O tym co w lesie piszczy...
O autorach
RSS
niedziela, 21 grudnia 2014

377min

Ostatni tydzień minął jak z bicza trzasł, bo należało „podomykać” wszystkie rozpoczęte zadania, a pojawiły się także nowe. W moim leśnictwie już od lat jest tak, że trudno znaleźć jeden spokojniejszy dzień. Wciąż pośpiech, sprawa goni sprawę i telefon nieustannie dzwoni. No a w końcówce roku? Trzeba przecież nieustannie liczyć hektary, kubiki drewna i złotówki, aby trafić z wykonaniem zadań w punkt. Na domiar wszystkiego poprzednia sobota i niedziela minęła na „ewakuacji” mojej kancelarii i przygotowaniu jej na wejście ekipy remontowej.

Kucie ścian, szpachlowanie, malowanie, zakładanie nowej wykładziny itp. czynności wymagały przeniesienia gdzieś rejestratorów, komputerów, drukarek, dokumentów, no i ponad 30 worków książek zdjętych z regału. Cały dom w rozsypce. Każdy, kto miał do czynienia z remontem zna smak farby, kurzu i pośpiechu. Gdy w kalendarzu mija połowa grudnia to przecież raczej pora świątecznych dekoracji i choinek, a nie wybierania koloru na ściany, ale cóż, jakoś poszło… Choć jeszcze sporo zostało do zrobienia w kancelarii i szafach z dokumentami, a jeszcze po drodze wypadł wyjazd służbowy.

Gdy wczoraj wracałem po dwudniowej nieobecności do leśniczówki i zamykałem bramę wjazdową spotkałem na podwórzu nietypowego gościa. Coś białego „myknęło” z jednego stosu porąbanego drewna do drugiego. Zobaczyłem wpatrzone we mnie malutkie ślepka ( są w samym środku kadru):

3772

Nie miałem przy sobie aparatu, ale na szczęście udało się szybko ustawić i wykorzystać kamerkę z komórki. Widzicie kogo spotkałem?

3773

To gronostaj! Bielutki jak śnieg (którego wciąż nie ma) i błyskający czarną końcówką ogona. Kilka razy spotkałem gronostaja na drodze do lasu, ale tak blisko leśniczówki jeszcze nie.

Zapewne wielu z Was go nigdy nie spotkało, bo to zwierzątko dość tajemnicze, kiedyś bardzo popularne, dziś coraz rzadsze, znajdujące się pod ścisłą ochroną. Gronostaje można oglądać na wystawach lub w muzeach:

 37711

na żywo jednak spotkać go niełatwo, choć są aktywne także w czasie dnia. Spotkałem się z gronostajami zaledwie kilka razy, choć tyle lat pętam się po lasach i polach. To nasz najmniejszy łasicowaty występujący na terenie naszego kraju. Gronostaja można spotkać w wielu różnych środowiskach. Lubi tereny przywodne, bo tam bytuje podstawa jego diety. Głównym pokarmem gronostaja jest bowiem „szczur wodny”, czyli karczownik ziemnowodny. Pewnie dlatego pojawił się na terenie leśniczówki, bo karczowników u mnie dostatek. Z upodobaniem namiętnie polował na mnie mój jagdterier Amigo, ale przecież od roku go już nie ma… Gronostaje polują także na inne małe gryzonie (głównie myszy i norniki), a także na żaby, jaszczurki, ptaki i ich jaja, a nawet owady.

Potrafią pływać i wspinać się na drzewa, lecz z reguły polują na ziemi lub pod nią. Zwinny, gibki i nieduży gronostaj chętnie wnika w podziemne korytarze karczownika. Jednak chodniki mniejszych gryzoni (np. norników) są już dla niego zbyt ciasne. Ten zapamiętały i niezmordowany łowca drobnych gryzoni poluje także od czasu do czasu na dzikie króliki, a nawet potrafi zadusić młodego zająca.

Nie zawsze jest biały, bo to mistrz kamuflażu. W szacie letniej gronostaj ma czekoladowobrązowy wierzch ciała, a spód biały lub białoróżowy. Trudno go dostrzec z trawach i liściach, ale łatwo go wtedy pomylić z łasicą. Jest jednak od niej nieco większy. Długość jego ciała to 22-29 cm, a masa ciała samców waha się około 300-350 gram. Samice są prawie dwukrotnie mniejsze od samców, podobnie jak u łasicy. Przez cały rok gronostaja od łasicy można łatwo odróżnić po czarnym czubku ogona.

Jesienią, zwykle na przełomie października i listopada następuje zmiana ubarwienia na białe. Ponowna zmiana futra następuje w marcu i trwa około miesiąca. Wtedy można spotkać pstrokate gronostaje. Ze względu na ostatnie, prawie bezśnieżne zimy jego biały kamuflaż raczej się nie sprawdza. Szata zimowa gronostaja ma jednak i zalety. Bardzo gęste futro składa się z miękkich włosów wypełnionych powietrzem( dlatego jest białe) i zapewnia tym zwierzętom świetną ochronę przed zimnem. Obliczono, że na jednym centymetrze kwadratowym futra znajduje się ok. 20000 włosów.

Gronostaje były uważane przez naszych przodków za zwierzęta przynoszące szczęście. Były chętnie hodowane na zamkach, dworach i w różnych siedzibach ludzkich. Dużo lepiej niż koty, które zresztą były wtedy wielką rzadkością, radziły sobie z tępieniem gryzoni. Czyściły budynki z gryzoni, które wyjadały ludziom żywność oraz roznosiły groźne choroby. Tak pisał o gronostaju Włodzimierz Korsak w powieści „Na tropie przyrody” w 1922 roku:

3774

"Trzymają się okolic lesistych lub skalistych, w pierwszych spotkać je można w bliskości błot leśnych, gdzie w wielkich kępach maję swe mieszkania, do których zaraz po ponowie doprowadzić może myśliwego ich podwójny trop skośny. Ilustracja z książki:

3775

Zarówno gronostaj, jak i łasica nad wyraz są odważne i broniąc się, kaleczą mocno; napadają zaś, nawet niezaczepiane, wówczas gdy się zbytnio do gniazda zbliżyć, o czem biedna Hołowaczówna dosadnie się przekonała. Oba te gatunki polują zajadle na wszelki żywe stworzenia, i bywały wypadki zagryzienia sarn i głuszców przez malutką łasice. Zwierzątko uczepione u szyi ofiary i unoszone w pędzie lub locie, przegryzało arterje i zabijało stworzenie o wiele od siebie większe. Łasice spotykają się też często po śpichlerzach, stodołach, a nawet domach mieszkalnych, tam jednak są raczej pożyteczne, tępiąc dużo myszy, a nie przyczyniając innych strat, gdyż mają ten sam zwyczaj co kuny domowe czyli kamionki, że w domostwie, które zamieszkują, szkód ludziom nie wyrządzają, aby ich uwagi na siebie nie zwracać."

 

Gronostaj, a w zasadzie jego futro kojarzy się nam z powagą i majestatem władców duchownych i świeckich oraz Jego/Jej Magnificencją…

To zasługa króla Kazimierza Wielkiego, który nie tylko „zastał Polskę drewnianą a zostawił murowaną”, ale także ustanowił wyjątkowo trwałą tradycję: ubrał rektorów w gronostaje. Rektor do dziś występuje w uroczystych chwilach w stroju reprezentacyjnym – czerwonym lub purpurowym płaszczu z dużym gronostajowym kołnierzem i gronostajowymi wyłogami na mankietach. Mucet (wł. mozzetta) – narzuta sięgająca łokci, będąca częścią stroju duchownych katolickich, także papieża, bywa obszyta futrem gronostaja.

Mój gronostaj z leśniczówki może być jednak spokojny o swoje futerko. Nie mam zamiaru przywdziewać ozdobionej nim mucety. Mam nadzieję, że uda się mi z nim jeszcze spotkać i spokojnie przyjrzeć jego obyczajom, a może złapać w celownik mojego aparatu fotograficznego?

Często wizerunek gronostaja pojawia się w dawnych szlacheckich i królewskich herbarzach. Znamy je jednak także z klasyki malarstwa. To przecież zwierzątko na wieki uwiecznione przez Mistrza Leonardo!

Jednym z najcenniejszych krajowych muzealiów i jedynym dziełem Leonarda da Vinci w Polsce jest „Portret damy z gronostajem”. To obraz olejny namalowany z użyciem tempery przez Leonarda około 1489-90 roku na desce orzechowej. Przedstawia Cecylię Gallerani, kochankę księcia Ludovico Sforzy. Znajduje się w zbiorach Muzeum Książąt Czartoryskich w Krakowie. W 2011 podczas podróży po Europie został ubezpieczony na 300 mln euro! W czasie II wojny światowej obraz da Vinci został zagrabiony przez Niemców. W 1946 r. wrócił on do Polski, a obecnie znajduje się na Wawelu w Krakowie. Pamiętacie pewnie świetny polski film „Vinci” Juliusza Machulskiego z roku 2004? To zabawna historia innej kradzieży…

Trzymane przez modelkę zwierzę przez lata nazywane było łasiczką, a obraz nazywano „Dama z łasiczką”. Potem zostało jednak nazwane gronostajem, co jest raczej bliższe prawdy i ma złożone znaczenie emblematyczne. Grecka nazwa gronostaja-galée zawiera się w nazwisku modelki-Gallerani. Zwierzę jest również czytelnym symbolem Ludovica Sforzy, jej kochanka, nazywanego przez współczesnych „Ermellino” czyli „Gronostaj”. Może w nawiązaniu do prestiżowego Orderu Gronostaja, którego był kawalerem, a może raczej dlatego, że wizerunku tego zwierzątka używał jako swojego godła. Zwierzę obejmowane przez modelkę to może zawoalowane ukazanie brzemienności Gallerani, która w niedługim czasie urodziła Ludovicowi „Gronostajowi” nieślubnego syna – Cesara.

