opał, jak się je suszy, magazynuje, pali. Znali właściwości drewna i jego przydatność do ogrzewania, wędzenia czy „produkcji” narzędzi lub sprzętów niezbędnych w gospodarstwie Dziś ta wiedza nie jest już tak powszechna. Boleśnie przekonuje się o tym „mieszczuch”, który staje się posiadaczem domku letniskowego z kominkiem, lub nawet weekendowy turysta, który chciałby spędzić wieczór przy ognisku. Bo skąd wziąć drewno do kominka i cieszyć oko równo ułożonym sągiem brzozowych lub bukowych szczap pod tarasem wymarzonego wiejskiego domku? Jak zaopatrzyć się w gałęzie niezbędne do rozpalenia ogniska na wędkarskim pikniku i skąd zdobyć kilka żerdzi tak potrzebnych do naprawy nadwątlonej kładki nad ulubionym leśnym jeziorkiem? Problem aktualny cały rok, a chłodne wieczory wiosną czy  jesienią każą pamiętać o legalnym zaopatrzeniu w drewno. Bo wejść „w szkodę” zbierając chrust, szyszki czy łamiąc gałęzie niesłychanie łatwo, a reguluje to prawnie ustawa o lasach oraz o ochronie przyrody, a art. 153 kodeksu wykroczeń brzmi groźnie:

Kto w nie należącym do niego lesie zbiera gałęzie, korę, mech, ściółkę,  szyszki, obdziera korę, łamie gałęzie itd. podlega karze grzywny do 250zł.

Zainteresowanie pozyskaniem drewna na własne potrzeby jest bardzo różne, w zależności od regionu, przyzwyczajeń i  lokalnych tradycji, a w szczególności od ilości lasów w pobliżu siedzib ludzkich. Duże znaczenie ma też zasobność portfela, bo to zwykle ludzie mniej zamożni, których nie stać na założenie instalacji gazowej czy olejowej, wyrabiają sobie drewno w lesie. Dużym zainteresowaniem cieszą się gałęzie liściaste:

Ale nawet cienkie drzewka z czyszczeń lub cieniutkie gałęzie i suche sęki na zrębach są skrzętnie zbierane:

Jest tu pewnego rodzaju konflikt interesów, bo przyrodnicy i ekolodzy wciąż naciskają leśników i nakazują zwiększanie udziału drewna martwego w lesie. Okoliczna ludność z kolei zarzuca leśnikom niegospodarność i marnowanie drewna. „Panie leśniczy, pan mówi, że nie ma drzewa do wyrobienia, a tam tyle suszek gnije, że strach!”. Każdy ma swój punkt widzenia, a leśniczy musi znaleźć złoty środek…

 Leśnicy starają się zrozumieć lokalne potrzeby i wychodzą naprzeciw mieszkańcom okolicznych wsi, tak kalkulując ceny drewna pkn i ilości przeznaczone do takiego zagospodarowania, aby zachować równowagę pomiędzy przyrodą, gospodarką i ludźmi. Dodatkowo drewno wyrabiane kosztem nabywcy przysparza leśniczemu wiele pracy. Trzeba precyzyjnie wskazać miejsce, gdzie się ono znajduje, zajrzeć tam w trakcie pracy, a potem odebrać czasem nawet kilkadziesiąt niewielkich stosów.

 Każda ”kupka” gałęzi musi zostać zmierzona z dokładnością do centymetra i na każdej nabija się plastikową pytkę.

Potem przyjmuje się drewno na stan magazynowy leśnictwa, sporządzając w rejestratorze leśniczego rejestr odbioru drewna i wprowadza drewno  do systemu. Należy to zrobić odpowiednio wcześniej, bo zwykle zgodnie z zarządzeniem nadleśniczego musi ono pojawić się na liście magazynowej kilka dni przed planowaną sprzedażą, aby umożliwić ewentualną kontrolę odbiórki drewna przez leśniczego.

„Gałęziarz” też nie ma łatwo, bo musi poddać się pewnej procedurze. Należy zgłosić się do leśniczówki, przestrzegając godzin urzędowania, które każdy leśniczy podaje do wiadomości na drzwiach swojego biura. Tam leśniczy wystawia pisemne pozwolenie na pozyskanie drewna i określa precyzyjnie co można wyrobić w wskazanym fragmencie lasu,  co musi pozostać nietknięte, oraz określa termin wykonania pracy. Pozwolenie jest jednocześnie zezwoleniem na wjazd do lasu i wpisuje się tam numer rejestracyjny pojazdu. Osoba pracująca przy pozyskiwaniu drewna opałowego kładzie wtedy dokument za szybą samochodu i wiadomo, że ma prawo pozostawić pojazd w pobliżu miejsca pracy.

