O tym co w lesie piszczy...
O autorach
RSS
piątek, 29 sierpnia 2014

Ostatnio spotkałem się z grupą leśniczych i wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że w naszej pracy zajęcia tak szczelnie wypełniają rok, że coraz trudniej zaplanować urlop. Jedne terminowe zajęcia gonią drugie, wciąż dzieje się coś ważnego ale przecież każdy musi kiedyś odpocząć i „naładować akumulatory”.

Wcześniej miałem inny plan, ale obowiązki służbowe go zweryfikowały, jednak we wtorek przed południem podpisałem ostatnie dokumenty i rozpocząłem urlop wypoczynkowy. Wiem, że są osoby, które uważają, że leśniczy jest wciąż na urlopie, a leśniczówka położona w lesie czy nad jeziorem działa jak sanatorium, ale rzeczywistość jest zupełnie inna. Nie lubię narzekać i bardzo lubię swoją pracę, jednak z czystym sumieniem mogę potwierdzić, że obowiązkowy, dwutygodniowy urlop wymyślił ktoś bardzo rozsądny.

Kartkę na drzwiach kancelarii leśniczego z informacją o urlopie zwykle wszyscy ignorują, telefon także wciąż się odzywa, a zatem aby leśniczy choć trochę oderwał się od swoich obowiązków, powinien zmienić klimat i wyjechać choć na parę dni. Bardzo służy mi górski klimat, a zatem po dwuletniej przerwie postanowiłem odwiedzić Tatry. Zaplanowałem jednak tak wyjazd, aby po drodze odwiedzić jeszcze kilka innych, ciekawych miejsc.

Najpierw odwiedziłem Ustroń i Wisłę, a potem zajrzałem na kilka godzin do Cieszyna, bo nigdy tam wcześniej nie byłem. Zajrzałem na most graniczny i do czeskiego Cieszyna, obejrzałem panoramę miasta z Wieży Piastowskiej i pokręciłem po uliczkach. Urzekła mnie piękna starówka, która choć w kilku miejscach rozkopana przez ekipy remontowe, zachwyca detalami architektury i klasą pięknie zaprojektowanego miasta:

Na rynku w Cieszynie podglądałem życie miasta i odniosłem wrażenie, że wszyscy mieszkańcy są zadowoleni i świetnie się bawią:

Moja Reginka zaprosiła mnie na pyszną herbatę do bardzo „klimatycznej” herbaciarni Laja na cieszyńskim zamku:

Bardzo sympatyczne miejsce, gdzie można znakomicie odpocząć.

Potem ruszyliśmy do Żywca, który odwiedzałem już wielokrotnie, ale do tej pory nie zwiedziłem muzeum słynnego, żywieckiego browaru:

Namówił mnie do tego mój serdeczny kolega Tomek i to jest świetny „namiar”. Muzeum browaru to szczególne miejsce i każdy kto tam trafi z pewnością nie pożałuje. To nie tylko tajemnice produkcji piwa, choć i te  też okazały się fascynujące:

Można tam także poznać bliżej historię PRL, błąkając się w specjalnie przygotowanym labiryncie, spróbować piwa lub soku i pograć w kręgle.  Z wielkim zaciekawieniem w trakcie zwiedzania wysłuchaliśmy nagranych wspomnień Marii Krystyny Habsburg, ostatniej potomkini tego rodu w Polsce, która opowiadała o losach swojej rodziny.  W opinii historyków Habsburgowie bardzo mocno wpisali się w naszą historię, mimo to niewielu Polaków zna historię polskiej linii tego rodu, ich zasługi dla naszego kraju oraz wielki patriotyzm. Wybierzcie się do Żywca nie tylko skuszeni złotym napojem, ale także chęcią poznania ciekawych wątków z naszej historii, bo to fascynujące miejsce. Warto wcześniej zajrzeć na www.muzeumbrowaru.pl

Z Żywca ruszyliśmy w kierunku Zakopanego przez Jeleśnię  i Korbielów przez Słowację. To malownicza, pozbawiona „uroków podróżowania” zakopianką trasa, no i po drodze jest świetna cukiernia Carpe Diem, gdzie zawsze zatrzymujemy się na kawę i pyszne ciasto.

Niebawem Beskidy schowały się za horyzontem a przed nami ukazały się Tatry. Ze smutkiem spoglądałem na skutki wichur, które powaliły mnóstwo drzew w okolicy Kościeliska. Znany mi doskonale i od lat krajobraz bardzo się zmienił. Potrzeba wiele lat pracy, aby odbudować zniszczony las…

Jednak donoszę Wam, że Giewont jak spał tak śpi spokojnie, spoglądając przez zmrużone powieki na Zakopane:

Podobnie jak Krywań, narodowa góra Słowaków:

Byliśmy dziś niedaleko od niego, a na jego charakterystycznym szczycie było wielu turystów.

W Zakopanem z kolei dziś wielkie święto. Kończy się 46 Międzynarodowy Festiwal Folkloru Ziem Górskich. To świetna impreza dla ludzi w każdym wieku, nawet dla tych, którzy mówią, że nie lubią folkloru. Zwykle tak mówią, bo nie mieli okazji go poznać. Co roku, w sierpniu do Zakopanego przyjeżdża wiele zespołów z różnych zakątków świata. Wczoraj był Dzień Górali Polskich i podziwialiśmy w namiocie festiwalowym m.in. zespół „Wierchy” z Milówki rozsławionej przez braci Golców oraz „Lipniczan” z Lipnicy Wielkiej:

Po nich obejrzeliśmy niesłychanie energetyczny i żywiołowy występ tureckiego zespołu z Istambułu “Motif”. Zaprezentował on program oparty na folklorze kilku górskich prowincji Turcji. Widzowie ( w tym leśniczy z żoną) zostali wtajemniczeni w nadnaturalne umiejętności tureckiego szamana, a następnie obejrzeli radosny taniec pasterzy z gór Nur położonych w południowej Turcji:

To było ciekawe wydarzenie i zakopiańska wymagająca widownia długo biła brawo, a Turcy bisowali…

Kolejny już raz podziwialiśmy wyjątkowość górskiego folkloru i kolejny raz zachęcam Was do uczestniczenia w tym szczególnym festiwalu. Można też zajrzeć na festiwalową stronę: www.mffzg.pl

 

Dziś deptaliśmy szlaki w słowackich Tatrach i tam również widać ogromne zniszczenia po huraganowych wiatrach:

Oglądałem konie, ciągniki zrywkowe i harwestery przy pracy. Zauważyłem też, że długość pociętych kłód Słowacy mierzą starą, poczciwą „kraczką”, czyli czymś w rodzaju drewnianego cyrkla o rozstawie jednego metra, a my robimy to taśmą z dokładnością jednego centymetra... Przyglądałem się też organizacji pracy, sposobom zakładania szlaków zrywkowych i sprzętowi ochrony osobistej drwali.

Cóż, leśniczy nawet na urlopie jest wciąż leśniczym i żyje leśnymi sprawami. Jutro ruszam dalej w góry, hej!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

21:17, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
sobota, 23 sierpnia 2014

Niepostrzeżenie zbliża się jesień. Zauważyłem wczoraj jej bliskość, gdy przystanąłem przy pięknych owocach kaliny koralowej. Całe zresztą krzewy kaliny przybrały barwy jesieni… Ochłodziło się już solidnie i dziś po raz pierwszy rozpaliłem wieczorem w kominku.  Ostatnie dni wiele działo się w moim leśnictwie i nie było wolnej chwili na zatrzymanie się i obserwowanie zmian w przyrodzie.

A zmienia się wiele. Bociany zniknęły z gniazd, grzywacze stadami gromadzą się na ścierniskach, a jaskółki dymówki zbierają się w stada i przysiadają na drutach. Niebawem już nie zobaczymy tak miłego widoku:

Młode tracze nurogęsi, a  wychowało się ich siedem  na jeziorze przy leśniczówce, trudno odróżnić wielkością i upierzeniem od ich mamy. Odlatują zwykle już w końcu września, a wcześniej wędrują z jeziora nad jezioro. W lesie często spotykam już nieźle wyrośnięte dzicze warchlaki, a po polach i łąkach kręcą się młode liski. Koźlęta sarny także są niewiele mniejsze od saren-kóz.

W sadach błyskają kolorami dojrzewające jabłka i pięknie kwitną już astry, piękne kwiaty jesieni. W naszym ogrodzie jest ich wiele i niebawem ich kolory przebiją złociste słoneczniki, które kończą kwitnienie:

W lesie warczą harwestery i piły drwali bo po letnim, normalnym zastoju ruszyły prace w trzebieżach. Trwają także pielęgnacje upraw, bo poranne rosy dostarczają wilgoci chwastom, które dziwnym trafem zawsze starają się wyskoczyć ponad dęby, buki i sosny. Sprawdzałem wykonane pielęgnacje i odbierałem stosy drewna pochodzącego z  trzebieży oraz  z  usuwania wywrotów i złomów po lipcowej wichurze. Znalazłem jednak chwilę aby przystanąć przy pięknym krzewie kaliny koralowej.

 

Kalina to niezwykle leczniczy krzew lub nieduże drzewo, z którego od lat korzystają ludzie, a szczególnie ludowi zielarze i znawcy sztuki lekarskiej. W Polsce i w innych krajach słowiańskich kalina była i jest symbolem młodości i piękna. Romantyczni poeci widzieli w niej symbolizowanie takich przymiotów jak: niewinność, dziewictwo, cierpienie i smutek. Lenartowicz pisał: „Rosła kalina liściem szerokim, rosła nad modrym w gaju potokiem… w lipcu korale miała czerwone, tak to się stroiła jak panna młoda”. Często motyw kaliny, zwykle oznaczający młodą dziewczynę, pojawia się w twórczości Juliusza Słowackiego- w „Balladynie” i poemacie „Beniowski”.