Przez lata słynny obraz poddawany był różnorakim analizom, ale dopiero ostatnie badania Pascala Cotte ujawniły zaskakujące informacje. Przeczytałem o nich na http://www.bbc.com/news

Okazało się, że obraz powstał w trzech etapach. Początkowo kobieta została sportretowana sama, bez zwierzęcia. Jej dłoń była wówczas położona w nieco innym miejscu i nie miała przerzuconej przez ramię niebieskiej chusty. Druga wersja obrazu zawierała już chustę. Dłoń kobiety zmieniła położenie tak, aby mogła głaskać zwierzę. Było ono jednak szare i chude. Dopiero trzecia wersja obrazu przedstawiała białe, muskularne zwierzę o silnych łapkach. Dlaczego mistrz postanowił domalować zwierzę? Sugeruje się, że zrobił to na prośbę kochanki księcia. Miało to zamanifestować ich romans i tym samym pokazać jej silną pozycję. Gdy gronostaj już pojawił się na portrecie, w oczywisty sposób wymagał małego "podrasowania". Książę nie mógł być przecież kojarzony z chudym, szarym zwierzęciem…

Jak widać gronostaj to ciekawe ale też znaczące dla światowej sztuki zwierzę. Jestem bardzo dumny, że pojawiło się na podwórzu mojej leśniczówki. Nie wiem czy zostanie na stałe, bo w poszukiwaniu pokarmu może przebyć dystans nawet 9 km. Nie wiem czy moje kury będą zadowolone, bo gronostaj ma opinię krwiożerczego małego mordercy... Skoro jednak przyzwyczaiły się do kun, które mieszkają od lat nad moim garażem to nie powinno być źle. Groźniejsze są psy i lisy. Gronostaj wzbudził od pierwszego wejrzenia moją sympatię. Poczytałem sobie o nim i podzieliłem z Wami informacjami. To taka mała zaliczka w ramach prezentów „pod choinkę…

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

21:08, lesniczy.lp
Link Komentarze (3) »
sobota, 13 grudnia 2014

376min

Zima w tym roku ociąga się z zasypaniem nas na biało, ale pewnie i na to przyjdzie czas. Oczywiście myślę o zachodniej części kraju, bo wschodnia i południowa Polska poznała już smak zimy. Sam ostatnio przekonałem się jak zróżnicowany mamy klimat. Byłem w czwartek w Warszawie i gdy szedłem popołudniu na dworzec kolejowy naciskałem na oczy wełnianą czapkę, założyłem rękawiczki (choć nie lubię) i zawijałem się szczelnie szalikiem bo arktyczny podmuch zimna był bardzo dokuczliwy.

Gdy po trzech godzinach (z ogonkiem) kolejowego rejsu

37611

wyszedłem z dworca na ulicę w Zbąszynku, powitała mnie zupełnie inna aura. Było ciepło, lekko mżył ciepły deszczyk, a ja szybko chowałem czapkę, rękawiczki i rozpinałem kurtkę. Niezależnie jednak od pogody mamy zimę i już całkiem niedługo rok 2014 stanie się historią. Widać już charakterystyczne dla schyłku roku zdenerwowanie w pracy, szczególnie widać to podczas wizyt w biurze nadleśnictwa. Liczymy skrupulatnie metry drewna, hektary zadań i złotówki planów. Zamykamy umowy z odbiorcami drewna, którzy zwykle czekają na ostatnie dni kwartału z odbiorem zamówionych kubików „tartaczki lub papierówki”. Pomimo tego, że w tym roku wyjechało z mojego leśnictwa już dobrze ponad 400 samochodów, czyli więcej niż 10 tysięcy metrów sześciennych drewna, wciąż umawiają się następni kierowcy.

Zwykle gdy jeszcze na dworze jest ciemno i dopiero zaczyna się dzień, do leśniczego dzwoni przewoźnik drewna z pytaniem: „Panie leśniczy, a drewno u pana wywozowe?” Jest to pytanie praktycznie o jakość dróg w leśnictwie, bo jeżeli teren jest trudny (jak to w lesie), a gruntowe drogi rozmoczone przez nocne opady deszczu lub śniegu, to w jesienno-zimowy poranek trudno ocenić czy leśne drogi są „wywozowe i wyjezdne” no i umówić się z przewoźnikiem. A terminy dostaw drewna, plany pozyskania i strategia prowadzenia cięć nakazują je pilnie wywieźć. Choćby trzeba było „na rzęsach stawać”, drewno musi być wywozowe i tak przygotowane do transportu, żeby przewoźnik wywiózł je z lasu.

3762

Trzeba to wcześniej mądrze zaplanować. Zrywkę drewna (czyli transport od pnia ściętego drzewa do drogi wywozowej) organizujemy w ten sposób, że prowadzimy ją po szlakach operacyjnych i wykorzystujemy naturalne luki w drzewostanie, linie podziału przestrzennego oraz wąskie dróżki. Nie można dopuścić do tego, aby zrywane drewno transportowane było głównymi drogami, które są drogami wywozowymi. Jest to szczególnie ważne wtedy, gdy zrywamy jeszcze czasem drewno metodą wleczoną lub pół podwieszoną, bo ciągnięte przez ciągniki drewno bardzo niszczy nawierzchnię. Coraz powszechniej stosowana metoda nasiębierna ( drewno leży na pojeździe zrywkowym) jest bardziej przyjazna, ale wielkie opony ciągników zrywkowych także czynią szkody w nawierzchni drogi. Po zakończonej zrywce leśnicy muszą zadbać o doprowadzenie drogi do porządku przez zrywkarza: wyrównać koleiny, odrzucić naciągnięte gałęzie i kamienie. Istotne jest także dochowanie podstawowych zasad prawidłowej zrywki. Drewno należy zrywać do dróg wywozowych dostępnych dla pojazdu, który po nie przyjedzie i dostosować jego ułożenie do kierunku wywozu. Ważne jest też, aby układać je w ilościach zbliżonych do co najmniej jednego ładunku pojazdu. Nieprawidłowe przygotowanie drewna, zrywka do dróg o złej jakości i duże rozdrobnienie miejsc załadunku wpływają na dużą penetrację dróg przez pojazdy wywozowe i tym samym niszczenie ich nawierzchni. Trzeba doskonale znać rozkład dróg w leśnictwie i pokierować przewoźnika taką trasą, aby udało się ominąć bagniste dołki, torfowiska i dziurawe, strome, czy piaszczyste podjazdy. A każdy leśnik wie jaki to problem, gdy załadowany pojazd „zarżnie się” w takim miejscu i jak potem wygląda fragment drogi, gdzie trwała „akcja ratunkowa” wyciągania z opresji utkniętego ładunku.

37632

Warto także ściśle określać trasy, którymi przewoźnik może jeździć i nie dopuszczać do korzystania z wszystkich dróg naraz, bo lepiej po wywozie naprawiać jedną czy dwie, niż kilkanaście. Przewoźnicy mają coraz lepsze pojazdy, które jednak nie zawsze przystosowane są do jazdy po gruntowych drogach i w trudnych warunkach pogodowych. A drogi często były projektowane i budowane wiele lat temu, gdy drewno wodził poczciwy „Star” lub „Praga” ładujące max 12-15m3. Dzisiejsze samochody są większe i cięższe, zatem potrzebują innych, znacznie lepszych dróg. Gdy załadowany już pojazd najkrótszą trasą szczęśliwie wyprowadzimy na utwardzoną drogę, sprawa się nie jest zakończona. Wiele dróg publicznych także nie nadążyło za postępem motoryzacyjnym. Stąd liczne ograniczenia dla ciężarówek. Tak jest też w okolicy mojego leśnictwa. Na większości dróg znaki zakazu: 7 ton, 15 ton, wiadukt o wysokości 3,5 m itd.

3764

Pozornie to nie nasz problem, bo sprzedajemy drewno „loco las” i niech kierowca się martwi. Pomagamy jednak kierowcom i nie zostawiamy ich samych z problemami drogowymi. Ale to też do nas miejscowa ludność ma pretensje, że niszczymy drogi, „panie leśniczy, czemu te samochody nadleśnictwa tak nam drogi ryją?” Łatwo o konflikty, a przecież zależy nam na dobrych relacjach ze społecznością lokalną. Przecież leśniczy dla niej i za nią zajmuje się zagospodarowaniem państwowego lasu. Dlatego doskonale zna sieć dróg w swoim leśnictwie i ich połączenie z drogami publicznymi, a dbałość o ich jakość, to jego „oczko w głowie”. Każdy z nas, leśniczych, przejeżdża nimi miesięcznie kilkaset, a bywa, że nawet 2 tysiące kilometrów. Od wielu lat jeździmy w terenie prywatnymi samochodami używanymi do celów służbowych.

3765

Tłuczemy je po bezdrożach i drogach, które najczęściej są gruntowe ( zwykle 70-80% dróg), a tylko mała część z nich jest utwardzona żwirem, tłuczniem lub innym przyjaznym przyrodzie materiałem. Stąd na bieżąco trzeba o nie dbać poprzez drobne naprawy, kopanie odpływów dla deszczówki z niżej położonych miejsc, usuwanie kamieni i gałęzi, a przede wszystkim umiejętnie z nich korzystać. W trakcie prowadzenia cięć trzeba je poszerzać, łagodzić łuki i poprawiać widoczność przy wyjazdach na drogi publiczne. Czasami trzeba wykonywać wyrównywanie i profilowanie dróg gruntowych przy użyciu równiarki i walca,

3766

oraz nawozić najbardziej zniszczone fragmenty kamieniem i żwirem. Nadleśnictwa sukcesywnie inwestują w infrastrukturę drogową w miarę posiadanych środków. Rozbudowują i remontują stopniowo drogi oraz mostki i przepusty. Jest to konieczne z racji udostępnienia lasów do maszynowego pozyskania drewna harvesterami i jego wywozu dużymi, wysoko tonażowymi pojazdami ale też w związku z bezpieczeństwem przeciwpożarowym lasu.

Droga biegnąca przez las, często szeroka, o równej, szutrowej nawierzchni

3767

zaprasza do jego wnętrza i może kojarzyć się z gościnnie otwartymi drzwiami. Już dawni Rzymianie jako pierwsi w starożytnym świecie zrozumieli znaczenie transportu i komunikacji dla istnienia Imperium. Wybudowali ogromną sieć trwałych dróg, niektóre odcinki istnieją do dziś. Wiele z nich biegło przez lasy, udostępniając je dla ludności i zapewniając możliwość swobodnego korzystania z jego dobrodziejstw. To także ważna funkcja dzisiejszych traktów leśnych, a w wielu rejonach dobrze utrzymana i oznakowana sieć dróg może stanowić o walorach turystycznych okolicy. Wiadomo jest przecież, że wiele dróg leśnych to jednocześnie szlaki turystyczne: piesze, rowerowe i konne. Niektóre prowadzą do miejscowości, ośrodków wypoczynkowych, jezior czy gospodarstw agroturystycznych malowniczo położonych w urokliwych miejscach. Warto jednak pamiętać, że ruch pojazdami silnikowymi, zaprzęgowymi i motorowerem w lesie dozwolony jest jedynie drogami publicznymi, natomiast drogami leśnymi tylko wtedy, gdy są one oznakowane drogowskazami dopuszczającymi ruch po tych drogach.