 Leśniczy udziela też instruktażu z zakresu bezpieczeństwa i higieny pracy, potencjalnych zagrożeń, zachowania bezpieczeństwa przeciwpożarowego i użycia właściwych narzędzi. Wyrabiający drewno podpisuje oświadczenie, że został przeszkolony na odwrocie pozwolenia, gdzie znajduje wypisany „na wszelki wypadek” zbiór podstawowych zasad.  Leśniczy określa też zasady przygotowania drewna do odbiórki, informuje o aktualnych cenach drewna i terminach sprzedaży. Wciąż nie słabnie zainteresowanie wyrobem „gałęziówki”, a chyba raczej widać wzrost. To swojego rodzaju miara zamożności społeczeństwa… A gdy zdarzy się zrąb, gdzie wycięto bardzo atrakcyjnie opałowo robinię akacjową?:

Dzielę wtedy po kawałku powierzchnię zrębu, podobnie jak przy rębniach gniazdowych, gdzie każde 20-30 arowe gniazdo „wyrabia” ktoś inny. Wyrobione drewno po sprzedaży wyjeżdża z lasu różnymi pojazdami. Czasem to dobra okazja do poznania siły sąsiedzkiej pomocy:

Czasami też ludzie radzą sobie z transportem „gałęziówki” przy pomocy przyczepek do samochodów osobowych lub samodzielnie skonstruowanych pojazdów:

Segregator z pozwoleniami pęcznieje w oczach. Trudno się dziwić. Metr przestrzenny wyrobionego drewna kosztuje zwykle tylko kilka złotych i przy wielu wiejskich domach można zobaczyć taki obrazek:

Z wielkiego stosu gałęzi po pocięciu zostaje już dużo mniej polan, a zatem „gałęziarz” znowu niebawem pyta leśniczego: „Da pan zrobić drzewa?”

No i trzeba dać, choć jadą samochody z sadzonkami, wyjeżdżają z lasu inne, z wcześniej pozyskanym drewnem, trwają grodzenia, prace odnowieniowe i czyszczenia wczesne oraz późne w młodnikach. Każdy leśniczy doskonale wie, że drewno na wsi to podstawa bytu…

 

Leśniczy Jarek – lesniczy@erys.pl

 

15:55, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
wtorek, 11 marca 2014

Po bardzo pracowitym dla leśników czasie zimy, gdy warczały piły, harwestery i silniki samochodów wywożących drewno z lasu, szybko zawitała w tym roku wiosna. Wiosna w lesie jest bardzo pracowita. Czyszczenia wczesne i późne, naprawy starych i wykonywanie nowych ogrodzeń upraw, no i oczywiście czas odnowień, zalesień, podsadzeń i poprawek.

Dziś dojechały już do mnie pierwsze sadzonki brzozy i dębu, a zatem nie ma chwili oddechu. Rano sprzedaż detaliczna, telefony od kierowców jadących po drewno tartaczne i „rzutem na taśmę” wpadłem na naradę… Narada dotyczyła głównie spraw związanych z odnowieniami, choć jak zwykle takze sporo było o drewnie.

Po południu przygotowałem całą logistykę tegorocznych odnowień, bo jutro jestem umówiony na dokładne uzgodnienia prac z leśnikiem Mikołajem, kierującym działaniami pracowników zula-a. Plany zawarte w szkicach przyszłych upraw musimy przełożyć na leśny grunt. Przygotowałem oczywiście "papierowy" komplet wytycznych, ale wszystko muszę przecież dokładnie wskazać w terenie.

Gleba do sadzenia została przygotowana w większości jesienią, planowane ogrodzenia już ukończone- tylko sadzić! W tym roku w moim leśnictwie jest do wysadzenia 120 tysięcy sadzonek różnych gatunków, czyli „średniawka”. Bywało już dobrze ponad 200 tysięcy…

To będzie jak co roku, gorączkowy czas i kumulacja zadań do wykonania, udokumentowania i „papierowego” rozliczenia. Potem natychmiast dalsze prace przy szacunkach brakarskich, planowanie zabiegów na 2015 rok itd. Może z racji całorocznego natłoku obowiązków warto zaplanować sobie dużo wcześniej „mały przerywnik”?  Idealną okazją, naturalnie oprócz  dłuższego urlopu z rodziną (choć coraz trudniej wyrwać się na niby-obowiązkowy 10 dniowy odpoczynek) jest coroczny Ogólnopolski Rajd Leśników.

 Ta niepowtarzalna impreza organizowana od wielu lat przez Związek Leśników Polskich w RP, przy współpracy z co roku inną regionalną dyrekcją LP, jest świetnym pretekstem na oderwanie się od codziennych obowiązków.  Jak wyczytałem na jednym z rajdów na koszulce "najtrudniejszy jest pierwszy raz":

Gdy ktoś połknie rajdowego bakcyla, to "później każdy rajd jest już nasz":

Nie przeszkadza ogrom obowiązków, „kubiki” zalegające w lesie, szacunki brakarskie do wykonania, plany „do dopięcia” czy też niezbyt zachwycona żona lub mąż… Rajd wzywa nas, a zatem trzeba jechać bez względu na miejsce, pogodę, czy warunki zakwaterowania.