Kalina zajmuje szczególne miejsce w tradycjach Słowian, zwłaszcza Ukraińców, przez których została uznana za jeden z symboli ich ojczyzny. Motyw kaliny związanej z młodą, niewinną dziewczyną sprawia, że stała się obowiązkową ozdobą korowajów, wianków  i rózg weselnych. Korowaj to tradycyjny, rytualny placek weselny ozdabiany kaliną, a ciekawy zwyczaj jego przygotowania sięga średniowiecza. Kalina jest też częstym motywem pieśni weselnych. Do najpopularniejszych ludowych pieśni rosyjskich należy „Kalinka”, w której mowa o dziewczęciu przyrównywanym do jagody.

Z epoki romantyzmu wywodzi się też zwyczaj sadzenia kaliny na grobach młodych ludzi. Miała ona informować przechodniów o czystości ich duszy i symbolizować smutek po ich przedwczesnej śmierci. Ten zwyczaj kultywowano tradycyjnie na Podlasiu. Bardzo dbano tam o krzewy posadzone przy mogiłach. Złamanie lub wykopanie takiego krzewu stanowiło ciężki grzech, który miał się szybko zemścić na sprawcy. Wierzono, że nawet wąchanie kwiatów kaliny na cmentarzu miało powodować utratę węchu. Z szacunkiem traktowano piękne krzewy i drzewka bo wierzono również w to, że jeśli dziewczyna umiera przed ślubem – zamienia się w kalinę…

 

Kalina kwitnie na biało, a późnym latem jej liście pięknie przebarwiają się. Owoce początkowo są zielonego koloru, następnie robią się koralowo-czerwone, a ż wreszcie stają się szkarłatnoczerwone Gałązki kaliny z owocami tradycyjnie wchodzą w skład bukietów święconych 15 sierpnia podczas Święta Matki Boskiej Zielnej.

Kalina koralowa (Viburnum opulus L.)  jest gatunkiem należącym do rodziny piżmaczkowatych. Rośnie przede wszystkim w Europie, a także w Ameryce Północnej, na Kaukazie i w Zachodniej Syberii. Można ją znaleźć w wilgotnych miejscach, zwłaszcza wzdłuż rzek i na obrzeżach niektórych łąk. Wybiera przede wszystkim gleby próchnicze, stąd choć niby pospolita, nie jest zbyt często spotykana w lasach, pomimo starań leśników. Sadzą ją w remizach i przy różnych obiektach na obrzeżach lasów. Kalina jest też uprawiana jako roślina ozdobna i zapewniam, że warto ją posadzić przy domu.

W XIX wieku pojawiły się opracowania wskazujące na lecznicze właściwości kaliny koralowej, choć jako roślina lecznicza stosowana była w już starożytności Zalecano ją m.in. w Rosji jako środek przeciwnowotworowy i przeciw dusznicy bolesnej.

Surowcem leczniczym jest głównie kora. Odwar z kory kaliny łagodzi głównie bóle przy bolesnych miesiączkach, stosowany jest również w okresie przekwitania u kobiet. Przetwory z kory kaliny zaleca się w połączeniu z innymi surowcami zielarskimi, w leczeniu przewlekłych i uporczywie utrzymujących się stanów zapalnych oraz żylaków odbytu. Zbiór kory do użytku leczniczego przeprowadza się na wiosnę, tylko z drzew i krzewów  ściętych, a nie z żywych, aby ich nie niszczyć. Korę suszy się w miejscach słonecznych lub suszarniach w temperaturze do 40°C rozkładając cienką warstwą.

Na temat owoców kaliny zdania są mocno podzielone. Niektórzy uważają, że są lekko trujące. Są jednak bardzo ładne:

Nie są jednak najsmaczniejsze ze względu na swój gorzkawy posmak. Aby owoce kaliny nadawały się do jedzenia, muszą być przemrożone lub poddane obróbce termicznej. Świeże owoce mają specyficzny, niezbyt przyjemny zapach który wywołany jest obecnością kwasu walerianowego oraz jego związków, a ich smak określany jest jako „słodko-cierpko-gorzki”.  Często w celu poprawienia smaku do przetworów kalinowych stosuje się miód. Z owoców kaliny przyrządza się konfitury, galaretki, syropy, nalewki, przeciery, wina. Napoje alkoholowe wytwarzane z owoców kaliny cechuje charakterystyczny, przez niektórych ceniony bukiet. Parę przepisów:

Przecier z owoców kaliny

: Owoce obgotowujemy we wrzątku 1-2 min. Przecieramy przez sito i mieszamy z cukrem w proporcji 1:2 (jedna części owoców, dwie części cukru). Cukier można zastąpić miodem. Dokładnie miksujemy i wkładamy do słojów. Przechowujemy w chłodnym miejscu.

 

Galaretka z owoców kaliny:

Świeże owoce kaliny sparzyć wrzątkiem i zmiksować pół na pół z miodem lub cukrem trzcinowym. Wlać do wyparzonych słoików. Położyć pod nakrętkę krążek zamoczony w spirytusie i odstawić w ciemne , chłodne miejsce. Zażywać po małej łyżeczce do kawy, 3 razy dziennie przy nadciśnieniu, astmie i przeziębieniach.

 

Nalewka z owoców kaliny

: 0,5 kg owoców kaliny opłukać i poczekać, aż nieco przeschną. Wsypać do słoja i dodać 25 dag cukru. Słoik zakrywamy gazą i odstawiamy na 2 tygodnie w ciemne miejsce. Po tym czasie odlewamy sok, a owoce zalewamy 2 szklankami wódki i odstawiamy na 2 miesiące. Po 2 miesiącach odcedzamy nalewkę przez gazę i przelewamy do butelki.

 

Kalina jest piękna, mocno osadzona w naszej kulturze i tradycji oraz pożyteczna o każdej porze roku, a szczególnie teraz:

Dojrzałe owoce pozostają przez kilka miesięcy na krzewach. Zachowują się tak długo, ponieważ z powodu wysokiej zawartości garbników są niechętnie zjadane przez ptaki. Pięknie przebarwione liście odpadają z pędów w październiku i na początku listopada. Zachęcam do zainteresowania się naszą kaliną, pozornie pospolitym, a chyba słabo znanym rodzimym gatunkiem.

 

Leśniczy Jarek - lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

23:28, lesniczy.lp
Link Komentarze (8) »
sobota, 16 sierpnia 2014

W ostatnim czasie słychać doniesienia o spotkaniach z rysiami w lasach zachodniej Polski. Ryś jest dużym drapieżnikiem z rodziny kotów  o masie ciała sięgającej u dorosłych osobników od 15 do 35 kg. Jednak bez obaw, ryś nie jest agresywny, nie atakuje ludzi bez powodów, ani nie jest groźnym dla ludzi kotem takim jak lew czy puma. Pamiętamy przecież wszyscy  niedawne informacje z gatunku „sensacji medialnych” o pumie krążącej po polskich lasach. Ryś poluje głównie na sarny, które są podstawą jego pożywienia oraz czasem na łanie i cielęta jeleni, a sporadycznie na ptaki czy mniejsze zwierzęta. To kolejny gatunek zwierzęcia, który pojawia się  na zachodzie kraju, a do tej pory znany był z filmów i książkowych rycin.

Dołączył do bardzo już rozpowszechnionych bobrów, które nie tak dawno wielu z nas znało tylko z lektury „Krzyżaków”, do łosi i wilków, które już na stałe powróciły do zachodniej Polski.

Wilki są coraz częściej spotykane w moich okolicach, a w środę znalazłem na jednej z upraw leśnych kompletny szkielet łani bardzo dokładnie ogryziony, bez nawet kawałeczka skóry, co jest charakterystyczne dla żerowania szarych drapieżników. Bardzo blisko tego miejsca myśliwi widywali wilki... Na przejściu dla zwierząt zbudowanym nad autostradą A2 na terenie naszego Nadleśnictwa Trzciel kamera monitoringu rejestruje basiora patrolującego okolice.

Ryś jest zwierzęciem o sporych areałach osobniczych i często wędruje w poszukiwaniu nowych terytoriów. Niedawno media za raportem PAP donosiły tak: „W lutym 2014 roku zespół przyrodników z Stowarzyszenia dla Natury „Wilk” oraz Polskiego Towarzystwa Ochrony Przyrody „Salamandra”, dwukrotnie zarejestrował obecność rysia w Puszczy Noteckiej – rozległym kompleksie leśnym o powierzchni ok. 1350 km kw. położonym na północ od Poznania. Dorosłego osobnika obserwowano na drodze leśnej na terenie Nadleśnictwa Wronki, a tropy drapieżnika odkryto również 35 km dalej na terenie Nadleśnictwa Karwin. Pomimo dużej odległości dzielącej obie obserwacje przyrodnicy nie wykluczają, że mogą pochodzić od jednego osobnika. W lasach położonych na zachód od Wisły rysie pojawiają się coraz częściej. Oprócz Puszczy Noteckiej w ostatnich latach obserwowano je m.in. w Borach Tucholskich, Słowińskim Parku Narodowym, Karkonoskim Parku Narodowym oraz w Parku Narodowym Gór Stołowych. Daje to nadzieję na naturalne odtworzenie się populacji tego drapieżnika w zachodniej Polsce” - podkreśla dr Sabina Nowak, prezes Stowarzyszenia dla Natury „Wilk”.