Leśnymi drogami przemieszczają się wciąż ludzie, korzystający w różny sposób z lasu. Czasem zgodnie z prawem, innym razem już nie. Choć coraz częściej mówi się o koniecznej zmianie zasad udostępniania dróg leśnych. Różne są też te leśne drogi. Niektóre, podobnie jak słynna rzymska Via Appia, są szerokie, utwardzone i na mocnych fundamentach. Inne to wąskie, gruntowe dróżki, dukty, prawie ścieżki, wijące się pośród drzew, nieoznakowane i znane tylko niektórym. Sprawna i dobrze zorganizowana sieć drogowa to podstawa gospodarki leśnej, ale też istotny element sprawowania opieki nad lasem. Popularne powiedzenie: „Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu”, tutaj uzmysławia nam, że to leśne drogi mają za zadanie prowadzić ludzi do lasu i zachęcać do racjonalnego korzystania z jego zasobów.

Wielkim problemem dla leśników jest nieuprawnione korzystanie z dróg leśnych, ale zdecydowanie największym zagrożeniem są oczywiście „rajdowcy” w terenówkach, quadach i motocyklach krosowych. Na pewnym forum internetowym, gdzie umawiają się miłośnicy „lewych rajdów terenowych” pewien Marcin zamieścił interesujące zaproszenie: „Drogi leśne nadawają się do rajdów krosowych, leśnicy majom długie utwardzone drogi, po których można super się ścigać…” (pisownia oryginalna) Strach pomyśleć, że można z takim rajdowcem spotkać się na zakręcie, co zdarzało się już leśnikom!

Dobre utrzymanie leśnych dróg to ważne zadanie leśników i często są krytykowani, gdy pojazdy zrywkowe lub wywożące drewno zniszczą okresowo jakiś odcinek.

3768

Choć wiadomo, że leśne drogi do tego służą i są na bieżąco naprawiane. Ze zdumieniem jednak przeczytałem niedawno artykuł w ogólnopolskim dzienniku opatrzony tytułem „Leśnicy kuszą piratów”, w którym dziennikarka zarzuca leśnikom, że niektóre leśne drogi są lepsze i wygodniejsze od miejskich. Prezentuje tam też poglądy, że skoro tak dobre drogi powstały i leśnicy z nich korzystają, nie szkodzi to przyrodzie. A solidne leśne drogi kuszą piratów na ryczących crossach i quadach, którzy rozjeżdżają nasze lasy. Czyli łatwo zauważyć, że wciąż aktualne jest powiedzenie: „tak- źle, ale tak- też niedobrze…”

Cóż, znam wiele asfaltowych dróg w np. słowackich Tatrach i nigdy nie czułem się tam jak w mieście, bo nawet pieszych turystów spotyka się tam niewielu.

Leśne drogi, niezależnie od tego czy wąskie, kręte, gruntowe, czy szerokie i o szutrowej nawierzchni, są dobrze znane leśnikom, ”zulowcom” i przewoźnikom drewna i zachęcają każdego swoją tajemniczością do zanurzenia się w bezmiar lasu. Warto z nich prawidłowo korzystać, najlepiej jednak pieszo lub rowerem. Rajdowcy niech szukają wrażeń poza lasem. Spacerując o każdej porze roku, w ciszy leśną drogą, czy to usłaną różnobarwnymi jesiennymi liśćmi, posypaną bielą ponowy czy przybraną w nieśmiałą zieleń przedwiośnia, warto przyjrzeć się jej najbliższemu otoczeniu. Bo przy leśnych drogach stoją krzyże przydrożne i owiane historią kapliczki, można natrafić na stary drogowskaz,

 37696

kamień milowy lub na pojedyncze cegły ze starej, przydrożnej karczmy. Czasami widać wewnątrz lasu drzewo owocowe, świadczące o istnieniu dawnego domostwa lub wypróchniałe resztki wierzby. Starsi ludzie opowiadają o nich, przekazywane przez przodków legendy, a wiele z dróg, czy ich skrzyżowań, ma oryginalne i intrygujące nazwy, które najczęściej nie wiadomo skąd się wzięły…

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

20:31, lesniczy.lp
Link Komentarze (1) »
sobota, 06 grudnia 2014

Mimo tego, że nikt go chyba nie widział, wszyscy wierzymy w jego istnienie. Niepostrzeżenie wpada z podarunkami przez komin lub dźwiga wór z prezentami, gramoląc się z sań zaprzęgniętych w renifery. Czerwony płaszcz i czapka z białym pomponem, siwe włosy i broda, szeroki pas i wysokie czarne buty. Wielkie spodnie zaciągnięte na jeszcze większy brzuch- to charakterystyczne cechy tego świętego.

 

Dziś Mikołajki – dzień Świętego Mikołaja, który obdarowuje nas prezentami. Kultywowanie tradycji istnienia Mikołaja ma wiele plusów. Dzieciom pozwala rozwijać wyobraźnię i wiarę w Dobro, a nam, dorosłym także pomaga marzyć, a przecież to właśnie marzenia motywują nas do aktywności we wszelkich dziedzinach życia… Prawdziwy Święty Mikołaj pochodził z Miry w Anatolii. Był bardzo szlachetnym chrześcijaninem, a z czasem został biskupem. Mówi się, że otrzymany od rodziców majątek rozdał biednym i potrzebującym. Dlatego jego głównym atrybutem jest hojność i dobroczynność. Święty Mikołaj jest chyba najbardziej znaną i barwną postacią w kościele katolickim, ale też w historii. Swoją popularność zawdzięcza przede wszystkim dobrym uczynkom.

Dobre uczynki kojarzą się nam z choinką, a  z kolei choinki- z leśnikami…

Gdy na telewizyjnym ekranie pojawia się zaprzęg Św. Mikołaja i czerwony nos Rudolfa, a słupy ogłoszeniowe oklejone są ofertami świątecznych pożyczek, to jasne, że zbliża się Boże Narodzenie. Wokół nas unosi się magia świąt i słychać dzwoneczki oraz charakterystyczne „hohoho”. Leśnicy też słyszą często dzwoniący telefon… Bo żaden leśniczy nie jest w stanie przegapić magii świąt. Przypomina o niej ksiądz proboszcz, sołtys i miejscowa nauczycielka. Dbają o to koledzy, znajomi, sąsiedzi. Właśnie wtedy okazuje się jak jest ich wielu. Wpadają zupełnie przypadkowo do leśniczówki lub przez telefon pytają: „Jak w tym roku u ciebie z choinkami? Bo taka prosto z lasu, świeża i naturalna to dopiero coś! Załatwisz?”

Leśnicy nieustannie zachęcają do stawiania w domach żywych ekologicznych choinek, prosto z lasu. Sztuczna choinka jest wygodna, może służyć przez kilka lat i nie wymaga sprzątania. Jednak  sztuczne drzewka zdecydowanie nie są ekologiczne, bo zarówno ich produkcja jak i utylizacja są uciążliwe, a nawet  szkodliwe dla naszego środowiska.

Żywy świerk, sosna czy jodła wypełniają nasze domy zapachem lasu, aromatem żywicy i widokiem najprawdziwszej zieleni.

 

Znam drzewko najśliczniejsze z drzew,

co na tej ziemi rosną;

gdy w polu wiatr śnieżysty dmie,

kwiatuszki jego błyszczą się

i wszystkich darzą wiosną

 

(kolęda ewangelicka, słowa ks. Paweł Sikora)

W wielu kulturach drzewo, zwłaszcza iglaste, jest uważane za symbol życia, odradzania się, trwania i płodności. O tej zdolności odradzania się wspomina nawet biblijna księga Hioba: „Drzewo ma jeszcze nadzieję, bo ścięte, na nowo wyrasta, świeży pęd nie obumrze. Choć korzeń zestarzeje się w ziemi, a pień jego w piasku zbutwieje, gdy wodę poczuje, odrasta, rozwija się jak młoda roślina.”

Chyba nikt dziś nie wyobraża sobie świąt Bożego Narodzenia bez przystrojonego drzewka.

To najśliczniejsze drzewko, czasem z trudem zdobyte tworzy magię świąt i wokół niego gromadzą się ludzie związani ze sobą dobrymi uczuciami. Aż trudno uwierzyć, że zwyczaj ubierania choinki rozpowszechnił się u nas dopiero ok. dwustu lat temu. W niektórych częściach Polski przyjął się dopiero w II połowie XX wieku. W XIX wieku, zwłaszcza wśród górali, ale też szlachty i mieszczan na południu Polski popularny był inny rodzaj wystroju świątecznego. Miał wiele nazw: podłaźnik, podlaźniczka, sad, jutka. Był to wierzchołek iglastego drzewka zawieszany u powały zwykle szczytem na dół, a przyozdabiany orzechami, jabłkami, ciasteczkami. Czasem też zapalano na nim świeczki. Strojeniem zajmowały się głównie dziewczęta, taki był obyczaj. Choć czasem potrzebują pomocy do pracy na wysokościach:

Znacznie starszy jest  słowiański zwyczaj (znany jeszcze z obchodów Święta Godowego) dekorowania snopu zboża, zwanego Diduchem.

Najstarsze historyczne doniesienia o choince, czyli drzewku przyozdabianym na Boże Narodzenie podobno pochodzą z Alzacji. Ślady tego zwyczaju znajdziemy w kazaniach kościelnych. Dotyczyły one ustawiania w domach iglastego drzewka: jodły, sosny lub świerku przybranego jabłkami, orzechami i ozdobami z papieru i słomy. Dawno temu, bo w 1604 r. teolog Dannhauer strofował wiernych z ambony krzycząc, że: „wśród różnych głupstw świątecznych jest także choinka". Zwyczaj ubierania drzewka w czasie świąt Bożego Narodzenia zyskiwał jednak na popularności.

W XIX wieku choinka zawitała do Anglii i Francji, a potem do krajów Europy Południowej.

Na tereny Polski przywędrowała na przełomie XVIII i XIX wieku. W zaborze pruskim propagowali ją pruscy żołnierze i urzędnicy. Najpierw był to obyczaj znany tylko wśród arystokracji. Na dwór królewski choinki trafiły w XVIII wieku dzięki Marii Leszczyńskiej, która została żoną króla Francji Ludwika XV i to ona jako pierwsza udekorowała Wersal choinkami. Zwyczaj ten poznała w… Alzacji, gdzie wcześniej spędziła kilkanaście lat. Z czasem oprócz arystokracji zwyczaj strojenia choinki przejęła także szlachta i mieszczaństwo, a najpóźniej mieszkańcy wsi. W niektórych regionach południowej Polski choinki pojawiły się dopiero po II wojnie światowej.