Polska jest taka piękna i jak miło poznawać ją w towarzystwie leśnych rajdowiczów wie tylko ten, kto choć raz założył rajdową koszulkę i przypiął znaczek do kapelusza:

 

 

W tym roku na Jantarowy szlak zapraszają leśnicy z gdańskiej RDLP  takimi słowami:

„Jeszcze nie umilkły echa jubileuszowego XXV Rajdu Leśnika a już mamy przyjemność zaprosić Was w dniach 11-13 września 2014 roku na następne spotkanie leśnej braci stanowiące wstęp do kolejnych 25-ciu lat wspólnych rajdów. Jeszcze większym zaszczytem jest dla nas fakt, że organizacja XXVI rajdu przypada w roku Jubileuszu 90-lecia Lasów Państwowych, których historię, teraźniejszość i przyszłość tworzą wspólnie całe pokolenia polskich leśników. W swych rajdowych wyjazdach mieliśmy niewątpliwą przyjemność przemierzać drogi i bezdroża wszystkich regionów naszego kraju - no prawie wszystkich. Jest jeden region, który w długiej historii Rajdu Leśnika nie dostąpił jeszcze zaszczytu miana gospodarza tej zacnej imprezy – Regionem tym jest Ziemia Gdańska. Co prawda bywało w przeszłości, że w swych rajdowych wyprawach po ościennych dyrekcjach leśnicy z całej Polski nawiedzali pogranicze Kociewia, Kaszub czy też Żuław ale były to, używając rycerskiej nomenklatury, " jeno nieśmiałe podjazdy pod krzyżackie włości...".

Dzisiaj otwieramy przed Wami szeroko wrota do krainy znanej z literatury, filmu i legend, krainy od czasów starożytnego Rzymu kojarzonej z cennym klejnotem morza - jantarem. To bursztynowe złoto towarzyszyć Wam będzie na wielu trasach prowadzących zakątkami gdańskiej dyrekcji. PrzyjdzieWam skosztować trudów ciężkiego życia ludzi morza zmagających się codziennie z kaprysami Neptuna.

Doświadczycie nie tylko słonego smaku morskiej wody ale również wartkiego nurtu pomorskich rzek, którymi spławimy Was na różne możliwe sposoby. Skosztujecie skarbów naszej ziemi zarówno tych danych przez naturę jak i tych stworzonych rękami miejscowych społeczności. Poznacie tajniki warsztatu pracy bursztyniarzy, garncarzy, piwowarów, cieśli i żeglarzy. Wielu z Was pozna tajniki średniowiecznego rycerstwa potykając się pieszo lub konno aby po trudach ciężkiego dnia zasiąść z wesołą kompanią przy stołach pełnych jadła i napitku w rytmach muzyki mniej lub bardziej historycznej. Tym zaś, których nie pociąga walka o rycerskie zaszczyty i łaskawość dam dworu, proponujemy podróż ścieżkami nadmorskich rezerwatów gdzie roi się od fok, morświnów i kormoranów. Poczujecie się jak na Saharze przemierzając bezkresne, wędrujące wydmy. Pokażemy Wam miejsca świadczące o świetności naszego regionu budowanej przez mieszkańców Europy przybyłych na nasze ziemie na przestrzeni wieków.

Niektórym z Was dane będzie unieść się do gwiazd idąc śladami mistrzów Kopernika i Heweliusza. Wielu wyląduje w średniowiecznych lochach zaś inni poczują się jak polscy zesłańcy na Syberię, emigranci w Kanadzie czy partyzanci Pomorskiego Gryfa. Jeśli ktoś z Was zechce przypomnieć sobie internackie i akademickie czasy odwiedzi dom do góry nogami zaś tym, którzy inaczej postrzegają swą szkolną przeszłość polecamy w "nagrodę" drezyny.

Jednak ponad wszystko spotkacie tu tych za którymi tęsknicie. Spotkacie przyjaciół ze szkolnej ławki, dawnych znajomych z pracy, których zawodowe wybory lub porywy serca rzuciły na drugi koniec Polski. Wspomnicie stare przyjaźnie, zawrzecie nowe by trwały przez kolejne 25 rajdów.

Po prostu przez te kilka dni po raz kolejny będziecie razem - tym razem na Jantarowym Szlaku.”

Na tak piękne zaproszenie nie można być głuchym! Szczegóły organizacyjne rajdu znajdziecie na stronie www.zlpwrp.pl oraz na stronie gdańskiej dyrekcji. I nawet jeśli organizatorzy nie zakwaterują Was tu:

to z pewnością Ziemia Gdańska okaże się fascynująca i gościnna. Bogactwo rajdowych tras z pewnością pozwoli wybrać najciekawszy wariant. Warto też pamiętać, że to rajd w roku jubileuszu 90 lat istnienia Lasów Państwowych. Do zobaczenia na rajdowym szlaku!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

22:28, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 41