Zaledwie kilka dni temu zadzwonił do Nadleśnictwa Trzciel jeden z wędkarzy z informacją, że spotkał rysia nad jeziorem Lubikowskim pomiędzy Kalskiem a Rokitnem. Wcześnie rano ryś przebywał na pomoście wędkarskim nad pięknym i czystym jeziorem Lubikowskim:

Wody jeziora Lubikowskiego dotykają północnych krańców mojego leśnictwa, a zatem rys pojawił się niecałe 20 km od leśniczówki Pszczew!  Informacja jest w pełni wiarygodna, informator podał swoje dane i dokładny opis spotkania, a zatem rzeczywiście rysie wróciły do zachodniej Polski. Też chciałbym „zaliczyć” takie spotkanie, bo do tej pory oglądałem z bliska tylko drewnianego rysia:

 

Zainteresowanie rysia naszymi lasami jak najlepiej świadczy o prowadzeniu prawidłowej gospodarki leśnej przez leśników. To lepsza i bardziej obiektywna ocena niż jakikolwiek certyfikat jakości przyznawany przez ludzi. A całkiem niedawno, bo w 2011 roku na zlecenie WWF Polska został opracowany raport, autorstwa dra hab. Krzysztofa Schmidta z Instytutu Biologii Ssaków PAN, który ocenił jakość lasów zachodniej Polski pod względem wymagań środowiskowych rysia. Czytamy tam między innymi:

„Biorąc jednak pod uwagę, iż oprócz ogólnego przywiązania do środowiska leśnego, ryś wymaga również urozmaiconej struktury dna lasu zawierającej takie elementy jak podszyt, czy martwe drzewa (Podgórski i in. 2008), zasięg środowisk spełniających wszystkie niezbędne kryteria może być węższy. Dane na ten temat są trudne do skwantyfikowania w skali całego kraju. Jeśli przyjąć, że jednym z istotnych elementów struktury lasu dostarczającym drapieżnikom osłony niezbędnej podczas polowania i odpoczynku jest podszyt, to na podstawie danych Systemu Informatycznego Lasów Państwowych o występowaniu tego elementu można prognozować rozmieszczenie obszarów najbardziej odpowiadających tym zwierzętom.

Wstępna analiza stopnia pokrycia podszytem terenów leśnych wykazała relatywnie niższe wartości tego wskaźnika w lasach zachodniej Polski (nie zasiedlonych przez rysie) niż we wschodniej części kraju (obszar bytowania rysi). Dlatego, pomimo istnienia na zachodzie kraju rozległych kompleksów leśnych, ich struktura może obecnie nie odpowiadać w pełni wszystkim wymogom rysia, aby zapewnić utrzymanie odpowiednio dużej i trwałej populacji tych kotów.

Według analiz GIS, tereny leśne zachodniej części kraju stanowią istotny potencjał umożliwiający w przyszłości rozszerzenie zasięgu występowania rysia w Polsce. Jednak sukces utworzenia nowych populacji tych kotów (wskutek naturalnych migracji, bądź reintrodukcji) może zależeć między innymi od poprawy jakości biologicznej niektórych kompleksów leśnych tej części kraju.”

To, że są dowody na obecność rysia w zachodniej części kraju, świadczy jak najlepiej o znaczącej poprawie jakości biologicznej lasów i trosce leśników o środowisko naturalne. Autor raportu „Strategia ochrony rysia warunkująca trwałość populacji gatunku w Polsce” zapewne nie spodziewał się, że tak szybko piękny kot zainteresuje się dobrze zagospodarowanymi lasami zachodniej Polski. To znacznie bardziej obiektywna i wiarygodna ocena pracy i działalności leśników niż wszelkie certyfikaty, audyty czy oceny dokonywane przez ekologów czy naukowców. Bo tylko przyroda jest w pełni obiektywna!

Uważajcie proszę na lubusko-wielkopolskie rysie i pamiętajcie o ich obecności  podczas każdego pobytu w lesie, a szczególnie podczas polowań i jazdy samochodem przez obszary leśne.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

23:34, lesniczy.lp
Link Komentarze (8) »
sobota, 09 sierpnia 2014

 



Wczoraj był Wielki Dzień Pszczół. Choć w naszym kraju wszystkie media bardzo chętnie informują o wszelkich sensacjach, skandalach, paradach ludzi o nietypowych orientacjach seksualnych, „chwytliwych newsach” i innych takich, to o pszczołach słychać i widać było niewiele. Bardzo często cytuje się za to znaną myśl Alberta Einsteina: „Gdy zginie ostatnia pszczoła ludzkości zostaną tylko cztery lata życia”. Czy jednak oprócz cytowania geniusza podejmujemy jakieś działania w zakresie ochrony tych pożytecznych owadów, którym zawdzięczamy co trzecią łyżkę jedzenia? To oczywiste, że wraz z zagładą pszczół grozi nam głód, ponieważ pszczoły nie tylko bzyczą, żądlą i produkują miód, ale przede wszystkim zapylają… 


Miód  choć jest bardzo cennym, ale jednak dodatkowych „owocem” pracy pszczół. Nawet znakomity miód pszczewski z pasieki leśnika Sebastiana Szewczuka:


Warto cytować także inną myśl A. Einsteina: „Tylko dwie rzeczy są nieskończone: Wszechświat i głupota ludzka”. Bo my, ludzie żyjący w nieustannym pośpiechu, pędzie, ogłupieni i zachwyceni sztucznym światem przez nas stworzonym, tak rzadko mamy czas i ochotę pomyśleć o przyrodzie, naturalnym porządku świata i małych stworzeniach żyjących wokół nas. Taki dzień jak wczorajszy Dzień Pszczoły powinien nam o tym przypominać.

Zapewne niewielu z nas kiedykolwiek interesowało się tym, że Polsce żyje ponad 470 gatunków pszczół, z czego ponad 220 znajduje się w Czerwonej Księdze Gatunków Zagrożonych. W naszym kraju, według wyliczeń naukowców, co sekundę ginie ponad 100 pszczół. Warto temu przeciwdziałać, bo to nasz wspólny interes.


Dochód, jaki pszczoły przynoszą ludziom przez zapylanie  roślin przewyższa wielokrotnie dochód otrzymywany z miodu, wosku i innych znanych nam produktów pszczelich. W wielu krajach utrzymuje się pasieki wyłącznie w celu zapewnienia odpowiedniego zapylenia kwiatów różnych roślin. Od tego zapylenia zależy produkcja jednej trzeciej naszej żywności i ponad 90 procent owoców.

Gdy nie będzie na świecie pszczół to mniej ważna stanie się medialna kampania jabłkowa, która za sprawą przywódcy Rosji zatacza szerokie kręgi i angażuje polityków i dziennikarzy.Pszczoły odgrywają niezwykle ważną rolę w leśnictwie, bo  ich praca służy zwiększeniu ilości zdrowych, zdolnych do kiełkowania nasion potrzebnych do odnowienia lasu oraz jest konieczna do urodzaju owoców leśnych, o których pisałem niedawno: poziomek, borówek, jeżyn, malin. Służą one zwierzętom leśnym ale też ludziom, bo co może być wspanialszego w ostatnie upały jak lody śmietankowe posypane leśnymi malinami i borówkami?


Mieszkam w Pszczewie, urokliwej miejscowości, której nazwę niektórzy wywodzą od dawnego słowa „plszczyć- czyli lśnić”, z racji mnogości otaczających nas jezior, jednak inni twierdzą, że nazwa dzisiejszej wsi, a niegdyś królewskiego miasta założonego przez biskupów poznańskich pochodzi od pszczoły. Dlatego Pszczew przy różnych okazjach chlubi się pszczelarstwem i dobroczynnymi właściwościami okolicznych miodów:


Choć są i tacy, którzy znajdują inne, bardzo szerokie zastosowania pszczelego, słodkiego produktu:


Naprzeciw leśniczówki od lat istnieje jedyny w swoim rodzaju, arcyciekawy Skansen Pszczelarski Tadeusza Bryczkowskiego:


Od lat mieliśmy spółkę z panem Tadeuszem ponieważ on bartnik i pszczelarz, miał okazałą pasiekę w skansenie, a ja dbałem o odwiedzane przez jego pszczoły lipy i robinie akacjowe wokół leśniczówki. Sąsiad Tadeusz, Honorowy Obywatel Gminy Pszczew, świetny znawca folkloru i obyczajów wiejskich, znakomity gawędziarz, był ozdobą Jarmarków Magdaleńskich:
 


Każdy, kto odwiedził jego szczególny skansen, po wysłuchaniu jego opowieści oraz wierszyków:


 stawał się najserdeczniejszym przyjacielem pszczół. Cóż, wielka szkoda, że pan Tadeusz kilka lat temu został wezwany do niebiańskich pasiek i opuścił ten świat… Stworzony przez niego skansen nadal jednak istnieje i opiekuje się nim żona, Irena Bryszkowska:


Pomaga jej w tym dziele wnuk, Ferdynand i nadal można w Pszczewie na ulicy Kasztanowej, nieopodal leśniczówki zrozumieć rolę pszczół i zobaczyć je pracujące w ulu, poznać smak miodu i pracę pszczelarza. W Pszczewie jest wielu innych pszczelarzy, pomiędzy którymi znana jest pasieka pana Wiesława Korejwo czy leśnika Sebastiana Szewczuka, ale jest też wiele innych. Warto ich odszukać w czasie turystycznych wojaży. Czasem można w Pszczewie też spotkać takie „pszczółki”:



Od wielu lat pszczoły na świecie masowo wymierają. W Polsce sytuacja nie jest taka tragiczna jak np. w USA czy Chinach, ale szacuje się, że zimy nie przezywa ok. 30 procent rodzin pszczelich.  Wielu leśników trudni się pszczelarstwem, może dlatego to właśnie oni są gorącymi orędownikami rozwiązania problemu wymierania pszczół. Nie ma sobie równych np. miód z pasieki Jerzego Miliszewskiego w Nadleśnictwie Rymanów, bo znajduje się ona kilkanaście kilometrów od „cywilizacji”. Przy wielu leśniczówkach zobaczycie ule, a  ludzie lasu należycie doceniają rolę pszczół w przyrodzie. Wiele ciekawych rzeczy o bartnictwie i jego związkach z leśnictwem dowiecie się odwiedzając Ośrodek Kultury Leśnej w Gołuchowie nieopodal Kalisza:

