O tym co w lesie piszczy...
O autorach
RSS
czwartek, 23 października 2014

Wczoraj przypadkiem poruszyłem skórą szopa, która wisi przy regale z książkami i odkryłem niechcianych gości. Szop to  eksponat dydaktyczny, bo wciąż niewiele osób wie, że te zwierzęta  na dobre zagościły w naszym kraju i stają się nowym, choć kłopotliwym elementem naszej przyrody. Pokazuję ją zatem niedowiarkom. Skóra wisząca w mojej kancelarii pochodzi z szopa rozjechanego przez samochód, a ostatnio spotkałem na drogach biegnących prze z moje leśnictwo dwie kolejne ofiary komunikacyjne. Gdy poruszyłem skóra szopa wyfrunęły z niej dwa małe motylki. Nie zwróciłem na nie uwagi, ale po południu moja żona też je zauważyła i ogłosiła alarm: mamy w domu mole!

Małe mole to przyczyna  dużego utrapienia i problem, którego obawia się chyba każda pani, a także jak widać, pan domu. Bo mole to w każdym domu kłopotliwi goście. A w leśniczówce? Na wieszaku w mojej kancelarii wisi kilka  kurtek na różne okazje, parę polarów czasem jakiś sweter. Żona wciąż mnie posądza o bałaganiarstwo i wynosi mi je do szafy, ale przecież w czymś trzeba do lasu jechać…  Dwa małe motylki stały się pretekstem do niezłego zamieszania i w efekcie mój wieszak opustoszał zupełnie. A mole na szczęście dla nas, ale dla nich pewnie na nieszczęście, zostały szybko wchłonięte przez odkurzacz

Mole choć takie małe i niepozorne, mogą żyć nawet 300 dni. Latająca niewielka ćma, którą najczęściej spotykamy w domu, jest dla nas jednak najmniej groźna, choć to jej widok budzi trwogę. Biegamy za nią po domu i „bijemy brawo”, próbując się jej pozbyć. To zwykle na nic i możemy tylko przypomnieć sobie poemat Norwida „Klaskaniem mając obrzękłe prawice, znudzony pieśnią, lud wołał o czyny…” Zatem do czynu przeciwko molom! Warto poznać proste sposoby, aby nie mieć z nimi kłopotu. Największe spustoszenia w naszym domu czynią jednak nie motylki, a larwy moli, których najczęściej nie zauważamy.

Podobno istnieje taka zasada: nie pozbędziesz się moli, jeżeli nie wykryjesz, w którym miejscu założyły swoje gniazdo. Motylki są na tyle małe, że nie da się wszystkich pozbyć za pomocą klaskania i pewnie gdzieś złożą jaja. Gdzie? Mole lubią zamieszkiwać ciepłe i ciemne zakamarki- kryją się zatem w odzieży, skórach, futrach, obiciach mebli, załamaniach ciężkich zasłon, a nawet w butach.

Walka z molami jest niezmiernie trudna, warto więc stosować sprawdzoną zasadę: lepiej zapobiegać niż zwalczać. Najważniejszym zabiegiem jest wietrzenie mebli i trzepanie dywanów przynajmniej dwa razy w roku. Z tą samą częstotliwością należy wietrzyć wszelką odzież odwracając ją na lewą stronę i wystawiając na działanie promieni słonecznych. Jeśli jest środek lata, pozostawmy ją na słońcu. Jeśli zima, niech poleżą kilka godzin na mrozie. Zarówno bardzo wysoka jak i bardzo niska temperatura niszczą jaja moli.

Mole spożywcze interesują się też suszonymi grzybami, które obowiązkowo wiszą w kuchni leśniczówki. Aby wredne motylki w nich nie zamieszkały, bezpieczniej trzymać je w słoju. Jak zapobiegać pojawieniu się moli? Zapachem!

Dlatego w spiżarni leśniczyny, oprócz słojów z grzybami i wielu ciekawych zapraw czy przetworów znajdują się także naturalne dary lasu przeciwko uciążliwym motylkom. Po przygodzie ze skóra szopa cześć z nich została przeniesiona ze spiżarni do zakamarków kancelarii leśniczego. W zasadzie wszystkie mocne zapachy odstraszają mole, ale gdy po generalnych porządkach i wymyciu zakamarków wodą z dodatkiem detergentów i octu pojawi się tam żywiczny zapach terpentyny- mamy je z głowy i… z szafy!

Oczywiście  można użyć chemicznej terpentyny ale nie w leśniczówce! Tu lepsze będą świeże gałązki drzew iglastych, a najlepsze drobne szczapki silnie przeżywiczonej sosny czyli tzw. „smolaki”:

Także zapachy: lawendy, goździków, chmielu, piołunu, mięty, kamfory, ruty, orzecha włoskiego, tymianku, macierzanki, bylicy, wrotyczy, szałwii, igieł sosnowych czy bergamotki skutecznie odstraszają mole. To najwyższa  pora, aby zrobić sobie zapasy antymolowe, np.z szyszek chmielu, które znajdziecie w olsach:

Można więc zaopatrzyć się w większość z nich podczas leśnych spacerów i zrobić samemu bukieciki z ziół czy woreczki nimi wypchane. Potem wystarczy poukładać je w szafie pomiędzy ubraniami. Można powkładać też zasuszone gałązki bezpośrednio do kieszeni płaszczy lub kurtek. Skuteczne są też podobno ponacinane cytrusy, ale zwabiają z kolei także uciążliwe muszki owocówki.

Podczas jesiennych spacerów dobrze też zaopatrzyć się w kasztany i poukładać je w szafach. Pamiętajcie też, że warto je położyć obok monitora bo są naturalnymi odpromiennikami

Można z nich przy pomocy zapałek „naprodukować”  kasztanowych strażników i wtedy własnoręcznie wykonane ludziki będą skutecznie strzec naszych szaf. Fajna zabawa w rodzinnym gronie, gdy razem zbieramy kasztany i żołędzie, a potem robimy konkurs na najciekawszego ludzika to dodatkowa motywacja do stosowania tej metody.  Dawniej w walce z molami skutecznie pomagała roślina rosnąca na bagnach i torfowiskach- bagno zwyczajne.

Nazywana jest też leśnym rozmarynem- jej ładny i wyrazisty zapach zaskakuje i powoduje iż roślina staje się ziołem nie do pomylenia z innymi. Jednak, co bardzo ważne, bagno zwyczajne jest od 2004 roku objęte ochroną i nie można go zbierać z naturalnych stanowisk, a dodatkowo należy pamiętać, że jest rośliną trującą dla człowieka.

 

Prostym sposobem na mole jest umieszczenie w szafie mydła, szczególnie lawendowego. Wystarczy pokroić kostkę na mniejsze kawałki i umieścić je na półkach. Możemy użyć też sprawdzonych kuchennych przypraw- ziela angielskiego, liścia laurowego lub goździków. Mole nie lubią też zapachu farby drukarskiej, stąd warto w szafie umieścić świeżą, prosto z drukarni gazetę. Pewnie nie będą to wydawane przez leśników „Echa Leśne” lub „Głos Lasu”, bo są na tyle ciekawe, że będą przeczytane „od deski do deski”, a to pozbawi je zapachu farby.

Wybierzcie dla siebie jeden ze sposobów antymolowych do zabezpieczenia mieszkania, bo pomni moich doświadczeń unikniecie „tajfunu w domu”, posądzenia o bałaganiarstwo i innych takich, a wszystko to dwa przez małe motylki.

 

Leśniczy Jarek-

lesniczy@erys.pl

 

21:08, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
sobota, 18 października 2014

Niedawno obchodziliśmy Dzień Edukacji Narodowej – polskie święto oświaty i szkolnictwa ustanowione 27 kwietnia 1972 roku. Przyczynkiem jego powstania były zapisy ustawy Karta Nauczyciela, a święto obchodzone 14 października wszyscy nazywamy Dniem Nauczyciela.