Istnieje wiele legend związanych z choinkami. Jedna z nich każe uważać za "wynalazcę" choinki św. Bonifacego, zwanego apostołem Niemiec, który zginął z ręki pogan w VIII wieku. Legenda głosi, że św. Bonifacy nawracając na chrześcijaństwo pogańskich Franków ściął potężny dąb, który był dla nich drzewem świętym. Upadający olbrzym zniszczył wszystkie rosnące wokół niego drzewa poza małą sosenką. „Widzicie, właśnie ta mała sosenka – podobno powiedział misjonarz –  jest potężniejsza od waszego dębu. I jest zawsze zielona, tak jak wieczny jest Bóg dający nam wieczne życie. Niech ona przypomina wam Chrystusa”.

Czy tak było naprawdę – nie wiadomo, ale przecież w każdej  legendzie tkwi źdźbło prawdy. Inna z legend mówi, że Bonifacy, aby przybliżyć poganom tajemnicę św. Trójcy, wykorzystywał trójkątny kształt sosny. Neofici zaczęli darzyć szacunkiem to drzewo, będące dla nich swoistą teofanią, czyli objawieniem się Boga w tym szczególnym znaku.

Według innych podań sosna została stworzona jak każde inne drzewo; miała kwiaty, liście i owoce. Ale gdy Ewa sięgnęła po zakazany owoc, liście sosny pomarszczyły się i skurczyły, przekształcając w igły, a kwiaty i owoce przemieniły się w szyszki. Od tej pory tylko raz w roku, w noc Bożego Narodzenia, sosna w cudowny sposób zakwita. Ludzie ozdabiają ją kolorowymi ozdobami i czasem nazywają „bożym drzewkiem”.

Jeszcze inna  legenda głosi, że w noc, kiedy narodził się Chrystus, wszystkie zwierzęta i roślin wyruszyły do Betlejem, aby złożyć dar Nowonarodzonemu. Drzewo oliwne przyniosło oliwki, palma daktyle, tylko mała sosenka nie miała podarunku. Była tym bardzo zmartwiona, a do tego większe drzewa odpychały ją od malutkiego Jezusa. Wtedy stojący najbliżej anioł ulitował się nad nią i nakazał gwiazdom, aby zstąpiły z nieba i ozdobiły jej delikatne gałązki. Kiedy Dzieciątko spostrzegło piękne, iskrzące się drzewko, uśmiechnęło się i pobłogosławiło je. I powiedziało, że odtąd sosna w czasie świąt Bożego Narodzenia powinna zawsze być przybrana światełkami, aby przynosić radość dzieciom.

W naszym kraju najczęściej to świerki i jodły ustawiane są w domach i ozdabiane bombkami oraz lampkami. Ale jak je zdobyć?

Dawniej na wsiach przyniesienie choinki do domu miało cechy kradzieży obrzędowej: gospodarz rankiem w Wigilię udawał się do lasu, a wyniesiona z niego choinka czy gałęzie, "ukradzione" innemu światu, za jaki postrzegany był las, miały przynieść złodziejowi szczęście. To już jednak przeszłość, a wielu z nas ma inne wspomnienia z dzieciństwa jak legalnie choć samodzielnie „zdobywało się” choinkę.

Pamiętam jak wspólnie z ojcem, wyposażeni w sanki i małą siekierkę, ruszaliśmy w przeddzień Wigilii do leśniczówki po choinkę. Leśniczy wypisywał asygnatę, a my ruszaliśmy do lasu wybierać drzewko. Nie był to łatwy wybór, o czym wie każdy, kto samodzielnie w lesie wybierał choinkę. Triumfalny powrót do domu z pachnącym drzewkiem to jedno z najmilszych wspomnień… Teraz nie ma w zasadzie szans na powtórzenie rytuału wycinania choinki i na wyprawę do lasu w wigilijny ranek z synem lub wnukiem.

Dziś choinka jest produktem, towarem, który za sprawą fiskusa pachnie paragonem oraz biurokracją. To czasem kłopotliwy zakup, który nie trąca romantyzmem i balsamiczną wonią lasu. Przeniósł się z leśniczówki do marketów i targowisk. Choć tak jak dawniej, tuż przed świętami lub nawet w wigilijny poranek wielu ludzi stuka do leśniczówki po choinkę prosto z lasu, bo skąd mają wiedzieć, że jej zakup to taka skomplikowana sprawa?

Coraz mniej leśniczych sprzedaje choinki prosto z lasu. Oczywiście różnie to wygląda w różnych regionach kraju. Jednak coraz częściej leśniczowie nie mają czasu na zajmowanie się sprzedażą kilku lub kilkudziesięciu choinek, a to coraz bardziej skomplikowana i pracochłonna transakcja.

Zanim choinki zostaną sprzedane, należy zlecić ich  pozyskanie, a potem pomierzyć je i policzyć. Stają się wtedy produktem, na który leśniczy sporządza WON (wykaz odbiorczy produktów niedrzewnych) i odnosi koszty pozyskania choinki na założoną pozycję planu. Drzewka przywozi się czasem na plac przy nadleśnictwie, a najczęściej do leśniczówki. Klienci wybierają sobie „towar”, leśniczy wystawia i drukuje asygnatę na choinkę oraz paragon fiskalny. Kasuje też należność, ustaloną urzędowym cennikiem, którą musi przed świętami rozliczyć w nadleśnictwie. Często jest to nieduża kwota, ale procedura musi być zachowana. Rygorystyczne przepisy nie pozwalają leśniczym na rozdawanie ludziom choinek.

Cóż by się stało, gdyby każdy leśniczy miał upoważnienie od swojego szefa, aby ze swojego leśnictwa wydać bez paragonu po jednej choince dla okolicznych mieszkańców, przedszkola czy wiejskiego kościółka? To równie cenne i pożyteczne działanie jak głośne medialne akcje. Każdy lubi dostawać prezenty, a leśniczy bez problemu postarałby się o choinki „pod choinkę” bez uszczerbku dla trwałości lasu. Małe sosenki czy świerki wycina się przecież w ramach czyszczeń czy trzebieży. To najśliczniejsze drzewko nie musi być przecież idealne ani ekskluzywne, zakupione za sporą sumę. Ważne, żeby było naturalne i pachnące lasem oraz ludzką życzliwością. Lasy są przecież dla ludzi! To nie tylko pusty slogan reklamowy leśników. Może uda się zmienić dotychczasowe skomplikowane procedury sprzedaży sosenek i świerków uświęconych legendą o Św. Bonifacym. To drzewko może potwierdzić, że lasy rzeczywiście są dla ludzi.  Wtedy z pewnością nie tylko w wigilijną noc, gdy ludzkim głosem przemawiają wszelkie stworzenia, słychać byłoby szmer różnych głosów, potwierdzających, że leśnicy mówią najprawdziwszą prawdę.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

 

23:07, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
środa, 03 grudnia 2014

374min_2

Ojcowie zwykle bardzo kochają swoje córki, a mamy troskliwie dbają o synków. Każdy, kto jest rodzicem wie, że to prawda. Córki leśniczego to jeszcze inna bajka i więź pomiędzy tatą leśniczym, a córką leśniczanką jest szczególnie mocna. Wiem coś o tym…

Zadzwonił do mnie kilka dni temu leśniczy Andrzej z Bogdańca. Poznałem go wprawdzie nie w Bogdańcu ale na zajęciach Akademii Leśniczego w Łagowie ale miło się nam gawędziło. Andrzej z uzasadnioną dumą opowiadał mi o sportowej karierze córki Karoliny.

Karolina Kowalczyk uprawia strzelectwo sportowe i pomimo młodego wieku jest już bardzo utytułowaną zawodniczką, dlatego często pozuje ze złotym medalem:

3741

Posiada dwa rekordy świata i cztery rekordy Polski. Jest srebrną medalistką Mistrzostw Europy indywidualnie i drużynowo, a w drużynie dwukrotnie zdobyła mistrzostwo świata!

3742

Ma stałe miejsce w kadrze naszego kraju i zakłada biało-czerwony dres, ale reprezentuje też barwy WKS Śląsk Wrocław. Nosi żołnierski mundur, ale wcześniej kontynuowała tradycje rodzinne w leśnym mundurze.

Karolina pochodzi z rodziny leśników. Był nim dziadek i brat, a dumny tata Andrzej jest wieloletnim leśniczym leśnictwa Wysoka w Nadleśnictwie Bogdaniec. Andrzej oraz jego brat Włodzimierz także mają swoje sukcesy w strzelectwie. Karolina zaraziła się wcześnie miłością do lasu i pasją sportową, ukończyła Technikum Leśne w Starościnie i rozwijając strzeleckie umiejętności trafiła do wojskowego klubu we Wrocławiu.

„Słowo Sportowe” właśnie ogłosiło plebiscyt na Najpopularniejszego Sportowca i Trenera roku 2014 na Dolnym Śląsku. Karolina bierze udział w tej zabawie i liczy na głosy poparcia jej kandydatury.

Aby zagłosować na leśniczankę Karolinę Kowalczyk wystarczy wysłać sms na nr 7157 o treści gala15 lub GALA.15

Rozstrzygnięcie konkursu nastąpi 9 stycznia 2015.

Andrzej prosił mnie w telefonicznej rozmowie o poparcie kandydatury Karoliny w tym plebiscycie, a ja także gorąco zachęcam Was, aby na nią głosować.

Moje córki Olga i Iga wprawdzie nie uprawiają strzelectwa i nie uczestniczą w plebiscycie, ale wiedzą, że wiele dla mnie znaczą i jestem z nich bardzo dumny. Dlatego rozumiem prośbę Andrzeja i już oddałem głos na Karolinę.

Głosujcie zatem na Karolinę, a ja trzymam kciuki za powodzenie w plebiscycie i dalsze sukcesy sportowe córki leśniczego.

 

Leśniczy Jarek-lesniczy@erys.pl

 

21:49, lesniczy.lp
Link Komentarze (5) »
piątek, 28 listopada 2014


373min
Praca leśnego robotnika zatrudnionego w Zakładzie Usług Leśnych, niezależnie czy wykonywana tradycyjnie, czy z wykorzystaniem nowoczesnych maszyn jest ciężkim kawałkiem chleba. To profesja trudna i niebezpieczna. Wymaga siły fizycznej, odporności na ekstremalne warunki pogodowe i umiejętności radzenia sobie w różnych sytuacjach oraz z różnymi ludźmi. Leśni robotnicy pracują niejako w cieniu mundurowych leśników i raczej rzadko zdarzają się informacje o ich pracy i problemach. A jest ich wiele...