 Powrót pszczół do ich naturalnego środowiska w lasach to działanie, które ma także na celu m.in. ratowanie populacji tych owadów. Bo dzikie pszczoły, żyjące w barciach są bardziej odporne na choroby niż te, hodowane w ulach. Dlatego leśnicy od jakiegoś czasu realizują duże projekty, wspierane z funduszy unijnych, zakładające powrót do bartnictwa w naszych lasach.
Tradycje bartne związane z dzikimi pszczołami zaniknęły w Polsce w XVIII  i na początku XIX wieku.  Ale przecież nie bezpowrotnie i leśnicy do nich wracają, korzystając z doświadczeń innych. W odtwarzaniu tradycji bartnictwa polskim leśnikom pomagają bartnicy z parku narodowego Szulgan-Tasz w Baszkirii na Uralu w Rosji. Na Podlasiu rusza właśnie dwuletni projekt "Tradycyjne bartnictwo ratunkiem dzikich pszczół w lasach", który będą realizowały wspólnie nadleśnictwa: Augustów (Puszcza Augustowska), Browsk (Puszcza Białowieska), Maskulińskie (Puszcza Piska) i Supraśl (Puszcza Knyszyńska), we współpracy ze Szkołą Główną Gospodarstwa Wiejskiego (SGGW) w Warszawie i Uniwersytetem w Białymstoku.


Wcześniej podobny projekt realizowali moi koledzy z Nadleśnictwa Barlinek w RDLP Szczecin. Barcie (jest ich obecnie sześć)  powstały w Leśnictwie Niesporowice.  Część wydrążono w sosnach i znajdują się wysoko nad ziemią, a jedna została urządzona w pniu po ściętym drzewie. Leśnicy z Barlinka planują , aby w zarządzanych przez nich  lasach powstało w przyszłości więcej barci. Dzikie, odporne na niesprzyjające warunki środowiskowe pszczoły będą się tam mnożyły, a ich roje mogłyby być umieszczane także w zwykłych ulach. Wówczas krzyżowałyby się z innymi pszczołami, wzmacniając całą okoliczną populację.

Lasy stanowią pierwotne środowisko naturalne dla pszczół. Owady dzięki swym uwarunkowaniom genetycznym są odporne na choroby, które dziesiątkują obecnie pszczele hodowle w polskich pasiekach. Obecność pszczół wzbogaci też faunę lasów, a także podniesie odporność lasów na zagrożenia biologiczne. Kto nie zachwyci się takim widokiem?


Bartnictwo może się samo odrodzić, dlatego też leśnicy już od lat dbają o pozostawianie w lesie części grubych, szczególnie dziuplastych drzew. Przy mojej leśniczówce od kilku lat istnieje barć w grubej robinii akacjowej, gdzie niewielki rój, zapewne z pasieki pana Bryszkowskiego, znalazł sobie niewielką dziuplę nisko nad ziemią… Zainteresujcie się losem pszczół, bo każdy z nas może im pomóc przy niewielkim nakładzie sił i środków. Wiele cennych informacji znajdziecie na www.pomagamypszczolom.pl  między innymi zasady przyjaciół pszczół: 


1. Nie wypalam traw i liści

 2. Sadzę rośliny rodzime  i unikam inwazyjnych

 3. Pozostawiam miejsca półdzikie 

4. Używam nawozów naturalnych 

5. Pomagam tworzyć gniazda dla pszczołowatych


Leśniczy jarek- lesniczy@erys.pl 







20:10, lesniczy.lp
Link Komentarze (6) »
czwartek, 07 sierpnia 2014

 

Wczoraj w Pszczewie po raz 13 pojawili się rzeźbiarze, którzy zjechali z różnych zakątków Ziemi Lubuskiej na Plener Dużej Rzeźby w Drewnie. Warkot pił, uderzenia pobijaków, dźwięk dłut i zapach drewna, magia drewna… Drewno to doskonały surowiec o różnorodnych zastosowaniach.

To drewno, które zwieziono na Plac Magdaleński przy pszczewskim kościele z pewnością jest magiczne. Przecież pochodzi z okolicznych lasów, które widziały przez wieki tyle ciekawych wydarzeń...

 

Pierwsze sześć plenerów odbywało się przy pszczewskiej leśniczówce i wspierało je, także w postaci surowca na rzeźby, „moje” Nadleśnictwo Trzciel. Potem mecenasem pleneru stało się Nadleśnictwo Bolewice, a w tym roku dołączyło także Nadleśnictwo Międzychód. Leśnicy dostarczyli piękne, dębowe kłody pełne magii jako surowiec, a co dopiero będzie gdy drewno poznaczone dłonią i dłutem artystów stanie się rzeźbą?

Na razie jednak mały Szymon spaceruje sobie po dębowych pniach, z uwagą słucha babci Haliny i pewnie nie wie, że z tych kłód za kilka dni powstanie m.in. wiedźma, mnich oraz ławka z kotkiem i myszką, która stanie w przedszkolu:

Przed otwarciem pleneru wpadliśmy z Reginką przywitać się i pogadać z rzeźbiarzami:

Rozpoczęcie pleneru ściąga zwykle różnych gości:

Stefan Szymoniak zadumał się nad dębowymi pniami w oparach artystycznej magii drewna:

Każdy z rzeźbiarzy zainspirowany bardzo ciekawą i sięgającą VIII wieku historią Pszczewa szuka pomysłu na rzeźbę w przedziwnych kształtach, które przez lata tworzyła z drzew natura. W tych pniach zaklęta jest też magia towarzysząca pracy i służbie leśników, którzy odpowiednio długo dbali o te dęby.

Dziś od rana na placu koło kościoła warczały już piły, bo artyści po obejrzeniu zachodu słońca tonącego w falach pszczewskiego jeziora i długich dyskusjach podjęli decyzje dotyczące tematyki rzeźb.

Pomimo kłopotów technicznych Henia z upartą piłą:

z niekształtnych do tej pory pni zaczęły wyłaniać się  różne kształty…

To  początek pracy  Grzegorza Hadzickiego:

Jurek Kopeć wydobył już z dębowych słojów twarz mnicha:

Nad kłodą pochyla się też Janusz Orzepowski i Henryk Grudzień, a niebawem poznamy bliżej dzieło ich rąk…

Plener organizowany jest przez Gminny Ośrodek Kultury w Pszczewie kierowany od lat przez dyrektor Wandę Żaguń. To wyjątkowe wydarzenie oraz sympatycznych rzeźbiarzy odwiedza wielu ludzi, którzy rozmawiają z artystami, zgadują tematykę rzeźb i z podziwem spoglądają jak w krótkim czasie, w magiczny sposób z topornych i czasem niekształtnych pni powstaje artystyczny twór.

 To właśnie połączenie magii myśli ludzkiej i magii drewna, które ukształtowała przyroda. Leśnicy mają często do czynienia  z każdą z tych odmian magii, bo są przecież naturalnym łącznikiem pomiędzy przyrodą i ludźmi...

 W trakcie pleneru można zakupić mniejsze rzeźby, które wystawiają artyści lub zamówić coś specjalnego dla siebie lub kogoś bliskiego. Wokół unosi się atmosfera magii i to wspaniałe, specyficzne uczucie czegoś wyjątkowego, wymalowane na twarzy Henryka Grudnia:

Zachęcam do zainteresowania się rzeźbą w drewnie, może uda się poznać przy okazji magię drewna znaczonego dłutem, a kto może niech zajrzy na pszczewski plener, bo 13 wcale nie jest pechowa. Wiem co mówię, bo urodziłem się trzynastego…

Plener w Pszczewie trwa od 6 do 9 sierpnia.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

21:20, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
sobota, 02 sierpnia 2014

Wprawdzie leśniczy to nie entomolog co chodzi z lupą lub siatką na motyle, ale sporo czasu musi poświęcać na obserwacje różnych owadów. Mają one wielkie znaczenie dla lasu i jego trwałości, stąd znajomość ich biologii, umiejętność rozpoznawania gatunków owadów oraz ich żerów to ważna cześć pracy leśniczego. Od wiosny do jesieni trzeba zaglądać w korony drzew szukając larw i dorosłych owadów, odkrywać korę uschniętych drzew, obserwować usychające sadzonki i siewki na uprawach i zaglądać pod ziemię kontrolując populację pędraków chrabąszczy.

Polska z racji centralnego położenia w Europie, gdzie ścierają się wpływy dwóch klimatów: oceanicznego i kontynentalnego jest bardzo podatna na gradacje szkodliwych owadów. Nasze lasy są nieustannie zagrożone przez różne gatunki owadów, charakterystyczne dla obu tych klimatów. Są one znane leśnikom od lat, ale też przybywają nowe. Wystarczy tu przypomnieć niedawno poznanego szrotówka kasztanowcowiaczka, który przywędrował z Bałkanów i nęka nasze piękne kasztanowce. Ze smutkiem patrzę na ich coraz bardziej brązowe liście. Żaden z krajów Europy nie jest tak zagrożony i tak często nękany gradacjami około 50 gatunków owadów jak Polska.