W szkołach odbywają się uroczyste apele, które często upamiętniają też rocznicę powstania Komisji Edukacji Narodowej, która została utworzona z inicjatywy króla Stanisława Augusta Poniatowskiego i zrealizowana przez Sejm Rozbiorowy w dniu 14 października 1773 r.  Zwykle też w ten dzień zajęcia zarówno dla uczniów, jak i dla nauczycieli  mają nieco inny charakter…

Dlaczego o tym tutaj piszę? Edukacja to sprawa priorytetowa dla naszej przyszłości, a jej częścią jest edukacja przyrodniczo leśna, którą zajmują się leśnicy. Edukacja leśna społeczeństwa to jeden z priorytetów Lasów Państwowych oraz wszystkich leśników, którym na sercu leży dobro naszej przyrody. Na jej potrzeby to my, leśnicy, utworzyliśmy ponad 6,5 tys. obiektów. W oficjalnych sprawozdaniach czytamy: „Każdego roku korzysta z tych obiektów około 1,5 mln osób. Obiekty wykorzystywane w Lasach Państwowych do edukacji leśnej to:

 

66 ośrodków edukacji leśnej,

1013 ścieżek edukacyjnych (dydaktycznych),

301 izb edukacji leśnej,

545 wiat edukacyjnych (tzw. zielone klasy),

106 parków i ogrodów dendrologicznych,

1840 punktów edukacyjnych,

2676 innych obiektów.

 

Przez cały rok odbywają się tam zajęcia przygotowywane przez leśników dla różnych grup wiekowych dzieci, młodzieży, dorosłych, także osób niepełnosprawnych. Można odwiedzać je także samodzielnie”

Każde z 430 nadleśnictw w kraju ma opracowany „Program edukacji leśnej społeczeństwa w nadleśnictwie”. Te programy, co ciekawe,  tylko w niewielkim stopniu realizują profesjonalni edukatorzy zatrudnieni w nadleśnictwach, a szczególnie w Leśnych Kompleksach Promocyjnych. Co to takiego? LKP to to duże, zwarte obszary lasu, wchodzące w skład jednego lub kilku nadleśnictw. Utworzone są na obszarze całego kraju, pokazują zmienność i różnorodność lasu i mnogość pełnionych przez niego funkcji. W ramach LKP leśnicy objaśniają i promują zrównoważoną gospodarkę leśną, wspierają badania naukowe i prowadzą edukację leśną społeczeństwa. Dzięki LKP, które stanowią także forum współpracy leśników ze społeczeństwem widać, że dzięki działalności podstawowej i edukacyjnej leśników można łatwo osiągnąć kompromis.  Bo skoro nasze lasy są w większości państwowe, to dla nas wszystkich ważny jest kompromis pomiędzy najważniejszymi zadaniami leśnictwa: gospodarką leśną mającą na celu m.in. produkcję drewna, ochroną przyrody, badaniami naukowymi i szeroko rozumianą edukacją.

Czym tak właściwie jest edukacja leśna i jak może się wpisywać w założenia edukacji dla zrównoważonego rozwoju?

Edukacja leśna to coś więcej niż nauczanie o lesie. To nie tylko wyuczone wykłady, prezentacje multimedialne, gry, zabawy edukacyjne i opowiadanie bajek o zwierzątkach i roślinkach. Choć jest to fajne, miłe i potrzebne. Zajmują się tym właśnie LKP oraz parki narodowe. Zwiedzałem niedawno ośrodek edukacyjny Tatrzańskiego PN i oglądałem fajną zabawę dla tropicieli zwierząt

Gdy wybierzemy sobie trop odbity na plastrze drewna i podążymy cierpliwie za nim, doprowadzi nas on do słupka z fotografią i nazwą tropionego zwierzęcia.

 W tym wypadku był to trop herbowego zwierzęcia blogu leśniczego czyli rysia. W ciekawie urządzonej hali wystawowej TPN można nauczyć się wiele o przyrodzie Tatr, obejrzeć bardzo interesujące filmy nagrane przez kamery ukryte w lesie. Spodobały się, jak widać nie tylko mnie, emitowane tam filmy animowane o zasadach zachowania się w lesie, szczególnie w przypadku spotkania na szlaku zwierząt

Warto uczyć się rozumienia lasu.  Las jest przecież najlepszym, może dla wielu niedościgłym wzorem, modelem zrównoważonego rozwoju. Dostarcza ludziom korzyści zarówno materialnych czyli drewna, grzybów, owoców i innych pożytków  jak i pozamaterialnych, zapewne czasem ważniejszych. Zaspokaja chyba wszystkie ludzkie potrzeby określone kiedyś w słynnej piramidzie potrzeb opracowanej dawno temu przez Abrahama Maslowa. Leśnicy, choć może nie wszyscy  świetnie znają dokonania amerykańskiego psychologa, doskonale znają i rozumieją potrzeby ludzi oraz wiedzą jak ważną rolę w ich zaspokajaniu pełni las.

 Rozumienia lasu najlepiej nauczyć się od leśników, którzy z zamiłowaniem i pasją zajmują się lasem. To właśnie leśnicy pracujący na co dzień w terenie: w deszczu, błocie, upale i kurzu, atakowani prze kleszcze, komary i natrętne telefony najlepiej rozumieją las. Dlatego to właśnie podleśniczowie i leśniczowie są głównymi realizatorami programów edukacyjnym praktycznie w każdym nadleśnictwie. To właśnie oni, oprócz codziennych, normalnych obowiązków związanych z prowadzeniem gospodarki leśnej uczą ludzi, oczywiście tych, którzy tego pragną, rozumienia lasu…

 Opowiadają szczerze, barwnie i naturalnie o życiu lasu, swojej pracy i niezwykłych doświadczeniach nabytych przez lata spędzone w otoczeniu przyrody i ludzi. Nie otrzymują za to dodatkowego wynagrodzenia, kwiatków z okazji Święta Edukacji ale mają poczucie misji, bo kochają las i to co w nim robią. Uczą ludzi rozumienia lasu przy każdej okazji. Nie tylko na specjalnie przygotowanym wykładzie, gdy przychodzą w wyjściowym mundurze, ale podczas codziennych, zwykłych spotkań w lesie.

 My, leśnicy, musimy uwzględnić w swojej codziennej pracy cztery aspekty zarządzania lasem, które są jak cztery nogi leśnego zwierzęcia. To aspekty:  ekologiczne, gospodarcze, kulturalne i społeczne. Las istnieje od wieków, a leśnicy przez 90 lat istnienia Lasów Państwowych w obecnej postaci nauczyli się korzystać z siły i wytrwałości każdej z tych nóg. Tylko 3% członków naszej społeczności deklaruje się, że miało kontakt z leśną edukacją. Przed leśnikami zatem wiele jeszcze do zrobienia… Wciąż powtarzam, że podpatrywanie i naśladowanie przyrody ma przed sobą wielką przyszłość, o czym doskonale wiedzą uważni czytelnicy tego blogu. Zagląda tu wielu nauczycieli, a zatem załączam, choć nieco spóźnione ale bardzo szczere, życzenia ciągłej satysfakcji z pracy edukacyjnej.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

12:06, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
niedziela, 12 października 2014

Początek października przynosi ważne święta dla każdego, kto szanuje przyrodę. Światowy Dzień Zwierząt, Dzień Drzewa no i Światowy Dzień Św. Franciszka – Patrona Leśników, Ekologów i Zwierząt, obchodzony 4 października.

Święty Franciszek z Asyżu, zwany "biedaczyną bożym", żył w latach 1181-1226. Zadziwiające jest to, że do dziś naukowcy zajmujący się ekologią i ludzie wrażliwi na przyrodę uczą się od niego rozumienia przyrody, interpretacji jej zjawisk i miłości do otaczającego nas świata istot żywych. Zapewne dzisiejsze idee ekologiczne były mu całkowicie obce, bo świat mu współczesny  przeżywał inne problemy niż obecnie. Nawet nie myślał o ekologii w dzisiejszym pojęciu, o problemie skażenia środowiska naturalnego czy o konieczności gatunkowej ochrony roślin i zwierząt.

Franciszek kochał Boga i świat przez niego stworzony- zwierzęta, ptaki, rośliny, człowieka i całą przyrodę. Zwykle przedstawia się go w otoczeniu zwierząt i ptaków.  Napisał w XIII wieku, krótko przed śmiercią kantyk religijny, najstarszy zabytek poezji w języku włoskim nazywany Pieśnią Słoneczną gdzie mówi:

Pochwalony bądź, mój Panie, ze wszystkimi Twymi stworzeniami,

nade wszystko z panem bratem Słońcem,

bo jest on lampą dnia i nim rozświetlasz naszą drogę.