Właśnie rozpoczął się okres rozstrzygania przetargów na wykonanie prac leśnych w poszczególnych leśnictwach wszystkich nadleśnictw kraju. Zdarza się, że przetargi ogłaszane na usługi rozpisane są na najbliższe 2-3 lata. Najczęściej jednak są to kontrakty roczne. To „być albo nie być” dla firm usługowych, których właściciele może nie szukają natchnienia w dylematach opiewanych przez Szekspira, ale martwią się o byt i przyszłość swoich przedsiębiorstw. Mają przecież zaciągnięte kredyty, umowy leasingowe na drogie maszyny, no i lubią pracę w lesie, często wykonywaną od kilku pokoleń. Po rozstrzygnięciu przetargów ogłaszanych zgodnie z ustawą o zamówieniach publicznych podpisywana jest szczegółowa umowa pomiędzy nadleśniczym, a przedsiębiorcą leśnym na realizację prac w nadleśnictwie.

3731

Zakłady Usług Leśnych, czyli”zule” realizują potem zlecane przez leśniczych prace. Od prawie ćwierć wieku to właśnie ZUL-e, a nie nadleśnictwa zatrudniają pracowników leśnych, którzy wykonują trudne i ważne dla bytu lasu prace w lesie. To codzienni, czasem może niezbyt doceniani partnerzy leśników oraz właścicieli innych niż państwowe lasów. Bywa też, że są uważani nie za partnerów lecz raczej za ordynansów. Według encyklopedycznej definicji ordynans- to żołnierz przydzielony oficerowi do pełnienia przy nim służby. Słowo to oznacza także rozkaz, polecenie dla podległych pracowników do pełnienia służby, dyżuru na stanowisku lub posterunku wojskowym.

 

W codziennej współpracy z leśnikami przedsiębiorcy leśni także czasem odnoszą wrażenie, że rzeczywiście są w podobnej sytuacji, jak szeregowiec przydzielony oficerowi do pełnienia służby. Leśniczy ciągle wydaje im polecenia dotyczące różnych zadań objętych umową o świadczenie usług leśnych. Większość prac jest dobrze wyceniona i zaprojektowana, ale niektórych nie sposób przewidzieć. Gdy trzeba wyciągnąć zaryty w błocie samochód z drewnem, czy pilnie oczyścić zatarasowaną drogę, to ZUL jedzie i działa. Czasem nawet nie zagląda do zlecenia i nie sprawdza, czy jest tam każda czynność. Zdarza się, że jest to działanie na telefon- gdy trzeba dogasić pożar, usunąć skutki wichury lub uczestniczyć w ważnej akcji. Dopiero po wykonaniu zleconych zadań wykonawca cierpliwie czeka na zapłatę za wykonaną pracę i liczy na uczciwość oraz honor swojego „oficera” z trzema gwoździami na mundurowych patkach. Ale bez obaw. Leśniczy doskonale wie, że wzajemne zaufanie i dobra współpraca z ZUL-em gwarantuje mu sprawne zarządzanie leśnictwem.

37331
Instytucja ordynansa w wojsku to jaskrawy przykład budowania pewnej hierarchii. Stojący w niej najniżej ordynans często jednak miewał duży wpływ na pozycję i wizerunek oficera. Podobnie jest w leśnictwie. Dużo zależy od wykonawców prac. Najlepszy, świetny gospodarz - leśniczy nie osiągnie dobrych efektów, gdy nie będzie miał kto solidnie wykonywać usług. Rynek usług leśnych, pomimo, że pierwsze „zule” powstawały na początku lat 90 XX wieku, jest jednak mało stabilny. Niebawem kolejne rozstrzygnięcia przetargowe zdecydują o bycie leśnych firm.

3732
To ważny moment dla ZUL-i, ale także dla leśniczych. Bo leśniczy to nie oficer i wcale nie potrzebuje ordynansa. Zdarzają się w pełni profesjonalne i świetnie zorganizowane firmy leśne, które zatrudniają leśników i robotników o wysokich kwalifikacjach. Mają wszelki sprzęt i znają się doskonale na leśnych pracach. Są też przedsiębiorcy, którzy zaciągają sobie armię podwykonawców, firmują ich pracę i każą sobie za to płacić haracz, a troskę o jakość ich pracy zostawiają leśniczemu. Aby wykonywać zadania na czas i na dobrym poziomie to leśniczy musi stale „dowodzić” leśnymi robotnikami, a ich szef podpisuje tylko przygotowane dokumenty i wystawia fakturę. A gdzie fachowy nadzór nad pracami, specjalistyczna kadra? Istnieje tylko w przetargowej punktacji i znika po podpisaniu umowy tak szybko jak medalowy jeleń w zamglonym młodniku... To nie tak ma być! Każdy leśniczy obłożony ogromem pilnych zadań i obowiązków potrzebuje nie spolegliwego ordynansa, a raczej komandosa-solidnego i kompetentnego partnera. Nie wciela się też w dowódcę, bo to rola brygadzisty lub koordynatora ZUL. Wiemy przecież, że w wojsku ordynansem zostawał nie komandos, a raczej kiepsko wyszkolony i niezbyt sprawny żołnierz. Powszechnie stosowane jako decydujące o wyborze leśnej firmy kryterium najniższej ceny, nie zapewni nam doborowej leśnej piechoty…

Niedawno prosiłem Was o podpowiedzi jak ładnie nazwać zulowca, czyli leśnego przedsiębiorcę. Oto propozycje nazw:

ZUL kojarzy się ze słowem żul, a może lepiej WOL -Wielozadaniowy Operator Leśny? Zulowcy to: Elfy od "czarnej roboty”, Dąbrusie, Leśni, Lasowcy, Leśniaki lub Lasowczyki, wilki, pomarańczowe mróweczki, leśne rączki. Inna propozycja to nazwanie zulowca: gajowy- kniejowy lub borowy.

Proszę o kontakt na adres jak niżej i podanie adresów korespondencyjnych: Aktanę, Taniatoję, Konrada i Maćka

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

22:48, lesniczy.lp
Link Komentarze (4) »
środa, 19 listopada 2014

Tegoroczna jesień w zasadzie rozpieszcza nas dodatnimi temperaturami i sprzyjającą aurą. Na wielkiej lipie przed leśniczówką wciąż wiszą zielone liście! Nie było jesiennych szarug, porywistych wiatrów i przejmującego, wilgotnego zimna. Ludzie na wsi cieszą się, bo oszczędzają na opale choć przezornie ciągle pytają mnie o możliwość wyrobienia lub zakupienia drewna na opał. Przecież ciągle nie będzie „na plusie”…

Las, choć już coraz rzadziej pozłocony jesiennym słońcem, a raczej szary i zamglony cieszy kolorami:

Sezon dla grzybiarzy wciąż trwa i czasem spotykam w lesie amatorów kurek i zielonek. Dziś, gdy odbierałem „gałęziówkę” pracowicie ułożoną w stosy przez mieszkańca Szarcza, spotkałem całkiem fajnie wyglądające podgrzybki:

Rosną też czubajki kanie, nazywane u nas sowami. Jedna z nich, rosnąca pod starą sosną została udekorowana łezkami żywicy:

Ostanie dni byłem bardzo zajęty wywozami drewna. Z mojego leśnictwa w krótkim czasie wyjechało kilkaset metrów drewna stosowego. Codziennie wystawiałem po 6, a czasem nawet 9 kwitów wywozowych kierowcom samochodów z drewnem. Niektórzy szybko wracali po kolejny transport, bo wozili drewno na wagony kolejowe. Czasami przeładowują drewno z mniejszego samochodu, którym wywożą je z różnych zakątków lasu na większy, który jedzie z drewnem nawet poza granice naszego kraju:

Większość coraz krótszego dnia zabiera mi teraz organizacja wywozu drewna, pilotowanie samochodów, wystawianie kwitów, których już w tym roku wydrukowałem ponad 400. Dodatkowo trzeba teraz wciąż liczyć metry drewna i hektary wykonanych trzebieży i czyszczeń. Nie wolno przekraczać ustalonych planów powierzchniowych i limitów kosztów ale z drugiej strony wszystkie zabiegi muszą zostać wykonane w punkt, dokładnie rozliczone, a drewno sprzedane. Jest się przy czym uwijać. A gdy człowiek się spieszy to…

Dziś już dość późnym popołudniem wybrałem się sprawdzić stosy papierówek i gdy wyjechałem na stromy pagórek spotkałem tuż za nim niemiłą niespodziankę. Wpadłem w głębokie dziury, które ktoś wyrył kołami samochodu, nie mogąc pokonać stromizny pagórka. Płyta podłogowa zaryła się w żwirowe podłoże, a koła straciły przyczepność z podłożem. Zawiesiłem się na pagórku spodem samochodu i nie pomógł napęd na cztery koła, a nawet włączony reduktor.

 Odkopywałem kilkadziesiąt minut spód auta, podkładałem gałęzie pod koła ale nie było szans na uwolnienie Rockiego z pułapki. Szkoda mi było czasu na dalsze kopanie i musiałem wezwać posiłki.

Na szczęście w tym miejscu mój telefon „miał pole”. Przyjechał na pomoc najpierw podleśniczy, który wracał do domu i zobaczył zaryte auto. Jednak jego autko nie miało szans na wytarganie Rockiego. Mieszkający niedaleko kierowca dużego ciągnika obiecał pomoc najwcześniej za dwie godziny, bo pracował przy zrywce drewna w innym leśnictwie. Był na szczęście w domu mój serdeczny kolega Janek i za kilkanaście minut zaczepiał już przygotowaną linę do swojego auta. Jego Landrower, choć ze sporym mozołem, uratował mnie z opresji.

Zdążyłem dokończyć to co zaplanowałem na dziś i zajrzałem jeszcze na drugi koniec leśnictwa, gdzie niedawno firma budowlana naprawiała zarwane przepusty na leśnych rowach:

To ważna sprawa, bo jak nadejdą jesienne słoty to niedrożny przepust uniemożliwi korzystanie z drogi wywozowej. A w lesie wciąż jeszcze sporo ponad 1000 m3 drewna do wywiezienia.