Stąd latem leśnicy wiele swojego czasu poświęcają na obserwowanie owadów oraz na profilaktykę, która zabezpiecza las przed nadmiarem owadów. Ostatnie dni to czas mniszki. Wcale nie chodzi tu o mniszkę zatopioną w modlitwie w cichym klasztorze. Brudnica mniszka to motyl wielkości około 4 cm, który rozpoczyna lot około połowy lipca. Możemy je w lipcu, sierpniu i na początku września zobaczyć siedzące na drzewach:

Motyle brudnicy mniszki żyją krótko, zwykle do 14 dni. W tym krótkim czasie trzeba znanymi leśnikom sposobami śledzić ich lot i rozwój, aby nie dopuścić w przyszłości do gwałtownego wzrostu populacji. Bezpośrednim zagrożeniem dla lasu są gąsienice mniszki, które wylęgają się na przełomie kwietnia i maja. Są mocno owłosione, a przez ich grzbiet przebiega ciemna pręga. Przez pierwsze dni po wylęgu larwy przebywają na korze drzew, tworząc skupiska, które leśnicy nazywają lusterkami. Potem pełzną w korony drzew, by tam żerować na liściach lub igłach. Potrafią spowodować ogromne szkody, doprowadzając do znacznego osłabienia drzewa. Są bardzo żarłoczne i gdy występują licznie potrafią ogołocić korony drzew na dużym obszarze, nie pozostawiając na gałęziach liści czy igieł.  W ten sposób spore fragmenty lasu mogą zamierać, a nawet gdy jest ich mniej, narażają osłabione ich żerem drzewa na zasiedlanie przez szkodniki wtórne, np. korniki. Dlatego leśnicy bacznie obserwują mniszki. Służą do tego m.in. plastikowe pułapki w kształcie lejka, gdzie pomiędzy skrzyżowanymi skrzydełkami umieszcza się czerwoną gumkę –feromon.

Wydziela on zapach samicy zwabiający do pułapki samce. Gdy lata dużo motyli w pułapce możemy znaleźć i jedne, i drugie. Przez kilka dni w jednej pułapce, w foliowym worku pod spodem lejka może zgromadzić się kilkaset sztuk. Przy okazji warto podkreślić, że wszelkie pułapki feromonowe wykładane w lesie na różne owady są ważne i potrzebne, stąd nie można ich niszczyć co, niestety, często się zdarza. Utrudnia to porównywanie wyników i właściwą ocenę zagrożenia naszego lasu. No i jest oczywiście smutnym dowodem braku kultury i przewagą genów szkodnika w dumnym egzemplarzu stworzenia, które nazywa się istotą myślącą.

Szczególnie często giną foliowe worki, będące częścią pułapek, zabierane pewnie przez zbieraczy kurek. Jest to zdecydowanie głupi pomysł, bo nie dość, że niszczy się pułapkę, to jeszcze źle przechowuje smaczne, jadalne grzyby, co często jest przyczyną kłopotów zdrowotnych. Zostawmy pułapki w stanie nienaruszonym, niech dobrze służą leśnikom a na kurki wyruszajmy z koszykiem.

W moim leśnictwie w stałych, co roku tych samych punktach, obserwuję lot brudnicy mniszki w pułapkach wywieszonych w 4 oddziałach na 83 jakie są w moim leśnictwie. Co kilka dni dni zaglądam do każdej pułapki, wyjmuję złapane motyle i liczę je. Zdarza się, że w jednej pułapce jest nawet ponad 300 szarych motyli. Ich liczba w pułapce początkowo rośnie, osiąga kulminację a potem spada. Gdy ocenię, że liczba motyli w pułapce świadczy o kulminacji rójki przystępuję do przeglądu wszystkich drzewostanów i wypatruję siedzących na drzewach samic.

Mamy opracowane specjalne metody liczenia mniszek: transektu lub dwudziestu drzew, które pozwalają na dokładną ocenę rozmiaru rójki i kontroli potencjalnej gradacji. Wymagają one od leśniczego przejścia wielu kilometrów liniami oddziałowym:

Przy okazji obserwuję też inne zjawiska w lesie, występowanie grzybów (m.in. opieńki, korzeniowca) i innych groźnych owadów, m.in. motyli barczatki sosnówki, która także teraz ma rójkę. Przemierzyć liniami oddziałowymi ponad 2 tysiące hektarów to żmudna i ciężka praca, tym bardziej w trakcie tak piekielnych upałów jak obecnie oraz dodatkowo w towarzystwie much, bąków i całego gryzącego towarzystwa. Na poniższej fotografii widać tylko niewielką część leśnictwa:

Jak do tej pory nie ma powodów do niepokoju, bo spotykam w trakcie kontroli tylko pojedyncze samice. Trzeba być jednak czujnym i sumiennie przejść całe leśnictwo, aby nie powtórzyła się gradacja z lat 80 XX wieku, kiedy to na jednej sośnie można było naliczyć nawet tysiąc mniszek. Mam nadzieję, że od poniedziałku będzie już chłodniej…

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

 

 

20:16, lesniczy.lp
Link Komentarze (8) »
wtorek, 29 lipca 2014

Niepostrzeżenie wchodzimy w czas późnego już lata. Upał daje się niemiłosiernie we znaki, a las pokryty jest kurzem, który podobno niebawem ma spłukać deszcz. Czekam na niego z utęsknieniem, choć rolnicy są bardzo zainteresowani dobrą pogodą czyli ciepłą i suchą, bo żniwa w pełni. Każdy ma inne marzenia bo ja nie cierpię upałów.

 

W lesie nadal trwają prace przy usuwaniu złomów i wywrotów, a trzebieżowy harwester Vimek pracuje w trzebieżach na gruntach porolnych, gdzie w tej chwili pojawiło się mnóstwo suchych sosen. Trzeba je jak najszybciej usuwać z lasu, aby nie były siedliskiem rozwoju dalszych owadów i grzybów oraz rozsądnie zagospodarować drewno, zanim jeszcze zbytnio nie straciło na jakości. Wielką przyjemnością jest wybrać się teraz do lasu bardzo wczesnym porankiem. Jest rześko, chłodno i można swobodnie oddychać pełną piersią. Po okresie milczenia, gdy trzeba było zajmować się pomarańczowymi pisklakami, znowu rankiem odzywają się żurawie. Chętnie maszerują pomiędzy zbożami, które znikają już z pól za sprawą huczących do późna kombajnów:

Młode są już nieźle wyrośnięte i dorównują prawie rodzicom:

Na ścierniskach rankiem pożywiają się gęsi:

Czasem pomiędzy wysokimi zbożami i trawami przemkną jelenie lub dziki ale praktycznie za każdym wyjściem jest szansa  spotkać sarny. Rogacze mają teraz kasztanoworude suknie i dumnie noszą pięknie wytarte parostki:

Ptaki odzywają się już coraz rzadziej ale wśród pól o poranku donośnie pokrzykują przepiórki. Na podwórzu leśniczówki także można spotkać ciekawe ptaki zażywające cienia pod rozgałęzionym orzechem:

Z powodu upału pijemy mnóstwo chłodnych płynów i bardzo grymasimy podczas posiłków, bo na nic teraz nie ma apetytu. Dlatego warto jak najszybciej wybrać się do lasu w poszukiwaniu smaków lata.

Zwykle nie doceniamy należycie tych pyszności, które oferuje nam las. Raczymy się egzotycznymi potrawami, dodatkami, owocami, szukamy w  nich zachwycającego smaku i ratunku dla naszego zdrowia, a przecież  tuż obok nas, na wyciągnięcie ręki jest darmowa spiżarnia pełna zdrowia.

To świetna pora na korzystanie z pysznych i zdrowych owoców z lasu. Po co wydawać pieniądze, czytać z niepokojem metki i liczyć wszelkie „E” w składzie produktu, śledzić reklamy jak można samemu z lubością kosztować wykwintnych i zdrowych owoców?

Wcale nie trzeba kończyć studiów medycznych czy farmaceutycznych, nie trzeba być ekspertem w żywieniu, aby wiedzieć, ze leśna poziomka to samo zdrowie:

Dawniej każda wiejska gospodyni i każde dziecko wiedziało jakie właściwości mają poszczególne owoce, jak i kiedy je zbierać. Zbierane i zjadane na surowo, lub przezornie zgromadzone w spiżarni w postaci przetworów, były rezerwuarem zdrowia dla całej rodziny.

Czy wiecie, że 300 g świeżych owoców zapatruje w pełni nasz organizm w niezbędne nam witaminy i przeciwutleniacze? Czy znacie właściwości leśnych owoców? Przecież co może być zdrowszego od poziomek zbieranych na leśnej polanie? Ich smaku i aromatu nawet nie można porównać do tych pochodzących z ogródka. Konfitura z poziomki zawiera wiele pektyn, które usprawniają prace jelit i likwidują zaparcia. Ma dużo żelaza i pomaga osobom z anemią a także wspomaga leczenie reumatyzmu. Podczas przygotowania konfitury z poziomek pamiętajcie, aby je krótko smażyć, bo nabierają gorzkawego posmaku od malutkich pesteczek. Można go zneutralizować dodając nieco cytryny, ale to zmienia fantastyczny, niepowtarzalny poziomkowy smak. Ten boski smak ma nalewka poziomkowa, której najwyżej jeden maleńki kieliszek wypijany wieczorem, szczególnie w okresie grypy, pozwoli zachować zdrowie i działa rozgrzewająco. Poziomek już praktycznie nie ma w lesie ale spotkamy jeszcze leśne maliny:

Świetną propozycją na zimowe i jesienne przeziębienia jest sok poziomkowo-malinowy. Maliny zawierają kwas elagowy, który hamuje rozwój komórek rakowych. Sok działa napotnie, łagodzi stany zapalne w organizmie i jest wskazany osobom po przebytym zawale serca. Maliny są idealne dla dzieci, które mają skłonności do nawracających chorób infekcyjnych oraz dla osób starszych i schorowanych. Kilka razy obserwowałem w Tatrach niedźwiedzie w maliniaku lub w jagodniku. Zastanawiałem się, jak tak wielkie zwierzę może się najeść niewielkimi owocami. Widać może i jeszcze z jakim pożytkiem dla zdrowia. Ruszajmy zatem na leśne maliny i najlepiej jak wybiorą się tam dziadkowie z wnukami. Zobaczcie, że warto:

Sok malinowy to sprawdzony i skuteczny lek na grypę.  A do tego jaki pyszny. Nawet największy malkontent od mlecznych potraw oblizuje się po budyniu z sokiem malinowym…

Maliny warto łączyć jeżynami, które dojrzewają na raty i teraz to pełnia jeżynowego sezonu. Rosną na nasłonecznionych skrajach lasu i czasem warto pokłuć się ostrymi kolcami dla pysznych owoców, szczególnie skąpanych w porannej rosie:

Prawdziwym skarbem dla zdrowia są leśne czarne jagody. Tak potocznie mówi się na owoce borówki czarnej, które charakterystycznie barwią „dzioby” i dłonie tych, którzy mogą szczęśliwie degustować je prosto z krzaków. Surowe owoce są najsmaczniejsze i najzdrowsze, choć naturalnie można je także mrozić i robić rozmaite przetwory korzystając z tradycyjnych przepisów babć i mam. Owoce borówki to prawdziwy przysmak i praktycznie obowiązkowa pozycja w spiżarni naszych babć, choć i dziś nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że to prawdziwy skarb dla zdrowia.