W tym tak starym utworze i w wielu innych Św. Franciszek pomaga nam znaleźć odpowiedź na pytanie: „ Jak korzystać ze swobody życia, aby nie stać się niewolnikiem otaczającej nas cywilizacji? Jak chronić Ziemię przed człowiekiem?”.

 Odpowiedź jest niesłychanie prosta: na nic wielkie ruchy ekologiczne, na nic doskonałe przepisy jeśli każdy z nas, w swoim wnętrzu nie zasieje ziarna ekologicznego myślenia i nie nauczy się szacunku do natury, której jest częścią. Bo mówi nam patron ekologów:   „Nie można chronić ziemię, bo jeśli, ty, który jesteś koroną stworzenia, mężczyzną lub kobietą, żyjesz w nieuporządkowany sposób wewnątrz ciebie, to także twoje życie zewnętrzne i twoja relacja z naturą będzie nieuporządkowana”.

Ale czy tak myślą ludzie, którzy bez skrupułów porzucają  nad wodą, w polu, czy w lesie to, co jest im niepotrzebne:

Czy tak myślą ludzie, którzy zatruwają powietrze, rzeki i jeziora? Czy mają poczucie zagrożenia dla dalszych losów naszej planety? Czy zastanawiają się jak cierpi las, jego mieszkańcy i ludzie kochający przyrodę, gdy słyszą tam ryk motocykli crossowych, quadów czy off-roadowych samochodów:

Znalazłem na portalu www.swietostworzenia.pl taki przejmujący apel krakowskiego filozofa i poety:

Dawni

koczujący w lasach barbarzyńcy

najeżdżali i plądrowali

cywilizowane miasta

współcześni

cywilizowani barbarzyńcy

dokonują najazdów na lasy.

Na swych wrażych maszynach

zamieniają nagle

podniosłą ciszę lasu

w szyderczy rechot motorów.

Zmechanizowany troglodyto

który z lęku przed ciszą

wymyśliłeś quada

by bezkarnie i zuchwale

gwałcić

odwieczny lasu ład

bijąc rekordy w wyciu

i ryciu w podszyciu.

Poroniony płodzie bioewolucji

hybrydo człowieczeństwa

technokształtny mutancie

a swym megawarczącym wehikule

ucisz w sobie

proszę cię serdecznie

zmechanizowaną furię.

Fryderyk Hunia - lato 2013

 

( rysunek pochodzi z www.demotywatory.pl)

 

Filozofia, której autorem stał się Św. Franciszek sprawiła, że został ogłoszony Patronem ekologów. Uczynił to w 1979 roku papież Jan Paweł II w specjalnym liście „Inter sanctos”, gdzie czytamy między innymi:

„Słusznie św. Franciszka z Asyżu wymienia się wśród świętych i wybitnych mężów, którzy uważali przyrodę za przedziwny dar Boży ofiarowany ludziom. On szczególnie przeżywał wszystkie dzieła Stwórcy i jak gdyby z Bożego natchnienia wyśpiewał przepiękny Hymn stworzeń, w którym zwłaszcza przez brata słońce, księżyc i gwiazdy złożył należną cześć, chwałę i wszelkie uwielbienie najwyższemu, wszechmocnemu i dobremu Panu (...) Dlatego też ogłaszamy na zawsze św. Franciszka z Asyżu Patronem ekologów.”

Św. Franciszek został także w 1995 roku ogłoszony patronem polskich leśników i w wielu leśnych zakątkach obok kapliczek, krzyży czy innych form oddawania czci Św. Janowi Gwalbertowi czy Św. Hubertowi spotkamy także dowody szacunku dla Biedaczyny z Asyżu. Ni w tym dziwnego dla każdego, kto zna i chce stosować się do zasad  Dekalogu Świętego Franciszka z Asyżu:

1. Bądź człowiekiem pośród stworzenia, bratem miedzy braćmi.

2. Odnoś się z miłością i czcią do wszystkich istot stworzonych.

3. Ziemia została ci powierzona jako ogród; zarządzaj nią mądrze.

4. Z miłości do siebie samego troszcz się o człowieka, zwierzęta, rośliny, 

      wody i powietrze, aby ziemia nie została ich pozbawiona.

5. Używaj rzeczy oszczędnie, ponieważ marnotrawstwo nie zapewnia

     przyszłości.

6. Twoim zadaniem jest odsłanianie tajemnice pożywienia w taki

     sposób, ażeby życie karmiło się życiem.

7. Rozwiąż węzeł przemocy, abyś zrozumiał, jakie są prawa życia i    

     istnienia.

8. Pamiętaj, że stworzenie nie odzwierciedla twojego tylko 

     podobieństwa, lecz jest wyobrażeniem najwyższego Boga.

9. Ścinając drzewo, pozostaw jego pęd, aby całkiem nie zniszczyć  

     jego życia.

10. Z szacunkiem stąpaj po kamieniach, bo każda rzecz ma swoją 

     wartość.

Drewniana postać patrona leśników i ekologów stoi także za sprawą m.in. leśników w okolicach Pszczewa, a pisałem o niej na blogu we wpisie z 5 października 2011

http://bloglesniczego.erys.pl/blog/?p=1&id_blog=3&lang_id=5&id_post=3123

Napisałem dziś może wiele wzniosłych słów, ale wiele z nich pochodzi z cytatów i nie odbierajcie tego jako kazanie na niedzielę, bo to nie moja rola. Warto nieraz zatrzymać się chwilę i zajrzeć w głąb siebie, a ułatwia to z pewnością lektura tego, co napisali mądrzy ludzie, niezależnie od tego jakiej byli wiary czy narodowości. Dlatego przybliżam dziś myśl Św. Franciszka. Sięgnijcie czasem do jego ekologicznej nauki, aby nasze dzieci i wnuki mogły zachwycać się lasem i otaczającą nas przyrodą tak jak my dzisiaj.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

12:01, lesniczy.lp
Link Komentarze (7) »
wtorek, 07 października 2014

Wszyscy zainteresowani lasem oraz przyrodą znają i rozpoznają leśników  w zielonych mundurach. Ale czy znacie leśnych robotników, wykonawców wszystkich prac w lesie? Praca leśnego robotnika to ciężki kawałek chleba.

Można tę pracę porównać do pracy górnika czy hutnika, bo jest podobnie trudna i niebezpieczna. Wymaga siły fizycznej, odporności na ekstremalne warunki pogodowe, umiejętności radzenia sobie w różnych sytuacjach i… szerokiej wiedzy leśnej oraz zamiłowania do lasu. W zasadzie to wymagania bardzo podobne jak dla kandydatów na leśników. Robotnicy leśni to jednak prawdziwa „ szara piechota”, mało widoczna zarówno w lesie jak i w materiałach promujących działalność leśników. W lesie widać ich mało, bo tam, gdzie pracują nie ma wstępu dla spacerowiczów. Ich stanowiska pracy najczęściej są zamknięte dla oka takimi i innymi tablicami ostrzegawczymi:

To codzienni, czasem może niedoceniani partnerzy leśników oraz właścicieli innych niż państwowe lasów.

Obecnie praktycznie wszystkie prace leśne wykonują w Lasach Państwowych Zakłady Usług Leśnych (ZUL-e) , które realizują zlecone przez leśników czynności. Są to prywatne firmy wykonujące wszystkie zadania związane z ochroną, hodowlą i użytkowaniem lasu. Właścicieli i pracowników ZUL określa się najczęściej mianem „zulowców”, a czasem żartobliwie, choć chyba nie jest to trafione określenie: ”zulusów”. Właścicieli ZUL nazywamy przedsiębiorcami leśnymi. To właśnie oni, a nie nadleśnictwa zatrudniają pracowników leśnych, którzy wykonującą trudne, ale ważne dla bytu lasu prace w lesie.

Początek lat dziewięćdziesiątych XX wieku to czas wielkich przemian w kraju. Zlikwidowano Państwowe Gospodarstwa Rolne i zmiany nastąpiły także na leśnym rynku pracy. Wcześniej w Lasach Państwowych było wielu robotników zatrudnianych przez nadleśnictwa jako pracownicy stali, sezonowi, a nawet interwencyjni- ściągani do pilnych prac z innych części kraju.