Oznak nadchodzącej zimy jednak jeszcze nie widać. Staszek, mój kolega „spode  Tater”  mówił mi kilka dni temu, że u nich niedźwiedzie jeszcze nie myślą o śnie zimowym. U nas z braku niedźwiedzi trzeba obserwować inne zwierzęta. Codziennie spotykam w lesie wciąż bardzo aktywne wiewiórki:

One także nie myślą jeszcze o układaniu się do zimowego snu i baraszkują wśród konarów sosen. Jedna z rudych baletnic zadomowiła się na podwórzu leśniczówki i codziennie ją obserwuję z kuchennego okna. Wczoraj przybiegła z sosnową szyszką, którą obgryzała sobie na modrzewiu przed leśniczówką:

No i jak tu nie cieszyć się jesienią? Lepiej oglądać wiewiórki niż roześmiane twarze na wyborczych plakatach… Ruszajcie zatem do jesiennego lasu zanim zapadniecie w sen zimowy, bo jest tam wciąż ciekawie i kolorowo.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

20:20, lesniczy.lp
Link Komentarze (8) »
piątek, 14 listopada 2014

Pewnie wielu z nas z ulgą spogląda na kalendarz i cieszy się, że już niebawem pojawi się tam data: 16 listopada. To dzień wyborów samorządowych. Wokół nas z plakatów uśmiechają się kandydaci na radnych i szefów miast oraz gmin. Czasem pukają do naszych mieszkań lub na ulicy wręczają ulotki i wizytówki. W przekazach medialnych wciąż wybory…  Czasem bywa to męczące i nudne, dlatego już nieco niecierpliwie czekamy na dzień wyborów.

Ale to ważny i szczególny  dzień nie tylko dla kandydatów zaangażowanych w wybory. To dzień bardzo ważny dla każdego z nas, bo to przecież my wszyscy wybieramy ludzi, którzy będą podejmowali decyzje wpływające na naszą przyszłość. Dlatego w niedzielę wybierzmy się do lokalu wyborczego i postawmy po krzyżyku na każdej z czterech kart do głosowania. Nie robimy w ten sposób przysługi kandydatom lecz sobie. Kogo wybierzemy- tego będziemy mieli przez cztery lata!

Mój znajomy mówi, że urna wyborcza to taka magiczna skrzynka, gdzie przepadają nasze marzenia... Ale czy one muszą przepadać? To tylko od nas zależy. Bo samorządność to ciągła praca, a nie tylko pisanie programów, retuszowanie fotografii i redagowanie ulotek tuż przed wyborami. Potrzebujemy liderów, ludzi z pasją i powinniśmy ich kreować, wspierać oraz motywować do działania każdego dnia, a nie tylko w czasie tzw. kampanii wyborczej. Oni z kolei muszą wciąż rozwijać się, budować wiedzę i doświadczenie, no i rozmawiać z ludźmi, rozumieć ich potrzeby. Wtedy to będzie prawdziwa samorządność, a nie oczekiwanie na to, „że oni przyjdą i zrobią…”

Wielu leśników czynnie działa na różnych poziomach samorządu: od sołtysów i rad sołeckich po burmistrzów i radnych wojewódzkich. Od kilku kadencji około 600 leśników w kraju obejmuje mandaty społecznego zaufania. Choć obciążenie pracą zawodową jest tak duże, że coraz trudniej godzić liczne obowiązki. Wielu z nich aktywnie działa na rzecz swoich społeczności także wtedy, gdy nie są radnymi. Leśnicy są zapraszani do realizacji różnych projektów unijnych, wspierają działalność stowarzyszeń, służą radą, wiedzą i pomocą.

Czasem też radzą radzie i z ich opinią liczą się radni gminni czy powiatowi, chętnie czerpiąc z ich wiedzy. Na przedostatniej sesji rady powiatu międzyrzeckiego także było zielono od leśnych mundurów.

Powiat międzyrzecki, położony w najbardziej zalesionej części kraju przecież lasami stoi. W zasięgu administracyjnym powiatu lasami zarządza 5 nadleśnictw Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Szczecinie : Międzyrzecz, Trzciel, Skwierzyna, Międzychód i Bolewice. Dlatego w rocznym programie pracy rady powiatu znalazł się punkt pod nazwą „Stan lasów powiatu w roku jubileuszu 90 lat istnienia Lasów Państwowych”. Przewodniczący rady Lesław Hołownia i wicestarosta Remigiusz Lorenz wręczyli nadleśniczym pamiątkowe statuetki jako wyraz uznania za skuteczną troskę o lasy powiatu.

Radni, urzędnicy starostwa, dyrektorzy szkół średnich i kierownicy jednostek powiatowych wysłuchali mojego krótkiego wystąpienia o stanie lasów i codziennych problemach leśników oraz obejrzeli film „90 lat LP”. Nadleśniczy z Międzyrzecza Jerzy Pawliszak, ze Skwierzyny- Tadeusz Przybyłka oraz inżynier nadzoru z Nadleśnictwa Trzciel Włodzimierz Rudawski przybliżyli specyfikę pracy leśników. Potem radni pojechali zwiedzić jeden z obiektów edukacyjnych Nadleśnictwa Międzyrzecz na terenie leśnictwa Rojewo. O lesie znacznie  lepiej rozmawia się poza salą wykładową. Radni z wielkim zaciekawieniem wysłuchali opowieści o specyfice poszczególnych nadleśnictw. Rozmawiano o problemie śmieci, korzystaniu z dróg powiatowych przez samochody wywożące drewno oraz o pożarach.

 

Potem była pamiątkowa fotografia, gdzie wspólnie z leśnikami pozował przewodniczący Rady Powiatu Międzyrzeckiego oraz przewodniczący powiatowej rady organizacji pozarządowych:

Uczestnicy sesji zapoznali się z działalnością edukacyjną leśników i zwiedzili wiatę edukacyjną, wieżę widokową, z której podziwiali panoramę jeziora Głębokie oraz ścieżkę przyrodniczą. Przewodnikiem po ścieżce był leśniczy Edward Hassa, który pokazywał budki lęgowe dla ptaków, domki dla owadów i płazów, maszyny leśne, opowiadał o żywicowaniu i produkcji węgla drzewnego oraz codziennej pracy leśników.

 

Barwne opowieści nadleśniczego Jerzego Pawliszaka o międzyrzeckich wilkach oraz rysiu, który niedawno pojawił się w okolicy bardzo zaciekawiły słuchaczy:

To była szczególna sesja rady powiatu międzyrzeckiego spośród ponad 50, jakie odbyły się podczas tej kadencji. To także dowód na to, że leśnicy są ważnym ogniwem społeczności lokalnej i ich zaangażowanie w pracę samorządową nadaje jej inną jakość. Warto o tym pamiętać w niedzielę, gdy staniemy przy magicznej skrzynce, gdzie wcale nie muszą przepadać nasze marzenia…

Szukajcie znanych Wam leśników na listach do rad gmin i powiatów. Do Sejmiku Zachodniopomorskiego z okręgu wyborczego nr 2 obejmującego powiaty: Goleniowski, Gryficki, Kamieński, Łobeski i miasto Świnoujście kandyduje Sławomir Kucal, naczelnik z RDLP Szczecin

http://www.slawomirkucal.pl/   To wielki społecznik i bardzo zacny leśnik.

Zapewne dobrze znacie zaangażowanie różnych kandydatów, także leśników-społeczników w swojej okolicy i to z pewnością nie z plakatów czy ulotek wyborczych ale z ich pracy z pasją dla ludzi i przyrody. W wyborczą niedzielę dobrze wybierajcie dla siebie i swojej przyszłości.

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

22:49, lesniczy.lp
Link Komentarze (1) »
wtorek, 11 listopada 2014

Dziś jest Dzień Święta Niepodległości i na wielu naszych domach powiewają biało-czerwone flagi, symbolizując nasz szacunek dla symboli narodowych i pamięć o dziejach naszego narodu. Oczywiście jest też wiele domów, gdzie tej flagi nie ma, a dzisiejszy dzień jest dla ich mieszkańców po prostu dniem wolnym od pracy.

Leśnicy to ludzie, którzy mają szczególny stosunek do wolności, swobody ale też żywią głębokie i patriotyczne uczucia do naszego państwa, czego wielokrotnie dawali wyraz. Może dlatego dla nas, leśników, noszących zielone mundury z orzełkami na guzikach, niepodległość naszego kraju, swoboda w wyrażaniu myśli i poglądów oraz szacunek dla historii są tak ważne. Tak jak szacunek dla godła. Ostatni pomysł, aby nasze leśne mundury pozbawić symboli naszego państwa bardzo oburzył leśników...

Codziennie chodzę po lasach położonych przy zachodnich granicach naszego kraju. W tych lasach i w okolicznych miejscowościach jest mnóstwo śladów i dowodów walki Polaków o niepodległość, wolność, która dziś wydaje się czymś zwykłym i oczywistym. Ostatnie wydarzenia na świecie i w Europie oraz różnego rodzaju niepokojące incydenty polityczne u każdego odpowiedzialnego człowieka wzbudzają głęboki niepokój. Bo wolność i pokój są przecież bardzo kruche…

W moich okolicach jest wiele śladów walki o tak pospolitą dziś, a dawniej okupioną krwią Polaków wolność naszego narodu. Niedawno obok pszczewskiego kościoła rodzina Górnych odrestaurowała mogiły swoich przodków - uczestników Powstania Styczniowego:

W bocznej kaplicy kościoła znajduje się tablica upamiętniająca poległych w czasie I wojny światowej. Są tam nazwiska brzmiące po polsku i niemiecku, bo takie są uroki pogranicza, że dostaje się powołanie do armii, która nie zawsze broni umiłowanej Ojczyzny... Na cmentarzu parafialnym są stare groby, gdzie pojawia się motyw niemieckiego hełmu ale leżą tam też powstańcy wielkopolscy, a nawet uczestnik Bitwy Warszawskiej 1920 roku odznaczony orderem Virtuti Militari. Skromna mogiła kryje szczątki bohatera. Przecież Virtuti to najstarsze na świecie i najwyższe polskie odznaczenie bojowe. Swoją drogą, właśnie na dzisiejszy dzień, 11 listopada przypada Święto Orderu Virtuti Militari.

W okolicznych lasach odbyło się wiele bitew, a zachowanie pamięci o tych miejscach to obowiązek każdego Polaka. Leśnicy z zaangażowaniem bardzo troszczą się o zachowanie pamięci i wszelkich materialnych śladów potyczek, bitew czy miejsc upamiętniających walkę o wolność naszego narodu. W moim leśnictwie jest Góra Oręża, przypominająca o bitwie stoczonej przed wiekami z Krzyżakami, są ślady po wojskach napoleońskich, powstańcach wielkopolskich, a czasem spotykam jeszcze w lesie pamiątki po II wojnie światowej:

W pobliżu miejsca, gdzie dziś stoi budynek biura Nadleśnictwa Trzciel przebiegała granica polsko-niemiecka, ustalona traktatem wersalskim:

W podzielonym Trzcielu granica dzieliła nawet na dwa państwa mieszkanie i zakład wikliniarski położone w jednym budynku, należącym do Alberta Konopki, co bardzo nagłaśniała niemiecka propaganda.