Niepozorne czarne borówki to jedne z najzdrowszych owoców świata i działają dobroczynnie na nasz cały organizm. Opóźniają proces starzenia się organizmu, dobroczynnie działają na serce i układ krążenia, ale przede wszystkim chronią przed chorobami oczu oraz poprawiają ostrość widzenia. Polecane są dla kierowców, a w czasie II wojny światowej obowiązkowo karmieni nimi byli lotnicy przed nocnymi lotami. Bogactwo antycyjanów skutecznie chroni przed groźnymi chorobami cywilizacyjnymi: Alzheimera i Parkinsona oraz wspomaga zwalczanie nowotworów. Wszystko to można mieć za darmo, wystarczy tylko wybrać się do lasu i przy odrobinie wiedzy czerpać pełnymi garściami ze smaków lata. Dla wielu to nieosiągalne marzenie, bo nie wiedzą gdzie rosną poziomki, maliny czy borówki. Inni wolą wyszukane menu i nie doceniają tego co mają w zasięgu ręki. Zamiast zachwycać się „ekskluzywnymi” daniami w wytwornej restauracji sięgnijmy do przepisów przodków, a potem po słoiczek z półki samodzielnie zaopatrzonej spiżarni.

Smacznego lata!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

22:20, lesniczy.lp
Link Komentarze (11) »
wtorek, 22 lipca 2014

Nagrałem nową płytę- napisał w 2006 roku Józef Skrzek na swojej stronie www.skrzek.com. „W mieścinie na północnym pojezierzu Polski znalazłem inspiracje u Marii z Magdali...Pszczew tak nazywa się to miejsce i organy w tamtejszym kościółku zagrały wspólnie z Moogiem i Rolandem”

 Dziś imieniny Marii Magdaleny, patronki miejscowej parafii, ciekawej i fascynującej wielu postaci, związanej z początkami chrześcijaństwa i życiem Jezusa Chrystusa. W moim salonie wisi stary obraz przedstawiający Marię Magdalenę czytającą księgę. To jedyna pamiątka po mojej babci, która nosiła to imię. Dlatego i z tego powodu 22 lipca zawsze wspominam Marię Magdalenę. Słucham właśnie płyty Józefa Skrzeka i wspominam też jego fascynację pszczewską przyrodą. Bo przecież przyroda inspiruje artystów, tylko trzeba nauczyć się jej słuchać i dotykać

 

Dziś kolejny dzień upałów i temperatura wciąż przekracza 30 kresek na termometrze. „Zulowcy” pracują wcześnie rano i czasem jadą drugi raz po południu, gdy upał nieco zelżeje, bo nie sposób wytrzymać w lesie w takim skwarze. Pracują jednak w akordzie i gdy nie zważając na upał, kurz i uporczywie gryzące wszelkiej maści muchy, bąki, „ślepaki” i inne insekty, nie postawią „ileś tam” stosów drewna lub nie wykoszą hektarów upraw, to nie zarobią. Trzeba przecież zarobić na siebie i rodzinę, zapłacić daninę „królowi zusowi”, płacić leasing za sprzęt i ponosić wiele innych kosztów. Pracujemy teraz przy usuwaniu złomów i wywrotów po ostatniej wichurze i jak zwykle okazało się , że w stosunku do pierwotnego szacunku strat jest ich dużo więcej. Staram się wcześnie rano załatwić sprawy w terenie, choć i w południe trzeba czasem ganiać po lesie.

 Dziś w samo południe najpierw pokazywałem szefowi „zula” zakres prac, a potem jeszcze poprawiałem wyznaczanie trzebieży, bo w lesie wciąż coś się zmienia, usycha, choruje. Jutro wkracza tu trzebieżowy harwester. Gdy poszerzałem drogę, wybierałem miejsca na stosy drewna i planowałem szlaki operacyjne podeszli do mnie turyści z Jeleniej Góry. Pytali gdzie mogą nazbierać grzybów i czarnych borówek. Wskazałem im miejsce, gdzie jest szansa na skosztowanie borówek ale grzyby? W lesie sucho aż trzeszczy, a ściółka leśna ma zaledwie kilka procent wilgotności. Nie ma szans na grzybobranie.

 „Wklepywałem” potem pół dnia do rejestratora drewno pochodzące ze złomów i wywrotów i dopiero wieczorem mogłem pomyśleć o Marii Magdalenie i wspomnieć niezwykłą postać Józefa. A było to tak:

 Gorący, lipcowy wieczór w kościele Św. Marii Magdaleny w Pszczewie, ludzie z całej Polski, Europy, Bóg wie skąd jeszcze, pszczewianie, ich goście, rodzina, znajomi, ludzie w różnym wieku jednakowo zasłuchani w Muzę Józefa Skrzeka...

Wspaniałe brzmienie XIX-wiecznych organów, moog, harmonijka ustna i doskonały, niesłychanie uduchowiony i specyficzny wokal Józefa.

Ten koncert każdemu uczestnikowi tego niezwykłego wydarzenia zapisał się głęboko w pamięci i  poruszył pewnie każde serce. Moje szczególnie…

 Pewnie można się zastanawiać dlaczego to właśnie tutaj, w malutkim Pszczewie, ten znany na całym świecie muzyk koncertował kilkakrotnie i nagrał płytę „Maria z Magdali”. Kompozycje Józefa do tekstów z Biblii, słów Aliny Skrzek, Wojciecha Bąka, Romana Brandstaettera w pszczewskim kościele zabrzmiały zupełnie inaczej. Płyta jest charytatywnym dziełem Józefa Skrzeka wspierającym wciąż trwający remont zabytkowego kościoła. Swój udział w tym, że ta płyta została wydana miał ówczesny pszczewski proboszcz ksiądz Zygmunt Mokrzycki. Dokonał on  wyboru przemówień Jana Pawła II, które znalazły się na płycie, jest też jej producentem.

 Słynny multiinstrumentalista i wokalista Józef, znany także ze współpracy z Czesławem Niemenem i światowej sławy muzykami z różnych krajów, założyciel legendarnego SBB bywał z rodziną wielokrotnie w Pszczewie. Gościł z żoną i córkami u proboszcza ks. Zygmunta Mokrzyckiego, „na dworze Zygmunta”, jak żartobliwie nazywał Józef zabytkową plebanię. W czasie tego pobytu i wypoczynku w Pszczewie, Józef Skrzek i jego małżonka Alina- autorka słów do wielu jego  utworów, poznali Pszczew i jego okolice oraz czerpali inspirację do dalszych twórczych uniesień z pszczewskiej przyrody, bogactwa pięknych jezior i lasów oraz spokoju, który drzemie w otaczających nas zakątkach.

Byłem ich przewodnikiem w poznawaniu pszczewskiej przyrody i z wielką satysfakcją obserwowałem ich fascynację zielonym bogactwem.

 Są przecież dziećmi śląskiej ziemi i może dlatego tak zauroczyła ich lubuska przyroda. Józef upodobał sobie szczególnie śródleśne jeziora i badał ich akustykę, marząc o koncercie kiedyś, w przyszłości, gdzieś tu pośród tych jezior i lasów. Wstawał bardzo wcześnie rano i chodził po rosie wokół pszczewskiego jeziora słuchając odgłosów przyrody. Wypytywał mnie o rozmaite leśne sprawy. Szkoda, że po zmianie proboszcza już od kilku lat nie pojawia się w Pszczewie bo wiele się nawzajem nauczyliśmy od siebie.

 Żadne słowa nie oddadzą tego nastroju i wrażeń jakich dostarczyły słuchaczom jego niezwykłe koncerty na pszczewskie organy, moog, Roland, harmonijkę ustną i jedyny w swoim rodzaju wokal Józefa.

 

 Chyba, że będą to słowa Wielkiego Polaka- Karola Wojtyłły, do którego słów Skrzek skomponował utwór „O Panie przebacz mej myśli”:

 Tylko przyjmij o Panie, ten podziw, który w sercu się zrywa...

 Józef Skrzek i Alina, ta wspaniała muzyka i te proste słowa Wielkiego Człowieka w murach i głębi pszczewskiego kościoła obudziły podziw i ogromne wzruszenie uczestników tego wydarzenia. To naprawdę pamiętne chwile, do których wracam wspomnieniami w lipcu każdego roku. Maria Magdalena spoglądająca z pszczewskiego ołtarza wydawała się wtedy żywą istotą, z błąkającym się na ustach uśmiechem zadowolenia.