Pracowali w lasach jako drwale, zrywkarze, żywiczarze oraz na szkółkach leśnych i składnicach drewna. To oni zostali „sprywatyzowani” w zakłady usług leśnych i rozpoczęli własna działalność gospodarczą, choć nie zawsze byli entuzjastami takiego rozwiązania. Najpierw były to jednoosobowe firmy, a z czasem te, które przetrwały na rynku usług rozrosły się w nawet bardzo duże przedsiębiorstwa. Od lat w naszych leśnictwach nie ma już praktycznie robotników zatrudnianych przez LP. Wszelkie prace wykonują „zulowcy”.

Zadania gospodarcze zleca im leśniczy na podstawie umowy podpisanej prze ZUL z nadleśniczym i nadzoruje prawidłowe wykonanie wszelkich prac. Usługi leśne to praca na „żywym organizmie”, w zmieniających się warunkach przyrodniczych i gospodarczych. Bo „zulowiec” musi być do dyspozycji w nocy, gdy wybuchnie pożar, który należy dozorować i w dzień świąteczny gdy np. wypadnie lotnicza akcja ograniczania liczebności owadów lub wiatr powali drzewa na drogi i linie energetyczne… Żywiołów nie sposób przewidzieć, zaplanować terminów, skutków i kosztów, a takie zasady narzucają zamówienia publiczne. Reguły współpracy leśniczego i ZUL-a określone w umowie wyznacza obu stronom także wiele przepisów związanych m.in. z zasadami hodowli lasu, instrukcją bhp oraz zasadami certyfikacji lasów. Leśniczy musi to wszystko połączyć, realizując plany zadań na 100% i w dodatku spełniając często zmieniające się wymagania odbiorców drewna. Udana współpraca leśniczego i „zulowców” to fundament dobrej gospodarki leśnej.

Aby być wiarygodnym partnerem dla leśników, właściciel ZUL-a musi mieć dużo specjalistycznego sprzętu i profesjonalną grupę pracowników.

Nie jest to łatwe, bo praca jest bardzo ciężka i w zasadzie mało atrakcyjna, a wiele prac nadal trzeba wykonywać ręcznie w zmiennych warunkach atmosferycznych.

W kabinie harwestera czy forwardera może nie jest źle, ale wiele prac nadal wykonuje się ręcznie, dźwigając ciężkie wałki czy machając siekierą lub łopatą. To praca na mrozie, w upale, kurzu, deszczu. Czasem na sporych pagórkach

a innym razem w warunkach górskich lub na bagnach. Gryzą meszki, kleszcze i komary, czasem jest upał, a innym razem siarczysty mróz. Trzeba zainwestować sporo pieniędzy w harwestery, forwardery, pługi, konie, ciągniki, wykaszarki czy pilarki, a głównie w ludzi, którzy muszą wykonywać prace odpowiednio przygotowani.

Przetarg wygrywa się najczęściej oferując najniższą cenę za usługi wykonane z gwarancją najwyższej jakości i staranności. Leśny przedsiębiorca musi być zatem znakomitym ekonomistą i menadżerem, aby utrzymać się na leśnym rynku usług. Leśni robotnicy to ludzie, którzy sami się nauczyli swojego fachu, często są to firmy rodzinne, bo zamiłowanie do pracy w lesie trzeba cierpliwie hodować. Wielu ludzi szybko rezygnuje z tej pracy i rotacja kadr jest tu bardzo duża. To osobny problem, ale jakże ważny, szczególnie dla leśniczego. A każdy rozsądny leśniczy wie, że trzeba doceniać i uszanować pracę, którą wykonują ZUL-e. Staram się jak mogę, aby stworzyć najlepsze warunki współpracy i traktować ZUL-a jak równorzędnego partnera. To ważny partner równorzędny leśnikom w trosce o trwałość lasu.

Właściciele i pracownicy firm usługowych już blisko ćwierć wieku pracują w polskich lasach i współpracują z leśnikami. W mojej ocenie warto jakoś jednoznacznie nazwać ten zawód. Bo ani „zulowiec”, ani tym bardziej „zulus” nie są sympatycznymi określeniami. Dziś pracownik zula wykonuje różne zadania i raz jest drwalem i pracuje piłą lub siekiera, innego dnia wsiada do ciągnika i jest zrywkarzem, czasem także operuje wykaszarką lub nawet siada w kabinie harwestera. Dlatego dobrze byłoby w zasobach pięknego, polskiego języka wyszukać nazwę dla ludzi od najtrudniejszych zadań wykonywanych  w lesie. Bardzo Was proszę o pomoc i pomysły na ciekawą nazwę dla „leśnej piechoty”. Napiszcie co sądzicie o trafnym nazwaniu tego trudnego zawodu. Według mnie zasłużyli sobie solidną pracą, na to, aby ich jednoznacznie i ładnie nazywać. Najciekawsze podpowiedzi postaram się nagrodzić drobnym upominkiem z szafy leśniczego. Czekam na Wasze pomysły i propozycje w komentarzach i pod stałym adresem :

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

22:57, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
środa, 01 października 2014

Zupełnie niedawno, bo przecież w 1979 roku pierwsza klasa Technikum Leśnego w Rogozińcu licząca 45 osób zaczynała przygodę z lasem i życiem, które niebawem stało się dorosłe. Przyjechaliśmy z różnych miast, a głównie wsi i leśniczówek do małego Rogozińca zagubionego w zielonogórskich borach i szybko staliśmy się zgraną paką.

Wojskowy dryl życia w szkole i internacie: ranne i wieczorne apele, gdzie odczytywano służby i sprawdzano stan uczniów, obowiązkowe mundury, poranna zaprawa fizyczna i ogólnie „zimny wychów” polegający nie tylko na dostępie do ciepłej wody najczęściej raz w tygodniu, scementowały nas w zgraną społeczność, która istnieje do dziś. Spotkaliśmy się w miniony weekend w lubuskim Łagowie, bo już tam bywaliśmy:

Ależ zgrabne chłopaki: od lewej Witek, obok ja, potem Rysio, który jest teraz ciałem pedagogicznym w TL Rogoziniec i Miras. Spoglądamy na tej fotce na cały świat i Łagów z góry…Tym razem jednak nie wskrobaliśmy się na basztę Zamku Joannitów, lecz na skarpę nad jeziorem, aby pstryknąć pamiątkową fotkę 30 lat po maturze:

Spójrzcie jak było dawniej. Przecież w zasadzie się nie zmieniliśmy!

Łysy już wtedy miał niewiele włosów i apetyt taki sam jak dziś, Świder ma wciąż ten sam zaraźliwy śmiech, a Bronek podobnie skubie wąsy. Dawniej przy każdej okazji pędziliśmy na boisko i wuefista Wacek nie musiał nas tam zaganiać:

Dziś jednak chętniej zajęliśmy pozycje przy stole:

Spotkanie absolwentów po 30 latach od ukończenia szkoły zorganizował Witek przy mojej niewielkiej pomocy i to on powitał wszystkich:

Dawniej tylko o zwierzakach i polowaniu  potrafił gadać godzinami, ale teraz bardzo zgrabnie rozpoczął spotkanie przybyłych na to przemiłe spotkanie „drabów i mądrawych chłopaczków” oraz wyściskał, a reszta oczywiście poszła za jego przykładem,  Elę i Anię, które pojawiły się w obstawie małżonków:

Trzecia z klasowych dziewczyn, Violetta nie dojechała na spotkanie. Do Łagowa dotarło 21 absolwentów z rocznika, przez który przewinęło się 50 osób! Większość z nieobecnych przesłała pozdrowienia i solenne obietnice pojawienia się na kolejnym spotkaniu.

Połowa naszego rocznika to świetni leśnicy, pracujący na różnych stanowiskach, od podleśniczego po dyrektora regionalnego. Kilka osób pracuje w branżach bliskich leśnictwu, są nauczyciele, oficerowie, rolnicy, przedsiębiorcy. Leśna szkoła wyprowadziła nas na ludzi i mile wspominamy wspólne 5 lat wypełnione nauką, życiem w internacie, praktykami i wieloma niezapomnianymi wydarzeniami. Klasowe dziewczyny nie poszły w las, ale są bardzo zadowolone z wybranej drogi. Tak jak Świder, który jeździ taksówką po Berlinie czy Lechu, który ma poważną firmę budowlaną. Wspólnym opowieściom, wspomnieniom i żartom nie było końca:

Spotykamy się w tym miłym gronie co pięć lat oraz na zjazdach całej szkoły, ale wszystko wskazuje na to, że zwiększymy częstotliwość, bo dopiero bladym świtem zakończyliśmy klasowe wspomnienia.

