O tym co w lesie piszczy...
O autorach
Blog > Komentarze do wpisu

Przedszkolaki w leśniczówce

Jak tu nie krzyczeć z radości na widok „prawdziwego” grzyba albo najprawdziwszej jagody na krzaku? Albo żuka? Albo motyla? Absolutnie nie-wy-ko-nal-ne. Zamieszanie zwiększał jeszcze nasz trzymiesięczny szczeniak ...

karmienie kozików

Z okazji zbliżającego się końca roku szkolnego przedszkolaki z przedszkola mojej córki ruszyły na wycieczkę – do naszej leśniczówki. Wcześniej żona ustaliła z paniami przedszkolankami scenariusz wycieczki oraz zestaw atrakcji jakie możemy maluchom zaproponować. W planie było m.in. oglądanie i karmienie kóz wierzbowymi gałązkami oraz piesza wyprawa do lasu.

Kozy, wypuszczone do ogródka, na widok dwudziestki dzieciaków energicznie machających gałęziami, postanowiły się przezornie trzymać z daleka. Jakoś były nieufne, tym bardziej, że hałas przy tym był nieopisany. Trzeba więc było zmodyfikować trochę program. Panie ustawiły dzieci przy długiej, przygotowanej wcześniej linie i ruszyliśmy do lasu. Lina była ważna, bo każdy przedszkolak się jej trzymał, co przy pokonywaniu „toru przeszkód” w postaci błotnistych kałuż na drodze było istotne.

Kiedy najtrudniejszy odcinek trasy został zaliczony, pozwoliliśmy dzieciakom na samodzielny spacer. Wcześniej przez kilka dni panie opowiadały o tym, jak się trzeba zachowywać w lesie, ale teoria swoje a praktyka swoje.

Jak tu nie krzyczeć z radości na widok „prawdziwego” grzyba albo najprawdziwszej jagody na krzaku? Albo żuka? Albo motyla? Absolutnie nie-wy-ko-nal-ne. Przedszkole wprawdzie nie jest „wielkomiejskie”, ale widać było, że dla niektórych dzieciaków możliwość zerwania jagody z krzaka jest wielkim przeżyciem, bo nigdy tego wcześniej nie robiły. Zamieszanie zwiększał jeszcze nasz trzymiesięczny szczeniak, który początkowo tak jak kozy bał się trochę dzieci, ale później dokazywał z nimi na całego.

Po powrocie do ogrodu leśniczówki przedszkolaki podjęły drugą próbę karmienia kóz, tym razem udaną. Zwierzaki z ciekawości podeszły w końcu „do płota”, a kiedy zorientowały się, że gałęzie są ich ulubione, czyli wierzbowe – nastąpiła pełna integracja. Co odważniejsi chcieli nawet wejść na kozie podwórko, ale tego nie chcieliśmy ryzykować.

Półtorej godziny minęło bardzo szybko, maluchy zmęczone bieganiem odjechały do przedszkola na obiad i leżakowanie. Moja córka stanowczo odmówiła powrotu, oświadczając, że nie lubi autokarów i zostaje w domu. Ale była bardzo dumna z tego, że mogła wszystkim pokazać kozy i konie o których przez cały rok tylko opowiadała...

przedszkolaki w lesniczowce czerwiec 2010

wtorek, 22 czerwca 2010, lesniczy.lp

Polecane wpisy