 Fani Józefa na całym świecie zastanawiać się pewnie będą, skąd ta fascynacja Józefa Marią Magdaleną i wiejskim kościołem w małym Pszczewie, wschodem słońca nad pszczewskim jeziorem i co spowodowało, że tyle siebie zostawił nam wszystkim, którzy słuchaliśmy:

 Magdaleno... stań pogodna w tym jeziorze traw...Miłośnico kwiatów i potoków...Magdaleno patrz już minął deszcz...Piękno żywe dookoła dojrzewa...Magdaleno...

Wiele razy zachęcałem i zachęcam Was do poznawania przyrody, szczególnie pszczewskiej. Posłuchajcie może przy okazji płyty „Maria z Magdali” Józefa Skrzeka,  aby poznać jak przyroda potrafi zainspirować wrażliwych ludzi.

 Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

21:14, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 lipca 2014

Dawne królewskie miasto, a dziś urocza wieś Pszczew leży w najbardziej zalesionej części Polski. W najbliższą niedzielę, na pszczewskim ryneczku odbędzie się doroczny Jarmark Magdaleński. Wokół Pszczewa jest kilkadziesiąt czystych jezior, wkomponowanych w urozmaicony krajobraz polodowcowy. To miejsce stworzone do wypoczynku, o niepowtarzalnym klimacie i nic dziwnego, że to właśnie tutaj trafili biskupi poznańscy, zakładając to miasto. W Pszczewie otoczonym kluczem dóbr stworzyli swoją letnią siedzibę, która swojego czasu urosła do rangi arcybiskupstwa.  Wyjątkowe walory klimatyczne, uroki wciąż nieskażonej przyrody, bogactwo lasów i wód zachęca do poznania miejscowości i jej  otoczenia.

 Chroni je utworzony w 1986 roku Pszczewski Park Krajobrazowy i miejscowi leśnicy, którzy zarządzają bogactwem przyrody. Lodowiec pozostawił piękne ciekawe jeziora: szmaragdowe, brązowe oraz w kolorze morskiej wody. Znajdziemy tu także otoczone lasami i torfami oczka wodne. Wody są porozsiewane pomiędzy ozami czy wzgórzami kemowymi, a dodatkowo oprócz licznych jezior, malowniczo, serpentynami wije się tu rzeka Obra. Kusi ona ofertą ciekawych spływów kajakarzy

oraz wędkarzy, którzy szukają wielkiej ryby w jej czystym nurcie oraz w głębinach pszczewskich jezior:

Urozmaicone i bogate przyrodniczo lasy, z których wiele znalazło się razem z jeziorami w sieci Natura 2000, są w zarządzie Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych Szczecin. Leśnicy tej dyrekcji, a zatem także i ja noszą w klapie znaczek gryfa:

Jednak obszar tej dyrekcji to nie tylko Zachodnie Pomorze, ale także Ziemia Lubuska i fragment Wielkopolski. Te ziemie to wielonarodowy tygiel różnych kultur i to stanowi o wyjątkowości regionu. Miejscowi leśnicy od lat wspierają rozwój turystyki na tych terenach i wspólnie z samorządami oraz służbami parku krajobrazowego pomagają rozsądnie korzystać z uroków przyrody. Okolice Pszczewa są bardzo atrakcyjne dla turystów spragnionych ciszy i kontaktu z przyrodą. Są zapewne też mało znane turystom, bo zwykle najtrudniej odwiedzić to, co bliskie i poznać bliżej to, co pozornie zwyczajne oraz uznawane za pospolite.

To pozory, bo często nie doceniamy piękna otaczającej nas przyrody i wszelkich bogactw jakie mamy na wyciągnięcie ręki. Nie doceniamy też mieszkających wokół ludzi, którzy wiele potrafią, mają niespotykane pasje i zainteresowania, ale rzadko nadarza się okazja, aby je zaprezentować. Taka właśnie funkcję spełnia Jarmark Magdaleński, który prezentuje miejscowy folklor i różnorodne talenty mieszkańców na tle innych kultur. Jest on organizowany corocznie w weekend najbliższy 22 lipca, czyli w imieniny patronki miejscowej parafii Marii Magdaleny.

Dzisiejszy Jarmark sięga do pszczewskich tradycji średniowiecznych, kiedy okoliczna ludność zjeżdżała na odpust do Pszczewa, który był wtedy posiadłością biskupów poznańskich, a nawet siedzibą archidiakonatu obejmującego aż 60 parafii. Do tradycyjnej formuły jarmarku sięgnięto ponownie w 1994 roku i od tego czasu jest to święto wszystkich mieszkańców gminy połączone z szeroką ofertą kulturalną, skierowaną do licznych, wypoczywających tu gości. Jarmark spełnia wiele funkcji i łączy tradycję, kulturę, wiarę przodków ze współczesną promocją tej urokliwej miejscowości.

Każdy, kto zachwycony pięknem okolicznych jezior i lasów trafi do Pszczewa, ma w trakcie Jarmarku niepowtarzalną okazję poznać piękno i kunszt rozmaitych, często ginących profesji, kulturę ludową i piękno folkloru. Może zobaczyć jak powstaje drewniana rzeźba, żelazna podkowa, gliniany garnek oraz czynnie uczestniczyć w dobrej zabawie z ludźmi, którzy tu mieszkają. Można się przekonać jak wiele potrafią tutejsi mieszkańcy oraz jak dbają o historię i tradycję.

To często na Jarmarku jest  jedyna okazja aby zobaczyć przy pracy kowala- artystę takiego jak Janek Iwanowski z Brójec

garncarza, wikliniarza czy rzeźbiarza oraz spotkać sąsiadkę, która ku naszemu zdziwieniu robi własnymi rękami coś magicznego. Możemy nawet zobaczyć cuda wianki…

  Liczne stragany oferują do sprzedaży to wszystko co potrafią stworzyć ludzie z naturalnych materiałów. Lokalna wikliniarnia wystawia meble z wikliny i kosze niezbędne do zbierania tak tutaj licznych grzybów. Są miody, ceramika, hafty i rzeźby.

Zobaczymy wyroby ze słomy, lnu, naturalnego kamienia i żelaza.  Leśnicy dbają o to, aby lasy okolic Pszczewa obfitowały w naturalne surowce i aby tradycyjne metody ich wykorzystywania nie zginęły. Pielęgnują tradycje, zachowują dawne sprzęty i gromadzą wiedzę na temat mądrości przodków. Można się o tym przekonać odwiedzając ścieżki przyrodniczo- edukacyjne w Nadleśnictwie Trzciel czy wybierając się do Izby Edukacyjnej, pełnej ciekawych eksponatów w Nadleśnictwie Bolewice.

W najbliższą niedzielę warto jednak wybrać się na pszczewski rynek, bo o godzinie 10 rozpoczyna się XXI Jarmark Magdaleński. Jestem silnie związany z Jarmarkiem od wielu lat, a zatem serdecznie zapraszam wszystkich do gościnnego Pszczewa, bo warto rozsmakować się w urokach tej niepowtarzalnej imprezy. 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

19:13, lesniczy.lp
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 14 lipca 2014

„Warto by na rozstajach dróg, w rodzimych borach i lasach stawiano nie tylko kapliczki poświęcone patronowi myśliwych, ale także nieznanemu patronowi leśników. Będą to miejsca należnego kultu, a także podziękowania za pracę w lesie, który jest boskim dziełem stworzenia. A kiedy nadejdą ciemne chmury związane z pracą codzienną, reorganizacjami, bezrobociem, będzie można zawsze prosić o pomoc i wsparcie św. Jana Gwalberta, któremu losy leśników nie są obce”.

Tak od lat, m.in. ma łamach księgi „Kulturotwórcza rola lasu” apeluje do leśników i nie tylko  Jerzy Wiśniewski, profesor Uniwersytetu Przyrodniczego im. Augusta Cieszkowskiego w Poznaniu, leśnik i autor licznych  książek. Wczoraj w kalendarzu było Jana Gwalberta i warto zadbać o  godne uczczenie tego właściwego patrona ludzi lasu.

Na pytanie: kto jest oficjalnym patronem leśników? Odpowiadamy zwykle - yyyy, chyba Św.Hubert, bo on jest od myśliwych?, yyy, a może Św. Franciszek, bo on jest od przyrodników i wszelkich ekologów?


Jestem przekonany, że mało kto zna właściwa odpowiedź i zapewne nawet wielu leśników nie wie, że patronuje im Święty Jan Gwalbert. Bardzo rzadko zobaczymy też gdzieś w lesie jego figurkę czy obraz. A przecież już dawno, bo już od półwieku patronuje leśnikom. W 1951 roku został ogłoszony przez papieża Piusa XII oficjalnym patronem ludzi lasu.

Jan Paweł II- papież Polak, który był znany z umiłowania ojczystej przyrody często przypominał postać Jana Gwalberta. W 1987 r. w Dolomitach odprawił Mszę św. dla leśników przed kościółkiem Matki Bożej Śnieżnej. Mówił wówczas: „Jan Gwalbert (...) wraz ze swymi współbraćmi poświęcił się w leśnym zaciszu Apeninów Toskańskich modlitwie i sadzeniu lasów. Oddając się tej pracy, uczniowie św. Jana Gwalberta poznawali prawa rządzące życiem i wzrostem lasu. W czasach, kiedy nie istniała jeszcze żadna norma dotycząca leśnictwa, zakonnicy z Vallombrosa, pracując cierpliwie i wytrwale, odnajdywali właściwe metody pomnażania leśnych bogactw”. Papież Polak wspominał św. Jana także w 1999 r. przy okazji obchodów 1000-lecia urodzin świętego. Mimo to jego postać zdaje się nie być powszechnie znana.