Pomimo tego, że pracujemy i żyjemy w sporym rozproszeniu, rozrzuceni po różnych dyrekcjach, nadleśnictwach i nawet krajach Europy, wciąż jesteśmy jedną, tą samą paką co dawniej. Jak widać w leśnych szkołach uczą nie tylko sztuki zarządzania lasem i przyrodą, ale też dobrze kształtują ludzkie charaktery. Choć nie było to zbyt trudne zadanie, bo rocznik 1984 jest wyjątkowy i wybitny…

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

 

 

23:17, lesniczy.lp
Link Komentarze (2) »
czwartek, 25 września 2014

Wczoraj pierwszy przymrozek pobielił poranek i potwierdził to, co widać na ściennym kalendarzu. To już jesień. Wprawdzie jest jeszcze dość ciepło i słońce w dzień przebija się znajomo przez szare chmury to jednak lato mamy już za sobą. Pośród ptaków wielkie poruszenie i na niebie ruch jak w zatłoczonym mieście. W lesie pojawiają się już kolory jesieni, a na pszczewskich jeziorach pływają majestatycznie żółte liście:

Jesień objawia się też charakterystycznie na leśnych drogach, gdzie pojawiło się już błotko i kałuże:

Choć czasem można też trafić na solidne błocko, o czym przekonał się we wtorek operator harwestera. W moim leśnictwie mam kilkanaście „wysp” lasu położonych pośród pól. Trudno w nich gospodarzyć, bo wiosną na dojazdach do nich jest bardzo mokro, latem są zasiane pola i prace leśne mogłyby spowodować szkody w uprawach. Jedyna możliwość wykonania tam zabiegów to wczesna jesień, gdy rolnicy sprzątną już zboża i ziemniaki. Jednak próba dotarcia do takiej „wyspy” drogą pewnie dawniej wyznaczoną  przez geodetę na mapie skończyła się utopieniem harwestera w błocku:

Droga dojazdowa z daleka wyglądała niewinnie:

Jednak niewielkie zaniżenie skryte w wysokiej trawie „wsysło” wielki harwester i wieki ciągnik z wciągarką kilka godzin targał go na „suchy ląd”. Trzeba było szukać innej możliwości dojazdu, bo przecież zaplanowany zabieg trzebieży musi być wykonany. Udało się i to ostatni moment, bo gdy zaczną się obfite opady, to już nie będzie szans na dotarcie tam i wywiezienie drewna do drogi wywozowej.

Potem ciągnik z przyczepą samozaładowczą wywoził drewno inną drogą, przecinającą pola z wykonana już podorywką:

Stos trzymetrowych kłód szybko rośnie i niebawem wyjedzie do odbiorcy:

Aby nie było kłopotów z wywozem drewna ale też z wypełnianiem innych funkcji leśnych dróg, należy o nie bardzo dbać i systematycznie naprawiać.

Wczoraj pojawiła się u mnie firma, wyłoniona w przetargu, która rozpoczęła  remontowanie 14 kilometrów leśnych dróg. Wielki spychacz na gąsienicach rozpoczął profilowanie dróg, a zachowanie właściwego kąta nachylenia drogi ułatwia mu zamontowany w maszynie laser:

Potem na drogę wjeżdża równiarka i wielki walec:

Dziś przez wiele godzin prowadziłem też w terenie uzgodnienia z projektantem, który rozpoczął zlecone przez nadleśnictwo prace nad budową nowej, utwardzonej kamieniem drogi, spinającej dwie drogi powiatowe. Wokół lasów mojego leśnictwa aż roi się od ograniczeń tonażu dla ciężarówek, jedna droga jest też wyłączona z ruchu prze wiadukt, gdzie mieszczą się tylko samochody do 3,5 metra wysokości.

Aby dobrze zagospodarować potrzebne wszystkim drewno trzeba udostępnić las do jego pozyskania. Taka nowa droga będzie także służyć do celów przeciwpożarowych i turystycznych, stąd przy jej projektowaniu trzeba nieźle nałamać sobie głowę, aby pogodzić wszelkie interesy no i stosować się do bardzo szczegółowych przepisów budowlanych i drogowych. Uzgadnialiśmy dziś poszerzenia, niwelację terenu, przepusty, mijanki, zjazdy. Wskazałem też stanowiska cennych roślin i drzewa o dużych rozmiarach, które nie mogą zostać uszkodzone podczas budowy drogi.

Kiedy projektant pojechał do końca dnia odbierałem zakończone prace leśne: pielęgnacje, zabezpieczenia upraw przed zwierzyną, naprawy ogrodzeń. Niepostrzeżenie kończy się pierwszy jesienny miesiąc…

Kiedy wracałem do leśniczówki drogą przez pola zobaczyłem jakąś kotłowaninę w krzewach czarnego bzu. To jastrząb gołębiarz polował na sójki. Ganiał je uparcie, ale żadnej nie udało się mu schwytać. Udało się go jednak złapać w obiektyw, choć niestety, niewiele widać na fotce:

Zamętowi spokojnie przyglądała się kura bażanta, która wyszła na skraj leśnej drogi z młodzieżą:

Okoliczne gęste młodniki są dla nich bezpiecznym schronieniem, dlatego często widuję je w tej okolicy. Od kilku lat jednak nie spotykam już kuropatw, a wielka szkoda, bo to takie sympatyczne ptaki.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

22:37, lesniczy.lp
Link Komentarze (7) »
niedziela, 21 września 2014

Dziś korzystając w pełni z uroków niedzieli wybrałem się do niedaleko położonych Mniszek. Znajduje się tam dawny folwark zbudowany w malowniczej dolinie rzeki Kamionki o dużej wartości przyrodniczej. Stanowi ona część Pszczewskiego Parku Krajobrazowego, a w Mniszkach, w obiekcie dawnego folwarku od 2007 roku działa  Centrum Edukacji  Przyrodniczej i Regionalnej. Dzieje się tu przez cały rok wiele ciekawych rzeczy. Jednak sztandarową imprezą w Mniszkach jest doroczne Wielkie Smażenie Powideł:

Można tam obserwować proces smażenia powideł, naturalnie kosztować ich wybornego smaku no i zakupić oryginalny produkt:

Z racji tego, że Mniszki znajdują się na pograniczu Wielkopolski i Ziemi Lubuskiej, a z Poznania dzieli je odległość ok 90 km były tam tłumy ludzi. To bardzo sympatyczne, że tak niewielka miejscowość potrafi zostać gospodarzem tak dużej i tez niezwykłej imprezy. Dzieje się tam wiele ciekawego, są wydarzenia artystyczne: tańce, śpiewy, prezentacje. Prowadzący imprezę Jacek Hałasik opowiadał poznańską gwarą wiele zabawnych historii i większość z nich związana była z kuchnią:

Bo mocną stroną tej imprezy jest promowanie tradycyjnej, zdrowej kuchni poznańskiej, opartej na naturalnych składnikach. Wiele z nich pochodzi też z lasu. W sklepie kolonialnym ze zdrowymi produktami można było zobaczyć taką oryginalną makatkę, pochodzącą z jednego z okolicznych gospodarstw:

Możliwość skosztowania ciekawych, skądinąd prostych potraw jest magnesem przyciągającym do niewielkich Mniszek tłumy ludzi:

W ofercie oprócz powideł, dżemów i soków z owoców z lasu oraz sadu było wiele ciekawych potraw. Czy wiecie co to szare kluchy, plyndze, szagówki?

Wielkopolanie znani są ze swojego zamiłowania do pyr, bo tak poznaniacy nazywają ziemniaki. Nie dziwi więc fakt, że jedną z najbardziej popularnych potraw w tym regionie są  szagówki. Składają się one głównie z ziemniaków, podobnie jak znane wszędzie kopytka. Nazwa szagówki pochodzi od sposobu krojenia klusek na szagę, czyli na ukos. Od klasycznych kopytek różnią też tym, że są bardziej miękkie.