Minęło już wiele lat od ostatnich wydarzeń militarnych i należy się starać, aby to co się zdarzyło, nigdy już się nie powtórzyło. Dość już Polacy wycierpieli i przelewali krwi za wolność. Warto jednak pamiętać o różnych zdarzeniach historycznych i pielęgnować symbole naszego narodu. Bo nie zawsze można było z dumą i bezkarnie mówić: jestem Polakiem! Nie zawsze można było wieszać na swoim domu biało-czerwoną flagę czy przypinać do marynarki kokardę w takich barwach lub nosić wizerunek Orła Białego.

Z całą pewnością warto pamiętać  o prawdach, które zapisano na tablicy zawieszonej na kościele Św. Marcina (dzisiejszego solenizanta) we Wrocławiu:

Te proste, a jakże głębokie prawdy zostały uchwalone 6 marca 1938 roku na Kongresie w Berlinie przez Związek Polaków w Niemczech. Stały się one podstawą działania Związku. Stworzyły też uniwersalny i ponadczasowy wzór Polaka. Wydają się takie proste i oczywiste, ale czy dziś wszyscy się do nich stosujemy? Czy należycie cenimy naszą wolność?

Warto też wspomnieć o przywołanym w tekście z tablicy znaku Rodła, który obecnie został nieco zapomniany.

Gdy odwiedzicie kiedyś małe lecz ciekawe pszczewskie muzeum „Dom Szewca” mieszczące się w dawnym domu  szewca Paździorka,  to z pewnością zobaczycie znak Rodła na różnych pamiątkach z bogatej przeszłości Pszczewa:

 

Rodło jako symbol -  odpowiada kształtowi biegu rzeki Wisły z zaznaczonym Krakowem jako kolebką kultury polskiej i symbolem trwania oraz ciągłości Państwa Polskiego.

Od wieków wszystko zwyklim kłaść w ofierze,

Od wieków walczyć co dnia na nowo,

O okruch prawa, polskie w Boga wierzę.

O polską duszę, każde polskie słowo!

Jesteśmy Polakami i tego żadna moc nie zmieni...”

 

Pieśn Rodła- słowa Edmund Osmańczyk

 

Rodło powstało po przejęciu przez Adolfa Hitlera władzy w Niemczech. Na nazwę RODŁO złożyły się dwa słowa: ROdzina (Ród) i goDŁO. W sierpniu 1932 roku kierownictwo Związku Polaków w Niemczech przyjęło je za znak wszystkich Polaków zrzeszonych w związku. Dziś to symbol nieco zapomniany, ale powinien go znać każdy, kto czuje się Polakiem.

Naziści w ramach likwidacji struktury organizacyjnej Republiki Weimarskiej zmieniali także symbolikę wszystkich niemieckich organizacji i instytucji. Godłem państwowym Niemiec stała się swastyka, a pozdrowieniem podniesienie ręki oraz okrzyk "Heil Hitler". Wprowadzenia tej zewnętrznej symboliki naziści wymagali od wszystkich działających w III Rzeszy organizacji politycznych, kulturalnych i społecznych. Zakazali jednocześnie używania innych symboli z wyjątkiem tych, które sami proponowali. Obowiązywał także pruski zakaz używania przez Polaków w Niemczech znaku Orła Białego.

Związek Polaków w Niemczech stanął więc wobec problemu zaakceptowania nazistowskiej symboliki. W ocenie zarządu organizacji akceptacja ta byłaby zgodą na totalną germanizację związku oraz utratę jej polskiego charakteru. Dlatego też z inspiracji  Jana Kaczmarka, który pisał: „Swastyce przeciwstawimy się tylko wtedy, gdy będziemy mieli swój narodowy znak nie budzący wątpliwości, że łączy on tylko Polaków", działacze organizacji postanowili utworzyć nowy znak. W ten sposób dzięki współpracy i inwencji wielu członków Związku Polaków w Niemczech powstało Rodło, przedstawiające bieg Wisły i zewnętrznie wyglądające jak pół zmodyfikowanej swastyki, a jednocześnie nią nie będące. W ten sprytny sposób Polacy w Niemczech uniknęli przyjęcia symboliki nazistowskiej. W rzeczywistości bowiem pozornie podobny znak oznaczał łączność Polaków z Niemiec z macierzą i był przeciwstawiany swastyce.

"Niemcy początkowo nie bardzo rozumieli, co przedstawia ten znak. Niektórzy nawet uważali, że to pół swastyki. Inni, gdy się zorientowali, że ukazuje Wisłę, mówili na nas, że jesteśmy wiślanymi braćmi”- pisała Janina Kłopocka, autorka projektu graficznego Rodła.

Stał się on częścią składową znaków kilku organizacji polonijnych, polskiego harcerstwa w Niemczech, a także herbów kilku miast i samorządów terytorialnych (np. powiatu złotowskiego)

Młodzi Polacy używali też znaku Rodła w połączeniu z lipowym listkiem:

Dziś, kiedy mamy swobodę wypowiedzi, poglądów oraz zrzeszania się może należycie nie doceniamy wolności. Ale przynajmniej dziś wspomnijmy trudne chwile naszych przodków i przypomnijmy sobie różne bolesne wydarzenia. Pielęgnujmy pamięć o tym co było, głównie po to, aby to co złe już nigdy się nie powtórzyło.

Gdy wybieramy się do lasu zażyć swobody, przestrzeni i posłuchać swoich myśli, zwróćmy uwagę na pamiątki z przeszłości, o które dbają m.in. leśnicy z całego kraju.

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

17:49, lesniczy.lp
Link Komentarze (1) »
piątek, 07 listopada 2014

 

Podobno śmierć jest nieuchronną częścią naszego życia i zjawiskiem naturalnym. Jednak śmierć Zbyszka dla Jego najbliższej rodziny, dla nas -Braci Leśnej - społeczności leśników, dla Jego licznych przyjaciół, znajomych, sąsiadów jest czymś nienaturalnym i boleśnie dziwnym. Jego niespożyta energia, pracowitość, wszelka aktywność, fantastyczna pogoda ducha i wola życia zostały pokonane przez raka…

Przeżył z nami 60 lat, tylko 60 lat…

Znaliśmy się od dziecka, pochodzimy przecież obaj z Brójec Lubuskich, a Zbyszek starszy ode mnie o 10 lat był dla mnie zawsze wzorem i Wielkim Przyjacielem.

Jego pasją był las. Nie tylko jako miejsce pracy ale jako obiekt fascynacji. Każdą wolną chwilę w nim spędzał, choć przecież żonę i jedyną córkę, a potem też wnuczki otaczał wielką miłością. Całe swoje życie związał z okolicznymi lasami.  Przez jakiś czas był podleśniczym w leśnictwie Czarny Bocian, a potem przez wiele lat leśniczym leśnictwa Wyszanowo w Nadleśnictwie Trzciel. Zamieszkał w Wyszanowie. Wrósł szybko w tą wieś, wybudował tam dom, gdzie miał spędzić jesień życia na zasłużonej emeryturze.

Stało się jednak inaczej i choroba nowotworowa napisała inny scenariusz dla leśniczego Zbyszka.

Tak wiele rozmów pozostało wpół słowa, tak wiele pomysłów czeka na realizację, ale Zbyszek był widocznie potrzebny gdzie indziej i Komuś innemu…

Nam pozostały pytania bez odpowiedzi… Bo jak będą rosły wyszanowskie lasy bez zaangażowania Zbyszka, który spędzał w nich każdą chwilę? Co to za jesienne rykowiska bez niedużej postaci w zielonym kapeluszu i Jego fascynacji tym misterium przyrody? Jak teraz będą wyglądały narady i spotkania leśników bez jego energii, aktywności, poczucia humoru?

Był dobrym mężem, ojcem, dziadkiem, znakomitym, odpowiedzialnym leśnikiem, ale przede wszystkim, choć skromnym i niepozornym, to Wielkim i Dobrym Człowiekiem.

Żegnamy Go wszyscy z wielkim bólem i żalem, jesteśmy jednak dumni, że razem pracowaliśmy, żyliśmy i mogliśmy przez tyle lat czerpać z jego mądrości, życzliwości i dobroci serca.

Odpoczywaj Zbyszku w Pokoju, a pamięć o Tobie pozostanie w naszych sercach i szumie okolicznych borów…

Pogrzeb Zbigniewa Mudreckiego odbędzie się 8 listopada 2014 roku, a smutna ceremonia rozpocznie się w kościele parafialnym w Wyszanowie koło Międzyrzecza o godzinie 14.00

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

09:56, lesniczy.lp
Link Komentarze (1) »
środa, 05 listopada 2014

Dziś wcześnie rano, gdy dopiero rozjaśniało się niebo wydawałem drewno, bo potem cały dzień byłem zajęty innymi sprawami. Właśnie trwają w leśnictwach inwentaryzacje przedmiotów nietrwałych, zapasów w magazynach, ogrodzeń itd. To  bardzo pracochłonne zajęcie, bo do zinwentaryzowania mam np. 32 kilometry ogrodzeń leśnych upraw i sporą biblioteczkę służbowych książek, instrukcji i różnych publikacji. Dwa dni trwała inwentaryzacja w moim leśnictwie, a teraz z kolegą sprawdzam zapasy innego leśniczego. Dlatego przed wyjazdem na inwentaryzację umówiłem się wcześnie rano z kierowcą, który wywozi z lasu przygotowane do odbioru drewno. Zależy mi, aby drewno wyjechało przed jesiennymi słotami i błockiem, bo mam w tej chwili w lesie ponad 1,5 tysiąca m3 surowca s2a 2,40 czyli papierówki. Stoją np. takie stosy długie na ponad 50 metrów i wysokie na 2,5 metra:

Wystarczy z niego drewna na załadowanie wielu samochodów! Rano było bardzo ciepło, a kierowca w samej koszuli uwijał się przy samochodzie i spinał taśmami wałki papierówki. Ale to już pewnie ostatnie takie ranki i niebawem czekają nas jesienne szarugi, pierwsze silne przymrozki oraz przejmujące wichury.