Jan Gwalbert urodził się w roku 985 we Florencji. Jako szlachcic w młodości zajmował się przede wszystkim zabawą i hulankami, a przez ojca przeznaczony został do służby wojskowej. Ojciec jego, żołnierz duszą i ciałem, starał się weń wszczepić uczucie honoru i chęć sławy, ale mało dbał o jego religijne wychowanie i wszczepienie mu cnót chrześcijańskich. Zachęcał go usilnie do srogiej zemsty na zabójcy jego brata Hugona. Opatrzność inaczej pokierowała losami młodzieńca. Było to w Wielki Piątek, kiedy młody Gwalbert spotkał w wąwozie pod Florencją mordercę swego  brata Hugona. Szukał go od dawna i poprzysiągł mu był krwawą zemstę, dobył tedy miecza i zamierzył się na niego, aby mu zadać cios śmiertelny. Bezbronny morderca, nie mogąc się ocalić ucieczką, ukląkł przed nim, a złożywszy ręce na piersiach, błagał na miłość Chrystusa o miłosierdzie. "Jeśli już sam jestem zabójcą - mówił - nie bądź nim ty; jeśli ja uniesiony namiętnością przelałem krew niewinną, to ty pohamuj gniew i wybacz winowajcy przejętemu żalem!" Wobec takiej pokory i szczerej prośby pragnienie zemsty opuściło Gwalberta. Odrzucił miecz i podając klęczącemu rękę, zawołał: "Zakląłeś mnie na Imię Tego, u którego i ja żebrzę odpuszczenia grzechów, nie chcę przeto mścić się na tobie, owszem niech mi tak Bóg odpuści, jak ja ci wszystko odpuszczam". Rzekłszy to, uściskał go, ucałował i odszedł.

 Wzruszony tym wypadkiem wstąpił do kościoła i ukląkł przed wizerunkiem Ukrzyżowanego, a gdy podniósł oczy wydało mu się, jakoby Pan Jezus skłonił ku niemu głowę i szepnął: "Ponieważ przebaczyłeś i tobie będzie przebaczone". To wydarzenie całkowicie zmieniło jego życie. Porzucił zabawy i podjął pokutę, a także wstąpił do zgromadzenia benedyktynów. Był tak gorliwym i dobrym mnichem, że zaproponowano mu bycie opatem, czyli przełożonym zakonu. Jan Gwalbert chciał jednak pracować nad sobą i, odmówiwszy, zamieszkał w odosobnieniu.

Osiadł głęboko w lasach w Vallombrosa (Vallis Umbrosae - Cienista Dolina) zbudował tam klasztor i założył zakon, którego członkowie są nazywani wallombrozjanami. Mnisi ci, wierni przesłaniu „ora et labora”, żyli bardzo skromnie, modląc się i sadząc las. Poznawali prawa rządzące życiem lasu, troszczyli się o drzewa, ptaki i zwierzęta leśne. Las dla św. Jana Gwalberta był przebogatą księgą, rozczytywał się w niej, w każdym drzewie, zwierzęciu, ptaku, roślinie widział ukrytą mądrość Boga Stwórcy i Jego dobroć. Został zapamiętany jako osoba troszcząca się o ubogich i zawsze walcząca z nieuczciwością.

Jan Gwalbert zmarł 12 lipca 1073 r. w Passigniano pod Florencją. Kanonizowany został w 1193 r. przez papieża Celestyna III, a w 1951 r. ogłoszony przez papieża Piusa XII patronem ludzi lasu.

Historia nadała mu także tytuł „bohater przebaczenia” ze względu na wielkie miłosierdzie, jakim się wykazał. Założony przez niego zakon istnieje do dzisiaj. Według jego zasad żyje około 100 zakonników w ośmiu klasztorach we Włoszech, Brazylii oraz Indiach.

Przedstawiany jako mnich, w habicie walombrozjańskim, a jego atrybutem jest: krzyż, laska, księga, klasztor czy szatan u stóp (czasami dwugłowy).

 

Modlitwa do Jana Gwalberta:

Boże i Panie mój! Spraw miłościwie, abyśmy za wstawieniem się za nami świętego Jana Gwalberta, opata, poleceni zostali miłosierdziu Twemu, i wszystko, czego własnymi zasługami otrzymać nie jesteśmy godni, za jego pośrednictwem dostąpili. Przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa. Amen.

Ostatnio leśnicy coraz częściej zwracają się ku swemu patronowi i zaczęły powstawać kapliczki, poświęcone Janowi Gwalbertowi. Istnieje taka m.in.  w Puszczy Sandomierskiej i Nadleśnictwie Kozienice przy Królewskim Gościńcu, pamiętającym czasy Jagiellonów. W 2012 roku z okazji 110-lecia istnienia Nadleśnictwa Lipusz nadano tej jednostce LP sztandar z podobizną świętego. Rok temu nadano sztandar Jana Gwalberta także Nadleśnictwu Bytów o czym donosił portal podpisany na fotografii:

 

 W gminie Bojanów co roku w parafii Stany odbywa się Doroczny Dzień Patrona Leśników. Na stronie parafii, która jest pod wezwaniem naszego patrona znajdziecie „modlitwę leśników przez przyczynę Św. Jana Gwalberta”:

 

Najbardziej chyba jednak znana kapliczką tego świętego jest ta z Gołuchowa:

Kapliczkę zaprojektował Rafał Walendowski, a wyrzeźbił w dębowym drewnie Piotr Chwaliński. Obaj są pracownikami gołuchowskiego Ośrodka Kultury Leśnej. Kapliczka została zawieszona w 2005 roku na dębie rosnącym przy ścieżce prowadzącej z zamku do oficyny.

W planie jest wybudowanie kapliczki w pięknie rozwijającym się ciekawym arboretum przy Zespole Szkół Leśnych w Rogozińcu. Swojego czasu wiele czasu spędzałem w tym arboretum, prowadząc badania nad jego awifauną i głównie tam powstała moja praca dyplomowa „Ptaki okolic Technikum Leśnego w Rogozińcu”. Ma zatem nasz patron swoje miejsca na ziemi…

Należy jednak nadal nieustannie pamiętać o tym oficjalnym patronie leśników i rozwijać zainteresowanie tę zacną postacią.

Warto też wspomnieć inną, znaną i zasłużoną dla polskiej przyrody  osobę o tym imieniu.

Jan Gwalbert Pawlikowski

– wszechstronnie wykształcony, ekonomista, historyk literatury i krytyk literacki, publicysta i wydawca, polityk, pedagog, rolnik - teoretyk i praktyk, działacz społeczno – polityczny, taternik i speolog, zasłużony pionier ochrony przyrody i turystyki w Polsce.  Cechowała go miłość do gór, przyrody i jej ochrony. Jan Gwalbert to znawca gór, który jako pierwszy zdobył wiele szczytów i jaskiń, rzecznik ochrony przyrody, obrońca podhalańskich tradycji i folkloru. To właśnie jemu zawdzięczają Pawlikowscy wybudowanie według projektu Stanisława Witkiewicza na Kozińcu w Zakopanem „Willi pod Jedlami”, która stała się wspaniałym, tętniącym życiem twórczym ośrodkiem kultury polskiej i podhalańskiej.  Zaglądam tam często, gdy bywam w Tatrach, no i czytam wiersze Marii Pawlikowskiej- Jasnorzewskiej, która była żoną Jana Gwalberta. Podhalańską przyrodę i kulturę warto poznać samemu, hybając jak ja, ku tatrzańskim wierchom i dolinom, może śladami Pawlikowskiego?

W razie gdy od Gubałówki zaciągnie się chmurami, to warto wpaść na kawę do Samanty lub "zwiedzać" Krupówki ale  dobrze także zajrzeć do Muzeum Tatrzańskiego i poznać m.in. wielkich ludzi związanych z Tatrami, no i różnych świętych:

Na starym zakopiańskim cmentarzu na Pęksowym Brzyzku, który za każdym razem, od wielu lat, z upodobaniem odwiedzam, znajduje się grób J. G. Pawlikowskiego:

Jan Gwalbert Pawlikowski całe życie bardzo mocno angażował się w ochronę przyrody, stając się jej pionierem nie tylko w Polsce. W 1913 r. wydał rozprawę „Kultura a natura”, która stworzyła podstawy dla działalności ruchu ochrony przyrody. Napisał tekst pierwszej ustawy o ochronie przyrody w Polsce. Pawlikowski pracował również nad pokrewnymi ustawami, np. leśną, łowiecką, walczył o utworzenie Tatrzańskiego Parku Narodowego i ochronę Bieszczadów. Z jego inicjatywy powstało Międzynarodowe Biuro Ochrony Przyrody w Brukseli, którego działalność dziś kontynuuje Międzynarodowa Unia Ochrony Przyrody i Jej Zasobów. Był autorem wielu prac z zakresu problematyki ochrony przyrody.

Możemy do woli czerpać z szerokiej wiedzy i uczyć się  od Pawlikowskiego zasad ochrony piękna przyrody, jej skarbów i zabytków przez harmonijne łączenie  elementów natury i kultury. Według niego obcowanie z wolną przyrodą, jej poznawanie, budzenie miłości ku niej to w rezultacie przejaw patriotyzmu. Bo w polskiej przyrodzie i  polskiej duszy drzemie przecież to samo. Choć wydaje się, że dziś patriotyzm nie jest w cenie… Jeśli jednak dodatkowo ktoś nie rozumie co to harmonia przyrody i co znaczy kultura, nie zajrzy w głębię własnej duszy.

 

Wspomnijmy przynajmniej w lipcu Jana Gwalberta i poznajmy nie tylko świętego ale też ludzi, którzy czerpią z jego zasad.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

13:40, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44