Szare kluchy poznańskie nazywane również "ćpanymi". Nazwa ta pochodzi od poznańskiego gwarowego słowa „ćpa” czyli rzucać, ponieważ masę ziemniaczaną zrzuca się łyżką do gotującej wody z pokrywki. Dawniej uważano szare kluski za danie dla uboższych warstw społecznych, dzisiaj są one serwowane do nawet wykwintnych drugich dań zamiast ziemniaków. Podawane są jako drugie danie obiadowe – okraszone przetopionym boczkiem wędzonym z cebulką i zasmażaną kwaszoną kapustą. Ulubioną kapustą poznaniaków jest jednak kapusta modra. Podaje się ją np. do pyz ziemniaczanych z sosem, które także robiły furorę w Mniszkach.

Z kolei plyndze to pyszne placki ziemniaczane i do stoiska z nimi, jak i do innych, ustawiały się dłuuuugie kolejki.

Impreza w Mniszkach to także ocalenie od zapomnienia, promowanie i pokazy ginących zawodów. Można było tam zobaczyć: lepienie garnków, kucie żelaza, wyplatanie koszyków, wyrabianie powrozów i sieci rybackich, biżuterii, ozdób ze słomy, koronek, szydełkowanie, wyrób świec, pranie tarką, oddzielanie śmietany od mleka, noszenie siuńdami wody, cięcie rzemyków, robienie masła i pracę pszczelarzy.

Już przy wejściu do folwarku witał wszystkich kataryniarz z małpką siedzącą na oryginalnym instrumencie:

Nieco dalej spotkałem kowala Janka Iwanowskiego z moich rodzinnych Brójec, który przy pomocy kolegi też Janka, każdemu chętnemu kuł podkówki z imieniem, oczywiście  na szczęście:

Janek, dziś znakomity kowal, kontynuujący tradycje rodzinne, to dawny, wieloletni pracownik leśny. Jednak to nie jedyny leśny akcent w Mniszkach.

Nadleśnictwo Bolewice, które od dawna współpracuje z CEPiR w Mniszkach na wielu polach, przygotowało stoisko poświęcone żywicowaniu sosny. Żywiczarz to piękny, ciekawy i już w zasadzie zaginiony zawód. Przecież żywicowanie sosen w polskich lasach na skalę gospodarczą zakończono w 1994 roku. Pisałem o tym wcześniej, bo w maju 2012 roku  na blogu tu: http://lesniczowka.blox.pl/2012/05/Zywica-z-naszych-borow.html

Namiot leśników z Bolewic stanął obok stałej wystawy leśno-przyrodniczej funkcjonującej w Mniszkach i wciąż otaczał go tłumek zainteresowanych:

Specjalista hodowli lasu Jacek, wspierany przez stażystkę odpowiadał na liczne pytania związane z lasem i przeprowadził wiele konkursów dla licznych zainteresowanych osób w różnym wieku:

Z kolei leśniczy Maurycy przekazywał praktyczną wiedzę o zawodzie żywiczarza, narzędziach używanych do żywicowania i sposobach żywicowania.

Opowiadał bardzo barwnie, ciekawie i z wielką znajomością rzeczy. Wokół spały założonej na sosnowej kłodzie przywiezionej do Mniszek z bolewickich lasów wciąż stała grupa osób zainteresowanych tajemniczą sztuką żywicowania. Bo oprócz opowieści leśniczego Maurycego i obserwacji pracy autentycznego żywiczarza, który m.in. pokazywał jak prawidłowo zakładać spałę żywiczarską:

Każdy mógł sam spróbować wykonać nacięcie pod odpowiednim kątem i na dobrą głębokość. Okazało się, że wymaga to sporej siły i wielkiej precyzji, ale pomimo tego już po krótkim czasie spała pokryła się nacięciami:

Kto spróbował kontaktu z narzędziami żywiczarza i wysłuchał porad leśnika z podziwem spoglądał na ten unikalny zawód. Wiele osób zabrało sobie ze stoiska leśników specjalnie przygotowaną broszurę mojego autorstwa o historii żywicowania. Wsparłem w ten sposób kolegów z sąsiedniego nadleśnictwa, którzy poświęcili  wiele czasu i pracy pod fachowym okiem zastępcy nadleśniczego Grzegorza Roszkowiaka po to, aby ludzie poznali bliżej ginący zawód żywiczarza:

Z wielką satysfakcją obserwowałem wielkie zainteresowanie zawodem żywiczarza i sympatię z jaką uczestnicy Wielkiego Smażenia Powideł w Mniszkach przyjęli zaangażowanie leśników. A bursztynowa żywica o balsamicznym zapachu okazała się równie atrakcyjna jak pyszne, śliwkowe powidła.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

23:21, lesniczy.lp
Link Komentarze (6) »
wtorek, 16 września 2014

Pisałem niedawno o targach Ekolas i przeglądałem dopiero dziś materiały, które przywiozłem z targowych stoisk, bo wcześniej nie było wolnej chwili. Gazety i czasopisma, foldery i publikacje- wszystkie ciekawe i pożyteczne. Oglądałem też efektowny, ciekawy i kolorowy album jednego z zielonogórskich nadleśnictw. Piękne, przyrodnicze zdjęcia były bardzo ładne ale nagle zorientowałem się, że w tym pięknym albumie promującym nadleśnictwo nie ma ani jednego leśnika!

Skąd ludzie nie związani z lasem mają nas znać i wiedzieć czym się zajmujemy? Podobnie jest też na stronach internetowych nadleśnictw: krajobrazy, zwierzęta, rośliny, a ludzi generalnie mało. Jak już pojawia się leśnik, to w wyjściowym mundurze, na galowo- krawatowo…

Dlatego dziś o konkretach czyli co leśniczy robi w lesie początkiem jesieni?

Wiele osób myśli, że całymi dniami głównie zbiera grzyby lub nadzoruje „działalność”  grzybiarzy. Przełom sierpnia i września to czas kumulacji wielu ważnych prac. Kończy się cykl obserwacji lotu barczatki i brudnicy mniszki. To pora zbierania pułapek feromonowych na mniszkę i ostatecznego wypełnienia specjalnego formularza, z którego wynika dynamika tegorocznej rójki. Początkiem września intensywnie ruszają prace związane z pozyskaniem drewna, szczególnie pochodzącego z cięć sanitarnych i leśniczy teraz wyszukuje drzewa zasiedlone przez owady, pod których korą można zobaczyć żerowiska larw.

Larw owadów szuka się także w ziemi, bo wrzesień to czas kontroli występowania pędraków chrabąszczy. Znamy wszyscy chrabąszcze i kojarzymy je z ich majową rójką w maju:

 

Występują u nas dwa gatunki chrabąszcza- majowy i kasztanowiec, bardzo do siebie podobne,  odznaczające się dużą zmiennością osobniczą i nieznacznie różniące się w wyglądzie. Istotnym problemem dla leśników są żerujące przez lata pod ziemią pędraki - larwy chrabąszczy. Pędraki obu gatunków są w zasadzie identyczne: brudnobiałe, tłuste, workowate larwy, silnie łukowato wygięte o żółtobrunatnej głowie. Osiągają długość nawet do ponad 6 cm i przechodzą 3 stadia rozwojowe. Oto pędraki dwuletnie:

Pędraki żyją sobie bezpiecznie pod ziemią przez cztery lata, żywiąc się korzeniami początkowo traw, potem drzew, w miarę swojego wzrostu dobierając się do coraz grubszych korzeni, stanowiąc ogromne zagrożenie nie tylko dla upraw, ale też młodników! Często wyrządzają też istotne szkody w ogrodach i sadach. Ostatnią zimę cyklu rozwojowego spędzają  pod ziemią w postaci imago- owada doskonałego, w którego po przepoczwarczeniu zamienia się tłusty pędrak. Walka z nadmiarem chrabąszczy  jest bardzo skomplikowana i wymaga od leśników dużej wiedzy oraz wyobraźni. Pędrakom, które żyją pod ziemią niewiele można zrobić.

 Cała sztuka walki z chrabąszczem polega bowiem na tym, aby podejmować ją w czasie rójki, raz na cztery lata. Ich liczebność można ograniczyć wtedy, gdy trafimy z zabiegiem chemicznym na moment kiedy samice opuściły już podziemne schronienie, ale nie zdążyły jeszcze złożyć jaj. Czasami  jest to zaledwie kilka dni, a przecież jest o co walczyć, bo  jedna samica potrafi znieść do ziemi do 80 jaj, z których wylezie 80 żarłocznych pędraków! Generalnie jednak chodzi nie o całkowite zniszczenie  populacji chrabąszcza, a na utrzymaniu jej na poziomie, który nie będzie zagrażał trwałości lasów.