Nadchodzą trudne czasy dla leśnych zwierząt. Każdy szanujący się miłośnik przyrody powinien o nich szczególnie teraz pomyśleć. Ptaki, ale też inne zwierzęta, pojawiają się coraz bliżej naszych domów. Należy już wcześniej przygotować i wyczyścić  karmniki, które potem napełniamy zapasem odpowiedniej dla każdego gatunku karmy i stale ją uzupełniamy. Tam, gdzie brakuje dziuplastych drzew w lesie, o tej porze roku leśnicy wywieszają budki lęgowe dla ptaków i schrony dla nietoperzy. Na podwórzu leśniczówki leżą już nowe budki lęgowe, które czekają na wywieszenie w lesie. Spisała je komisja inwentaryzacyjna ale już niebawem pojadą do lasu.

Warto iść w ślady leśników, bo każdy z nas powinien troszczyć się o przyrodę. Budki z dziurką dla  ptaków, a schrony ze szczeliną dla niektórych ssaków są wykorzystywane głównie do wyprowadzania lęgów, ale często też służą jako schronienie na noc. Zimą z kolei chronią swoich lokatorów przed ostrym mrozem i zimnymi wiatrami. Bardzo rzadko można je spotkać poza lasem, dlatego warto dołożyć starań, aby chociaż czasem zobaczyć je w parku, na przydomowej działce czy cmentarzu. To niewiele kosztuje, a jest wymierną formą pomocy dla ptaków i drobnych ssaków.

Choć w wielu sklepach można łatwo zakupić bardzo różne modele budek lęgowych dla ptaków, zachęcam do samodzielnego zrobienia i wywieszenia budki w dogodnym miejscu.  Tylko pozornie wydaje się, że to zajęcie trudne i pracochłonne, a wcale tak nie jest.  Zbudowanie budki, to oprócz dobrego uczynku, także dobra okazja do świetnej zabawy dla całej rodziny. To pożyteczna propozycja na jesienny wieczór oraz okazja na rozszerzenie zainteresowań naszych dzieci. Nic tak przecież nie cieszy jak wspólna praca z pożytecznym efektem.

Pewnie niewiele osób pamięta telewizyjny program „Zrób to sam”. Jego pomysłodawca i wieloletni prowadzący (program nadawany był przez 24 lata:1959-1983, wyemitowano 505 odcinków) Adam Słodowy ma już ponad 90 lat. Krążył wtedy taki dowcip: "Kto jest największym wrogiem Gierka?  Adam Słodowy. Bo kiedy Gierek pytał: - Pomożecie?, to Słodowy odpowiadał: - Zrób to sam"

W pierwszym programie Adam Słodowy pokazywał jak zrobić karmik dla ptaków. Zachęcam do samodzielnego zbudowania budki lęgowej, bo zdobycie kilku deseczek to chyba niewielki problem, a możemy nawet skorzystać z materiałów wtórnych czyli z elementów palet czy opakowań po różnych produktach:

Przycięcie i zbicie kilku desek zajmie nam najwyżej godzinę lub dwie, a satysfakcja z wspólnej pracy gwarantowana na długi czas. Potem czeka nas  obserwacja ptaków w rodzinnym gronie i zadowolenie z kolejnych lęgów, które będą opuszczały naszą budkę.

Potrzebujemy:

1. Nieheblowane deski najlepiej z drewna liściastego, ale można także użyć iglastego, o które zwykle łatwiej. Płyty wiórowe czy  sklejki nie nadają się , bo najczęściej nie są odporne na wilgoć i bardzo łatwo się rozlecą już po pierwszych deszczach.

2.  Piłę do drewna, najbezpieczniejsza będzie ręczna.

3.  Młotek i nieduże gwoździe. Jeszcze lepiej zastosować wkrętarkę i wkręty do drewna. Użycie wkrętów ułatwi nam późniejszy demontaż przedniej ścianki, aby wyczyścić wnętrze budki.

4.  Wiertarka i wiertła do drewna o średnicy odpowiadającej otworowi wlotowemu.

5. Pilnik (tarnik) i papier ścierny do drewna, aby wyrównać krawędzie budki i nadać jej estetyczny wygląd

Nie używamy farb ani lakierów czy impregnatów bo może to zaszkodzić ptakom. Można ewentualnie zaimpregnować daszek np. pokostem, ale nie jest to konieczne. Nie pokrywamy niczym dachu np. papą czy gumoleum. Najlepiej pozostawić drewno w stanie naturalnym, przecież nic nie jest wieczne.

Budujemy:

Domek budujemy zaczynając od wywiercenia otworu wlotowego w przedniej ściance odpowiadającego przeznaczeniu budki. Jeżeli nie mamy wiertła do drewna o wymaganej średnicy, możemy napunktować obwód wlotu małym wiertłem, a następnie wybić go młotkiem, a krawędzie otworu wyrównać pilnikiem lub gruboziarnistym papierem ściernym. Otwór wlotowy nie powinien mieć żadnych zadziorów. Z kolei wnętrze budki powinno być chropowate, bo łatwiej wtedy wydostać się z niej ptakom.

Pod otworem wlotowym nie umieszczamy żadnych podpórek czy patyczków, które mają ułatwić ptakom wchodzenie do budki. Ptaki świetnie sobie poradzą bez nich, a ułatwiają one dostęp drapieżnikom np. kunom, wiewiórkom czy kotom.

Otwór wlotowy umieszczamy możliwie  jak najwyżej od dna budki i osłaniamy go przybitym wewnątrz budki bloczkiem drewna:

Można też nabić dodatkową deseczkę, która przewiercamy razem z przednią, wyjmowaną ścianką:

Dzięki temu do jaj czy piskląt nie sięgnie żaden drapieżnik.

Przybijamy wszystkie ścianki do podłogi, pamiętając aby choć jedna z nich (najlepiej przednia) została skręcona wkrętami lub była na inny sposób otwierana i zamykana.

Wszystkie deski powinny być równo przycięte i ściśle do siebie przylegać, aby wnętrze było osłonięte przed przeciągami i jak najlepiej wytłumione, co zachęci ptaki do zamieszkania. Dno budki można uszczelnić cienkimi listwami.

Dach - powinien być zamontowany pod lekkim skosem i wystawać na 3-5cm, aby chronić wlot budki przed deszczem i zakrywać cały domek. Przybijamy go jako ostatnią deskę, a na samym końcu, do tylnej ścianki przybijamy wąską deseczkę czy listwę, która będzie wystawała na kilka centymetrów zarówno z góry jak i z dołu budki. Będzie ona służyła do przymocowania budki do drzewa bez użycia gwoździ, najlepiej opaską zaciskową lub linką.

W zależności od tego jakie ptaki chcemy zachęcić do zasiedlenia naszej budki, wybieramy jej typ, wiercimy otwór  i przycinamy deski na odpowiedniej wielkości kawałki:

Typ A1-  sikora modra, muchołówka żałobna :

Otwór wlotowy – 28 mm

Dno - kwadrat o boku 11cm.

Ściana przednia - wysoka na 28cm, a szeroka na 11cm.

Ściana tylna - wysoka na 30cm, a szeroka na 11cm.

Ściany boczne - szerokie na 11cm + grubość deski przedniej i tylnej. Wysokość dopasowana do przedniej i tylnej ścianki (górna część będzie pod lekkim skosem).

Typ A- Sikora bogatka, mazurek, wróbel:

Otwór wlotowy 33 mm, pozostałe wymiary jak wyżej.

 

Typ B- szpak, kowalik, pleszka, krętogłów:

Otwór wlotowy 47 mm

Dno - kwadrat o boku 14cm

Ściana przednia - wysoka na 36 cm, a szeroka na  14 cm.

Ściana tylna - wysoka na 38 cm, a szeroka na 14 cm.

Ściany boczne - szerokie na 14cm + grubość deski przedniej i tylnej.

Istnieje jeszcze typ D- budka przeznaczona dla gołębia siniaka i dudka, o wymiarach otworu wlotowego 85 m i dna 17 na 17 cm, oraz typ E- duża budka dla gągoła, tracza lub puszczyka o otworze wlotowym średnicy 150 mm. Jednak budując lokal dla ptaków we własnym zakresie ograniczamy się najczęściej do budek dla mniejszych ptaków pozostawiając troskę o sowy czy kaczki przyrodnikom oraz leśnikom.

Gdzie i kiedy powiesić?

Zbudowaną przez nas budkę należy zamontować sztywno na drzewie, w lesie, parku lub ogrodzie na wysokości 3-5 metrów nad ziemią, lekko pochyloną do przodu, z otworem wlotowym najlepiej skierowanym na południowy wschód lub na północ. ( choć nie jest to aż tak ważne, zapewnia jednak budce ocienienie w czasie upałów

Domek dla ptaków najlepiej wieszać  jesienią, tak aby niektóre ptaki, a nawet ssaki  mogły z niego korzystać już zimą jak z noclegowni. Można to zrobić także wiosną, ale odpowiednio wcześniej przed okresem lęgowym. Jeśli zbudujemy więcej budek należy je odpowiednio rozmieścić,  bo ptaki mają swoje obyczaje i nie lubią zbytniego zagęszczenia gniazd. Ptaki konkurują ze sobą w zdobywaniu pokarmu i dlatego zajmują określone terytorium. Para bogatek  zajmuje np. obszar 0,8 do 3 ha, dla dzięcioła dużego dogodny areał to od 5 do 30 ha, a dla puszczyka - od 30 do nawet 300 ha.

Jak czyścić

Systematyczne czyszczenie budek lęgowych jest konieczne, bo ptaki niechętnie zasiedlają te, w których jest za dużo materiału gniazdowego. Nieusunięte gniazda, gdzie czasem są martwe pisklęta lub zaziębione jaja są siedliskiem pasożytów i nagromadzone po kilku lęgach wypełniają budkę, czyniąc ją niezdatną dla lokatorów. Dlatego należy co roku, późną jesienią, najlepiej na przełomie października i listopada  otworzyć budkę i wyrzucić z niej całą zawartość.

Nie należy zabierać się za jej sprzątanie zbyt wcześnie, np. we wrześniu bo często z nich korzystają nietoperze, zanim polecą na zimowiska.

Warto stworzyć sobie w jesienny wieczór rodzinny program „Zrób to sam”, pamiętając słowa Adama Słodowego:

Nie ma ludzi zdolnych i niezdolnych. Są ludzie cierpliwi i niecierpliwi"


Obserwowanie własnoręcznie zrobionej budki i uwijających się przy niej ptaków to wielka satysfakcja i radość dla całej rodziny. A zatem zrób to sam!

 

Leśniczy Jarek- lesniczy@erys.pl

 

 

 

 

22:10, lesniczy.lp
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46