 

Problem pędraków nasilił się wraz z upadkiem dawnych PGR i pojawieniem się dużych obszarów nieużytków. Chrabąszcz majowy preferuje raczej żyzne grunty porolne na styku z drzewostanami liściastymi, kasztanowiec jest związany z lasem i siedliskami borowymi. Z racji tego, że na terenie zachodniej Polski oba te gatunki występują łącznie i szczepy są wymieszane, można pędraków spodziewać się wszędzie: na porolnym zalesieniu i na uprawie zakładanej po zrębie w głębi lasu.

Dlatego przed założeniem uprawy, a nawet przed wykonaniem poprawek w uprawach, gdzie nastąpiły duże wypady sadzonek, kopie się doły próbne o wymiarach 0,5m x1m i szuka się pędraków na głębokości nawet ponad 0,5m. Właśnie teraz, we wrześniu leśniczy wyznacza minimum 6 dołów na hektar przyszłej uprawy i bada stopień zapędraczenia gleby, określony specjalną normą. Znalezione pędraki przesyłane są do analizy do Zespołu Ochrony Lasu, który określa ich gatunek (bo jest wiele gatunków chrabąszczy, nie tylko majowy i kasztanowiec, ale np. guniaki, kwietnice, ogrodnice itd.) i ich wiek, a także wydaje zalecenia do dalszego postępowania. Rójka w moim leśnictwie będzie w przyszłym roku, a zatem w dole kontrolnym można znaleźć poczwarki chrabąszczy:

lub imago, czyli owady doskonałe, bo często w tej formie owady zimują przed wiosenną rójką.

Poszukiwanie pędraków to pracochłonna sprawa. Trzeba wykonać szkice rozmieszczenia dołów, wypełnić specjalne formularze i oznaczyć pojemniki wypełnione mocno nasyconym roztworem soli, gdzie umieszcza się pędraki. Sól  konserwuje znalezione pędraki, umożliwiając ich analizę pracownikom ZOL. Leśniczy musi także dopilnować dokładnego przeszukania gleby, bo czasem jest sporo dorodnych, starszych  pędraków:

ale innym razem trzeba dobrze wytężać wzrok, aby zobaczyć niewielkie, jednoroczne larwy.

Wrzesień to także czas ostatnich pielęgnacji upraw i leśniczy musi sprawdzić wiele hektarów najmłodszego lasu, aby pozostawione chwasty nie doprowadziły zimą do zaparzenia sadzonek. Dlatego w lesie słychać jeszcze wykaszarki:

Huczą też potężne ciągniki, które ciągną za sobą rozdrabniacze kruszące pniaki, gałęzie i chrust na zrębach, które wiosna staną się uprawami leśnymi:

Niebawem rozpoczną się orki i będzie unosił się zapach świeżo wzruszonej, leśnej ziemi. Leśniczy musi wszystkiego dopilnować, wybrać odpowiedni sprzęt do zabiegu, rozliczyć wykonane prace i wszędzie zajrzeć :

 

Wciąż jadą też samochody z drewnem i to także pochłania mnóstwo czasu, bo przy każdym z nich musi czuwać leśniczy, a czasem wrześniowe deszcze opóźniają wyjazd z lasu:

Wczoraj cały dzień wypełniło mi oznakowanie odcinków dróg, które niebawem będą naprawiane. Zanim jednak wjadą do lasu równiarki:

muszę dokładnie przemyśleć i zaplanować prace, bo do remontu mam kilkanaście kilometrów leśnych dróg. To spory wydatek publicznych pieniędzy i nie można ich przecież dosłownie wyrzucić w błoto, tylko wydać z jak największym pożytkiem dla lasu i ludzi.

Dziś był dzień sprzedaży detalicznej i było wielu chętnych na drewno opałowe. Sprzedałem blisko 100 m3 wałków i gałęzi, a jutro trzeba je wydać z lasu. Rano będzie „nalot” samochodów z kilku firm po papierówki. Niebawem pojawi się też rębak rozdrabniający drewno przeznaczone na płyty wiórowe i zaczniemy zabezpieczanie upraw przed zwierzyną.

Dziś późnym popołudniem obrywałem w sadzie ostatnie brzoskwinie, a mój telefon wciąż dzwonił w kieszeni, bo to kierowcy umawiali się na jutrzejsze wywozy. Jutro po 6 rano ruszam do pana Leszka, a potem przyjeżdżają trzy inne samochody. Założyłem nową rolkę papieru do drukarki rejestratora, bo wydrukuję pewnie sporo kwitów wywozowych:

Czeka mnie też  spotkanie z kilkoma „gałęziarzami” i wprowadzenie drwali na kolejną trzebież…

Las staje się coraz bardziej kolorowy, rankiem snują się mgły i słychać głosy odlatujących ptaków. Niebawem zaczną ryczeć jelenie. To już jesień.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

23:04, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
czwartek, 11 września 2014

Ostatnie deszczowe dni stały się przyczyną solidnego rozmiękczenia leśnych dróg i kłopotów kierowców wywożących drewno z lasu ale też spowodowały wysyp grzybów w lesie. Pojawiło się w lesie mnóstwo owocników różnych grzybów, także tych bardzo chętnie zbieranych przez grzybiarzy. Wzrost i rozwój pięknych owocników grzybów kapeluszowych zależy od gatunku drzewa, pod którym rosną ale także od wilgotności gleby, powietrza i temperatury. Gdzie szukać takich pięknych borowików?

Borowik współżyje z różnymi drzewami i pojawia się w lesie w różnych miejscach. W czerwcu znajdziemy go w dąbrowach, jest wtedy gruby, twardy, ale najczęściej  robaczywy. Gdy jest sucha jesień, borowik rośnie w zasadzie tylko w żyznych buczynach i dąbrowach, a gdy jesień jest ciepła i mocno roszona deszczami jak niedawno znajdziemy go na żwirkach borów sosnowych pomiędzy łanami szarych porostów lub zielonymi poduszkami mchów. Późną jesienią, gdy jest mało ciepła, rośnie wprost na leśnych drogach  lub nasłonecznionych skrajach borów. Właśnie w tej chwili lepiej szukać borowików na skrajach lasu, a gdy w pobliżu rosną brzozy jest szansa, że w pobliżu borowików pojawią się czerwone koźlarze:

Grzyby, które widzicie na fotografii  znalazłem dzisiaj na leśnych drogach. Koźlarz czerwony, zwany krawcem lub szewcem, pyszni się swoją urodą najczęściej pośród bieli pni brzóz i lubi nasłonecznione skraje lasu. Często spotkacie go w szpalerach brzóz sadzonych w celach przeciwpożarowych wzdłuż leśnych dróg.

Dość długo utrzymuje się wysyp żółciutkich kurek i można ich nazbierać do woli, naturalnie gdy wiemy gdzie ich szukać. Kurki często rosną w zaniżeniach terenu, na liniach oddziałowych, najczęściej znajdziemy je w pobliżu sosen, szczególnie tam, gdzie rośnie mech i łany borówki czarnej. Choć piękne i wyjątkowo duże kurki rosną w dębach  i bukach. Są wtedy jaśniejsze, bledsze niż te rosnące pośród sosen i trudniej je wypatrzyć pośród suchych liści. Jednak ich rozmiary kuszą zbieraczy i amatorów jajecznicy z kurkami. Choć czasem i w sosnach można zebrać spore żółte owocniki:

Na skrajach sosnowych młodników znajdziecie teraz mnóstwo pysznych maślaków:

Niektóre gatunki grzybów preferują także określoną glebę. Jedne wolą kwaśną, a inne, jak znana powszechnie „sowa”, czyli czubajka kania rośnie na wapiennym podłożu. Spotykam ich teraz mnóstwo w brzezinach lub drzewostanach z udziałem robinii akacjowej. Są pyszne i często zastępują tradycyjnego „schaboszczaka” amatorom bezmięsnych dań.

Ale co mnie szczególnie cieszy pojawiły się licznie rude rydze:

Bardzo lubię zbierać rydze, które rosną zazwyczaj w młodnikach sosnowych, czasem świerkowych, szczególnie na ich skrajach lub poboczach leśnych dróg. Każdy kto raz zbierał rydze i zwróci uwagę na towarzyszącą im roślinność, zawsze nawet w nieznanym lesie potrafi bezbłędnie odszukać „rydzowe miejsca” i cieszyć się potem ich widokiem. No a potem rozchodzi się po kuchni  cudowny aromat rydza smażonego na klarowanym maśle…

Zachęcam do wyprawy z wiklinowym koszem i przypominam, że do lasu najlepiej wybrać się pieszo lub rowerem. Skoro jedziemy na grzybobranie autem możemy poruszać się po lesie tylko drogami dopuszczonymi do ruchu oznakowaniem i parkować auto tylko w miejscach wyznaczonych i oznaczonych:

Przypominam także podstawowe zasady:

Jak zbierać grzyby?

Pierwsza kardynalną zasadą jest zbieranie tylko znanych nam owocników grzybów. Unikniemy wtedy zatrucia na pozór apetycznie wyglądającymi grzybami. Zbieramy tez tylko owocniki zdrowe, nieuszkodzone i młode, ale nie zbyt młode, bo wtedy trudno rozpoznać gatunek grzyba. Pozostawiamy w nienaruszonym stanie grzyby niejadalne, nieznane nam oraz osobniki stare, o dużych rozmiarach, które pozostawiamy jako „nasienniki”. Nie dajmy ponieść się dziwnej mani, podsycanej w mediach, polegającej na biciu rekordów w wielkości owocników. Nie lepiej zrobić fotkę takiego owocnika i pozostawić go w lesie? Najczęściej są i tak robaczywe. Wiecie dlaczego grzyby są robaczywe? Te „robaki”, które dziurawią nasze grzyby, szczególnie te z letnich zbiorów to larwy (czerwie) muchówek. Właśnie w grzybach przechodzą część swojego rozwoju.  Warto także pamiętać, że owocniki grzybów to żyjące organizmy, które nawet po zerwaniu nadal rozwijają się i oddychają wydzielając dwutlenek węgla i wodę. Dlatego bardzo ważne jest prawidłowe przechowywanie owoców grzybobrania. Najlepsze są szerokie, wiklinowe koszyki, a nie plastikowe wiadra, torby czy woreczki. Warto zakupić piękny koszyk, bo posłuży latami i przyda się także do sadu czy do zapakowania niewielkich zakupów.

 

Nawet najpiękniejsze owocniki szlachetnych gatunków grzybów mogą być przyczyną zatrucia, gdy przechowywane będą w foliowej torebce i ulegną zaparzeniu. W trakcie kilku godzin spacerowania po lesie dochodzi do szybko postępujących procesów gnilnych, najczęściej wywołanych złym przechowywaniem grzybów. Wtedy wydzielają się toksyny, szkodliwe dla naszego zdrowia. Dlatego nawet powszechnie znane kurki mogą nam zaszkodzić, gdy je źle przechowamy.

Wykręcamy czy wycinamy?

To pytanie jest zadawane od niepamiętnych czasów. Powstało zapewne tuż po słynnym dylemacie dotyczącym jaja i kury. Skoro jest tyle gatunków rozmaitych grzybów to spokojnie możemy stosować oba sposoby. Każdy jest dobry stosowany z rozsądkiem. Większe grzyby raczej lepiej jest wyciąć, ze względów praktycznych bo zaoszczędzamy sobie pracy przy czyszczeniu grzybów. Naturalnie nie w połowie trzonu, jak to nieraz widać przy zbiorze podgrzybków w celach zarobkowych. Robimy to jak najniżej, odgarniając dokładnie ściółkę i uważając, aby nie uszkodzić grzybni. Resztka trzonu grzyba szybko zgnije lub zjedzą ją ślimaki.

Grzyby blaszkowe, takie jak kurka czy zielonka lepiej jest wykręcać. Należy je wyjąć z podłoża tak, aby nie uszkodzić trzonu i dokładnie zakryć grzybnię ściółką, aby nie wyschła. Taki owocnik łatwiej rozpoznać co do gatunku, a jest to bardzo istotne, aby wyeliminować pomyłkę zielonki, gołąbka czy pieczarki z  muchomorem zielonawym. Rozpoznaje się go m.in. po pochwie u podstawy trzonu, stąd nie można takich grzybów wycinać. Pamiętajmy, że jeden średni owocnik to dawka śmiertelna dla człowieka.

Grzyby chłoną szkodliwe metale – rtęć, ołów, kadm, dlatego należy unikać ich zbierania w pobliżu wysypisk śmieci i terenów przemysłowych oraz blisko ruchliwych dróg. Od wielu lat trwają też spory naukowców, dotyczące radioaktywności grzybów, szczególnie blisko związane z katastrofą w Czarnobylu. Wiadomo przecież wszystkim, że grzyby gromadzą w sobie niewielkie ilości radioaktywnego cezu. Najmniej gromadzi go borowik szlachetny, choć ma z kolei skłonności do koncentracji izotopu polonu.

Jednak bez obaw, należałoby przecież jeść borowiki w wielkich ilościach, aby uzyskać zagrażające nam stężenie, a przecież większość z nas spożywa grzyby dość rzadko i traktuje je jako smaczny dodatek do zup, mięs, a szczególnie tradycyjnego bigosu.

Chyba wszyscy lubimy zbierać grzyby w  leśnych ostępach, bo to wspaniała okazja do poznawania tajemnic lasu oraz możliwość doskonałego wypoczynku pośród leśnej ciszy. Widać wiele oznak krótkiej jesieni, a zatem korzystajmy jak najszybciej z okazji do grzybobrania. Zapraszam do lasu!

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

22:09, lesniczy.lp
Link Komentarze (6) »
wtorek, 09 września 2014

 

Dziś w służbowej poczcie pojawił się kolejny nekrolog. Jakoś wiele ich ostatnio trafia do mojej skrzynki…  Spodziewałem się tej informacji, bo już wcześniej koledzy informowali mnie o tym przykrym i smutnym zdarzeniu. Może do kogoś, kto spotkał na swojej drodze Zygmunta Jurczyszyna nie dotarła ta wiadomość przesłana przez rodzinę więc ją przytaczam:

Ze smutkiem informujemy, że w piątek 5 września 2014 roku, w wieku 91 lat, odszedł od nas do krainy wiecznych łowów, niestrudzony wychowawca, wieloletni nauczyciel Technikum Leśnego w Rogozińcu, leśnik , praktyk oraz pasjonat łowiectwa

śp. Zygmunt Sylwester Jurczyszyn

Msza święta pogrzebowa zostanie odprawiona we środę 10 września 2014 roku o godzinie  12. 00 w kościele w Rogozińcu, po której nastąpi ceremonia pogrzebowa na cmentarzu w Rogozińcu.

 

Poznałem Go wiele lat temu, gdy rozpocząłem naukę w Technikum Leśnym w Rogozińcu. Uczył tam użytkowania lasu, nawet chemii ale Jego pasją było łowiectwo. Jak dziś pamiętam opowieści o starym rogaczu wychodzącym na żer i o tym jak podchodząc  go o świcie trzeba jednym okiem rozglądać się wokół, drugim patrzeć pod nogi, a trzecim wciąż obserwować rogacza…

Niezrównane były opowieści o skautach i wspomnienia z Anglii no i lekcje jazdy samochodem, choć czy Syrena R-20 przypomina dzisiejsze samochody? Był to leśnik pełen pasji i wspaniały wychowawca, który świetnie potrafił przekazać swoją rozległą wiedzę, budząc podziw kulturą osobistą i klasą.

Zupełnie niedawno, na zjazdach absolwentów wciąż wokół Pana Zygmunta i Jego syna, Huberta Jurczyszyna kłębił się zawsze tłum wychowanków:

 

Hubert także zanim został wieloletnim nadleśniczym Nadleśnictwa Strzelce Krajeńskie był nauczycielem i wychowawcą młodych leśników. Hubert już wcześniej, dużo za wcześnie odszedł od nas w 2010 roku, a teraz Zygmunt Jurczyszyn będzie przemierzał niebiańskie knieje…

Z pewnością jutro, w niewielkim Rogozińcu pojawi się wielu wdzięcznych wychowanków Zygmunta Jurczyszyna, bo był to, choć niedużego wzrostu, Wielki Człowiek…

 Będzie nam Go bardzo brakowało.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

23:02, lesniczy.lp
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45